Main Wycieczka ze Sztokholmu

Wycieczka ze Sztokholmu

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?
Year:
1987
Language:
polish
File:
EPUB, 975 KB
Download (epub, 975 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
Jerzy Edigey





Wycieczka ze Sztokholmu




„KB”





Rozdział I





Tragedia na dansingu

Orkiestra przestała grać. Nie pomogły gorące brawa i okrzyki „mało, jeszcze”. Muzykanci demonstracyjnie składali instrumenty i podnosili się ze swoich miejsc. Wiadomo, dla orkiestry najważniejszym momentem w jej występie jest kolacja. A właśnie przed chwilą, kiedy artyści kończyli grać starego walczyka, kelner, pan Miecio, dał im znak ręką, że już przygotował dla nich jedzenie na stoliku znajdującym się w głębi sali. Nic też dziwnego, że muzykanci wcale nie zamierzali nadal się „męczyć”. Przecież „góralskie tańce” zaczynają się dopiero po godzinie dwunastej w nocy. Teraz dochodziła dziesiąta.

Zresztą na „górala” a właściwie na „Kościuszkę”, bo pięćsetzłotówki z „góralem” zostały przed kilkunastu laty wymienione na nowe banknoty z portretem Tadeusza Kościuszki - nie było co w dzisiejszy wieczór liczyć. Towarzystwo przedstawia się nie nadzwyczajnie. Saksofonista i zarazem dyrygent orkiestry tanecznej miał pod tym względem dobre, zawodowe oko. Dzisiaj przyszli sami wczasowicze, bo akurat w środy w „Harnasiu” nie ma muzyki i dansingu. A wiadomo, taki wczasowicz z „Polany” czy „Sienkiewiczówki” długo się będzie namyślał, zanim wyciągnie z portfela te marne pięć stówek, aby swojej dziewczynie zafundować ekstra taniec i to z wymienieniem dla kogo i kto płaci.





Niestety, nie w sezonie wszystkich „lepszych gości” zagarnia „Kasprowy”. Dla „Nosala” pozostają jedynie pospolici wczasowicze i wycieczkowicze prócz Szwedów, którzy od przeszło tygodnia nie opuszczają ani jednego dnia w „Nosalu”. Kierownik orkiestry nie mógł tego zrozumieć. Mają forsy jak lodu. Co wieczór zostawiają w restauracji po kilka tysiączków. Nie kosztuje ich to tak drogo, bo saksofonista widział nieraz, jak przy tym wysokim, grubym Szwedzisku kręcił się Franek Karate. Na pewno więc cudzoziemcy nie wymieniali wszystkich swoich dolarów czy też szwedzkich koron w kasie walutowej „Orbisu”, lecz właśnie u Franka po trzy razy lepszym kursie. Ten Franek musia; ł zdrowo zarobić na Szwedach. A swoją drogą dziwni ludzie. Mają pieniądze, nie żałują ich przy wydawaniu, mieszkają w „Kasprowym” i co wieczór zjeżdżają na dół do „Nosala”. A „Kasprowy”, sam kierownik szczerze przyznaje, to zupełnie inna klasa niż stary „Nosal”.

Ale... Cała orkiestra dobrze widziała, że przy tej wysokiej przystojnej blondynce, żonie tego grubego, mocno się kręcił Jędrek Szaflar, przewodnik z Domu Nauczyciela. Cały czas tańczył wyłącznie z nią, chociaż w tym szwedzkim towarzystwie były jeszcze dwie inne panie, może nawet bardziej warte grzechu. Bo co tu gadać, ta babka z imponującą złotą bransoletką na prawej ręce, na upartego mogłaby być mamusią Jędrka. No, może nie mamusią, ale o jakieś piętnaście lat starszą siostrą. Zaś tamte dwie - nie miały jeszcze trzydziestki. Mąż tej Szwedki ciągle się uśmiechał, patrząc na zaloty młodzika. Nic, a nic nie był zazdrosny. Przeciwnie, chyba wyraźnie się cieszył, kiedy widział tę parę na parkiecie. A że przed okiem bystrego muzykanta nic się na dansingu nie ukryje, saksofonista widział, jak tymczasem ten gruby dyrektor holował do barku tę młodą, rudą. A raczej zrobioną na rudą.

Jeden ze Szwedów dobrze mówił po polsku. On też zawsze regulował rachunki. Naturalnie nie z własnej kieszeni, lecz z pieniędzy swojego dyrektora. On także zamawiał taksówki, żeby całe towarzystwo mogło około północy wrócić do „Kasprowego”. Ten młody, wołali na niego Marek, czasami, ale bardzo rzadko, tańczył z „rudą”. Zwykle jednak bawił trzecią ze szwedzkich pań. Miłą szatynkę o sympatycznym uśmiechu. Tę, która przed trzema dniami przysłała orkiestrze butelkę francuskiego koniaku za to, że zagrali stare tango „Bolero”. Saksofonista uważa, że to był piękny i bardzo rzadko już w „Nosalu” spotykany gest. Tak piękny, że orkiestra nie odesłała tego koniaku bufetowej, pani Marii, lecz wypiła go tego wieczora do ostatniej kropli, co naturalnie było ze strony muzykantów objawem skrajnej lekkomyślności. Bufetowa dałaby im za ten koniak najmniej tysiąc złotych i jeszcze by drugie tyle na nim zarobiła. Oczywiście „na lewo”.

Pary taneczne ciasno zbite na malutkim kwadracie parkietu widząc zdecydowaną postawę orkiestry wreszcie zrezygnowały z bicia brawa i powoli zaczęły się przepychać wąskimi przejściami w stronę swoich stolików. Dwie panie skierowały się w stronę schodów.

Sala restauracyjna hotelu „Nosal” mieści się na piętrze. Stąd szerokimi schodami można zejść na półpiętro. Tutaj, na wprost tych schodów, znajduje się kawiarnia wyłożona czarną boazerią z porcelanowymi lampami z daleka do złudzenia przypominającymi czaszki ludzkie. Kto nie zna tej kawiarni i pierwszy raz się w niej znajdzie, ma wrażenie, że wszedł do domu przedpogrzebowego.

Schody skręcają pod kątem prostym i prowadzą do obszernego holu, gdzie w dużej niszy znajduje się szatnia. Za nią na wprost drzwi wejściowych, jest jeszcze trzecia, mniejsza salka. Nosi ona nazwę: „Zbójecka Piwnica”. Tutaj także jest dansing, ale nie codziennie i w bardziej kameralnym nastroju. Po prawej stronie szatni wąskie schody prowadzą do suteren, gdzie się znajdują toalety.

Tam właśnie skierowały się dwie panie, które przed chwilą opuściły restaurację. Zeszły schodami na dół i za chwilę szatniarz, pan Józef, usłyszał przeraźliwy krzyk jednej z kobiet. Szatniarz wiedział, że tego dnia babka klozetowa, czyli jak ją bardziej elegancko tutaj nazywali „pisuardessa”, już o dziewiątej poszła do domu skarżąc się na ból głowy. Pan Józef, domyślając się, że zdarzył się jakiś wypadek, szybko pośpieszył na dół.

Obie panie blade jak trup stały w drzwiach prowadzących do damskiej części toalety. Drzwi do niej były otwarte, a na kafelkowej posadzce, pomiędzy umywalniami i kabinami, leżała w dziwnie skurczonej pozycji jakaś kobieta.

Szatniarz poznał ją natychmiast. To była - jedna z tych Szwedek. Te nieliczne „dewizówki”, które jeszcze się nie przeniosły do „Kasprowego”, przezwały ją „bransoleta”.

Pan Józef nachylił się nad leżącą. Wziął ją za rękę. Stary szatniarz nie był lekarzem i niało się znał na medycynie, jednakże w okresie wojny i okupacji, już nie mówiąc o dwóch latach spędzonych w partyzantce, widział niejednego zabitego. Teraz nie miał najmniejszych wątpliwości. Ta kobieta nie żyła. Nie można jej było już pomóc.

Są w pracy szatniarza godziny, a w lecie całe dnie, kiedy nie ma prawie żadnej roboty. Od czasu do czasu ktoś podejdzie, żeby kupić paczkę papierosów lub też pudełko zapałek. Nikt nie nosi płaszcza i nikt go nie oddaje szatniarzowi. Wtedy pan Józef przeglądał tygodniki i dzienniki. Chętnie zwłaszcza studiował sprawozdania sądowe. A gdy udało mu się kupić spod lady jakiś kryminał, to czas dyżuru w szatni przebiegał znacznie szybciej.





Pan Józef wiedział dobrze, co ma zrobić. Grzecznie ale energicznie wyprowadził obie przerażone niewiasty na górę. Wejście do toalet zostało zastawione dwoma masywnymi fotelami stojącymi w głębi holu. Szatniarz nie zadzwonił do komendy miejskiej MO, lecz wywoła ze „Zbójeckiej Piwnicy” Kazia, młodego kelnera, i polecił mu:



Biegnij szybko na milicję. W szatni zamordowano kobietę. Szwedkę.



Co pan mówi? - chłopak w pierwszej chwili pomyśiał, że stary szatniarz żartuje z niego.



Natychmiast po milicję!





Szatniarz nie jest żadną władzą dla kelnera, jednak w glosie pana Józefa brzmiała taka stanowczość, że Kazio bez słowa, jak stał, w białym kitlu, wybiegł na dwór.Nie miał daleko. Komenda milicji znajdowała się po drugiej stronie ulicy. Prawie naprzeciwko hotelu „Nosal”. Kelner wpadł do gmachu milicji jak bomba, zręcznie ominął dyżurującego przy drzwiach milicjanta i nie usprawiedliwiając się ani słowem, od razu wbiegł do pokoju dyżurnego oficera. Kelner doskonale znał rozkład pokojów komendy milicji. Nieraz przyszło mu odwiedzać ten gmach.Tak się zdarza w każdym lokalu gastronomicznym, że trzeba prosić milicję o interwencję w sprawie awanturującego się gościa lub takiego, który dobrze sobie zjadł i popił, a ani myśli o uregulowaniu rachunku.Tej nocy dyżur w komendzie pełnił porucznik Stanisław Motyka, góral z dziada pradziada, który swoją trzecią gwiazdką cieszył się dopiero od lipcowego święta.





Zabili Szwedkę - zdyszanym głosem powiedział kelner.



Kogo? Jaką Szwedkę? Gdzie? Co ty pleciesz, Kaziu? - porucznik znał młodszego kelnera od szczeniaka. - Nie wiem. Pan Józef kazał mi tu przybiec i powiedzieć, że zamordowali.





Jaki pan Józef?



No, Józef. Nasz szatniarz.





Oficer milicji nie żądał dalszych wyjaśnień. Natychmiast zarządził alarm. Z dwoma milicjantami udał się do „Nosala”, gdzie też miała się zjawić ekipa śledcza oraz lekarz. Ale lekarza trzeba było ściągnąć z miasta. Tym miał się zająć sierżant Workucki, zaś porucznik wraz z milicjantami i kelnerem szybko przebyli krótką drogę do hotelu.Tutaj, w holu, było już pełno ludzi. Wieść o wypadku cudem od razu rozeszła się po całym gmachu. Przy schodach prowadzących do toalet szatniarz bronił do nich wstępu. Z westchnieniem ulgi powitał zjawienie się grupki milicjantów.



- Proszę się rozstąpić - rozkazał porucznik. Tłumek dość niechętnie przepuścił przedstawicieli władzy.- Gdzie ta zabita?





Na dole. W damskiej toalecie - informował szatniarz.



Markowski - polecił Motyka - stańcie tutaj i nikogo nie puszczać na dół. A pan - oficer zwrócił się do szatniarza - zaraz zamknie wszystkie zewnętrzne drzwi. Nikogo nie wypuszczać. Wpuścić tylko pana doktora Świątka i moich ludzi.



Tak jest - szatniarzowi przypomniały się lata spędzone w wojsku.



Proszę państwa - porucznik zaapelował do ludzi stłoczonych w holu - niech państwo będą łaskawi wrócić na swoje miejsca i przede wszystkim uregulować rachunki. Zostaniecie przesłuchani. Bardzo proszę nie przeszkadzać nam w naszej pracy.





- Przepraszam, poruczniku - młody, niski ciemny szatyn przepchał się do oficera i przeszkodził mu w zejściu na dół.



- Czego pan chce? - zdenerwował się oficer.





Nazywam się Marek Daniec - przedstawił się szatyn - jestem obywatelem szwedzkim. Jestem sekretarzem przemysłowca, pana Rolfa Perssona - to mówiąc młody człowiek wskazał na stojącego tuż za nim wysokiego i dość tęgiego człowieka o jasnych jak len włosach tak zaczesanych, aby ukryć widoczną już łysinkę.



A więc?



Obawiam się - ciągnął dalej Marek Daniec - że tą rzekomo zabitą panią jest żona dyrektora Rolfa Perssona. Chcieliśmy przyjść jej z pomocą, ale szatniarz nie chciał nas puścić. Nikomu nie pozwolił zejść na dół. A ona, być może, tam kona! Potrzebuje natychmiastowej pomocy.



Lekarz jest wezwany. Za chwilę tu będzie - odpowiedział porucznik - Proszę, niech panowie zejdą z nami. Ale tylko wy dwaj.





W czwórkę szybko zeszli na dół. Oficer otworzył drzwi toalety damskiej. Szatniarz nie kłamał. Na podłodze, głową prawie dotykając ściany, leżała jakaś kobieta. Nogi obute w pantofelki na bajecznie wysokich obcasach miała dziwnie podkurczone. Obie ręce rozrzucone szeroko. Ani kropli krwi zarówno na zmarłej, jak i na podłodze. Jedynie z boku twarzy, tuż przy puszystych blond włosach, widać było niewielkie zaczerwienienie.Porucznik zbliżył się do leżącej. On także nie miał żadnych wątpliwości, że tej kobiecie już nic nie pomoże. Obaj Szwedzi stali jak skamieniali przy drzwiach.- To ta pani? - porucznik zwrócił się do niższego Szweda.





Tak. To pani Gunhild Persson - potwierdził Daniec - żona pana Perssona.



Lekarz zaraz tu będzie - powtórzył oficer milicji. - Obawiam się jednak, że ona nie żyje.





Marek Daniec przetłumaczył te słowa swojemu zwierzchnikowi. Pan Persson jednak i bez tego doskonale rozumiał, że jego żona nie żyje. Nie zareagować ani słowem, tylko spuścił głowę. Dopiero po chwili wymienił ze swoim sekretarzem parę zdań.



- Pan Persson - tłumaczył Marek Daniec - przypuszcza, że jego żona została zamordowana. Przestępca zrabował zabitej cenną, złotą bransoletkę, wysadzaną brylantami. Ta bransoletka kosztowała przeszło czterdzieści tysięcy koron. To w przeliczeniu na dolary prawie dziesięć tysięcy dolarów.



W tej chwili do małego pomieszczenia wszedł wysoki siwawy człowiek z małą walizeczką w ręku. Nie witając się nawet z oficerem milicji, doktor Świątek pochylił się nad leżącą. Wziął ją za rękę i zbadał puls, następnie zajrzał pod powieki i uważnie zbadał zasinienie na skroni. Podniósł się i stwierdził:



- Nie żyje. Zgon nastąpił nie dalej jak przed godziną, ale najpewniej gdzieś przed czterdziestu minutami. Silne uderzenie zadane w samą skroń. Śmierć natychmiastowa. Przypuszczam, że ten cios zadano kantem dłoni. Ten co ją zabił, dobrze zna anatomię człowieka i zapewnie uprawia karate. To typowe uderzenie karate.



