Main Operacja "Wolfram"

Operacja "Wolfram"

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Bohater książki Mister MacAreck i jego business spotyka przypadkiem w Szczecinie swojego od lat niewidzianego przyjaciela. Spotkanie to jest jednak trochę nietypowe, ponieważ Heniek Makarek, ubrany w elegancki jasny garnitur, podjeżdża pod hotel drogim zagranicznym autem, posługuje się amerykańskim paszportem i szasta dolarami. Aha – i najważniejsze: teraz to już jest mister Henry MacAreck. Ale jak to się wszystko stało? Jak on do tego doszedł? Co robił przez te lata? Dziennikarska ciekawość kolegi ze szkolnej ławy zmusza „Amerykanina” do zwierzeń, a jest o czym opowiadać, oj, jest! Zdaje się, że bazując na ludzkiej chciwości, można niemało zarobić. Jednak fortuna kołem się toczy...

źródło opisu: http://www.ltw.com.pl/

źródło okładki: http://www.ltw.com.pl/

Year:
1985
Publisher:
LTW
Language:
polish
ISBN:
21495
File:
EPUB, 763 KB
Download (epub, 763 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Refatoracao - Aperfeicoando o Design de Codigos Existentes (Em Portugues do Brasil)

Year:
2021
Language:
portuguese
File:
MOBI , 1.54 MB
0 / 0
2

Zdjęcie z profilu

Year:
1984
Language:
polish
File:
EPUB, 343 KB
0 / 0
Jerzy Edigey





WYDAWNICTWO „ŚLĄSK”



Okładkę projektował

Andrzej Kacperek

Redaktor

Wiesława Fornelska

Redaktor techniczny

Zbigniew Laszek

Korektor

Joanna Huber

ISBN 83-216-0985-6

© Copyright by Wydawnictwo „Śląsk”



Katowice 1990

Symbol 33035/RH.

Wydanie 2.

Nakład 49 850+150 egz.

Ark, wyd. 9,0

Ark, druk. 6,25.

Papier druk, mat, kl. IV/70 g.

Druk ukończono we wrześniu 1990 r.

ZGK, Druk, im. K. Miarki w Mikołowie,

zam. 7360/2122/90



Rozdział I



Anton Miller przybywa do Kapsztadu



Taksówka jadąca Adderley Street z trudem przeciskała siępomiędzy innymi wozami. O tej porze główna ulica Kapsztaduprzepełniona była zarówno samochodami na jezdni, jak i pieszymi nachodnikach. Wreszcie kierowcy samochodu „only White” udało sięwydostać na ostatni, prawy pas jezdni i zatrzymać wóz przedhotelem „Intercontinental”. Zaraz do auta podbiegł portier w liberii i z niskim ukłonem otworzył drzwi.

Z samochodu wysiadł mężczyzna około pięćdziesiątki. Wysoki, postawny, choć może przydałoby mu się zrzucić kilka kilogramów nadwagi. Wiadomo, w tym wieku trudno się ustrzec tendencji do tycia. Jasny blondyn o niebieskich oczach i rysach, godnych zachwytu rasisty spod znaku Himmlera, był typem człowieka, za którym, jeśli kobieta nie szaleje, to w każdym bądź razie spogląda z zainteresowaniem. Nawet szpakowate włosy i duża blizna biegnąca wzdłuż całego lewego policzka nie szpeciły tej twarzy. Mężczyzna miał na sobie nienagannie uszyty jasnopopielaty garnitur, do tego granatową koszulę i biały miękki krawat, zaś na nogach eleganckie buty z miękkiej plecionej skóry. W ręku, jak przystało na biznesmena, trzymał czarną teczkę-walizeczkę ze złoconymi zameczkami.

Kierowca wyjął z bagażnika dużą, skórzaną walizkę zapinaną na





5




dwa pasy. Walizka nie była nowa, ale także niezbyt zniszczona, akurat taka jaką powinien mieć gentleman, często podróżujący w rozlicznych interesach. Przyjezdny uregulował należność za przejazd i jeszcze dorzucił szoferowi hojny napiwek, tak że kierowca aż się zgiął w dziękczynnym ukł; onie. Nie co dzień zdarza się, żeby taksówkarz dostawał pięć randów napiwku za przywiezienie kogoś z portu do śródmieścia.

— Moje nazwisko Anton Miller — wyjaśnił nowo przybyły kierownikowi hotelowej recepcji — zamówiłem u was pokój.

— Zaraz sprawdzę — pracownik hotelu sięgnął po listę rezerwacji. — Tak jest, mamy zamówienie szanownego pana — bystre oko recepcjonisty dostrzegło maleńki znaczek na stojącej na dywanie walizie gościa. Międzynarodowy kod informujący, że właściciel takiej walizki nie robi drobnych oszczędności na napiwkach. Toteż recepcjonista od razu zaczął gościa traktować dużo grzeczniej niż przeciętnych Afrykanerów, którzy obracają każdego randa dziesięć razy, zanim wreszcie zdecydują się puścić go w ruch, a o wynagrodzeniu służby hotelowej zawsze w porę zapominają. Tak się śpieszą z odjazdem, że nie pozostaje im paru sekund na sięgnięcie do kieszeni. Naturalnie recepcjonista nie mógł wiedzieć, że ten znaczek postawiony był własną ręką przystojnego przyjezdnego.

— Oto mój paszport — powiedział pan Miller kładąc na ladzie dokument z białym krzyżem na czerwonym polu. Paszport również nie był zbyt nowy i zaopatrzony w całą kolekcję najrozmaitszych wiz, w tym naturalnie także i wizę Republiki Południowej Afryki. Tylko ta jedna zresztą była prawdziwa. Sam dokument był znakomity — dużo lepszy niż oryginalny. Kosztował drogo, ale na takie rzeczy Anton Miller nie zwykł nigdy żałować pieniędzy.

— Zarezerwowaliśmy dla szanownego pana — wyjaśnił recepcjonista — ładny, duży pokój na dziewiątym piętrze. Okna wychodzą wprawdzie na dziedziniec, ale z daleka widać morze, z tej





6




strony jest dużo ciszej niż od ulicy i upał nie będzie tak panu dokuczał. Jest przecież koniec listopada, wchodzimy w najgorętszą porę roku.

— Upałów się nie boję. Wiele lat spędziłem w Nigerii, w Zairze i innych państwach tropiku — pan Miller miał zasadę, aby nigdy nie kłamać bez wyraźnej potrzeby. Co zresztą wcale nie znaczyło, że mówił całą prawdę. — Naturalnie, jeśli pan uważa, że to dobry pokój, biorę go bez zastrzeżeń.

— Na pewno będzie pan zadowolony. Wszyscy goście zawsze są zadowoleni z pobytu u nas. Zawsze też wracają do „Intercontinentalu”, kiedy następnym razem odwiedzają Kapsztad.

— Panu nie wypada inaczej mówić — roześmiał się przybyły — każda liszka swój ogonek chwali.

— Pan na długo do Kapsztadu?

— Nie wiem. Mam nadzieję, że na dłużej i że będę tutaj częstym gościem. Jestem handlowcem. Właścicielem „Züricher Import-Export Gesellschaft m. B.H.” Mam nadzieję, że uda mi się tu zrobić parę transakcji korzystnych dla obu stron.

— Życzę panu powodzenia. Oto klucz do pokoju dziewięćset dwudziestego siódmego. Portier wniesie walizkę i wskaże drogę.

— Jeszcze jedno — zauważył Miller — muszę otworzyć tu rachunek w jakimś banku. Który jest najbliżej? Nie będę nosił przy sobie gotówki. Zresztą nie mam jej tak dużo. Tyle żeby starczyło na podróż i na drobne wydatki. Muszę też zrealizować czeki „Credit Suise”.