Marek Daniec te słowa, chociaż skierowane nie do Szwedów, a do porucznika, skwapliwie przetłumaczył dyrektorowi Perssonowi.





Naturalnie - zastrzegł się lekarz - to powierzchowne oględziny i pierwsza, niczym nie poparta opinia. Będę mógł wydać oficjalne orzeczenie dopiero po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Kto to jest?



Szwedka. Żona tego pana - Motyka wskazał na stojącego obok Perssona, a następnie zwrócił się do Dańca. - Bardzo mi przykro i bardzo współczuję panu Perssonowi, ale obecnie mamy wiele czynności śledczych do przeprowadzenia. Najlepiej byłoby, żeby pan i jego szef udali się teraz na górę do swojego stolika. Sami panowie widzą, że pani Persson wszelka pomoc jest zbędna. Pozostaje jedynie śledztwo i ujęcie mordercy.





Młody człowiek znowu przetłumaczył jego słowa. Rolf Persson zawrócił i w milczeniu udał się na górę. Jego sekretarz podążył za nim. Tymczasem przybyła ekipa śledcza i rozpoczęły się zwykłe w takich razach czynności. Fotografowanie zwłok, zbieranie ewentualnych odcisków palców.





Bogata babka - zauważył jeden z milicjantów. - To cacko na lewym ręku, to platynowy zegarek. A brylanciki, które na nim lśnią, na pewno prawdziwe. Trochę się znam na tym, bo mój szwagier pracuje w „Jubilerze”. Ten zegareczek wart jest conajmniej trzy fiaty. I to nie maluchy. Za te pierścionki zaś, które ona ma na palcach obu rąk, trzymam zakład, że wszyscy moglibyśmy pojechać do domów własnymi mercedesami.



Mąż zabitej stwierdził - wyjaśnił porucznik - że z ręki tej kobiety zdjęto bransoletkę wartą prawie dziesięć tysięcy dolarów.



Obłowił się drań - mruknął milicyjny fotograf.



To był frajer - wtrącił szwagier jubilera - bransoletka to pestka w porównaniu z resztą biżuterii. Te świecidełka warte są przynajmniej trzy razy tyle.





Ponieważ fotograf skończył swoją robotę, porucznik sięgnął po leżącą pod umywalką elegancką torebkę z krokodylej skórki. Otworzył ją i przejrzał pobieżnie jej zawartość. Poza różnymi kobiecymi drobiazgami, złotą papierośnicą i złotą zapalniczką, znalazł tam paszport wystawiony na nazwisko Gunhiłd. Persson z domu Eriksson, obywatelki szwedzkiej lat czerdzieści dwa oraz pokaźny zwitek zielonych banknotów z portretami prezydentów Stanów Zjednoczonych. Przeważnie mister Franklina, który jak wiadomo patronuje studolarówce.





Chodźmy na górę - polecił oficer milicji - tam ludzie denerwują się siedząc przy stolikach.



Szczególnie ten, który tak zręcznie stuknął tę bidulę - dorzucił sierżant.



Tego dawno tutaj nie ma.



Sądzę jednak, że jest - odpowiedział porucznik - raczej wolał ukryć się wśród restauracyjnych gości, niż wychodzić. Szatniarz musiałby go wtedy zauważyć.



Co z tego -- upierał się milicyjny mistrz obiektywu - facet wyszedł stąd przed przeszło godziną i jeżeli od razu poszedł na dworzec autobusowy, już jest gdzieś pod Krakowem. A jeśli udał się do swojego domu czy pensjonatu, spokojnie śpi z bransoletką pod poduszką.



Idziemy - porucznik Motyka przerwał te rozważania - proszę spisać personalia obecnych na sali. Wynotowani mogą iść do domu. Byle tylko bez naszej wiedzy nie opuścili Zakopanego. Z tymi Szwedami sam porozmawiam. Jutro rano przesłucha się ich w komendzie, a także kierownika sali, kelnerów, muzykantów i szatniarza. Wszystkich mężczyzn przy wychodzeniu z lokalu rewidować, kobietom sprawdzać torebki.





Stolik, przy którym siedziało pięcioro Szwedów znajdował się w części sali tworzącej tutaj sporą niszę. Właściwie były to dwa zestawione ze sobą stoliki. Sprytny kelner czy też kierownik sali, chcąc przypodobać tak dobrym gościom, umieścił na białym obrusie flagę z żółtym krzyżem, a także duży bukiet kwiatów. Teraz całe towarzystwo smętnie siedziało nad na wpół wypitymi kieliszkami koniaku. Porucznik jednak odniósł wrażenie, że nie są aż tak bardzo przybici nieszczęściem. Zwłaszcza pan Rolf Persson nie miał wyglądu wdowca zdruzgotanego ciosem, który go przed dwoma godzinami dotknął.





Muszę spisać wasze personalia. Proszę, aby jutra rano wszyscy stawili się w komendzie milicji na przesłuchanie - z tym poleceniem porucznik zwrócił się do jedynego Szweda, który władał polskim.



A teraz?



Teraz jest już późna noc. Minęła dwunasta. Możecie wrócić do „Kasprowego”.





Marek Daniec tłumaczył. Dwie siedzące przy stole kobiety uśmiechnęły się smutnie. Rolf Persson coś gwałtownie powiedział.





Pan Persson mówi, że morderca i złodziej bransoletki na pewno jest na sali. Jeżeli moi się pozwoli stąd wyjść, nigdy go nie złapiecie,- wyjaśnił Marek porucznikowi.



Adresy obecnych i ich personalia są teraz spisywane - odpowiedział porucznik. - Przesłuchiwanie tych ludzi w tej chwili nic by nie dało.



A bransoletka?



Wychodzących z sali mężczyzn rewidujemy. Paniom sprawdzamy torebki. W tej sytuacji złodziej nie zaryzykuje wyniesienia klejnotu. „Później cały lokal zostanie bardzo szczegółowo zrewidowany. Proszę uspokoić pana Perssona. Życia jego żonie naturalnie nie potrafimy przywrócić, ale mordercę i bransoletkę na pewno odnajdziemy.





Marek Daniec znowu musiał tłumaczyć.



- Proszę o wasze paszporty.



Najpierw do kieszeni sięgnął Rolf Persson. Jak wynikało z podanego dokumentu, miał czterdzieści sześć lat i stale mieszkał w Sztokholmie. Także ze Sztokholmu pochodzili małżonkowie: Inga i Ragnar Osterman. On liczył sobie pięćdziesiąt jeden lat. Jego żona była młodsza od niego prawie dwadzieścia lat. Marek Danieć skończył zaledwie dwadzieścia osiem lat. Najmłodszą okazała się ruda Szwedka Margareta Andersson. Ta liczyła sobie zaledwie dwadzieścia cztery wiosny. Podczas kiedy oficer milicji zapisywał dane w swoim notatniku, Szwedzi o czymś gwałtownie rozmawiali, Marek Daniec najwidoczniej wykonując polecenia swoich towarzyszy zapytał:





Kiedy będziemy mogli wrócić do Szwecji?



Na razie wasza obecność w Zakopanem jest konieczna. Postaramy się jednak, aby to trwało jak najkrócej.



Pan sam chyba rozumie, że po tym ciosie, pan Persson wolałby się znaleźć u siebie, wśród rodziny i przyjaciół.



Doskonale sobie z tego zdaję sprawę. Mam nadzieję, że wasza przymusowa obecność pod Giewontem potrwa kilka dni. Kiedy zamierzaliście wyjechać?



Planowaliśmy, że zabawimy w Zakopanem co najmniej dwa tygodnie. Ale teraz wszystko się zmieniło.



Bardzo mi przykro.



A co z pogrzebem?



Jutro, a właściwie już dzisiaj lekarz milicyjny dokona sekcji zwłok. Z kolei prokurator prowadzący śledztwo musi polecić wydanie ciała rodzinie. W tym przypadku - objaśniał porucznik - to prosta formalność. Potrwa najwyżej dwa dni.



Wyjeżdżając z Zakopanego chcielibyśmy zabrać ze sobą trumnę ze zwłokami. Pan Persson pragnie pochować żonę w grobie rodzinnym w Sztokholmie.



Z naszej strony nie będzie żadnych przeszkód - zapewniał oficer milicji.



O której mamy się stawić na przesłuchanie?



Najlepiej będzie, jeżeli państwo przyjdą o jedenastej przed południem - porucznik już przed tym polecił personelowi hotelu stawić się o godzinie dziewiątej.





- Obaj panowie - wyjaśniał jeszcze Marek - władają angielskim i niemieckim. Panie mówią po angielsku. Ewentualnie mogę służyć za tłumacza, jeśli w milicji nie macie nikogo władającego szwedzkim i tymi językami.



Porucznik lekko się uśmiechnął.





Mam nadzieję - odpowiedział - że jakoś sobie poradzimy. W każdym razie dziękuję panu za dobre chęci przyjścia nam z pomocą.



Nam zależy - poważnie stwierdził Marek Daniec





- na jak najszybszym ujęciu mordercy. Dlatego zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby pomóc polskim władzom. Kiedy czekaliśmy na pana porucznika, pan Persson wspomniał coś o ustanowieniu nagrody za wykrycie przestępcy.



- Dziękujemy - sucho odpowiedział oficer milicji - obejdziemy się bez tego.





Proszę się nie obrażać - Marek Daniec spostrzegł się, że popełnił gafę - w Szwecji jest to powszechnie przyjęte.



Ale nie w Polsce - krótko uciął porucznik, wstając zaakcentował tym koniec rozmowy. - Przypominam, jutro o jedenastej.





Szwedzi także podnieśli się ze swoich miejsc i udali do holu. Marek Daniec wybiegł, aby sprowadzić taksówki. Tymczasem milicja kończyła spisywanie obecnych i lokal szybko się wyludniał. Kiedy ostatni goście opuścili „Nosal”, milicjanci jeszcze przez przeszło dwie godziny przeprowadzali dokładne przeszukanie restauracyjnych pomieszczeń. Morderca raczej nie ryzykował wyniesienia bransoletki, lecz ją tu gdzieś ukrył licząc zapewne, że będzie mógł wrócić po nią w bardziej odpowiedniej chwili.Pomimo starań milicji, której ochotniczo pomagali kelnerzy, personel orkiestry i kierownik restauracji, drogocennego klejnotu nie odnaleziono. Natomiast kelnerzy bardzo dokładnie opisali porucznikowi, jak ta bransoletka wygląda. Była to dość gruba plecionka ze złotych nitek z szerokim zapięciem wysadzanym dwoma dużymi brylantami w otoczeniu kilku mniejszych rubinów. Szwedka nosiła ją na prawej ręce, na lewej znajdował się nie mniej wartościowy, platynowy zegareczek.W czasie, kiedy przeprowadzano poszukiwanie złotego skarbu, pod hotel podjechała karetka. Dwaj noszowi wnieśli do niej zwłoki. Biedna pani Gunhild Persson, wesoło bawiąca się jeszcze przed paru godzinami, w tak tragiczny sposób opuszczała „Nosal”.





Rozdział IIMówią PolacyTej nocy porucznik Stanisław Motyka na sen mógł wygospodarować zaledwie trzy godziny. O ósmej był już z powrotem w gmachu komendy miejskiej MO. Musiał przygotować prokuraturze szczegółowy piśmienny raport z wydarzenia w restauracji hotelu „Nosal” i z dotychczasowych ustaleń milicji oraz pierwszych kroków śledztwa. Poza tą „papierkową robotą”, zdał też dokładne sprawozdanie komendantowi.





Paskudna sprawa - stwierdził zwierzchnik - morderstwo cudzoziemki. Musimy jak najszybciej znaleźć przestępcę. Trzeba zawiadomić komendę wojewódzką MO.



Przygotowałem tekst teleksu.



Sam zadzwonię do pułkownika. Pewnie zechcą przejąć śledztwo. A na razie prowadźcie je dalej. Najlepiej znacie całą sprawę i nie ma powodów, aby miał ją przejmować ktoś inny.



Nigdy nie miałem tak poważnej sprawy - porucznik z jednej strony bardzo by chciał poprowadzić takie śledztwo, w którym można się „wykazać”, z drugiej zaś nie krył swojego braku doświadczenia.



Zawsze trzeba kiedyś zacząć - uśmiechnął się komendant - nie sądzę, żebyście długo prowadzili tę sprawę. Na pewno przyślą kogoś z wojewódzkiej, a może nawet z Warszawy. Kim była ta Szwedka?





Żona bogatego przemysłowca. Podobno bardzo bogatego. Obwieszona była biżuterią wartą dobrych kilkadziesiąt tysięcy dolarów.



Iz tym całym bogactwem nie miała się gdzie wybrać tylko na dansing do „Nosala”. Nic dziwnego, że jakiś łobuz zauważył tę biżuterię. Zszedł za babką do toalety, sprawdził, że tam nikogo prócz niej nie ma i wystarczyło jedno uderzenie.



Ale dziwię się, że zabrał jedynie bransoletkę.



Najłatwiej było ją zerwać z ręki.



Równie łatwo zdjąć zegarek. A platynowy, wysadzany brylantami zegareczek nie nosi najmniejszych śladów wskazujących na to, że usiłowano go zerwać z ręki zabitej.



Morderca bał się, że w każdej chwili ktoś może zejść z góry. I tak, trzeba mu to przyznać, był cholernym ryzykantem. Przecież gdyby ta kobietą zdążyła krzyknąć...



Doktor Świątek twierdzi, że zgon nastąpił natychmiast. Cios karate błyskawicznie wymierzony w skroń.



Karate?



Tak twierdzi lekarz. A przecież zna się trochę na tym. Opiekuje się miejscową sekcją judo i sam także nieco ćwiczył.



Czy taki cios wymaga specjalnej siły?



Lekarz twierdzi, że tylko umiejętności. Mogła go zadać także i kobieta.



Należy szukać przestępcy w kołach ludzi, którzy uprawiają lub uprawiali karate. Nie zapomnijcie o Franku Karate. O nim przede wszystkim.



Poleciłem pracownikom restauracji „Nosala” stawić się tutaj o dziewiątej. Przesłuchując ich ustalę, kto się kręcił koło tych Szwedów. Franka Karate nie mana mojej liście gości, którzy byli tego dnia w „Nosalu”.





Mógł wyjść natychmiast po zabójstwie. Zanim podniesiono alarm.



Mógł - przyznał porucznik - ale to jeszcze dodatkowe ryzyko, że szatniarz go zauważy.



Już i tak dużo ryzykował - komendant spojrzał na zegarek. - Dochodzi dziewiąta. Na pewno niektórzy z wezwanych przez was są już na miejscu. Bierzcie się więc do roboty. Gdybyście ustalili coś nowego, natychmiast mnie zawiadomić. Jeżeli będzie wam potrzebna pomoc, zrobimy co w naszej mocy. Powtarzam, tego przestępcę musimy znaleźć jak najprędzej.





Za chwilę przed porucznikiem zasiadł szatniarz, Józef Malinowski.





Jak usłyszałem z dołu krzyk - rozpoczął szatniarz swoje zeznania - natychmiast zbiegłem na dół. W drzwiach damskiej toalety stały dwie panie. Jedna z nich krzyczała. A tam na kafelkach leżała ta Szwedka. Nachyliłem się nad nią i wziąłem za rękę. Chciałem ratować. Ale od razu zrozumiałem, że to na nic. Ona już nie żyła. Wtedy wyprowadziłem te panie na górę, schody zastawiłem dwoma fotelami, żeby nikt nie mógł wejść i kazałem Kazikowi biec na komendę. Starałem się, aby nikt nie zatarł śladów.