— Nic trudnego. Trzy domy dalej mieści się filia „Merca Bank”. To jeden z największych i najsolidniejszych południowoafrykańskich banków.

— Dziękuję bardzo za tak cenną informację.

W ręku pana Millera znalazła się nagle, jak wyczarowana z powietrza, dwudziestorandówka, która równie błyskawicznie znikła w kieszeni recepcjonisty. Za to jego szacunek dla nowego gościa





7




jeszcze bardziej wzrósł. Drobne podarki umacniają przyjaźń, a odkąd Fenicjanie wynaleźli pieniądze, one właśnie najbardziej nadają się na takie prezenty.

Idąc za portierem niosącym walizę, Anton Miller dotarł do windy, która zawiozła ich na dziewiąte piętro. Tutaj, na korytarzu, spotkali pokojówkę. Młodą dziewczynę, tak około dwudziestu pięciu lat. Trudno ją byłoby nazwać pięknością, ale była dość przystojna i bardzo zgrabna. Rudawe włosy i stosunkowo biała cera świadczyły najwyraźniej o jej holenderskich przodkach. Natomiast duże czarne oczy mówiły, że wśród tych przodków mogła zaplątać się kiedyś jakaś Hinduska. Przed wprowadzeniem apartheidu było to dość częste, zwłaszcza w prowincji Natal.

Pokojówka ubrana w normalny „mundur” tej branży — białą bluzeczkę, maleńki koronkowy fartuszek na czarnej spódniczce i takąż samą koronkową opaskę na rudawych włosach z zainteresowaniem oglądała nowego gościa. Kłaniając się, zapytała z miłym uśmiechem: — Jaki numer?

— Dziewięćset dwadzieścia siedem — odpowiedział portier.

— Właśnie niedawno go przygotowałam.

— Dziękuję pani — tym razem odpowiedział Anton Miller.

Portier otworzył drzwi, umieścił walizę na stojaku i po zainkasowaniu dwóch randów bezszelestnie wycofał się z pokoju. Recepcjonista nie kłamał. Pokój, jak na pomieszczenia w nowoczesnym hotelu był dość duży i wygodny. Umeblowanie stereotypowe dla tego rodzaju lokali i dla tej klasy hotelu. Szeroki tapczan nakryty śnieżnobiałą pościelą. Po przeciwnej ścianie wygodna kanapa, dwa fotele i dwa krzesła. Biureczko, wysoka stojąca lampa, podłoga wybita miękką, szarą wykładziną. Z małego korytarzyka wejście do łazienki. W tymże korytarzu duża szafa w ścianie, zaopatrzona w komplet szczotek i past do butów oraz, na wszelki wypadek, w poduszeczkę z igłami i nićmi. Umeblowania pokoju dopełniał kolorowy telewizor





8




philips oraz lodówka z całą kolekcją napojów alkoholowych i oziębiających.

Anton Miller podszedł do okna i szeroko je otworzył. Miał pod sobą dziewięć pięter z dość dużym podwórzem i z wjazdem do podziemnego garażu oraz rampą wyładowczą przed częścią restauracyjną hotelu. Mały trawnik z klombem pełnym kwiatów dopełniał całości. Ponad dachem sąsiedniego, niższego budynku, widać było dalekie wzgórza zabudowane willami tonącymi w ogrodach, a na lewo las dźwigów portowych i malutki skrawek ciemnoniebieskiego morza.

Patrząc na ten widok, nowo przybyły pełen był obaw i czarnych myśli. Całe życie, od momentu kiedy jako siedemnastoletni chłopiec uciekł z domu rodzinnego, aby doń nigdy nie wrócić, przepełniała walka z losem o zdobycie znaczenia i pieniędzy. W tej walce mniej było zwycięstw, dużo więcej porażek. A lata płynęły. Teraz w tym nie znanym sobie Kapsztadzie Anton Miller doskonale zdawał sobie sprawę, że oto być może stoi przed ostatnią w życiu szansą niestoczenia się na margines, lecz złapania za jakąś szprychę toczącego się koła fortuny.

Ale jaką? Na to pytanie nie umiał odpowiedzieć. Nie miał żadnej zdecydowanej koncepcji. Pieniądze z marsylskiego skoku stopniały. Sławna firma „Import-Export” istniała raczej na papierze, żeby wścibscy Szwajcarzy za bardzo nie zaglądali do papierów swojego rodaka i nie chcieli sprawdzać jego genealogii. Czekałoby ich wtedy wiele niespodzianek. Na szczęście żadna z takich myśli nie przyszła do głowy pracownikom szwajcarskiej policji.

Tyle wielkich interesów zawiodło. Łącznie z tak, zdawałoby się pewną, naftową fortuną w Biafrze. Zamiast milionów dolarów, Anton wyniósł z tej przygody zaledwie własną skórę i to mocno przedziurawioną jakąś murzyńską kulą żołnierza generała Gonowana. Zawiódł także Zair i na końcu buńczuczny premier Smuts z Rodezji, która teraz rządzona jest przez czarnych i nazywa się Zimbabwe.





9




Pozostała tylko Republika Południowej Afryki otoczona zewsządmorzem czarnych wrogów i podminowana wewnątrz tym samymczarnym niebezpieczeństwem. Ale mająca także złoto, diamenty,uran i inne wielkie bogactwa oraz ludzi zdecydowanych walczyć oposiadanie tego majątku. Walczyć choćby z całym światem. Nicwięc dziwnego, że były uczestnik walk Francuskiej Legii Cudzoziemskiej w Wietnamie i Algierii, a potem najemnik Biafry, Czombego i Kasawubu swoją ostatnią szansę widział w tympaństwie, którego najbardziej na południe wysunięty cypel nazywasię Przylądkiem Dobrej Nadziei.

Na dalsze żołnierskie przygody i taką drogę do zrobienia fortuny Miller już nie liczył. Był na to i za stary, i już za mądry. Przekonałsię, że Murzyni strzelają coraz celniej, a człowiek ma tylko jedno życie do stracenia. Niech w takie zabawy bawią się młodsi i głupsi. Takich nigdy nie zabraknie. On, zurichski businessman, chciałby tunakręcić jakiś wielki interes. Niekoniecznie zresztą stuprocentowouczciwy. Im coś stoi bliżej artykułów kodeksu karnego, tym bardziejjest popłatne. Cała sztuka polega na tym, aby nie dać się wplątać wdżunglę tych artykułów, albo umieć w porę zniknąć. To drugie, jakdotychczas, panu Millerowi zawsze się udawało.

Stojąc przed perspektywą, że w krótkim przeciągu czasu trzebabędzie zamknąć interes w Zurychu i zlikwidować puste kontobankowe, a co za tym idzie, zniknąć z tak spokojnej i wygodnej Szwajcarii, Anton postanowił spróbować szczęścia gdzie indziej. Może jeszcze mógłby ciągnąć szwajcarską egzystencję przez rok lubpółtora licząc, że zdarzy się cud i zuryska firma zacznie dawaćdochody wystarczające na dość przyzwoite utrzymanie. Ale pan Miller w cuda nie wierzył. Przecież już przed tym zawiodłyzdawałoby się tak pewne interesy, jak przemyt papierosów do Włochczy też alkoholu do Szwecji. Zaś próby przewozu opium z Turcji do Paryża i do Frankfurtu skończyły się taką klęską, że trzeba się byłocieszyć uratowaniem życia. W porównaniu z tym sukcesem, stratakilkudziesięciu





10




tysięcy franków, i to tych dobrych szwajcarskich franków, była drobnostką.

Jako ostatnia szansa pozostała więc Republika Południowej Afryki. Były wprawdzie jeszcze inne możliwości. Prasa codziennie pisze o jakimś napadzie na bank i rabunku tysięcy marek, franków czy też dolarów. Ale po marsylskich doświadczeniach pan Miller z góry rezygnował z tej drogi zdobycia majątku, chociaż ludzi odważnych i chętnych do takiej roboty łatwo można znaleźć w każdym wielkim mieście. Za to trudno o takich, którzy na dodatek byliby mądrzy i wiedzieli, że trzymany przez nich pistolet może wystrzelić jedynie w ostateczności, a zdobyty łup trzeba trzymać długo nie wydając centa, bo inaczej zaraz wpadnie się w ręce policji. Jeden wyrok — gilotyna i dwa po dwadzieścia lat więzienia, jakie zapadły w Marsylii, od razu ostudziły zapał pana Millera do tego rodzaju operacji. A przecież obliczona ona była ściśle, ze stoperem w ręku i zaplanowana wręcz genialnie. Zdawałoby się, że musi się udać. I udałaby się bez pudła, gdyby nie to, że szczeniak stojący „na świecy” na widok spokojnie kroczącego patrolu policji, która tam się zjawiła zupełnie przypadkowo, wygarnął do idących z pistoletu. Na własne nieszczęście nie chybił. Jednego zabił, drugiego ciężko ranił. Sam przy tym dostał w nogi i pozostał na placu boju. Dwu innym młodym ludziom, buszującym wewnątrz banku, udało się uciec wraz z milionem sześciuset tysiącami franków. Anton Miller siedząc przy kierownicy skradzionego mercedesa dokonywał cudów zręczności zanim zmylili pogoń. Ale cóż z tego? Dwaj młodzi durnie w dwa tygodnie później dali się złapać w Bordeaux. Najwidoczniej umieli się poruszać wyłącznie w miastach portowych. Ujęto ich jedynie dlatego, że bez opamiętania szastali pieniędzmi. Skończyło się na tym, że po odzyskaniu zdrowia „strzelec” musiał się zapoznać praktycznie z działaniem gilotyny, zaś jego kumple z regulaminami francuskich więzień. A te regulaminy wcale nie są takie zabawne.





11




Pan Miller nie czekał na dalszy rozwój wypadków. Z półmilionem franków wylądował w Szwajcarii i tam właśnie został Antonem Millerem, mieszkańcem Zurychu. Miasta, o którymwiedeńczycy twierdzą, że jest dużo smutniejsze i nudniejsze niżjakikolwiek z cmentarzy wiedeńskich. Na wszelki wypadek pan Miller gruntownie zmienił wygląd swojej twarzy. Jako syn byłegofryzjera, charakteryzatora w jednym z teatrów w Monachium, przeztrzy lata, zanim prysnął z domu w szeroki świat, pomagał ojcu w tejrobocie. Później nieraz przydały mu się te umiejętności. Zaangażowani do skoku ludzie nic o swoim bossie wprawdzie niewiedzieli, ale strzeżonego Pan Bóg strzeże. Od tamtej chwili noga Antona nie postała we Francji.

Zdobyte pieniądze były zbyt małe, żeby wieść spokojny żywotbogatego rencisty. Zresztą taka egzystencja i tak marna sumka niezadowalały ambicji świeżo upieczonego Szwajcara. Przejął odprzyjaciela firmę handlową. Próbował robić najrozmaitsze interesy. Okazały się one dużo trudniejsze niż walki w dżunglach Wietnamu, Nigerii, czy też na algierskiej pustyni. Z biegiem czasu pan Millernabywał doświadczenia, ale pieniądze topniały z błyskawicznąszybkością.

Pozostała ostatnia szansa. Gra va banque w Republice Południowej Afryki. Nic więc dziwnego, że Anton Miller stojąc woknie swojego kapsztadzkiego hotelu nie rozkoszował się panoramąwielkiego miasta. Patrzył nie na widoki rozciągające się przed nim,lecz z troską w przyszłość

Rozdział II



Pokaż mi walizkę, powiem ci, kim jesteś



Niewesołe rozmyślania Antona Millera przerwało lekkie pukaniedo drzwi. Stanęła w nich ta sama pokojówka, która tak bacznieprzyglądała się nowemu gościowi na korytarzu.

— Przyszłam rozpakować panu rzeczy.

— Proszę — Miller nie okazał zdziwienia, chociaż mimo wielu podróży po raz pierwszy zetknął się z taką usługą hotelową. To jednak dość proste. W wielkich, międzynarodowych hotelach, służba jest zazwyczaj na dwóch etatach. Tym oficjalnym i tym policji bezpieczeństwa. Odmowa nie miałaby najmniejszego sensu i tylko zaostrzyłaby ciekawość wiadomych panów. A służba hotelowa zawsze może zrewidować rzeczy gościa w czasie jego nieobecności w numerze. Swoją drogą policja Republiki Południowej Afryki jest bardzo operatywna, skoro interesuje się cudzoziemcem.

— Poproszę klucze od walizki.

— Nigdy jej nie zamykam. Żadnych skarbów tam nie wożę.

Dziewczyna otworzyła skórzaną walizę i tak się pochyliła nad jej zawartością, że obserwujący ją mężczyzna mógł podziwiać zgrabne smukłe nogi na prawie całej ich długości. Były naprawdę bardzo ładne. Pokojówka znała ich wartość i umiała je eksponować.





13




— Pan pierwszy raz w Kapsztadzie?

— W ogóle pierwszy raz w waszym kraju.

— Nie ma piękniejszego na świecie — zapewniła dziewczyna — ale trochę za dużo tych czarnuchów. Mamy z nimi sporo kłopotów.

Miller przezornie ani nie przytaknął, ani nie zaprzeczył.

— Pan na długo do nas?

— Jeszcze nie wiem. Może na kilka dni, może na dłużej.

— Turysta?

— Jestem handlowcem.

— Dużo biznesmenów przyjeżdża teraz do nas. Kapsztad stał się wielkim centrum handlowo-przemysłowym — dziewczyna zręcznie wypakowywała zawartość walizki i układała rzeczy na półkach ściennej szafy znajdującej się w małym korytarzyku. — Nazywam się Mary Strijdom. Przyjaciele mówią do mnie Marietjie.

— A ja będę mógł panią nazywać Marietjie?

— O! Byłabym ogromnie rada.

Rzeczy już zajęły miejsca na półkach, dwa garnitury znalazły się na wieszakach w szafie, dziewczyna jednak nie kwapiła się do wyjścia.

— Radzę panu przebrać się w to lekkie, jasne ubranie. Na dworze jest gorąco. I niech pan dzisiaj zbyt dużo nie chodzi, a także proszę nie pić alkoholu. Trzeba się przyzwyczaić do naszego klimatu. Zrobił pan skok z zimy prosto w upalny koniec wiosny. Pan bezpośrednio z Zurychu?

„Powiedziała »z Zurychu« — przemknęło Millerowi po głowie — a więc interesują się mną. Pokojówka otrzymała dokładne zlecenia od swoich mocodawców. Trzeba prowadzić tę grę i być bardzo ostrożnym”.

— Jechałem dwa dni — odpowiedział zgodnie z prawdą — bo zatrzymałem się w Egipcie. Z Zurychu nie ma bezpośredniego połączenia do Kapsztadu. A za rady bardzo pani dziękuję, Marietjie. Postaram się do nich zastosować. Teraz trochę pospaceruję po mieście, a jutro zajmę się nawiązywaniem kontaktów handlowych.





14




Jestem właścicielem firmy handlowej w Zurychu. Oto mój adres,gdyby pani kiedykolwiek zawitała do naszego miasta — Miller podałdziewczynie swój bilet wizytowy.