Bardzo dobrze - pochwalił porucznik. - A czy w toalecie męskiej nie było nikogo?



Na pewno nie było. Dobrze pilnowałem. Nikt tam po mnie nie wszedł ani też nie wyszedł. Z tymi Szwedami to omal się nie pobiłem. Całe szczęście, że pan porucznik w porę przyszedł.



A kto wyszedł z lokalu po tym wypadku?



Nikt nie wyszedł.



Przecież drzwi nie były zamknięte.



Drzwi nie zamykałem, to prawda - odpowiedział pan Józef - ale widziałem dobrze, że nikt nie wychodził.





A przed tym, przed krzykiem tej pani?



Przed dziesiątą ruch był dość duży, bo kawiarnię opuszczali ostatni goście. Ale potem, przez jakieś pięć?zy dziesięć minut, w holu było zupełnie pusto.



Franek Karate też wtedy wyszedł?



On chyba wyszedł wcześniej. Tak zaraz po dziewiątej.



Ale był tego wieczora w „Nosalu”?



Przecież on tam jest codziennie. Choć na parę minut musi wpaść. On i tacy jak on. Pilnują swoich interesów.



Czy widzieliście, kiedy ta Szwedka zeszła na dół?



Nie.



Przecież schody do toalet są tuż przy szatni.



To musiało być wtedy, kiedy właśnie goście wychodzili z kawiarni. Przy szatni zrobił się tłok. Nie miałem czasu na rozglądanie się. Każdy chce jak najprędzej dostać swoje okrycie. Gość może w kawiarni nad pół czarnej przesiedzieć ze trzy, cztery godziny, ale w szatni nie chce czekać ani minutki.





- W ogóle zauważył pan tego wieczora tę Szwedkę?





Pewnie, że widziałem. Oni przychodzili do nas co wieczór.



Franek Karate kręcił się koło nich?



On zawsze się kręci koło zagraniczniaków. Przecież z tego żyje. Widziałem jak z tym młodym Szwedem, co mówi po naszemu, pili wódkę w barku. Jak tam poszedłem, aby wziąć od pani Marii butelkę coli.



To było wczoraj?



Nie. Jakieś trzy dni przedtem.



O której Szwedzi przyszli do „Nosala”?



Jak zwykle, gdzieś między ósmą a dziewiątą. Na zegarek nie patrzyłem, ale tak musiało być.



A potem już tej zamordowanej, nazywa się Gunhild Persson, pan nie widział?





Widziałem. Zeszli do holu i dość długo spacerowali rozmawiając.



Jak to: zeszli?



Ta Szwedka i Jędrek Szaflar. Przewodnik z Domu Nauczyciela. W ogóle zauważyłem, że on się przy niej stale kręcił. Przed tym u nas bywał bardzo rzadko. Przewodnika nie stać na chodzenie do takich lokali jak „Nosal”. Chyba, żeby go ktoś zaprosił. A tymczasem jak tylko ci Szwedzi pojawili się u nas, Jędrek nie opuścił ani jednego wieczoru.



Oni go zapraszali?



Nie wiem. Ale chyba nie, bo nie przychodził z nimi i też sam wychodził. Czy siedział z nimi przy stoliku,? to już kelnerzy będą wiedzieli.



A ta rozmowa w holu, o której się odbyła?



Chyba około wpół do dziesiątej.



O czym rozmawiali? Słyszał pan?



Mówili po niemiecku, bo Jędrek, znam go przecież od wielu lat, dobrze włada tym językiem. Był przecież przedtem przewodnikiem w pensjonatach „Orbisu”. Musiał więc znać niemiecki i wprawił się w rozmowach z cudzoziemcami.



Kłócili się? To chyba można poznać bez znajomości języka.



Nie. Mówili po cichu. Głównie mówiła ona. Wyglądało na to, że go o coś prosi, a on nie chce się zgodzić. Potem go pocałowała, a on wyszedł na dwór.





- Wróciła na górę do sali restauracyjnej?





Nie. Usiadła na fotelu w holu. Jakby na kogoś czekała. Może na niego?



A potem?



Potem to do szatni wchodzili goście z kawiarni i już jej nie widziałem. Dopiero tam na dole, na posadzce.



Zauważył pan, kiedy wrócił Szaflar?



Nie. Jędrka nie widziałem więcej. Nikogo nie widziałem. W szatni było urwanie głowy, bo na dobitek wszystkiego jakiejś pani zginął szalik. Musiałem go szukać między paltami. A on po prostu zaczepił się o wieszak. Jak się w końcu przerzedziło i w holu zrobiło się pusto, to nikt ani nie wchodził, ani nie wychodził. Kawiarnia opustoszała, a na górze, w restauracji, grała orkiestra. Oni zawsze przed kolacją dłużej grają, aby zmęczyć gości. A później muzyka się skończyła, z góry zeszły te dwie panie i poszły do toalety. Od tej chwili do „Nosala” ani nikt nie wszedł, ani nikt nie wyszedł. Za to mogę dać głowę.





Widząc, że stary szatniarz niczego więcej nie wniesie do sprawy, porucznik podziękował za zeznania, a przede wszystkim za tak przytomne zachowanie się w czasie wypadku i jako następnego zaprosił do swojego pokoju kierownika restauracji.Zygmunt Jabrzemski, siwawy mężczyzna o twarzy ogorzałej od słońca i wiatrów halnych, ongniś znakomity narciarz, krótko określił sytuację:





Paskudna sprawa - powiedział - bardzo paskudna sprawa dla mojego lokalu. Zabójstwo to straszna rzecz, a morderstwo w restauracji to wprost potworność. Współczuję panu Perssonowi, tej bieduli, ale i nam trzeba współczuć.



Reklamę wam zrobił.



Dziękuję za taką reklamę. Taka wiadomość, że w „Nosalu” mordują cudzoziemców latami będzie się za nami snuła i płoszyła nam co lepszych gości. I tak sytuacja jest ciężka. Dawniej byliśmy pierwsi w całym Zakopanem. Teraz „Kasprowy” odebrał nam najlepszą klientelę. Bezstronnie przyznaję, że lokal lepszy, bardziej nowoczesny i znacznie większy.



A jednak ci Szwedzi, chociaż mieszkali w „Kasprowym”, woleli „Nosal”.



Może im tam coś nie odpowiadało? Swoją drogą nawet się wszyscy dziwiliśmy, że oni tak co wieczór do





nas przychodzą. Przecież w Zakopanem lokali nie brakuje. Jeżeli nie „Kasprowy”, to jest jeszcze „Giewont” albo „Jędruś”, nie mówiąc o „Ermitażu” czy „Watrze” i „Wierchach”.





Dużo zamawiali? Chodzi mi o alkohol.



Szwedzi to na ogół naród trunkowy, więc i ci za kołnierz nie wylewali. Ale nigdy nie przekroczyli miary. Za to zamawiali tylko najdroższe potrawy i alkohole. Z pieniędzmi się nie liczyli. Wiadomo, jak się dolary wymienia na czarno, to Polska jest najtańszym krajem na świecie.



Franus Karate?



Może on, może inni - dyplomatycznie odpowiedział kierownik - ja na to nie patrzę, pilnuję jedynie aby na sali był porządek i goście zadowoleni.



Tych Szwedów jednak specjalnie pan obserwował. Takich dobrych gości.



Przyznaję. Starałem się, żeby byli zadowoleni. Nawet w kuchni sprawdzałem, ich zamówienie musiało być zrobione ekstra. Żadnej tam fuchy. Stolik także mieli zawsze ten sam. Na nim codziennie świeże kwiaty i szwedzka flaga. To są drobiazgi, ale tym się gościa kupuje. Najwidoczniej to nam się udało, bo codziennie u nas się bawili.



Z „dewizówkami” także?



Mieli swoje panie. Zresztą mężczyźni prawie że nie tańczyli.



A kobiety?



Te nie odmawiały, jak jakiś obcy poprosił.





- Na przykład Andrzej Szaflar?Pan Zygmunt uśmiechnął się.





Milicja wie wszystko. Szaflar jest przystojnym młodym człowiekiem i, trzeba mu przyznać, znakomitym tancerzem. Takim kobiety rzadko odmawiają.



A pani Persson?





- Ona także doskonale tańczyła. Przyjemność była patrzeć.



- Tańczyła z Szaflarem?



- Ta para mogła występować na konkursach.





A Szaflar kręcił się przy bogatej Szwedce?



Nie wiem, jak tam było między nimi. Ale wyglądało, że to raczej ona leci na przystojnego mężczyznę. Znam Szaflara, ten chłopak nie poluje na pieniądze. Ale ta Szwedka była bardzo przystojna i nie jednemu mogła w głowie zawrócić. Szaflarowi także.





- Pan dawno zna Szaflara? - zapytał porucznik - bo ja go prawie nie znam. Nie przypominam go sobie ani ze szkoły, ani z żadnych zawodów sportowych. On pochodzi z Zakopanego czy z Szaflar?





Z Poznania.



Z takim góralskim nazwiskiem?





- Pewnie jego rodzice czy też dziadkowie wywędrowali z Podhala.



- A potomek wrócił w góry?



- Tak się właśnie stało. Zjawił się tutaj jako osiemnastoletni chłopak. Z wycieczką szkolną. I od razu zakochał się w Tatrach. Zaraz po maturze zamieszkał w Zakopanem. Chwytał się najrozmaitszych zajęć, aby z czegoś żyć i cały wolny czas spędzał na włóczędze po Tatrach. Poznał je lepiej niż niejeden z nas. Niełatwo ceprowi zostać przewodnikiem tatrzańskim, ale jednak Szaflarowi udała się ta sztuka. Bodaj jako czwartemu w ogóle człowiekowi z nizin.





A kto był pierwszym?



Chyba Kazio Dziób. Pamiętam, jak zdawał i jak go miejscowi chcieli zagiąć. Nawet kazali mu wyliczyć, ile jest krzyży w Dolinie Kościeliskiej.



Ja, chociaż z górali - roześmiał się porucznik - nie potrafiłbym na to odpowiedzieć. Ile?



Razem cztery.





- Ile lat ma Szaflar?





On tylko tak młodo wygląda. Już dobija do trzydziestu pięciu.



To starszy ode mnie. Nigdy bym nie przypuszczał. Czy jest żonaty?



Był. Ale małżeństwo się rozleciało. Podobno nie z winy Szaflara. Ale niełatwo być żoną przewodnika tatrzańskiego i członka Góralskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego.



To prawda - przyznał Motyka - ale wracajmy do naszych przykrych spraw. Nie zauważył pan, kto się przy tych Szwedach kręcił?



Pani Persson lubiła tańczyć z Szaflarem. Ona mu chyba także wpadła w oko, bo odwiedział nas codziennie.



Mąż na to nie reagował?



Nie. Parę razy widziałem Jędrka i pana Perssona, jak siedzieli w barku i przyjacielsko ze sobą rozmawiali. A za te koniaki, które tam wypili, płacił Szwed.



A inni?



Panie tańczyły z różnymi przygodnymi gośćmi. Ale to zawsze kończyło się na jednym czy kilku tańcach. Ten młody Szwed, Marek, obtańcowywał tę drugą mężatkę.



A ruda?



Czasem tańczyła z panem Perssonem lub z tym drugim starszym Szwedem, Najrzadziej z Polakami.



Z Szaflarem?



Może raz ich widziałem na parkiecie. Częściej chodziła z panem Perssonem do barku. Ale to raczej on pił, a nie ona.



Przecież mieli alkohol na stole.



Zamawiali polskie wódki i francuskie koniaki. W barku pan Persson najczęściej pił whisky. Ona sok pomarańczowy.



Panią Persson przezywano „bransoleta”?



Słyszałem o tym. Tak ją podobno nazwała Czarna Lola i to się przyjęło. Ta bransoletka rzucała się w oczy. Nie bardzo zresztą pasowała do osoby właścicielki.





Dlaczego?



Pani Persson była bardzo elegancką kobietą. Prawdziwą damą. A ta bransoletka raczej by pasowała jakiejś nowobogackiej.



Inną biżuterię pani Persson miała również kosztowną?



Ale nie tak demonstracyjnie rzucającą się w oczy.



Niewiele mi pan powiedział, panie kierowniku.



Niestety, nie mogę panu pomóc, choć bardzo chcęc Kiedy się uważa na całość, łatwo pominąć pewne drobiazgi.



Może pan chociaż zapamiętał ostatnie momenty przed tym, nim się pan dowiedział o zbrodni.



Orkiestra poszła na kolację, goście siedzieli przy stolikach.



A kiedy orkiestra jeszcze grała? Czy pani Persson tańczyła z Szaflarem albo z kimś innym?



Widziałem, że tańczyli. Ale czy to było wtedy, gdy orkiestra grała te ostatnie kawałki, tego nie mogę powiedzieć. Na pewno nie siedziała przy stoliku.



A reszta Szwedów?



Chyba tak.



Chyba czy na pewno?



Nie jestem pewien. Nie mógłbym przysiąc.



Czy pan zna sportowców uprawiających karate albo takich, którzy w przeszłości uprawiali tę dyscyplinę?



Trochę ich znam. Ale w Zakopanem to nie jest zbyt popularne.



A tacy byli wtedy w restauracji?



Mignął mi Franciszek Bujak. Jego nawet nazywają „Karate”. Jednakże zaraz po ósmej wyszedł, bo już go więcej nie widziałem. Może siedział w kawiarni? Albo w „Zbójeckiej Piwnicy”?





Lekarz twierdzi, że śmiertelny cios, jaki pani Persson otrzymała, może pochodzić z ręki człowieka biegłego w sztuce karate.



Doktor Świątek na tym się zna - przyznał kierownik - sam przecież trochę uprawia judo. Wczoraj na sali nie było prawie miejscowych gości. Jedynie ci Szwedzi i różni wczasowicze. Mógł być wśród nich i karatowiec. Franka nie posądzam o taki skok. Przecież i tak dobrze zarabia.



Ta bransoletka warta jest około dziesięciu tysięcy dolarów.



To dużo. Ale chyba za mało, żeby skusić Franka.



A kogo?



Nie wiem - przyznał kierownik - powiedziałem już wszystko, co tylko wiedziałem. I bardzo bym chciał, żebyście tego drania jak najszybciej złapali.





Saksofonista orkiestry jazzowej, grającej od miesiąca w „Nosalu”, nie miał żadnych wątpliwości.





Panie poruczniku - tłumaczył - jak się gra, to dużo rzeczy można zauważyć. Widziałem, że ta Szwedka, kiedy tylko pierwszy raz się zjawiła w „Nosalu”, od razu zagięła parol na tego chłopaka z odznaką tatrzańskiego przewodnika. W tańcu kleiła się do niego. Ciągnęła do barku na drinka.



A Szaflar?



Tańczy znakomicie, ale zachowywał się bardzo poprawnie. Żadnych tam pocałunków czy przyciskam W barku nie pozwalał jej płacić, chociaż dla niego to był na pewno większy wydatek niż dla niej. Przecież taki przewodnik groszem nie śmierdzi.



Z innymi pani Persson także tańczyła?



Nie. Nigdy. Wyłącznie z Szaflarem. Za to nie opuszczali ani jednego tańca.



A co mąż na to?





-Ci Szwedzi są widocznie inni niż Polacy. On wyraźnie był zadowolony, że ma pomocnika.



- W tańcu? Saksofonista roześmiał się.





Nie wiem czy tylko w tańcu, czy też i gdzie indziej. Facet był jednak wyraźnie zadowolony widząc, że jego żona durzy się w Polaku.



Zbrodnia została popełniona prawdopodobnie w tym czasie, kiedy orkiestra grała ostatni kawałek przed pójściem na kolację. Czy widział pan wtedy panią Persson?





Saksofonista chwilę się zastanawiał.





Nie. Wtedy nie tańczyli. Pamiętam, że kiedy skończyliśmy grać przedostatni kawałek przed kolacją, to Szwedka i Szaflar zeszli schodami na dół. Już ich później nie widziałem.



A Franka Karate?



Tego widziałem przez chwilę zaraz na początku, kiedy zaczynaliśmy grać. Później stał koło schodów. Rozmawiał z tym najmłodszym Szwedem. Tym, który mówi po polsku. Coś tam poszeptali i Franek pożegnał się z nim.



Kiedy to mniej więcej było?



Gdzieś przed dziewiątą. Potem go nie widziałem.



A reszta Szwedów? Tańczyli?



Marek chyba ze dwa razy z tą drugą mężatką. Ją także widziałem, jak tańczyła z jakimś wczasowiczem.



A mężczyźni i ta trzecia? Młoda, ruda.



Z rudą pan Persson raz zatańczył, a potem poszli do barku. Więcej ich nie widziałem na parkiecie.



Siedzieli przy stoliku?



Jak orkiestra gra i publiczność tańczy, to tamtego stolika w głębi sali nie mogę zobaczyć.





Zeznający kelnerzy również pamiętali, że Gunhild Persson tańczyła tego wieczoru wyłącznie z Andrzejem Szaflarem. Pytani o to, czy w czasie, gdy orkiestra grała ostatni kawałek, Szwedka była na parkiecie, nie umieli dać jednoznacznej odpowiedzi. Co do reszty zagranicznego towarzystwa, to jeden z kelnerów uważał, że cała piątka znajdowała się wtedy przy stoliku, drugi zaś twierdził, że siedziało tam dwie, a najwyżej trzy osoby. Ale kogo nie było, tego kelner nie umiał ustalić.Bufetowa, pani Maria Lisowska, zeznała, że z całego szwedzkiego towarzystwa tego wieczoru barek odwiedzili tylko pan Persson i pani Margareta Andersson. Wypili po jednej whisky. To było chyba jakieś piętnaście minut przed tym, nim orkiestra udała się na kolację. Może nawet wcześniej. Przy bufecie byli niedługo. Do barku przyszli po tańcu, bo pan Persson był dość zmęczony.





A pani Persson?



Tego wieczoru do barku nie przyszła. Owszem, czasami tu przychodziła z Andrzejem Szaflarem. Ona zawsze chciała płacić, ale on nie pozwalał. Pieniądze brałam od niego. Rozmawiali po niemiecku. Znam dobrze niemiecki, ale nie podsłuchiwałam.



Przypadkowo mogła pani coś usłyszyć.



Musiało to nie być nic ważnego, bo nie pamiętam. Ona wyraźnie była zainteresowana Szaflarem. On na początku sprawiał takie samo wrażenie, potem jednak jakby nieco ochłódł i starał się być bardziej oficjalny. To dla mnie jako dla kobiety było zupełnie jasne. Po prostu lubił z nią tańczyć, ale nie chciał się posunąć za daleko.



A Franek Karate?



Raz czy dwa razy popijał u mnie z tym Markiem. Nawet mówili sobie po imieniu. Przy mnie Franek wręczał jakieś pieniądze Szwedowi. Musiało tego być dobre kilkadziesiąt tysięcy. Ci Szwedzi, to bardzo bogaci ludzie. Kiedyś, z pięć dni temu, przyszła do barku ta druga pani, żona tego młodszego. Kupiła najdroższy francuski koniak i całą butelkę zaniosła orkiestrze.





Przesłuchania innych pracowników hotelu „Nosal” nie wniosły do sprawy niczego nowego. Tyle, że kelnerki z kawiarni widziały tam Franka Karate. Przyszedł około godziny siódmej wieczorem. Siedział przy stoliku z kolegami. Parę razy wychodził z sali i wracał po dziesięciu lub piętnastu minutach. Około godziny dziewiątej zapłacił i wyszedł.Porucznik po przesłuchaniu tych wszystkich osób wykręcił numer Domu Nauczyciela i poprosił do telefonu Andrzeja Szaflara. Portier, który odebrał telefon, poinformował oficera milicji, że dzisiaj przewodnik w ogóle nie stawił się do pracy, chociaż umówiona była wycieczka na Czerwone Wierchy. Dotychczas nie usprawiedliwił także swojej nieobecności.Stanisław Motyka posłał też jednego z milicjantów po Franciszka Bujaka, który czasami mieszkał u swoich rodziców, oraz do domu Franka Karate. Gdyby milicjant go zastał, miał go od razu przyprowadzić do komendy. Jeśli nie, to zostawić zawiadomienie o stawienie się w dniu jutrzejszym o godzinie dziewiątej rano.Oficer milicji także telefonował do hotelu „Giewont” do kawiarni „Europejskiej” i innych lokali, w których konkurent kas walutowych najczęściej „urzędował”. Ale nigdzie tam Franus Karate od rana się nie pojawił.Porucznik spojrzał na zegarek. Przesłuchania personelu „Nosala” zajęły mu sporo czasu. Dochodziło południe. A przecież piątka Szwedów była zamówiona na jedenastą.Oficer milicji wyszedł więc do poczekalni, gdzie zastał wezwanych w komplecie. Przeprosił ich za zwłokę i jako pierwszego zaprosił do swojego pokoju Marka Dańca.Rozdział IIIMówią SzwedziPrzy sprawdzaniu personaliów przesłuchiwanego padło pytanie:





Wykształcenie?



Inżynier mechanik - odpowiedział Marek Daniec - skończyłem uczelnię w Lund.



Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, w tych tragicznych okolicznościach w holu hotelu „Nosal”, przedstawił się pan jako sekretarz osobisty Rolfa Perssona.



Bo naprawdę pełnię taką funkcję.



Inżynier mechanik?





Marek Daniec uśmiechnął się gorzko:





Pan ciągle rozumuje polskimi kategoriami. W Szwecji młody człowiek z dyplomem, jeżeli nie chce być bezrobotnym, musi brać taką pracę, jaką uda mu się znaleźć. Zresztą posada u pana Perssona jest znacznie lepsza niż gdzie indziej i daje perspektywy, że z czasem otrzymam u niego stanowisko odpowiadające mojemu wykształceniu. Na razie trzeba czekać.



Kim właściwie jest Rolf Persson?



Generalnym dyrektorem „Szwedzkich Zakładów Łożysk Kulkowych”. To wielki koncern dzisiaj nie ograniczający się już tylko do łożysk tocznych, ale między innymi produkujący silniki elektryczne, a nawet podzespoły do układów scalonych. Łożyska pozostały jedynie dość niewielką częścią całej produkcji i słowem w nazwie firmy. Zakłady są spółką akcyjną, ale wszystkie akcje znajdują się w ręku rodziny. Jednej z tych trzydziestu rodzin, które rządzą Szwecją. I muszę stwierdzić, że w tym stwierdzeniu niewiele jest przesady.





Skąd pan tak dobrze włada polskim? Nazwisko także ma pan bardziej słowiańskie niż skandynawskie.



Moi rodzice byli więźniami hitlerowskich obozów koncentracyjnych. Pod koniec wojny prezesowi Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, zresztą bratankowi ówczesnego króla szwedzkiego Gustawa V, udało się namówić Himmlera do wyrażenia zgody na ewakuację do Szwecji około dwudziestu tysięcy więźniów. Wśród tych więźniów byli właśnie moi rodzice. Poznali się i pobrali w Szwecji i tam też pozostali przyjmując obywatelstwo szwedzkie. Właśnie fakt, że znam język polski, zadecydował o otrzymaniu pracy u pana Perssona, którego z Polską łączą różne kontakty handlowe.



A pan Osterman?



To także poważny szwedzki przemysłowiec. Właściciel stalowni. Wytwarza się tam różne gatunki stali szlachetnej. Co najmniej połowę produkowanych na świecie żyletek wyrabia się właśnie z jego stali. Między innymi chyba i polskie polsilvery. Nasz koncern jest bardzo ściśle związany ze stalowniami Ostermana.





- A pani Margareta Andersson?Marek pozwolił sobie na uśmiech:





Jest sekretarką Ostermana i panną do towarzystwa Ingi Osterman. Naturalnie tylko tutaj, w Zakopanem.



Bardzo przystojna dziewczyna.



Nie w moim guście. A także, zapewniam pana, nie w guście Ostermana.



Wracajmy jednak do wypadków tamtej nocy.





Proszę mi szczegółowo opowiedzieć cały przebieg waszego pobytu w „Nosalu”.





Jak zwykle przyjechaliśmy do „Nosala” gdzieś po godzinie ósmej wieczorem...



Od dawna - przerwał porucznik - odwiedzaliście ten lokal?



Do Zakopanego przyjechaliśmy przed dziewięciu dniami. Zaraz na drugi dzień jedliśmy kolację w „Nosalu”. To ja zaproponowałem, by nie spożywać wszystkich posiłków w „Kasprowym”, ale także odwiedzać i inne zakopiańskie lokale. I tak już przyjęło się, że pozostaliśmy przy „Nosalu”.



Dlaczego?



Pani Gunhild Persson bardzo ten lokal przypadł do gustu.



Lokal czy Jędrek Szaflar?



Nie wiem - wykręcił się Daniec.



Czy Szaflar przysiadał się do waszego stolika?



Raz czy dwa razy na zaproszenie pana Perssona. Ale raczej tego unikał.



Dlaczego! Czy dlatego, że flirtował z jego żoną?



Pan Szaflar jest bardzo ambitnym człowiekiem. Krępował się jeść i pić za cudze pieniądze. A jego samego przecież nie stać by było na regulowanie takich rachunków. Co zaś do tego, jak pan to mówi „flirtu”, pan się myli. To właśnie pan Persson, który sam rzadko tańczy, a wiedział, jaką amatorką tańca jest jego małżonka, zawsze namawiał Szaflara i panią. Gunhild do wyjścia na parkiet. Zawsze też zapraszał pana Andrzeja na następny wieczór w „Nosalu”. Zresztą i we dnie widywaliśmy się z panem Szaflarem, który oprowadzał nas po Tatrach. Po prostu przyłączaliśmy się do wycieczek jego grupy.



Wszyscy?



Pan Persson nie był zwolennikiem zbyt „stromych” spacerów. Ale pani Gunhild i Ostermanowie





chętnie uczestniczyli w tych wyprawach. Ja także, jeżeli nie miałem jakichś spraw do załatwienia, z wielką przyjemnością wędrowałem po górach. Wprawdzie już parokrotnie byłem w Zakopanem, ale dopiero teraz pod kierunkiem tak wytrawnego przewodnika poznawałem piękno Tatr.





A Margareta Andersson?



Jej, niestety, serce nie pozwalało brać udziału w tych wycieczkach.



Wracajmy do tamtego wieczoru.



Jak już powiedziałem, przybyliśmy do „Nosala” około ósmej. Stolik na nas czekał. Zaraz zjawił się kierownik sali, który nas poinformował, jakie to smakowitości kucharz specjalnie dla nas przygotował. Całe towarzystwo miało dobry nastrój. Trochę się piło, jedzenie było naprawdę doskonałe. Panie trochę tańczyły. Nawet panowie Osterman i Persson puścili się w tany.



A pani Gunhild?





- Jeden raz zatańczyła z Ostermanem. Później, kiedy zjawił się pan Szaflar, tańczyła jedynie z nim.





Czy Szaflar przysiadł się do was?



Kiedy pewnego razu odprowadzał na miejsce panią Gunhild, pan Persson prawie siłą usadził go na wolnym krześle, zmusił do wypicia kieliszka koniaku i zjedzenia jakiejś przekąski. Szaflar zawsze siedział w kawiarni i jedynie, kiedy orkiestra zaczynała grać, przechodził do restauracji. Więc i teraz po wypiciu tego drinka wymówił się od dalszego asystowania nam, tłumacząc, że w kawiarni czekają na niego przyjaciele. Zrozumiałem to jako wybieg. W kawiarni można spędzić wieczór przy pół czarnej. Nie to, co w restauracji.



Tak więc tańczyliście i ucztowaliście. Wreszcie nadeszła pora, kiedy orkiestra grała ostatni raz przed kolacją. Co się wtedy działo przy waszym stoliku?





Siedzieliśmy w piątkę. Nie było pani Gunhild.



Czy tańczyła?



O ile sobie przypominam, to pani Persson w ogóle w czasie poprzedniej przerwy nie wróciła do stolika. Tańczyła z panem Szaflarem.



A ten taniec... widział ją pan wtedy na parkiecie?



Chyba nie, ale nie jestem pewien.



W czasie tego wieczoru odwiedzaliście barek?



Ja tam nie byłem. Ostermanowie chyba także nie. Natomiast pan Persson po zatańczeniu z Margaretą wstąpił do barku na jedną whisky.



Kiedy to było?



Licząc tańcami, to poprosił dziewczynę wtedy, kiedy orkiestra grała trzeci kawałek przed udaniem się na kolację.



A wrócili?



Chyba w czasie ostatniej przerwy przed kolacją muzyków.



Wtedy, kiedy pani Persson była nieobecna?



Tak.



Co było dalej?





- Kiedy orkiestra skończyła grać i odłożyła instrumenty, patrzyłem na pary wracające z parkietu. Ale nigdzie nie dostrzegłem pani Gunhild ani jej tancerza. Ta nieobecność nie wywołała żadnego zaniepokojenia w naszym towarzystwie. Zaraz potem na salę weszła jakaś pani i powiedziała, że na dole leży zamordowana kobieta. To już nas zaniepokoiło. Zeszedłem na dół i tam usłyszałem, że „zabito Szwedkę”. Natychmiast wywołałem pana Perssona i usiłowaliśmy zejść na dół schodami prowadzącymi do toalety. Ale szatniarz nas nie puszczał. Wtedy nadeszła milicja.





Czy pani Persson miała tego dnia na ręku złotą bransoletkę?



Na pewno miała. Pamiętam bardzo dobrze. Zresztą pani Persson w ogóle nie rozstawała się z tym klejnotem.



Miała inną elegancką biżuterię.



Czego nie można powiedzieć o tej bransoletce. Była bardzo droga, ale brzydka. To podobno pamiątka po matce, która umarła młodo i ten klejnot kupiła wtedy, kiedy nagle przyszło bogactwo. Zakłady były dawniej małą fabryczką. Dwie wojny światowe, podczas których Szwecji udało się zachować neutralność, zamieniły je w wielki koncern przemysłowy. Do bogactwa trzeba się także przyzwyczaić i umieć nie demonstrować go. Bransoletka pochodziła z okresu, kiedy bogactwo już było, ale tej drugiej cechy jeszcze brakowało.



Państwo Persson mają dzieci?



Syna. Chłopak ma czternaście lat.



Czy zna pan Franciszka Bujaka nazywanego Karate?



Znam.



Pan załatwiał z nim jakieś interesy?



Zdaje mi się, że polskie prawo pozwala uchylić się od odpowiedzi, jeśliby to mogło zaszkodzić odpowiadającemu.



Dobrze pan zna polskie przepisy. Ale ja prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa i nie obchodzą mnie jakieś czarnogiełdowe machlojki.



Tu machlojek nie było żadnych. Po prostu w kasie „Pewexu” wymieniałem dolary na bony. Bony dawałem do sprzedaży panu Bujakowi. Nie będę przecież sprzedawał bonów stojąc na ulicy.





Porucznik uśmiechnął się.