— Dziękuję, ale na razie nie wybieram się do Europy.

— Gdyby jednak…

Dziewczyna schowała karteczkę do kieszonki fartuszka. Miller milczał. Chcąc nie chcąc, panna Strijdom zaczęła się zbierać dowyjścia. Ściereczką od kurzu strzepnęła jeszcze jakiś niewidoczny pyłek na biurku i stojąc we drzwiach dorzuciła: — Gdyby pan czegoś potrzebował, proszę dzwonić. Mam służbę do dziesiątej, ale mogę zostać dłużej.

Była to niedwuznaczna oferta. Anton skwitował ją krótko: — Dziękuję, Marietjie.

— Proszę dzwonić — powtórzyła pokojówka. — A na którą zamówić panu śniadanie do pokoju?

— Dziękuję. Wstaję zwykle o siódmej, ale wolę zjeść śniadanie na dole, a nie w pokoju.

— Jak pan sobie życzy.

Po odejściu dziewczyny Miller poważnie się zastanowił. Marietjie koniecznie chciała się znaleźć w jego łóżku. Jako mężczyzna nie miał nic przeciwko małej przygodzie ze zgrabną pokojówką. Ale to wszystko było dość niezwykłe. Czyżby dziewczyna dorabiała sobie uprawianiem hotelowej prostytucji? To raczej wykluczone. Hotele z czterema gwiazdkami nie tolerują żadnej poufałości służby z gośćmi. Dziewczyna straciłaby natychmiast pracę. Zapewne działała według udzielonej jej instrukcji. Wiadomo, ważne wiadomości kobieta najłatwiej zdobywa w łóżku kochanka. Ale dlaczego tak się policja bezpieczeństwa interesuje skromną osobą Antona Millera? Co mogą o nim już wiedzieć i czego szukają? Wszystkie dokumenty ma we wzorowym porządku. Przez ostatnie lata nie zajmował się niczym podejrzanym, jeśli nie liczyć tych drobnych prób z przemytem papierosów czy też zupełnie nieudaną operacją z tureckim opium. Może sprawa marsylska? Nie, to wprost niemożliwe! Gdyby wpadli na





15





jego trop, Interpol zwinąłby go już dawno w Szwajcarii. A więc co? Przecież nie nagła miłość od pierwszego wejrzenia. W takie głupstwa Anton Miller nie wierzył od dawna. Umiał uwodzić kobiety, umiał się im podobać. Nieraz bardzo dużo im zawdzięczał, ale tutaj to wszystko szło za szybko i trochę zbyt nachalnie.

Skorzystał jednak z dobrych rad dziewczyny. Pozbył się swojego popielatego, dość ciepłego garnituru, wziął prysznic i w lekkim ubraniu z tropiku wyszedł na ulice Kapsztadu. Trochę spacerował starając się zapoznać z topografią miasta. Następnie kazał się obwieźć po Kapsztadzie taksówką. Na pewno nikt go nie śledził. Pod tym względem pan Miller miał dobre rozeznanie i każdego agenta policji rozpoznawał na pierwszy rzut oka. Długoletnia praktyka robi swoje. Kierowca taksówki, zadowolony z intratnego kursu, namówił swojego pasażera na odwiedzenie False Bay, którą reklamował jako najpiękniejszą plażę w całej Afryce. Tutaj pan Miller wstąpił do kawiarni, aby napić się modnej kawy. Marietjie nie kłamała, zmiana klimatu zaczynała cudzoziemcowi dawać się we znaki. Głowa robiła się coraz cięższa, a krople potu coraz szybciej występowały na czoło. Zmęczenie podróżą także się potęgowało. Anton uznał zatem, że najlepiej zrobi wracając do hotelu. Na pokojówkę nie zadzwonił. Nawet ze względów fizjologicznych. A poza tym nie zwykł płacić za coś, co zawsze otrzymywał za darmo. Położył się wcześnie spać i obudził o świcie. Znowu czuł się znakomicie. Organizm szybko zaakceptował zmianę długości geograficznej i inny klimat. Najwidoczniej wiele lat przebywania w tropiku zahartowały jego ciało. Nie wstawał jednak. Leżąc na wygodnym tapczanie rozmyślał, w którą stronę skierować pierwsze kroki? Postanowił, że odwiedzi kilka dużych firm handlowych i rozpocznie z nimi rozmowy jak najbardziej oficjalne. Trzeba zobaczyć, co z tego wyjdzie? Dopiero potem można będzie poruszyć bardziej ciekawe tematy, jak dostawy towarów objętych sankcjami gospodarczymi.





16




O siódmej godzinie rozległ się lekki chrobot kluczaprzekręcanego w zamku. Marietjie weszła, a raczej cichutkowśliznęła się do pokoju. Nie miała na sobie zwykłego strojupokojówek, ale kolorową, dobrze uszytą sukieneczkę.

— Pan już nie śpi?

— Mówiłem, że wstaję zwykle o siódmej.

— Wczoraj pan nie zadzwonił. Czekałam — w głosie

dziewczyny dźwięczał żal.

— Niczego nie potrzebowałem — roześmiał się Anton — trochę pospacerowałem po mieście i wcześnie położyłem się spać. Spałem jak zabity.

— To dobrze, że pan wypoczął. Teraz przygotuję panu kąpiel — dziewczyna znikła w drzwiach łazienki, skąd wkrótce rozległ się szum wody nalewanej do wanny.

— Kąpiel gotowa!

Miller wstał z tapczanu i przeszedł do łazienki. Chciał za sobą zamknąć drzwi, ale dziewczyna weszła za nim i podchodząc zupełnie blisko zaczęła rozpinać mu guziki od pidżamy.

— Ta wanna — szepnęła — jest tak duża, że zmieścimy się

oboje.

Kiedy już uspokojeni, odpoczywali na tapczanie, Marietjie

delikatnie głaszcząc ciało kochanka powiedziała:

— Od pierwszego momentu, kiedy zobaczyłam cię tam, na korytarzu, postanowiłam, że musisz być moim. Tak bardzo mi się podobałeś. A ty niedobry, nie zadzwoniłeś. Straciliśmy jedną noc.

— Będziemy ich mieli jeszcze wiele przed sobą — roześmiał

się Anton.

— Tylko nie myśl, że lecę na twoje pieniądze. Wiem, że nie

jesteś bogaty.

— Coo? — zdziwił się Miller.

— Nie jesteś bogaty — powtórzyła dziewczyna, chociaż chcesz za takiego uchodzić. Możesz udawać przed wszystkimi, ale nie przede mną.

— Tak myślisz?





17




— Rozpakowywałam twoje rzeczy. Masz ładne garnitury, ale to gotowa konfekcja, kupiona w jakiejś szwajcarskiej firmie. Bogaci ludzie nie tylko ubrania, ale także koszule szyją na zamówienie.

— Przesada.

— Koszule może nie wszyscy sobie szyją — zgodziła się

Marietjie — ale ty masz ich po prostu za dużo.

— To źle? Przecież właśnie to świadczy o zamożności

człowieka.

— Może o zamożności, ale nie o prawdziwym bogactwie. Milionerzy, jeżeli podróżują po krajach cywilizowanych, mają ze sobą najwyżej po jednej zmianie bielizny, po jednej parze skarpetek i… książeczkę czekową. Co im potrzeba, kupują w miejscowych sklepach. Wyjeżdżając, cały ten kram zostawiają w pokoju hotelowym, nawet gdyby mieli się przenieść do sąsiedniego miasta. Wyjątki robi się jedynie dla garniturów i obuwia. A także, jeżeli podróżuje się samochodem.

— Ciekawą masz filozofię.

— To nie filozofia, a po prostu doświadczenie. Podobasz mi się i jest mi wszystko jedno, kim jesteś. Możesz być nawet szczurem hotelowym.