Powiedzmy, że pan zeznał prawdę. To i tak z tymi bonami nie jest w porządku. Cudzoziemcy nie wymieniają swoich walut na bony.



Na kasach „Pewexu” nie ma żadnej informacji, że cudzoziemiec nie może dokonać takiej wymiany.





Oficer milicji machnął ręką.





Nie chodzi mi o to. Czy wczoraj miał pan jakieś kontakty z Frankiem Karate?



Rozmawiałem z nim jedynie przez chwilę. Powiedziałem mu, że nic dla niego nie mam i pożegnaliśmy się.



Kiedy to było? Czy on podszedł do waszego stolika?



Nie. Wszedł na salę i z daleka kiwnął na mnie. Rozmawialiśmy na schodach. To trwało najwyżej dwie, trzy minuty. Pożegnaliśmy się i on zszedł na dół.



Czy orkiestra wtedy grała?



Tak.



Pani Persson tańczyła?



Tak. Tańczyła. Przypominam sobie to wyraźnie, bo przechodząc koło nich powiedziałem jej zwykły komplement. Pochwaliłem, że są najlepiej tańczącą parą na parkiecie. To zresztą było szczerą prawdą, bo ona i Szaflar mogliby brać udział w konkursach.



A potem?



Potem już pana Bujaka nie widziałem.





Marek Daniec w dalszym ciągu ofiarowywał porucznikowi swoje usługi jako tłumacz, ale oficer milicji podziękował.



- Dam sobie jakoś radę - powiedział i jednocześnie w duchu dziękował nauczycielom, którzy byli nieubłagani przy nauce angielskiego. W tym więc języku rozmawiał z panem Rolfem Perssonem.



Szwed był spokojny, ale stanowczy.



- Domagam się - tak zaczął rozmowę - jak najszybszego ujęcia przestępcy. Poza tym nie możemy siedzieć w Zakopanem do końca świata. Sprawa przecież jest jasna. Wiadomo, jaki był powód zbrodni i pan chyba także nie ma żadnych wątpliwości, w jakich kręgach należy szukać mordercy.





Przecież państwo i tak mieli być w Zakopanem co najmniej dwa tygodnie.



Mieliśmy takie zamiary. Ale, niestety, wobec ciosu, jaki mnie spotkał, dalszy pobyt tutaj uważam za bezcelowy. Muszę wracać do Sztokholmu. Zająć się pogrzebem. Poza tym pilne interesy firmy także wzywają mnie do powrotu.



Doskonale pana rozumiem. Zrobimy co w naszej mocy, aby wasz pobyt tu trwał jak najkrócej. Powiedział pan, że pan wie, w jakich kręgach należy szukać mordercy. Co, czy kogo pan miał na myśli?



Żona stale tańczyła z pewnym młodym człowiekiem. Przewodnik górski. Dla takiego bransoletka stanowiła prawdziwą fortunę.



Pan oskarża Andrzeja Szaflara o zabójstwo pańskiej żony?





Szwed zmieszał się.





Nikogo nie oskarżam - odpowiedział - ale sugeruję władzom, że tę sprawę należy wyjaśnić.



Na pewno to wyjaśnimy. Ale nie możemy się ograniczać do tego jednego tropu. Mogą być i inni podejrzani.



Jacy?



Mówię to tylko przykładowo. Zdarza się na przykład, że mąż woli zbrodnię zamiast rozwodu.





Cios był celny. Szwed w pierwszej chwili otworzył usta i nie mógł wydobyć z nich słowa. Wreszcie odzyskał równowagę.





Pan mnie oskarża o zabicie żony i o rabunek bransoletki?



Nikogo nie oskarżam. Dałem panu jedynie przykład, że sprawa może mieć różne aspekty. To samo dotyczy bransoletki. A może w ogóle nie została zrabowana?



Jak to?



To proste. Pani Persson mogła jej tego dnia nie włożyć. Mogła ją zgubić albo podarować komuś.



Za parę dni tańca zapłata w wysokości dziesięciu tysięcy dolarów?



Zna pan chyba powiedzenie, że kobiety są nieobliczalne. Ale nie spotkaliśmy się tutaj, aby prowadzić akademickie dyskusje. Proszę, niech pan mi opowie przebieg tego ostatniego wieczoru w „Nosalu”.





Szwed dziwnie się uspokoił, a nawet spokorniał.





Przyjechaliśmy jak zwykle około godziny ósmej wieczorem. Zamówiliśmy kolację. Wypiliśmy jakiś koktajl. Muzyka była przyjemna. Panie lubią tańczyć. Ja również tańczyłem, chociaż poruszam się na parkiecie jak niedźwiedź w cyrku. Żona bardzo lubiła tańczyć i znalazła doskonałego partnera w tym przewodniku. Ja byłem zadowolony, że Gunhild dobrze się bawi.



Ile razy pan tańczył?



Dwa razy. Raz z Ingą i raz z Margaretą.



Odwiedzał pan barek?



Tak. Kiedy poprosiłem do tańca Margaretę, orkiestra zagrała jakąś diabelską melodię. Po paru minutach tchu nie mogłem złapać. Poszliśmy do barku trochę się ochłodzić. Potem wróciliśmy do stolika i już się stamtąd nie ruszaliśmy, aż do momentu, kiedy Marek przyszedł nam powiedzieć o nieszczęściu.



Do toalety pan nie wychodził?



Nie.





- A pozostali?



- Marek chyba wychodził do tego waluciarza, który nam dostarczał polskich pieniędzy. To zupełnie legalna transakcja. Cała waluta wpływa do banku. U was są różne kursy i to można wykorzystać.



Oficer milicji nie uczynił żadnej uwagi.



- Chyba Inga raz poszła do toalety. No i jak wiemy Gunhild. Na swoje nieszczęście. Teraz rozumiem, dlaczego panie lubią tam zawsze chodzić we dwie.





Pan pamięta ostatni zestaw melodii granych przez orkiestrę, zanim poszli na kolację?



Melodii nie pamiętam, ale wiem, że wtedy w piątkę siedzieliśmy przy stoliku. Nie było Gunhild.



Tańczyła?



Nie widziałem jej na parkiecie. Ani Szaflara.



A Franciszek Bujak. Ten od walut?



Jego także nie widziałem. Tylko jak rozmawiał z Markiem. Ale to było dużo wcześniej. Gdzieś zaraz po naszym przybyciu do lokalu.



Dlaczego stale bywaliście w „Nosalu”?



To Gunhild tak się ten lokal podobał. Zresztą, przyznaję, jest zupełnie niezły.



Czy poza Szaflarem pana żona nie zawarła jakichś innych znajomości?



Nie. Gunhild uwielbiała taniec. Kiedy więc znalazła równego sobie partnera, z żadnym innym nie tańczyła.





Kończąc rozmowę z panem Perssonem, oficer milicji uprzedził;go, że wszyscy wezwani dzisiaj będą jeszcze oficjalnie przesłuchani. Gdyby Pan Persson przypomniał sobie jakieś istotne szczegóły z przebiegu ubiegłego wieczoru, nadarza się okazja poinformowania o tym milicji. Natomiast szwedzki przemysłowiec ponownie nalegał, aby całe towarzystwo mogło jak najprędzej opuścić Zakopane. W formie nieco zawoalowanej groźby mówił nawet, że poprosi swoją ambasadę o interwencję w tej sprawie.Inga Osterman niewiele miała do powiedzenia. Przyznała, że tańczyła trzy razy. Ze swoim mężem zaraz na początku, a później z jakimś Polakiem. Raz także udała się do toalety, aby poprawić urodę. Nie spotkała tam nikogo. Widziała panią Gunhild, jak tańczyła z przewodnikiem. Zresztą pan Szaflar siedział przez pewien czas przy ich stoliku. Pomysł przyjazdu do Zakopanego wyszedł od niej, bo dużo słyszała o urokach Tatr od znajomych Polaków. Z Perssonami są od lat zaprzyjaźnieni i bardzo często wybierają się razem za granicę. To zupełnie naturalne, że przemysłowcy, ludzie ogromnie zajęci, zabierają ze sobą swoich sekretarzy, bo nawet na urlopie trzeba czuwać nad interesami. Mogą oczywiście powstać podejrzenia, że mąż i taka ładna sekretarka... Ale to nieprawda. Margareta jest korekt pod tym względem. W ogóle to miła dziewczyna.





Do barku pani nie chodziła?



Nie. Raz tam byłam, aby kupić dla orkiestry butelkę koniaku. Zagrali bowiem melodię, z którą łączą mnie piękne wspomnienia. Więcej tam nie byłam.



Chodziła pani na wycieczki z Szaflarem?



Tak, chodziłam. Było bardzo przyjemnie.



W tych wycieczkach brali także udział Polacy?



Tak. Z tego pensjonatu, gdzie pracuje pan Szaflar?



Poznała pani tych ludzi?



Jak to na wycieczce. Z niewielu z nich mogłam się swobodnie porozumiewać. Znam tylko angielski, który w Polsce nie jest najbardziej popularny. Mężowi i Gunhild było łatwiej, bo władają także niemieckim. Szczególnie Gunhild dobrze znała ten język.



Czy kogoś z tamtych wycieczkowiczów widziała pani wczoraj w „Nosalu”?



Jedynie pana Szaflara.



A teraz dyskretne pytanie. Czy pani Persson była zakochana w Szaflarze i on w niej? Przed kobietą takie sprawy przecież się nie ukryją.



Niewątpliwie Szaflar bardzo się podobał Gunhild. Ona jemu chyba także. To może było trochę więcej





niż flirt. Ale na pewno Gunhild nie posunęła się za daleko. Szwedki przed ślubem prowadzą bardzo swobodne życie. Mamy nieco inną moralność niż narody żyjące na południe od Skandynawii. Natomiast w małżeństwie zdrada kobieca jest raczej rzadkością. Poza tym taki krok Gunhild ogromnie by skomplikował stosunki finansowe tego małżeństwa. To dla Gunhild byłoby zbyt wielkie ryzyko. No, a co się tyczy pana Szaflara... Gunhild była efektowną, a nawet można powiedzieć piękną kobietą. Przy tym była inteligentna, wesoła, doskonale tańczyła. Miała wszystkie atuty, aby mu się też podobać. Ale on doskonale rozumiał sytuację i także nie chciał się bardziej angażować. Wiedział, że to kilkudniowa, przelotna znajomość. Urwie się bezpowrotnie wraz z naszym wyjazdem stąd.





Czy w czasie, kiedy orkiestra grała ostatnie melodie przed udaniem się na kolację, pani tańczyła?



Nie.



A inni z waszego towarzystwa?



Siedzieliśmy całą piątką przy stoliku. Tylko Gunhild nie było, ale nie widziałam, żeby wtedy tańczyła.





Pan Osterman był jowialnym, wesołym mężczyzną. Niezbyt się przejął tragedią rodziny Perssonów i nawet się z tym specjalnie nie krył. Wcale nie nalegał, aby jak najprędzej wrócić do Sztokholmu. Przeciwnie, otwarcie powiedział, że nie miałby nic przeciwko temu, aby pod Giewontem pobyć dłużej niż zaplanowane dwa tygodnie. Interesy są wprawdzie interesami, ale co to za interesy przy tych podatkach, „jakie nakłada rząd bez względu czy wywiesza socjalistyczną czy też liberalną flagę. Życie w Szwecji jest ciężkie i staje się coraz cięższe. Natomiast w Zakopanem żyje się przyjemnie. Gazet szwedzkich tu nie ma, co jest dużym urokiem tego miasta. A jakie piękne dziewczyny! Widział jedną w „Nosalu”, cóż, kiedy żona... Musi tutaj kiedyś przyjechać sam. Rolfa Perssona zna





od wielu lat. Przyjaźnią się. Kierownicy dwóch współpracujących ze sobą przedsiębiorstw powinni się ze sobą przyjaźnić. Persson jest solidnym człowiekiem. Doskonałym menadżerem. Gunhild była przemiłą kobietą. Trochę flirtowała z tym przewodnikiem, ale to Rolfowi nie przeszkadzało. Po piętnastu latach małżeństwa trzeba umieć być wyrozumiałym dla pewnych słabości drugiej strony. Tym bardziej, jeśli prócz miłości jest się związanym wspólnymi interesami. Przecież akcje koncernu, którego Persson jest generalnym dyrektorem, należą do jego żony i do rodziny żony. On, Ragnar Osterman, tego wieczoru raz tańczył. Że swoją żoną. Potem jacyś Polacy prosili ją do tańca. To dobrze, bo Inga także lubi tańczyć, a jego po wycieczce do Czarnego Stawu trochę bolały nogi. Kobieta nigdy się tak nie zmęczy, żeby nie chciała tańczyć. W piątkę siedzieli przy stoliku, kiedy orkiestra grała, a później poszła na kolację. Zaraz potem Marek przetłumaczył im, że jakaś kobieta powiedziała, iż w toalecie leży zabita Szwedka. Marek i Rolf wybiegli z sali.





Czy pani Persson miała tego dnia w „Nosalu” tę bransoletkę?



Ona ją zawsze nosiła. Szkaradna bransoletka. Brzydszej trudno sobie wyobrazić. Ale ona była dziwnie przywiązana do tego paskudztwa. Przecież mogła sobie zafundować i ładniejszą, i znacznie droższą. Stać ją było na to. Mówiła, że nosi ją dlatego, żeby zawsze pamiętać kim jest i z jakiej rodziny pochodzi. Bo jej rodzina wywodzi się od zwykłych kowali wiejskich. Nawet nie chłopów, a takich bez ziemi, co imali się różnych zajęć, aby przeżyć. Dopiero jej dziadek rozbudował swoją kuźnię w małą fabryczkę, gdzie zaczął produkować początkowo niezbyt udane łożyska kulkowe. Pierwsza wojna pozwoliła mu stanąć na nogi. Jego syn dalej rozwijał rodzimy zakład i po drugiej wojnie światowej zamienił go w potężny koncern. Tę bransoletką kupiła matka Gunhild, kiedy dorobili się pierwszego miliona.





Franciszka Bujaka nazywanego Karate pan zna?



Wesoły młody człowiek. Bardzo obrotny.



Korzystał pan z jego usług?



Wszelkie sprawy finansowe załatwiał nam Marek Daniec. On się lepiej orientuje w waszych zawiłościach gospodarczych. Poza tym włada waszym językiem.



Kiedy tak siedzieliście w piątkę przy stoliku, widział pan Franka Karate?



Widziałem. Przeszedł szybko przez salę, podszedł do bufetowej urzędującej w barku, która coś mu podała. Mogła to być jakaś butelka. On zaraz odszedł i skierował się do drzwi, które łączą recepcję hotelu z restauracją. Znikł za tymi drzwiami. Potem orkiestra przestała grać.



Jest pan tego pewien?



Absolutnie.



O to samo pytałem pozostałych państwa. Ani Marek, ani pan Persson, ani też pańska żona tego nie zauważyli.



Bo oni siedzieli bokiem do barku, a ja na wprost barku i tej ściany, gdzie są drzwi do recepcja hotelowej.





Poza tym nadzwyczaj ważnym dla śledztwa szczegółem, zeznania pana Ostermana niczego nowego nie wniosły do sprawy, więc z kolei jego miejsce zajęła ostatnia ze Szwedek, panna Margareta Andersson..Sekretarka pana Ostermana miała najmniej do powiedzenia w tej sprawie. Potwierdziła, że tańczyła jeden raz z panem Perssonem i razem z nim poszła do barku. Tam nie bawili zbyt długo. Wrócili do stolika. Z Polakami nie tańczyła, chociaż kilku z nich zapraszało ją do tańca. Uważała, że nie wypada tańczyć, jeżeli dwaj mężczyźni z jej towarzystwa siedzą przy stoliku.





Tym brdziej, że jeden z nich jest szefem, który tę wycieczkę jej zafundował, a drugi poważnym przemysłowcem, z którym lepiej dobrze żyć. Przez ostatnie pół godziny przed tragedią cała piątka szwedzka siedziała przy stoliku. Właśnie kelner podał melbę i wszyscy się delektowali tymi lodami.





Co pani może powiedzieć o pani Persson?



Ja jej prawie nie znałam. Może ze dwa razy spotkałam ją u państwa Ostermanów na jakimś przyjęciu. Zawsze w takich sytuacjach pomagałam pani Osterman w przygotowaniach. Poza tym zetknęłam się z nią tutaj. To była elegancka, miła pani. Nic dziwnego, że tak się podobała temu młodemu przewodnikowi.



On jest o dziesięć lat starszy od pani.



Niemożliwe? Wygląda o wiele młodziej. Bardzo dobrze tańczy i bardzo sympatyczny chłopak. Szkoda, że zajął się nie mną, lecz panią Gunhild. No, ale ja nie mam ani tak bogatego męża, ani takiej biżuterii.





Porucznik zrozumiał aluzję, ale nie podjął na ten temat dyskusji. Podziękował pannie Andersson za rozmowę i uprzedził, że będzie jeszcze oficjalnie przesłuchiwana.





Rozdział IVPomoc z WarszawyZaraz po wyjściu ostatniej przesłuchiwanej Szwedki, porucznik Stanisław Motyka polecił jednemu z posterunkowych, aby przespacerował się do hotelu „Nosal” i stamtąd wrócił z bufetową, panią Marią Lisowską. -Za parę minut do pokoju bufetowa nie weszła, ale wpadła jak bomba aż czerwona ze złości.





Co pan mi takiego wstydu narobił - niemal krzyczała - milicjant w mundurze przychodzi na salę restauracyjną i zabiera mnie do komendy jak jaką zbrodniarkę! Dobrze jeszcze, że mi kajdanków na ręce nie założył. Może to ja zabiłam tę Szwedkę?



Pewnie jej pani nie zabiła - spokojnie odpowiedział porucznik - ale nie jestem taki pewien, czy nie jest pani wspólniczką przestępcy.



Ja? Coście sobie ubrdali?



Tylko to, że składa pani fałszywe zeznania. Usiłuje pani wprowadzić w błąd milicję. Za fałszywe zeznania grozi surowa kara. A jak się komuś robi fałszywe alibi, to być może jest się jego wspólnikiem.





- Zeznawałam prawdę. Mogę na to przysiąc.



Porucznik sięgnął do teczki i wyjął stamtąd protokół zeznań Lisowskiej.



- Zeznała tutaj pani i podpisała to zeznanie, że Franek Karate raz czy dwa razy popijał w barku z tym Szwedem, który mówi po polsku, Markiem Dańcem. Ale ani słówkiem pani nie wspomniała, że na kilka minut przed wykryciem zbrodni Franek zjawił się w restauracji i podszedł do barku. Pani mu dała jakąś paczkę. Następnie Bujak nie zszedł na dół, tylko wewnętrznymi drzwiami udał się do recepcji hotelowej. Tak było, czy pani nadal zaprzecza?



Bufetowa przed chwilą czerwona i zadzierżysta, teraz zbladła i ucichła. Milczała i niespokojnie wpatrywała się w oficera milicji.





Wszystkich wypytywałem, czy Franciszek Bujak był w krytycznym czasie w budynku hotelowym. Wszyscy zaprzeczyli. Twierdzili, że Karate wyszedł z „Nosala” przed dziewiątą. Być może Franek nie ma z tym morderstwem nic wspólnego. Jego obecność w tym czasie w restauracji mogła być przypadkowa. Ale dlaczego pani go osłania?



Ja... ja... - jąkała się bufetowa - zupełnie o tym zapomniałam. To naprawdę był moment. Wyszedł tymi drzwiami od recepcji, podszedł do mnie i zaraz wrócił tam do hotelu. Wyleciało mi to zupełnie z głowy.



Czego chciał? Co mu pani dała?



Przyszedł z prośbą, abym mu pożyczyła butelkę winiaku.



Jak to pożyczyła? Pani prowadzi barek czy wypożyczalnię alkoholu?



Pan rozumie, u nas alkohole są bardzo drogie. Mamy na nie marżę 300 procent. On mnie prosił, żebym mu pożyczyła jedną butelkę, a on na drugi dzień rano mi odniesie.



Odniósł?



Tak. Jakieś piętnaście minut przed tym, nim po mnie przyszedł milicjant.



Siedzi w kawiarni?





Nie. Podjechał swoim maluchem, oddał winiak i wyszedł. Mówił, że się bardzo spieszy.



Pytał, czy byliście przesłuchiwani? Mówił coś o tej zbrodni?



Nie. Spieszył się jak do pożaru. Wpadł, postawił flaszkę na ladzie, powiedział „dziękuję pani Lisowska” i już go nie było. Chciałam go zatrzymać, odpowiedział, że nie ma czasu.



Tym razem pani daruję - powiedział porucznik. - Proszę podpisać te nowe zeznania. A na przyszłość radzę od razu mówić całą prawdę.



Kiedy ja o tym zapomniałam.



Wypożyczalnię także radzę zlikwidować. To się może skończyć ładną grzywną, nie mówiąc o konsekwencjach służbowych.



Ja nigdy... tylko wtedy. Frankowi Karate trudno czegoś odmówić. On także mi nieraz robił różne grzeczności.



W zielonym kolorze?



To ja już pójdę - pani Lisowska wolała nie wtajemniczać oficera milicji z jakich to grzeczności korzystała.





Z kolei trzeba było wezwać na przesłuchanie recepcjonistkę, która poprzedniego wieczoru pełniła dyżur w hotelu „Nosal”. Dotychczas bowiem przesłuchiwano pracowników lokali gastronomicznych. To, jak się okazało, było niewystarczające.Recepcjonistka, Halina Wesołowska, doskonale znała Franka Karate. Przecież kręcił się koło gości hotelowych każdego dnia. Pamiętała także, że wczoraj waluciarz wszedł do recepcji przed godziną dziewiątą i zapytał, czy pewien Niemiec z Republiki Federalnej jest w swoim pokoju. Po otrzymaniu twierdzącej odpowiedzi, Franek poszedł na górę. Zszedł stamtąd gdzieś po godzinie, recepcjonistka nie patrzyła na zegarek, i udał się do restauracji. Wrócił stamtąd trzymając w ręku butelkę wódki i znowu poszedł na górę.





Jak długo mógł bawić w restauracji?



Niedługo. Może pięć, może dziesięć minut. Nie zwracałam specjalnie na niego uwagi. Byłam wtedy zajęta zestawianiem arkusza dziennego.



A ten Niemiec?



Kazał się obudzić o szóstej rano i wyjechał.



Nie wie pani dokąd?



Mówił, że wraca do domu. Przez Czechosłowację. Był samochodem. Taki biały mercedes. Stał przed hotelem.





Po wyjściu pani Wesołowskiej z pokoju, oficer milicji zamyślił się. Miał dwóch podejrzanych. Ale morderca był jeden. Tylko który z nich? Franek przez dziesięć minut, jak to zeznała recepcjonistka, kręcił się po terenie restauracji. Pożyczenie winiaku także zajęło parę minut. Ale na cios karate i zerwanie bransoletki z ręki wystarczą sekundy. Osoby waluciarza śledztwo nie może pomijać. Trzeba jak najprędzej odszukać ich obu. Zarówno Franciszka Bujaka, jak też Andrzeja Szaflara.A przede wszystkim trzeba zdać sprawozdanie z dotychczasowych ustaleń komendantowi. Porucznik zabrał ze sobą teczkę z zeznaniami i swoimi notatkami i udał się do gabinetu zwierzchnika.





Miałem - powiedział komendant - telefon z Warszawy. Z Komendy Głównej MO. Są bardzo zainteresowani tą sprawą. Ci Szwedzi to jacyś wpływowi goście. Już w KG MO była interwencja Ministerstwa Spraw Zagranicznych, aby sprawę jak najprędzej wyjaśnić i aby obywatele szwedzcy mogli się jak najszybciej udać do ojczyzny. Aż się dziwię, kiedy ci Szwedzi zdążyli to załatwić?



Pewnie z samego rana, jeszcze przed przyjściem do nas połączyli się telefonicznie ze swoją ambasadą, a ta z ministerstwem. To rzeczywiście grube ryby. Dwaj wielcy przemysłowcy. Jeden kieruje dużym koncernem łożysk tocznych i silników elektrycznych, drugi ma własną stalownię.





Komenda Główna zawiadomiła mnie że do Zakopanego delegują podpułkownika Janusza Kaczanowskiego dla przejęcia śledztwa. Więc ten kamień spada nam z serca. Byle tylko nie na odcisk.



Podpułkownik przyjeżdża z całą ekipą, czy sam? - w głosie porucznika komendant wyczuł wyraźny żal, że odbiera mu się takie ciekawe śledztwo.



Mówili o pułkowniku. Czy przyjedzie ze swoimi ludźmi, zobaczymy.



Kiedy podpułkownik ma się zjawić?



Tego nie powiedzieli. Przypuszczam, że przyjedzie rannym pociągiem.



Pan major go zna?



Osobiście nie. Ale słyszałem, że uważają go za asa nad asami. Dotychczas pracował w Stołecznej Komendzie MO. Albo go stamtąd wypożyczyli, albo został służbowo przeniesiony do KG MO.





W tej chwili weszła sekretarka i zaanonsowała.



- Podpułkownik Kaczanowski chciałby się widzieć z panem majorem.



Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna o ciemnej, opalonej, nieco pociągłej twarzy i lekko falujących ciemnych włosach, przyprószonych na skroniach siwizną. Z wiekiem, Kaczanowski był dobrze po pięćdziesiątce, kontrastowały oczy. Bardzo niebieskie i młode. Miał na sobie dobrze skrojony popielaty garnitur.



- Melduję komendantowi swój przyjazd - wesoło powiedział - pobiłem chyba rekord. O jedenastej powiedzieli mi, że mam jechać do Zakopanego. O dwunastej już siedziałem w samolocie, a samochód z Krakowa podrzucił mnie tutaj w półtorej godziny. Łamiąc wszystkie przepisy” kodeksu drogowego.





Młodszy stopniem melduje się - major pośpieszył na spotkanie gościa.



Podobno jakąś Szwedkę zamordowaliście i dlatego musiałem się tłuc pod Giewont.



Właśnie u mnie jest porucznik Stanisław Motyka, który zaczął śledztwo - komendant dokonał prezentacji.



Mam przy sobie teczkę z protokółami. Poza tym rozmowy są nagrane na magnetofon. Mogę od razu przekazać panu pułkownikowi cały materiał.



Nie spieszcie się tak, poruczniku - Kaczanowski machnął ręką - pogadamy o tym później.



Czy pułkownik ma zapewniony nocleg? - zainteresował się komendant - telefonowano z Warszawy o pana przyjeździe, ale nic nie wspomniano o kwaterze.



Mieli mi zarezerwować pokój w naszym domu wczasowym.



Zaraz to sprawdzę - zaofiarował się porucznik.





- Sprawdźcie - polecił komendant - jeżeli nie mają pokoju, postaramy się o coś innego.Stanisław Motyka wyszedł z gabinetu, aby zatelefonować, zaś komendant dodał:





To bardzo dobry chłopak. Sprytny i operatywny. Z miejscowych górali. Zna ich i ich mentalność i umie z nimi rozmawiać. W tej sprawie także dobrze sobie poczynał.



A teraz martwi się, że przyjechał jakiś stary piernik z Warszawy i zabiera mu śledztwo, w którym mógłby się wykazać. Znam to dobrze. Także byłem porucznikiem, którego używano do prowadzenia dochodzeń w sprawach włamań do budek z piwem. Także wtedy marzyłem o jakiejś wielkiej sprawie.





Doczekał się pułkownik niejednej takiej sprawy.



Ale ta pierwsza była najważniejsza.



Wielu ludzi z aparatu nigdy nie ma takiej szansy. Lądują w małych posterunkach i stopnie zdobywają z wysługi lat. I tak od podporucznika aż do emerytury.



Nie jest tak źle - zaprotestował Kaczanowski - kto jest zdolny, zawsze się wybije.





Porucznik wrócił i zawiadomił, że pokój w domu wczasowym czeka.



- Będę więc pracującym wczasowiczem - roześmiał się podpułkownik - a teraz nie będziemy zabierali czasu komendantowi, ale przejdziemy do wasi zapoznacie mnie ze sprawą, bo nic o niej nie wiem.



Porucznik zaprowadził podpułkownika do swojego pokoju i dokładnie opowiedział o morderstwie Gunhild Persson i o pierwszych krokach śledztwa. Kaczanowski wysłuchał uważnie tego sprawozdania i pochwalił:





Doskonale się spisaliście, poruczniku. Sądzę, że najlepiej będzie, jeżeli razem poprowadzimy dalsze śledztwo. Wy znacie teren, a ja jako starszy kolega i przyjaciel będę służył swoją radą oraz pomocą.



Och, panie pułkowniku! - porucznik ze szczęścia gotów był uklęknąć przed Kaczanowskim.



Tak, tak - powtórzył podpułkownik - prowadźcie nadal śledztwo. Jak ujmiecie przestępcę w co wcale nie wątpię, cała zasługa po waszej stronie.





- Ależ, panie pułkowniku - protestował porucznik.



- Dobrze, dobrze. Nie mówmy o tym więcej. Nie mam dzisiaj nic do roboty, wezmę więc te protokoły i taśmy ze sobą i do jutra je przestudiuję. To wprawdzie trochę wbrew przepisom, ale w ten sposób nie stracimy czasu. Jutro rano naradzimy się, co robić dalej. Odprowadzę pana pułkownika - ofiarował się Stanisław Motyka.





Boicie się o te materiały śledztwa? - uśmiechnął się Kaczanowski.



Skądże znowu! Ale i tak idę w tamtą stronę.



To pojedziemy, bo jeszcze nie odesłałem samochodu. Mam w nim swoje rzeczy.





Nazajutrz podpułkownik zjawił się w gmachu komendy punktualnie o ósmej. Porucznik widząc go wchodzącego do pokoju ucieszył się, że zdążył przyjść pięć minut wcześniej. Kaczanowski położył na stole teczkę z protokołami i taśmy.





Teraz wiem chyba tyle co i wy - powiedział Kaczanowski - możemy zatem porozmawiać o sprawie.



Jakie są wnioski pana pułkownika?



Mamy dwóch podejrzanych. Jednego obciąża przede wszystkim znajomość karate. Drugiego to, że był ostatnim człowiekiem, z którym Szwedkę widziano. Alibi nie mają ani Szaflar, ani Bujak. Co się z nimi dzieje?



Sprawdzałem. Wczoraj Andrzej Szaflar nie zgłosił się do pracy ani nie usprawiedliwił swojej nieobecności. Milicjant wysłany do niego do domu z poleceniem stawienia się w komendzie, wrócił z niczym. Mieszkanie zamknięte na cztery spusty.



Wywiał?



Wszystko na to wskazuje.



A co z tym drugim?



Także znikł z Zakopanego. Wprawdzie pojawił się na parę minut w „Nosalu”, ale potem nie można go było znaleźć w żadnym z zakopiańskich lokali, chociaż tam stale zwykle przesiadywał. W „Europie” miał, jak sam mówił, „swoje biuro”. Mieszka z rodzicami, posłaliśmy tam wezwanie na dzisiaj, na godzinę dziewiątą. Ciekawy jestem, czy się stawi?