— Tak źle ze mną nie jest.

— Ale musisz przyznać, że cię dobrze rozszyfrowałam.

— W pewnym stopniu — zgodził się Anton Miller — rzeczywiście, nie jestem jeszcze milionerem, ale po prostu solidnym, szwajcarskim biznesmenem. To przecież łatwo sprawdzić. Wystarczy, żeby ten, kto się tymi sprawami interesuje, zatelefonował pod numer mojej firmy w Zurychu. Albo tylko zajrzał do książeczki telefonicznej tego miasta. Chyba nie zgubiłaś mojej wizytówki? Zresztą mogę ci dać drugą.

Dziewczyna usiadła na tapczanie.

— Za kogo ty mnie masz!

— Za ładną, miłą babeczkę.





18




— Mylisz się. Wprawdzie policja nieraz żąda od nas rozmaitego rodzaju informacji o różnych ludziach mieszkających w naszym hotelu, ale ja takich wiadomości nie zdobywałam nigdy w łóżku. Kładę się tam z tymi, którzy mi się podobają. A co do ciebie, jesteś chyba za małym pionkiem, żeby tak od razu się tobą zainteresowano. Jak będą chcieli, inaczej cię wypróbują.

Marietjie podniosła się z tapczanu, ale Anton prawie siłą ją zatrzymał, położył i znowu zaczął pieścić. Początkowo usiłowała się bronić. Ale krótko.

— Jestem głupia, bardzo głupia — szeptała — powinnam wyjść

stąd natychmiast. Ale ty mi się tak podobasz, jak jeszcze nigdy nikt.

— Zaczynam ci wierzyć.

— Musisz. Skąd masz tę bliznę na prawym udzie?

— To nóż pewnego Murzyna w Zairze. Ale on już nie żyje.

— A te ślady ran na piersi?

— Pamiątka z Nigerii.

— Czerwona szrama na plecach?

— To stara historia. Wietnam.

— Z twojego ciała można się uczyć geografii — roześmiała się dziewczyna — masz także krechę na policzku. To ci jednak nawet dodaje uroku.

— Jedynie wspomnienie z pewnej marynarskiej knajpy w Rotterdamie. Nic ważnego. Mała bójka po pijanemu i kastet, przed którym nie zdążyłem się uchylić. Zawadził mnie samym końcem żelaza.

— I tak ma wyglądać poważny szwajcarski biznesmen?

— Naprawdę nim jestem. Na starość ludzie ustatkowują się i poważnieją. Zaczynają rozumieć, że człowiek ma tylko jedno życie i że w końcu trzeba się wziąć za spokojniejsze i bardziej zyskowne interesy.

— Przyjechałeś szukać takich interesów w Kapsztadzie?

— Tak. Mam nadzieję, że je znajdę.

— Uprzedzam. Nie wdawaj się w kupno diamentów!





19




— Dlaczego? Czy handel diamentami może być gorszy od

handlu na przykład ropą naftową?

— Firma de Beers ma monopol na eksploatację pól

diamentowych i na handel tymi kamieniami.

— Ale na pewno istnieje czarny rynek?

— Murzyni pracujący w kopalniach, a także i biali, naturalnie starają się skraść co cenniejsze okazy diamentów. Niektórym to się udaje. Trudno jest ukraść, ale jeszcze trudniej sprzedać i wywieźć za granicę. Tu działają wspólnie koncern de Beers i policja.

— Diament łatwo ukryć.

— Poradzono sobie i z tym. Każdy podejrzany, a przede wszystkim każdy cudzoziemiec, którego można posądzić o chęć wzbogacenia się bez zgody de Beers, może oczekiwać wizyty ludzi, proponujących mu kupno diamentów po śmiesznie niskiej cenie. Ty chyba także doczekasz się takiej wizyty. Może Murzynów, może białych. Albo i białych, i Murzynów.

— Te diamenty są fałszywe?

— Są jak najprawdziwsze. I bardzo piękne w swoim gatunku. Jednakże w parę godzin czy nawet w parę minut po takiej transakcji zjawia się policja. Konfiskuje diamenty, które z powrotem trafiają do firmy de Beers, zaś chciwy amator łatwego zarobku wędruje do więzienia. Jeżeli jest dostatecznie bogaty, płaci wysoką grzywnę i zostaje wydalony z naszej republiki. Biedniejszy musi spędzić co najmniej dwa lata w miejscowym więzieniu. Takim ludziom i ewentualnym ich naśladowcom odchodzi chętka robienia tego rodzaju interesów. Widziałam już dużo naszych gości opuszczających w ten sposób hotel „Intercontinental”.

— Sprytne — zauważył Miller.

— Pamiętaj. Uprzedziłam cię. Nie daj się złapać.

— Bądź spokojna. Diamenty mnie nie interesują. Nie znam się na nich. Dla mnie to tylko szarego koloru na wpół przezroczyste kamyki. Ale pomimo tych metod, przemyt diamentów z Republiki Południowej Afryki nadal istnieje.





20




— Czasami komuś uda się trafić na prawdziwego złodzieja, a nie na prowokatora. Poza tym istnieją doskonale zorganizowane gangi. Mają oni swoich ludzi w kopalniach i w biurach de Beers, a na pewno także i w policji. Ale i gangi, równie jak koncern, nie lubią konkurencji, chociaż te sprawy załatwiają inaczej. Jakiś wypadek samochodowy, źle izolowana lampa, kula lub nóż. Nikt nigdy nie znajdzie sprawcy, nikt go zresztą naprawdę nie szuka.

— To bardzo przyjemne.

— Więc uważaj. Tym razem nie skończyłoby się na nowej

bliźnie, pamiątce z Południowej Afryki.

— Bądź spokojna. Zajmuję się wyłącznie jak najbardziej legalnymi interesami.

— No to dobrze — Marietjie niezbyt wierzyła tym zapewnieniom.

— Już dziesiąta — zauważył w pewnej chwili Anton.

— O Boże! — przestraszyła się dziewczyna — jeżeli mnie ktokolwiek zobaczy wychodzącą z twojego pokoju, wyleją mnie z pracy — zerwała się z tapczanu i zaczęła się pośpiesznie ubierać. — Kiedy mogę przyjść? Może ty dasz mi znać. Dzisiaj mam nocny dyżur. Zaczynam o dziesiątej.

— To od razu przyjdź do mnie — Millerowi coraz bardziej podobała się ta dziewczyna tak szczera w swoim uczuciu i tak odważna w miłości. Może naprawdę nie udaje i nie przyszła do niego służbowo?

— W czasie dyżuru to wykluczone. Nawet gdybyś zadzwonił,

nie mogłabym przyjść na dłużej niż na kilka minut.

— To jak?

— Jutro cały dzień mam wolny. Spotkamy się po południu i zabiorę cię na Peninsula Road. Tam jest piękna dzika plaża, a jedzie się przez Clifton, Camps Bay i Bakoven. Zobaczysz najładniejsze okolice naszego miasta.

— Czym pojedziemy? Zamówić taksówkę, a może wynająć

samochód?





21




— Nie trzeba. Mam starego volksvagena, ale jeszcze na

chodzie.

— To spotkajmy się w jakiejś restauracji. Zjemy obiad i potem

pojedziemy na tę plażę, dobrze?

— Chętnie. Jesteś naprawdę miły.

— Gdzie się spotkamy?

— Niedaleko, na tej samej Adderley Street znajduje się

restauracja „Astoria”. Prawie po przeciwnej stronie naszego hotelu.

— Wiem, widziałem ją. Stary lokal z dębowymi stropami i

ciemnymi ścianami.