Faktem jest - stwierdził podpułkownik - że





mordercą może być tylko jeden z nich. Drugi, ten niewinny, nie ma żadnych powodów, aby się ukrywać. Zresztą obaj mogą być niewinni, a przestępcą może być zupełnie ktoś inny stojący poza wszelkimi podejrzeniami.





To dlaczego się ukrywają?



Bo się boją. Na pewno doskonale się orientują albo nawet wiedzą z różnych przecieków śledztwa, że ich podejrzewamy. Obawiają się, że jak raz się dostaną w ręce milicji, trudno im będzie dowieść swojej niewinności. Niestety, taką nieufność do aparatu sprawiedliwości jeszcze się często spotyka. Czasem zresztą ta nieufność jest usprawiedliwiona. Przecież w sądach nieraz zapadają wyroki uniewinniające w stosunku do ludzi, którzy przedtem poznali, co to śledztwo i tymczasowe aresztowanie.”





Przecież nakaz aresztu wydaje prokurator po zapoznaniu się z aktami sprawy.



Prokurator także jest człowiekiem i może się mylić. Zresztą czasami okoliczności tak się składają, że trudno odróżnić winnego od niewinnego. Niemniej tych obu trzeba jak najprędzej znaleźć.



Sądzę, że jeżeli Andrzej Szaflar nadal się nie ujawni, trzeba zaopatrzyć się w nakaz przeszukania i otworzyć jego mieszkanie. Jestem pewien, że prokurator podpisze taki nakaz.





Macie rację - przyznał podpułkownik - ale na tych dwóch naszych podejrzanych nie musimy się wyłącznie skupiać. Trzeba rozglądać się i za innymi podejrzanymi.





Jakimi?





Tego jeszcze nie wiem. Ale czy was nie uderzyła pewna okoliczność?





- Co pan pułkownik ma na myśli?



- Nie co, a kogo - poprawił Kaczanowski - tę piątkę Szwedów.





Nie bardzo rozumiem. Mają bezsporne alibi. W czasie krytycznym wszyscy znajdowali się przy stoliku. Zresztą jaki mieliby powód morderstwa i rabunku bransoletki?



Powód to nawet porucznik sam podał w rozmowie z Perssonem.



Powiedziałem tylko tak, aby się uspokoił.



Słusznie. Ale kto wie, czy nie trafił pan w dziesiątkę? A co do alibi, mają je, bo oni tak twierdzą. Dla mnie uderzające jest to ich staranie, aby jak najprędzej opuścić Zakopane i Polskę.





- W takich okolicznościach...





Zgadzam się. Rozumiem, że chcą wyjechać. Ale oni posunęli się aż do interwencji dyplomatycznej. Sam ambasador fatygował się w tej sprawie do naszego Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Przecież i tak nie trzymalibyśmy ich tutaj dłużej niż to jest konieczne. Są formalności, które muszą być załatwione. Oni by nawet tę zmarłą zostawili i sami wyjechali.



Nie wszyscy.



Wiem. Osterman przecież powiedział, że nigdzie się nie spieszy. Główną sprężyną tych zabiegów jest Persson. Człowiek, którego nie możemy nie podejrzewać.



Ale cios karate. Nie przypuszczam, żeby pan Persson uprawiał ten sport.



Sportu na pewno nie uprawiał. Za jego młodych lat karate nie było znane w Europie. Kto wie jednaka czy nie przeszedł jakiegoś tak obecnie modnego na Zachodzie kursu samoobrony, gdzie te ciosy pokazują. Zresztą planując zamordowanie żony, mógł się paru takich ciosów nauczyć. O odpowiedniego instruktora w Sztokholmie nietrudno. A bransoletkę zabrał dla upozorowania mordu rabunkowego.



Czy mam wezwać na przesłuchanie tych ludzi, którzy są na liście sporządzonej w restauracji zaraz po wypadku?





Nie. Nie róbmy tłoku w gmachu komendy. Do tych, co mieszkają w pensjonatach najlepiej posłać wywiadowców. Niech z nimi po prostu porozmawiają. Dopiero gdyby znaleźli się tacy, którzy by pamiętali, co się działo przy szwedzkim stoliku, wtedy trzeba sporządzić oficjalny protokół przesłuchania świadka. Naturalnie w grę wchodzą tylko ci, którzy widzieli przy tym stoliku mniej niż pięcioro Szwedów. A z miejscowymi, radziłbym, aby porucznik sam porozmawiał. Prędzej się dogadacie.



Zakopiańczyków to tam dużo nie było. Najwyżej sześciu czy siedmiu. Odwiedzę ich po południu lub wieczorem. A wywiadowców zaraz poślę w kurs.





Kaczanowski spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta.



- Działajcie więc, poruczniku. A ja wybiorę się do Kasprowego”. Porozmawiam trochę ze służbą na temat naszych Szwedów. Jeżeli ich zastanę, od razu oficjalnie przesłucham. Z góry wiem, że nie powiedzą nic innego, ale lepiej, żebyśmy te protokóły u siebie mieli. Podpisany dokument ma zawsze inną wartość, niż taśma magnetofonowa. Jest dziesiąta, a naszego judoki jak nie ma, tak nie ma... Sprawdźcie, czy Andrzej Szaflar zgłosił się dziś do pracy.



Porucznik wykręcił numer Domu Nauczyciela. Zapytał o Szaflara. Przewodnika nadal nie było w pracy. Tyle, że zatelefonował i powiedział, że w ważnych sprawach rodzinnych musiał nagle wyjechać do.Poznania.





Jak mówił, że do Poznania - skonkludował porucznik - to znaczy, że się schował tu, gdzieś w Zakopanem albo w górach.



A że zna góry, to możemy go szukać bardzo długo.



Ja też dobrze znam góry i jeżeli będzie trzeba, prędko go znajdę. Pewnie, można się gdzieś zaszyć





w skałach czy w kosówce i przesiedzieć parę dni. Ale w końcu trzeba zejść do schroniska czy do jakiejś wsi, aby kupić jedzenie. A i do wody trzeba z gór dojść. Do strumyka, który płynie w dolinie. Nie ma potrzeby szukania uciekiniera na wierchach, wystarczy obstawić szlaki i drogi z gór.





No to ja jadę do „Kasprowego”.



Pójdę postarać się o samochód.



Dziękuję. Wolę taksówkę. Wasze wozy zbyt dobrze są tu znane.



To racja. Znają także naszych wywiadowców. Pozdrawiają ich na ulicy: „Dzień dobry, panie tajny”. Bez turystów, Zakopane to małe miasto. Kiedy mam się spodziewać powrotu pana pułkownika?



Umówmy się na trzecią. Gdybym się trochę spóźnił, proszę, niech porucznik na mnie zaczeka.





Kaczanowski spóźnił się zaledwie dziesięć minut. Porucznik nie miał dla niego dobrych wiadomości. Przeprowadzany wywiad nie dał wyników. Wypytywani wczasowicze twierdzili, że tańczyli i nie zwracali uwagi na to, co się dzieje poza parkietem. Natomiast pułkownik zdołał nie tylko porozmawiać ze służbą hotelową, ale nawet przesłuchał Szwedów i przyniósł pięć protokołów, które zostały dołączone do akt sprawy. Tak, jak się Kaczanowski spodziewał, cudzoziemcy potwierdzili jedynie to, co wcześniej zeznali w rozmowie z porucznikiem.





Ten Rolf Persson znowu domagał się pozwolenia na natychmiastowy wyjazd. Im bardziej mu pilno opuścić Zakopane, tym większą ochotę mam przytrzymać go tutaj jak najdłużej. Dowiedziałem się zresztą o nim dość ciekawych rzeczy.



Jakich?



Przede wszystkim tego, że małżeństwo Perssonów było mocno ze sobą skłócone. Służba nie rozumie po szwedzku, ale pokojówki twierdziły, że dochodziło tam do burzliwych kłótni. A poza tym czworo Szwedów brało codziennie udział w jakichś wyprawach w góry. Zawsze zostawał Persson i sekretarka Ostermana, Margareta. Większość tego czasu para spędzała w pokoju sekretarki. To może o niczym nie świadczyć, ale może być także pewnym śladem.





- Nie miałem czasu, aby udać się do „Kasprowego” na wywiad.- Nie robię wam żadnych wyrzutów. Przeciwnie, uważam, że jak na tak krótki okres zrobiliście bardzo dużo. Przyjechałem tu, bo we dwóch łatwiej niż w pojedynkę. A jak widzicie, liczba podejrzanych ciągle nam rośnie. Całe nasze nieszczęście w tym, że zabójca jest chyba jeden.Rozdział VPomoc ze Szwecji





Rozmawiałem z zakopiańczykami - meldował rankiem porucznik - niestety, oni także nie patrzyli na szwedzki stolik. Zresztą nic dziwnego.. Ten stolik był w głębi sali, w niszy jaka powstała pomiędzy ścianą zewnętrzną, a klatką schodową. Z parkietu go prawie nie widać.



Tak więc mamy całkowicie zgodne zeznania naszych Szwedów. Kiedy ich wczoraj przesłuchiwałem w hotelu „Kasprowy” wszyscy pięknie recytowali, że siedzieli całą piątką i nikt się nie ruszył od stołu.



Wydałem także polecenie - ciągnął dalej Stanisław Motyka - żeby każdy milicjant, jeśli zobaczy Franciszka Karate lub Andrzeja Szaflara, natychmiast ich doprowadził do gmachu komendy.



Widzę - roześmiał się podpułkownik Janusz Kaczanowski - że jestem tu zupełnie zbędny. Mogę wziąć wędkę i iść łapać pstrągi.



Ależ pułkowniku, gdzie pan teraz w Zakopanem znajdzie pstrąga? Już dawno wytruła je mleczarnia i ścieki miejskie. Takie nazwy jak „Rybny Potok”, to już legenda i wspomnienie.



Jednak wczoraj, w „Kasprowym”, zafundowałem sobie pstrąga po polsku. Był bardzo smaczny i kosztował akurat pięć moich diet służbowych.



To był pstrąg przywieziony z jakiejś hodowli





nad Bałtykiem. Na całym Podhalu, jeżeli jakiś wędkarz złapie rybę, w gazetach o tym piszą.





No to pójdę na Czerwone Wierchy.



Porozumiałem się także z prokuratorem. Nie widzi żadnych przeszkód dla wydania nakazu przeszukania mieszkania Szaf lara, jeżeli Andrzej nie stawi się dzisiaj do pracy lub u nas. Nie wiem, czy nie zwrócić się do Komendy Wojewódzkiej MO w Nowym Sączu, aby w województwie zaczęli szukać naszych dwóch podejrzanych. Co pan o tym myśli, pułkowniku?





- Sądzę, że to jest przedwczesne. Takiej akcji nie da się utrzymać w tajemnicy i z obu tych ludzi od razu zrobimy morderców. Jak się nawet później wyjaśni, że są niewinni, opinia będzie się za nimi wlokła całymi, latami.





Franek Karate i tak ma tutaj złą markę i trudno ją jeszcze bardziej zepsuć.



Ma opinię waluciarza i kanciarza, ale nie mordercy. A Szaflar jak dotychczas cieszy się uznaniem i szacunkiem ludzi. A przecież co najmniej jeden z tych dwóch jest niewinny zbrodni popełnionej w „Nosalu”. A może nawet obaj.



Jeśli pan pułkownik tak uważa...



Nie chodzi o to, że ja tak uważam. Chcę was, poruczniku, przekonać. Pracujemy razem i musimy być zgodni w swoich działaniach. Nie tylko formalnie, bo jeden ma więcej gwiazdek i pasków niż drugi, ale niech to będzie naprawdę jedność w działaniu. Wszystkie kroki, jakie przedsięwzięliście, uważam za bardzo słuszne. Sam bym tak postępował, ale z tym Nowym Sączem trochę zaczekajmy. Telefonowałem rano do Warszawy do KG MO i poprosiłem, aby uspokoili nasze MSZ i Ambasadę Szwedzką. Szwedom krzywda się tutaj nie stanie, ale ich obecność jeszcze przez kilka dni w Zakopanem jest konieczna. Rozmawiałem także z waszym komendantem. Zostawia nam zupełnie wolna rękę w tej sprawie i obiecał wszelką możliwą pomoc, jeśli będzie potrzebna. Prosił jedynie o dobrą współpracę z prokuratorem.





Ostatnio były pewne drobne nieporozumienia pomiędzy nami a prokuraturą. Wina była po obu stronach.



Właśnie chcę iść do prokuratury i przedstawić się prokuratorowi oraz zreferować mu przebieg śledztwa.



Ja już meldowałem panu prokuratorowi. Co prawda tylko telefonicznie, bo roboty miałem tyle, że trudno było się od niej choć na chwilę oderwać. Ale właśnie o to, że działamy sami i zbyt późno kontaktujemy się z prokuratorem, oni mają do nas największe pretensje. A my do nich, że są za ostrożni w stosowaniu aresztu.





Podpułkownik się roześmiał. Znał te sprawy z innego terenu niż Zakopane. Było w nich trochę prawdy, ale znacznie więcej urażonej ambicji obu stron.



- No, to ja idę - stwierdził Kaczanowski - wezmę ze sobą teczkę z protokółami przesłuchań i innymi dokumentami śledztwa. Może prokurator będzie chciał je sam przeczytać i ewentualnie zrobić odpisy. Może zresztą uzna za stosowne także przesłuchać tych ludzi, chociaż uważam, że jest to na razie przedwczesne.



Ale podpułkownikowi nie dane było wyjść. W chwili, kiedy zamykał teczkę, z dokumentami, otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu, ciemny blondyn o okrągłej twarzy i lekko zadartym nosie. Ubrany był w jakieś bardzo wyszarzałe paletko, a na głowie miał spłowiały baskijski beret. Spod rozpiętego palta widać było brązowy garnitur także nie pierwszej młodości. Na pierwszy rzut oka nie udawało się określić wieku przybysza, ale chyba dobiegał czterdziestki, a może już ją przekroczył.



- Chciałbym rozmawiać - nieznajomy mówił jakąś dziwną mieszaniną polskiego i rosyjskiego, kalecząc zresztą oba te języki - z kimś, kto prowadzi śledztwo w sprawie śmierci Gunhild Persson.



- Właśnie my dwaj - wyjaśnił podpułkownik. Przybyły wyciągnął rękę.





Panowie pozwolą, że się przedstawię. Jestem Sven Breman. Reporter z „Sydsvenska Dagbladet” i jej popołudniówki „Kvallsposten”. Tłukłem się tutaj promem, samolotem, pociągiem i wreszcie taksówką z Krakowa, ale jestem.



Król szwedzkich reporterów zawsze musi być na miejscu - roześmiał się podpułkownik. - Mogłem iść o zakład, że pan się tu zjawi.



Pan mnie zna? Skąd?





- Bardzo wiele o panu słyszałem od majora Michała Wyganowicza i jego pięknej żony Margot.





Michał! Wspaniały chłop. Nie widziałem go ze trzy lata. Co on porabia?



Pracuje. Jak zwykle. Przez te trzy lata na pewno przeżył niejedną ciekawą przygodę.



O jednej z nich na Węgrzech coś niecoś słyszałem, ale niestety, nie było mnie przy tym..Nic nie napisałem. A Margot?



Jest jeszcze piękniejsza niż dawniej. Ich synek chowa się zdrowo i ma już pięć lat. A Margot mówi po polsku dużo lepiej od pana.