— To wszystko zręczne oszustwo dekoratora. Ta niewielka restauracyjka otworzona została zaledwie przed kilku laty. Dawniej był tam duży sklep obuwniczy. Ale to dość ekskluzywny lokal i podobno drogi. Nigdy tam nie byłam.

— No to razem go zwiedzimy. A co do cen, wprawdzie, jak twierdzisz, nie jestem milionerem, stać mnie jednak na zabranie do knajpy ładnej dziewczyny. O której mam tam jutro czekać na ciebie?

— Przyjdź o drugiej. Gdybym się trochę spóźniła, poczekaj. Mieszkam aż w Rondebosh. To cicha, spokojna dzielnica Kapsztadu, ale dość oddalona od centrum miasta. Mogę trafić na korki uliczne albo mieć kłopoty z zaparkowaniem w pobliżu „Astorii”, a na parkingu hotelowym nie chcę stawiać samochodu.

— Nie bój się. Będę czekał.

Dziewczyna ostrożnie otworzyła drzwi prowadzące na korytarz. Chwilę badała teren i szybko wybiegła z pokoju.

Ubierając się Anton Miller z przyjemnością myślał, że chociaż dobiega pięćdziesiątki, to jednak ciągle podoba się młodym dziewczynom. Przecież Marietjie jest od niego młodsza o co najmniej dwadzieścia pięć lat. A swoją drogą wykazała mu, że popełnił poważny błąd z tymi nowymi garniturami i stosem koszul przytaszczonych aż z Zurychu. Na drugi raz trzeba być ostrożniejszym. Jak cię widzą, tak cię piszą.





22




Jadąc do Kapsztadu Miller zebrał trochę informacji o tutejszychfirmach handlowych. Przyszykował też kilkanaście ofert na dostawyszwajcarskich produktów przemysłowych. Naturalnie wszystkotowary legalne, takie, które mogłyby być wstępem do dalszychrozmów już na tematy bardziej konkretne. Przede wszystkim należynawiązać znajomości i zyskać zaufanie.



Rozdział III



Pięć małych kamyków



Cztery następne dni Anton Miller spędził pracowicie. Odwiedzałfirmy handlowe i wielkie przedsiębiorstwa przemysłowe, konferowałz wieloma ludźmi, składał oferty. Słowem zachowywał się tak, jaksię powinien zachowywać poważny handlowiec rodem z Zurychu.

Rezultaty tych spotkań były jednak bardzo mizerne. Przyjmowano go grzecznie, częstowano kawą i kieliszkiem koniaku,wysłuchiwano jego propozycji, ale oświadczano, że firmy mająswoich stałych dostawców lub w ogóle nie interesują się importem z Europy. Nikogo nie skusiły niskie ceny ofert składanych przez pana Millera. Gdy zaś Szwajcar usiłował sprowadzić rozmowę na dostawytowarów objętych sankcjami, rozmówcy udawali, że nie rozumieją, oco chodzi lub gwałtownie przerywali dalsze rokowania. Ten rodzajimportu szedł widocznie do Kapsztadu innymi kanałami, do których Millerowi nie udało się dotrzeć.

Jedynie dwie firmy zainteresowały się zuryskim biznesmenem izłożyły niewielkie zamówienia. Jedna na aparaturę pomiarową,druga na lakiery antykorozyjne. Ewentualny zysk z tych transakcjibył tak minimalny, że nawet nie pokrywał kosztów biletówlotniczych Zurych-Kapsztad i z powrotem. Wprawdzie dyrektorzytych firm zapewniali Millera, że po próbnych zamówieniach poważniezwiększą





24




zakupy, ale to wszystko nie było tym, o czym marzył przybysz z Europy.

Gdyby nie Marietjie, która jak mogła, tak umilała Antonowi pobyt w Kapsztadzie, Szwajcar gotów był uznać wypad do Południowej Afryki za kolejny niewypał. Ale najpiękniejsza i najbardziej uczynna kochanka nie może przecież zastąpić mężczyźnie pieniędzy. Zwłaszcza wówczas, kiedy zapasy gotówki kurczą się z przerażającą szybkością, a nadzieje na nowe wpływy stają się coraz bardziej mgliste. Pan Miller był coraz mocniej rozdrażniony. Bogu ducha winnemu kelnerowi w hotelowej kawiarni dostało się, że przyniósł, zdaniem Millera, nie dość gorącą kawę, a czerwone wino z lodu. Aż szef sali musiał przepraszać krewkiego cudzoziemca.

Piątego dnia po południu, kiedy Anton Miller poważnie zastanawiał się, czy po prostu nie zamówić biletu lotniczego do Europy na najbliższy samolot, usłyszał delikatne pukanie do drzwi. Kiedy je otworzył, do pokoju weszło dwóch panów. Jeden biały, drugi Murzyn. Ten pierwszy był jakiś dziwnie mały i pokraczny. Miał szczurzą twarzyczkę z przylepionym na niej fałszywym uśmiechem. Drugi, jak na Murzyna dość jasnej karnacji, był za to barczystym i silnie zbudowanym mężczyzną.

— Może pan być spokojny — powiedział biały — nikt nas nie widział wchodzących do hotelu. Nie jechaliśmy windą, a wdrapaliśmy się schodami na dziewiąte piętro.

— Panowie w jakiej sprawie?

— Niech pan patrzy — wymoczek położył na stole pięć niewielkich szarych kamyków i udając przestrach oglądał się po pokoju, czy nikt go nie obserwuje z ukradka.

— Co to jest?

— To jest skarb — roześmiał się Murzyn — diamenty czystej wody. Mało takich kamieni znajduje się w skarbcu koncernu do Beers? Mój brat znalazł je, pracuje w jednej z kopalń w Transwalu. Kiedy je wykopał, a wszystkie stanowiły jedno gniazdko, od razu je





25




połknął. Udało się. Nikt nie zauważył. Brat jest skoszarowany w baraku przy kopalni. Nie wolno robotnikom opuszczać terenu ogrodzonego. Ale i na to znaleźliśmy sposób. Ten pan, biały, ale przyjaciel nas, Murzynów, pomógł przewieźć diamenty do Kapsztadu. Da pan za nie pięć tysięcy dolarów i są pańskie. W Holandii każdy jubiler zapłaci za nie co najmniej cztery razy więcej. A po oszlifowaniu będą warte po dziesięć tysięcy dolarów każdy kamyk.

— Nie dam — krótko odpowiedział Miller. Już na pierwszy rzut oka ocenił, że naprawdę te diamenty są dużo warte. Kto wie, gdyby nie ostrzeżenie Marietjie, może dałby się skusić?

— Rozumiem — z kolei biały wymoczek zabrał głos — pan nie ma przy sobie takiej gotówki. Da nam pan czek albo nawet weksel. Mamy zaufanie do Szwajcarów i wiemy, że to uczciwi ludzie, którzy nie skrzywdzą biednych Murzynów. Im i bez tego ciężko żyć w tym kraju. Te pięć tysięcy dolarów to dla nich nie tylko majątek. To po prostu wolność i możliwość wydobycia się z piekła, w jakim muszą egzystować.

— Weźcie te kamienie i szukajcie głupszego ode mnie.

— Pan się boi, że to fałszywe? Zostawimy je panu do jutra. W Kapsztadzie prawie każdy mieszkaniec zna się na diamentach. Wystarczy, że pan je pokaże komukolwiek, każdy przyzna, że to wspaniałe diamenty. Po oszlifowaniu będą z nich prawdziwe blaufuksy.

— Jeszcze raz powtarzam, zabierzcie to. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego.

— Pan nam ciągle nie wierzy — Murzyn uśmiechał się dobrotliwie — a my przeciwnie, mamy do pana pełne zaufanie. Jutro, kiedy przyjdziemy tutaj, będzie pan nam dziękował, że udało się panu zrobić tak wspaniały interes. A co do wywiezienia diamentów do Europy, nie będzie pan miał najmniejszych trudności. Tak łatwo schować te malutkie cacka. Obywatela szwajcarskiego nikt nie rewiduje na lotnisku.





26




— Albo bierzecie te kamienie, albo je zaraz wyrzucę przez okno — to mówiąc Miller wziął w rękę szare kamyki i podszedł do otwartego okna. Zrobił ruch jakby rzeczywiście wyrzucał diamenty na podwórze hotelu.

— Ani mi się waż! — krzyknął Murzyn i z pięściami rzucił się na Millera. Ale ten był szybszy. Nie wypuszczając diamentów z ręki, krótkim sierpem trafił przeciwnika w szczękę. W języku bokserskim takie uderzenie nazywa się „trafieniem na punkt”. Murzyn jak worek piasku miękko osunął się na dywan.

— Ty kanalio! — krzyknął biały i sięgnął do kieszeni. Ale i tym razem Anton Miller ubiegł go. Ileż to on razy brał udział w takich spotkaniach? Wiedział więc, jak się walczy z przeciwnikiem sięgającym po broń. Kopnięcie w podbrzusze zgięło białego wymoczka wpół. Uderzenie kantem dłoni w szyję było już tylko dopełnieniem formalności.

Miller spokojnie, bez pośpiechu, wyciągnął sznury dwóch lamp z kontaktów i tymi kablami fachowo związał obu nieprzytomnych napastników. Następnie ich zrewidował. U Murzyna znalazł drugi pistolet. Obaj także mieli prawa jazdy. Z nich Szwajcar spisał personalia prowokatorów. Biały nazywał się Wilhelm Eindhoven. W prawie jazdy Murzyna figurowało nazwisko Thomas Malan.

Miller położył na stole diamenty, pistolety i dokumenty napastników i wyszukał w książce telefonicznej numer redakcji „Evening Star” popularnej, sensacyjnej popołudniówki kapsztadzkiej. Kiedy uzyskał połączenie z redakcją, powiedział: — Moje nazwisko Anton Miller. Jestem obywatelem szwajcarskim, handlowcem z Zurychu. Mieszkam w „Intercontinentalu” w pokoju dziewięćset dwadzieścia siedem. Przed chwilą odwiedziło mnie dwóch ludzi: Murzyn i biały. Najpierw usiłowali mi sprzedać jakieś kamyki. Mówili, że to diamenty pochodzące z kradzieży. Kiedy odmówiłem, zaczęli mi grozić i sięgnęli za broń. Udało mi się obu





27




bandytów rozbroić i związać. Możebyście się zainteresowali tą

sprawą i przysłali tutaj jakiegoś reportera, no i fotografa?

— Już jedziemy — dyżurny redaktor był najwidoczniej uszczęśliwiony szlagierem, który sam mu wpada w ręce — czy pan zawiadomił policję o napadzie?

— Jeszcze nie.

— A mógłby pan z tym zaczekać z dziesięć minut.

Wolelibyśmy być u pana pierwsi.

— Doskonale — zgodził się Miller — mam także zanotowane

nazwiska napastników i numery ich praw jazdy.

— Niech pan je nam od razu poda.

— Proszę. Biały to Wilhelm Eindhoven, zaś Murzyn nazywa się

Thomas Malan.

— Dziękujemy, panie Miller. Nasza ekipa zjawi się u pana najdalej za dziesięć minut. Już wyjeżdżają.

Biały nadal leżał jak trup. Murzyn zaczynał odzyskiwać przytomność. Najpierw spróbował się poruszyć, następnie otworzył oczy i coraz bardziej przytomniejąc, zdał sobie sprawę z tego, że jest związany i leży na dywanie.

— Rozwiąż mnie, to ci nic nie zrobię — prosił — a te diamenty

możesz zabrać.

— Zabierze je i ciebie policja. Właśnie do nich dzwonię.

— Głupi jesteś. Nie nam nie zrobią. Rozwiąż nas obu, to i ciebie zostawią w spokoju. Nie ryzykuj, bo to dla ciebie źle się skończy. Nie dla nas.

— Dobrze, dobrze! — Leż spokojnie, bo inaczej będę cię musiał drugi raz zaprawić. A już się przekonałeś, że umiem bić.

— Umiesz, ale poza tym jesteś głupi. Jeżeli nas nie rozwiążesz, nie darujemy ci tego.

Miller nie zwracając uwagi na pogróżki połączył się z recepcją hotelową.

— Dokonano na mnie napadu bandyckiego. Dwaj napastnicy najpierw chcieli mi sprzedać kradzione diamenty, potem usiłowali obrabować. Proszę zawiadomić policję.





28




— Załatwimy to we własnym zakresie — zaproponował szef

recepcji — zaraz tam przyjdzie nasz hotelowy detektyw.

— Powtarzam, proszę natychmiast zawiadomić policję. Chciałbym też pana poinformować, że zawiadomiłem o napadzie redakcję „Evening Star”.

— To nie było potrzebne. Dlaczego pan to zrobił?

— Jedynie dlatego, żeby pan wezwał policję. Wiem, że nie odpowiada wam takie rozwiązanie, ale to zbyt poważna sprawa dla waszego hotelowego detektywa.

— Skoro pan sobie tego koniecznie życzy, zadzwonię. Ale czy tym ludziom nic się mie stało? Bo mógłby pan odpowiadać za przekroczenie obrony koniecznej.

— Niech pan będzie spokojny. Są cali i zdrowi. Związani jak dwa wieprze leżą na dywanie.

Dziennikarze byli pierwsi. Przyjechało ich aż trzech razem z fotografem, który z miejsca wziął się do roboty. W swoim canonie wypstrykał chyba cały film. Obfotografował pokój, a specjalnie zajmował się napastnikami, obydwaj, bo biały także odzyskał przytomność, na próżno usiłowali nie dopuścić do sfotografowania ich twarzy. Tymczasem dziennikarze skrzętnie notowali wyjaśnienia Antona Millera, który szczegółowo opisał przebieg napadu. Spisano personalia bandytów i zapisano numery ich pistoletów.

Dziennikarze byli w świetnych humorach. Doskonale orientowali się, kim są rzekomi bandyci i z jakiego źródła pochodzą te piękne diamenty leżące na stole. Ale nie istnieje na świecie gazeta, która nie miałaby różnych porachunków z policją. Teraz „Evening Star” trafiła się gratka wyrównania choć części tych porachunków.

Wreszcie zjawiła się i policja. Dwóch mundurowych i dwóch panów w cywilu. Tylko jeden z nich przedstawił się Millerowi jako inspektor Gerrit Gordimer. Aż zbladł ze złości widząc w pokoju przedstawicieli prasy.

— Co panowie tu robią? — ostro zapytał dziennikarzy.

— To, co powinna robić nasza dzielna i tak operatywna policja.

Bandyci w biały dzień napadają na cudzoziemca w międzynarodowym





29




hotelu, a policja zjawia się dopiero w pół godziny po wezwaniu, chociaż gmach dyrekcji policji jest oddalony od „Intercontinentalu” o pięć minut drogi piechotą.

— Kto panów tu wezwał?

— Ja — spokojnie odpowiedział Miller.

— Dlaczego?

— Mamy taki zwyczaj w Szwajcarii. Tam się tak robi, żeby policja nie tuszowała sprawy. Bo u nas zdarzają się takie smutne przypadki.

— Panowie dziennikarze opuszczą pokój — rozkazał inspektor — proszę nie przeszkadzać w śledztwie.

— Dobrze. Będziemy czekać na korytarzu.