Nic dziwnego. Bardzo chciałbym ich oboje zobaczyć. Myślę, że kiedy już przyskrzynicie tego łobuza, znajdę trochę czasu, aby wpaść do nich do Warszawy. Już z góry cieszę się na to spotkanie.





Porucznik przysłuchiwał się tej rozmowie, jak gdyby siedział na tureckim kazaniu. Spostrzegł to Kaczanowski i przedstawił:



- Porucznik Stanisław Motyka, który prowadzi śledztwo. Ja tu przyjechałem jedynie do pomocy. A to Sven Breman, najwspanialszy szwedzki dziennikarz, słusznie zwany „królem reporterów”. Nawiasem mówiąc, wielki przyjaciel Polaków. Swego czasu oddał nam w Szwecji ogromne usługi. Uratował życie jednemu z naszych ludzi i na dodatek obdarzył go piękną żoną.





Nie przesadzajmy - roześmiał się reporter. - Trochę się także przyczyniłem do wyratowania Michała z opresji, chociaż on sam dobrze sobie radził. Ale nie o to teraz chodzi. Muszę jeszcze dzisiaj wieczorem nadać szlagier dla „Sydsvenska Dagbladet”. Dlatego do was przyszedłem.



Na razie nie możemy ujawniać żadnych szczegółów śledztwa - odpowiedział porucznik - może za parę dni?



Tra-la-la! - roześmiał się dziennikarz - O tych wszystkich policyjnych tajemnicach to wróble na dachach ćwierkają. Zarówno w Sztokholmie, jak i w Paryżu czy w Zakopanem. Ale nie mam czasu zbierać tych wiadomości na ulicy. Dlatego przychodzę prosto do źródła. To dla was lepiej, bo powiecie mi tylko część prawdy, gdy tymczasem rozmawiając z ludźmi w „Nosalu” i w innych knajpach dowiedziałbym się Wszystkiego.



Taki jest - śmiał się podpułkownik - jak go mój przyjaciel Michał Wyganowicz opisywał. Jego nie uda się nam spławić. Byle za dużo mu nie powiedzieć.



Nie przychodzę do was z pustymi rękoma - zastrzegł się Sven Breman. - Nic za darmo. Wy mi ujawnicie, co ustaliło dotychczas śledztwo, ja wam opowiem o bardzo dla was ważnych sprawach i sprawkach Rolfa Perssona. Kim on jest, jak doszedł do majątku i dlaczego aż do śmierci musiał kochać swoją żonę Gunhild. No jak, zrobimy interes? Na pewno na nim nie stracicie. Przecież wam jest wszystko jedno, co piszą o tej sprawie szwedzkie dzienniki. I tak w Polsce prawie nikt ich nie czyta, a w Zakopanem na pewno nikt, bo tu nie docierają. Po co mamy walczyć ze sobą, kiedy możemy wspólnymi siłami przyskrzynić tego łobuza.



Jakiego łobuza? - zapytał podpułkownik.



Pan udaje, że pan nie rozumie. Naturalnie tego, który zabił biedną Gunhild.



Kogo pan ma na myśli?



Zabójcę - Sven Breman nie dał się złapać.



Zgadzam się na pańską propozycję - powiedział Kaczanowski - ale jeden warunek. Ujawnimy panu to, co będziemy uważali za możliwe. Być może pewne sprawy będą musiały i dla pana pozostać tajemnicą.



Zgoda.



Więc proszę, niech pan pyta.



Jak zginęła Gunhild Persson? Do Szwecji dotarła wiadomość, że została zamordowana w hotelu „Nosal” na dansingu.



Zabito ją uderzeniem w prawą skroń, w restauracyjnej toalecie. W tym czasie muzyka grała i inni goście tańczyli lub siedzieli przy stolikach. Szatniarz, który znajdował się w pobliżu wejścia do toalety, nie widział, aby tam wchodził jakiś mężczyzna.



Cios w prawą skroń, - podchwycił Sven Breman - lewą ręką z krótkim zamachem - to mówiąc dziennikarz zademonstrował, jak to się robi - śmierć natychmiastowa. Zanim upadła, już nie żyła.



Muszę wyjaśnić porucznikowi - dodał podpułkownik - że pan Breman jest znanym judokiem i karateką. To właśnie on wprowadził i rozpropagował te sporty w Szwecji.



Z tego ciosu wynika, że człowiek, który go zadał, musi być bardzo biegły w sztuce karate. Wystarczy pół centymetra niżej lub wyżej i cios nie ma znaczenia. Nawet nie ogłuszy przeciwnika. Tego ciosu karatekom nie wolno nawet pozorować na zawodach. W czasie pozorowanej walki karate często zawodnik nie zdoła zatrzymać ręki tuż przed celem i dochodzi do nokautów. Przy tym ciosie nie ma nokautu, lecz od razu śmierć. Naturalnie ktoś, kto chciał zabić Gunhild, mógł wyćwiczyć ten jeden cios i później bezbłędnie go zastosować.





- Widzicie, poruczniku, że „król reporterów” już nam się przydaje. Mamy na miejscu eksperta w karate.



Porucznik wyjął z koperty i podał dziennikarzowi parę barwnych fotografii zrobionych przez milicję na miejscu zbrodni.Dziennikarz obejrzał zdjęcia i uradowany powiedział:



- Doskonałe. Zaraz wyślę je do Malmó. Kaczanowski spokojnie odebrał Szwedowi kolorowe fotografie i włożył je z powrotem do koperty.





Nic z tego. Tak daleko nasz układ nie sięga, abyśmy panu dawali nasze dokumenty.



Nie szkodzi - Sven Breman wcale się nie zmartwił. - Mam aparat i filmy. Dojście do tej toalety załatwię sobie za parę koron. Znajdę także dziewczynę odpowiedniego wzrostu i już wiem, jak ją ułożyć na podłodze. Twarzy nie będzie widać, ale to mi nie przeszkadza. Chodziło mi wyłącznie o położenie ciała. To zdjęcie będzie prawdziwym szlagierem. Trzymam zakład, że obiegnie całą szwedzką prasę.



A my damy - roześmiał się podpułkownik - sprostowanie.



Nie zrobicie tego, bo po pierwsze nie będziecie mieli w ręku tych gazet, po drugie wtedy musielibyście ujawnić swoje fotografie. Ale co jeszcze możecie mi powiedzieć?





Kaczanowski krótko poinformował, że, jak to stwierdził mąż pani Persson i całe ich szwedzkie towarzystwo, Gunhild miała na ręku złotą bransoletkę wartości około dziesięciu tysięcy dolarów. Ta bransoletka znikła. Najprawdopodobniej zabrał ją morderca.Berman uśmiechnął się.





Policja ma i zbrodnię, i motyw zbrodni. Czysta robota. Powinszować.



Nie rozumiem? - zdziwił się porucznik.



Czy po zbrodni rewidowaliście Perssona?



Wszyscy wychodzący z restauracji byli rewidowani przy wyjściu.



Jeśli wszyscy to znaczy, że nikt - odpowiedział Szwed. - Każdy mężczyzna i każda kobieta spokojnie mogła to świecidełko wynieść pod nosem waszych policjantów.



U nas jest milicja - poprawił go podpułkownik.



Jak się zwał, tak się zwał. Gdybyście wzięli na osobistą rewizję Szwedów, pewnie mielibyście tę bransoletkę. A teraz należy jej szukać w najbliższym strumieniu.



Widzę, że pan posądza Perssona. - Nie posądzam. Jestem tego pewien.



Dlaczego?





Znamy dobrze w Szwecji tego pana. Jak też i całą tę zacną rodzinkę. Wprawdzie Rolf Persson jest jej nowym członkiem, ale doskonale dopasował się do reszty.



My prowadzimy śledztwo w sprawie morderstwa Gunhild Persson. Szwedzkie historie niezbyt nas obchodzą.



Ale właśnie one - stwierdził Sven Breman - rzucają światło na to, co się stało w Zakopanem. Stary John Berggren, pradziadek Gunhild, był zwykłym wiejskim kowalem we wsi Enskede leżącej na połud-: nie od Sztokholmu. Dzisiaj to już prawie przedmieście stolicy, ale w dziewiętnastym wieku była to mała wioska dość odległa od miasta. Pod koniec ubiegłego wieku i na początku dwudziestego, Szwecję, jak i całą Europę nie ominęła „rewolucja przemysłowa”. Świat potrzebował coraz więcej żelaza. Myśmy mieli najlepszą na świecie rudę, szybko zaczął się w Szwecji rozwijać przemysł metalurgiczny.



Podobnie jak u nas na Śląsku i w Zagłębiu Sosnowieckim.



Stary John, a później jego syn w lot złapali koniunkturę. Kiedy John umierał, w jego kuźni pracowało ponad dwudziestu ludzi. Jego syn, Stig, przekształcił starą kuźnię na fabryczkę różnych stalowych wyrobów, potrzebnych wielkiemu przemysłowi. Był, jak to się teraz nazywa, kooperantem wielkich zakładów przemysłowych powstających w Sztokholmie, Malmo i Góteborgu. Szybko wyczuł, że największy interes może zrobić na łożyskach kulkowych. Przyszła pierwsza wojna światowa. Szwecja pozostawała neutralną. A żadna armata nie mogła się poruszać bez łożysk kulkowych. A także nie mógł bez nich istnieć rozwijający się przemysł samochodowy i lotniczy. Mała fabryczka w Enskede szybko przekształcała się w liczącą się na rynku firmę. Wieś szwedzka cierpiała wtedy biedę. Wszędzie był nadmiar rąk do pracy. Stig i to umiał wykorzystać. W jego zakładach stawki były o połowę niższe niż w pobliskim Sztokholmie. A kiedy dochodziło do strajków i zaburzeń, fabrykant sprowadzał policję i wojsko, aby przywróciło porządek. Stare kroniki ruchu robotniczego pełne są opisów krwawych zajść w Enskede. Później stosunki się zmieniały i wyzysk przybierał inne formy.



Tak było nie tylko w Enskede - wtrącił porucznik.



Gdy po śmierci Stiga panowanie w Enskede objął z kolei jego syn a ojciec Gunhild, Thorsten Berggren, zamienił on swoją fabrykę na spółkę akcyjną. Ale wszystkie akcje pozostały w rodzinie. Większość z nich zresztą Thorsten wykupił od braci i sióstr. On też szybko zrozumiał, że fabryka nie może się opierać na produkcji jednego wyrobu - łożysk tocznych. Powstały więc nowe zakłady, z których największe specjalizowały się w produkcji silników elektrycznych. Druga wojna światowa uczyniła z tych zakładów wielki koncern, jeden z najpoważniejszych w Szwecji, zaś z Thorstena Berggrena multimilionera. Ale kto ma dużo, ten chciałby mieć jeszcze więcej. To samo było z naszym bohaterem. W Szwecji z podatkami nie żartują. Stopa podatkowa dochodzi nawet do dziewięćdziesięciu procent. Każdy jak umie, tak stara się wykręcić od płacenia, ale Thorsten posunął się w tym wykręcaniu zbyt daleko. Zarzucano mu fałszowanie ksiąg handlowych, a nawet poważne przestępstwa celne. Wywóz i przywóz z zagranicy surowców i maszyn bez cła. Jak tam naprawdę było, trudno coś powiedzieć, bo do procesu nigdy nie doszło. Thorsten przed dziesięciu laty zmarł nagle na serce. Czy to był zawał, czy samobójstwo, kroniki rodzinne milczą na ten temat.





A Persson? - wtrącił porucznik.



Właśnie dochodzę i do Perssona. Thorsten Berggren miał jedną córkę, Gunhild. Rozpieszczoną czy nawet rozwydrzoną dziedziczkę ogromnej fortuny, ojciec pozwalał dziewczynie na wszystko. Była ona też bohaterką najrozmaitszych skandalików towarzyskich. Ale pieniędzmi można dużo rzeczy przykryć i zamaskować. Zaś w biurach Thorstena właśnie rozpoczął pracę młody urzędnik, Rolf Persson. Niewiele umiał, nie miał jakiegoś specjalnego wykształcenia fachowego, za to był bardzo przystojny. Gunhild kiedyś go ujrzała i zakochała się bez pamięci.



Zwykła historia - mruknął podpułkownik.



Stary Thorsten zbyt zajęty zarządzaniem swoich fabryk i kłopotami, a te się właśnie zaczęły, nawet był zadowolony, że będzie miał córkę z głowy i że tą szaloną dziewczyną zajmie się ktoś inny. Szybko doszło do ślubu, po którym piękny zięć został mianowany dyrektorem jednej z fabryk wchodzących w skład koncernu. Tutaj dał się poznać jako człowiek bezwzględny i co tu dużo ukrywać, mający głową do interesów. Za dwa lata był już zastępcą Thorstena. A po jego śmierci objął jego stanowisko. Stary fabrykant doskonale jednak zdawał sobie sprawę, że przystojny zięć leciał nie na jego córkę, lecz na jego miliony. Przezornie zamknął mu do nich drogę przez sprytnie sporządzony testament.



Testament? Przecież dziedziczy córka.



Z zachowaniem wszelkich obowiązujących w tym względzie przepisów, pracowali nad tym najlepsi krętacze ze Sztokholmu, testament zabrania spadkobierczyni sprzedaży choć jednej akcji. Mają one być w całości przekazane jedynemu wnukowi. Gunhild może jedynie czerpać z tych akcji wypłacane dywidendy. Natomiast część majątku, którą fabrykant mógł dowolnie rozporządzać, od razu zapisał wnukowi. Rolfa Perssona Berggren mianował generalnym dyrektorem zakładów, ale przydzielił mu radę nadzorczą, na której czele postawił Gunhild. W skład rady weszli także inni członkowie rodziny Berggrenów. A rada nadzorcza, w której głos decydujący ma największa posiadaczka akcji, córka Thorstena, może w każdej chwili zwolnić dyrektora. W tym testamencie znalazła się jeszcze jedna klauzula. Na wypadek gdyby małżeństwo się rozwiodło, winny rozwodu ponosi ciężkie konsekwencje. Gdyby miał nim być Persson, natychmiast wylatuje z posady i nie może otrzymać żadnego stanowiska w koncernie. Gdyby miała nim być Gunhild, traci ona swoje akcje, które przechodzą od razu na własność jej syna. Opiekę nad synem, a więc i tymi akcjami obejmuje Rolf Persson. Nadal też nie wolno sprzedawać akcji w trzecie ręce.



Sprytne - pochwalił Kaczanowski.





- Przecież mówiłem, że najlepsi adwokaci, jacy są w Szwecji, pracowali nad tym testamentem. I dlatego małżonkowie Perssori muszą się kochać aż do śmierci jednego z nich.





A po śmierci?



Gdyby miał pierwszy umrzeć Rolf, sprawa jasna. Po prostu mianuje się nowego naczelnego dyrektora. Ale rzecz się komplikuje w wypadku śmierci Gunhild. Wtedy Persson dziedziczy po niej na zasadach ogólnych. Połowę jej majątku. Wprawdzie akcje pozostają nadal zablokowane dla syna, ale Persson może brać połowę przypadającej na nie dywidendy, a to jest niezła fortunka. Poza tym na walnym zebraniu akcjonariuszy rozporządza połową głosów, co umacnia go na stanowisku generalnego dyrektora. Wtedy już nikt go nie może ruszyć z tej posady. W Szwecji morderca lub ten, kto się przyczynił do morderstwa żony, nie dziedziczy po niej. Tak jest chyba w prawach spadkowych wszystkich państw. Nie znam zeznania pana Perssona, ale idę o największy zakład, że o testamencie nie pisnął wam słówka.





Obaj oficerowie milicji się roze