Inspektor kazał rozwiązać obu rzekomych handlarzy diamentami. Wysłuchał relacji Millera z przebiegu wypadków, a następnie rozpoczął przesłuchanie podejrzanych. Obaj musieli się przyznać, że usiłowali sprzedać cudzoziemcowi diamenty. Zaprzeczyli natomiast, że chcieli użyć siły wobec niego. To właśnie Miller, zamiast zapłacić za diamenty umówioną sumę chciał ich obrabować.

— Dlatego odebrałem im pistolety, związałem kablem, zawiadomiłem prasę i poleciłem służbie hotelowej wezwać policję — śmiał się Szwajcar — a w dodatku położyłem te diamenty na stole koło pistoletów znalezionych u tych bandytów. Gdzie na świecie znajdzie się taki dureń, który uwierzy w bajeczkę opowiedzianą przez tych drabów?

Chcąc nie chcąc, inspektor musiał przyznać rację Millerowi. Spisał krótki protokół z przebiegu wypadków i oświadczył cudzoziemcowi, że dalsze śledztwo będzie prowadzone przez odpowiednie władze. Być może, pan Miller otrzyma w najbliższych dniach wezwanie na przesłuchanie. Dla zachowania pozorów, inspektor polecił zakuć obu rzekomych bandytów w kajdanki, co dwaj mundurowi funkcjonariusze policji wykonali nader gorliwie i z prawdziwą przyjemnością. Mały orszak opuścił pokój hotelowy, by na korytarzu dostać się pod obstrzał kamery.





30





— Już my tę sprawę dobrze rozrobimy — zapewniał pana Millera jeden z reporterów — w pięty im pójdzie ta prowokacja — dziennikarz nie krył przed Szwajcarem, jakich to metod używa koncern de Beers i policja dla zwalczania nielegalnego handlu diamentami.

— Niech pan będzie spokojny — zapewniał drugi z przedstawicieli popołudniówki — nie dopuścimy, żeby pana spotkały jakiekolwiek szykany. Jeszcze prasa trochę znaczy w tym kraju i władze muszą się z nami liczyć.

— Jestem zwykłym handlowcem — tłumaczył Anton Miller — przyjechałem tutaj z ciekawymi ofertami handlowymi, które zainteresowały waszych kupców. Prowadzimy rokowania w tych sprawach. Czegóż więc mam się obawiać?

— Gdyby jednak… Proszę być z nami w kontakcie.

Zaraz po odjeździe policji i prasy panu Millerowi złożył wizytę dyrektor hotelu. Długo przepraszał swojego gościa za nieprzyjemny incydent, który zdarzył się w „Intercontinentalu”. Jednak i dyrektor uważał, że wezwanie dziennikarzy było zupełnie niepotrzebne.

— Musiałem tak zrobić, bo wasz szef recepcji nie chciał zawiadomić policji o napadzie. Pozostawało mi tylko odwołanie się do prasy.

— Rozumiem szanownego pana — dyrektor cały giął się w ukłonach — a szefowi recepcji zaraz udzielę nagany.

— Nie trzeba. Proszę tego nie robić. Po prostu ten człowiek stracił głowę. Przecież nie co dzień zdarzają się w hotelu napady bandyckie.

— Jeszcze nigdy żadnego nie było — zapewniał dyrektor.

— Mam nadzieję, że ten był pierwszym i ostatnim.

— Szanowny pan zamierza długo u nas mieszkać?

— Nie. Właśnie jutro się wyprowadzam. Poproszę o rachunek.

— Szkoda, że pan już nas opuszcza — w głosie dyrektora brzmiała radość przecząca treści słów — a co do rachunku, ze względu na przykrości jakie pana szanownego spotkały zapiszemy go na koszta handlowe.





31




— Jak pan uważa — zgodził się Miller.

— Jeszcze raz przepraszamy i proszę zapomnieć o tym

przykrym incydencie.

— Nie ma o czym mówić. Jutro rano pokój będzie wolny.

Po odejściu dyrektora, do Millera przybiegła Marietjie. Właśnie tego dnia miała dyżur. Tych dwóch doskonale znała. Nieraz, zresztą za wiedzą i zgodą dyrekcji hotelu, odwiedzali przyjezdnych i proponowali im nabycie diamentów. Najczęściej do nielegalnych transakcji nie dochodziło, ale zdarzało się, że naiwny gość po wizycie tej pary wędrował do więzienia. Toteż nauczka, jaką otrzymali od Szwajcara, wzbudziła ogromną radość wśród całego personelu hotelowego.

— Miałeś świetny pomysł z tym „Evening Star”. Nie będą mogli zemścić się na tobie. Tych dwóch policja od razu zwolniła, to przecież jej ludzie. Ale co dostali, to dostali. Na terenie Kapsztadu są już spaleni.

— Jutro rano muszę się stąd wyprowadzić. Dyrektor hotelu niedwuznacznie dał mi do zrozumienia, że nie życzy sobie mojej obecności w „Intercontinentalu” i żebym się jak najprędzej wyniósł, nie chcą nawet pieniędzy za dotychczasowy pobyt.

— Najchętniej zabrałabym cię do mnie. Ale to byłoby zbyt wielkim ryzykiem. Nie martw się jednak. W Rondebosh, niedaleko mojej kawalerki, znajduje się miły, spokojny hotel. Właścicielką jego jest pewna starsza pani. Przedtem pracowałam u niej. Na pewno nie będzie się bała wynająć ci pokoju. Zaraz do niej zatelefonuję. Nie ma tam wprawdzie takich luksusów jak w „Intercontinentalu”, ale pokoje są czyste i wygodne. A do mnie będziesz miał parę kroków. Niestety, dzisiaj, po skończonym dyżurze nie będę mogła przyjść do ciebie. Nasz hotelowy detektyw stale się kręci na naszym piętrze. Pewnie otrzymał polecenie obserwowania, co się u ciebie dzieje. Lepiej dzisiaj już nie wychodź ani do miasta, ani na dół. Każ sobie przynieść do numeru coś do jedzenia.





32




Wizyta dwóch prowokatorów wprowadziła Antona Millera wdoskonały humor. Jak ręką odjął prysnęły wszystkie troski i obawy. Życie znowu stało się piękne. Jeszcze raz okazało się, że jest ciągleprawdziwym mężczyzną. Postanowił, że za pieniądze, któremusiałby zapłacić za pobyt w hotelu, kupi Marietjie jakiś złotydrobiazg. Oglądał na Adderley Street wystawę jubilera. Tam leżały ładne i stosunkowo niedrogie rzeczy. Należy się to dziewczynie. Gdyby nie ona, kto wie, czy teraz zamiast w swoim pokoju, niesiedziałby w piwnicy, w gmachu dyrekcji policji.

Wieczorem do Millera zatelefonował naczelny redaktor „Evening Star”. Informował, że są czynione pewne naciski, aby zatuszowaćsprawę i żeby gazeta nic na ten temat nie pisała.

— Ale my się nie damy. Przygotowujemy taką bombę, że jutrocały Kapsztad będzie boki zrywał ze śmiechu z policji. Ani słowemnie wspomnimy, że to prowokacja, ale i tak wszyscy będą wiedzieli,co jest grane. A co u pana?

— Właśnie wylali mnie z hotelu. Wprawdzie zrobili to w dość grzecznej formie i nawet zrezygnowali z uregulowania rachunku, ale od jutra przenoszę się do Rondebosh.

— Dobrze, że pan nam to powiedział. Dostanie się od nas i „Intercontinentalowi”. Będziemy z panem w kontakcie. Gdyby pana spotkały jakieś przykrości, proszę nam zaraz dać znać. Potrafimy temu zaradzić. Nawet w rządzie są ludzie, którzy uważają, że policja zbyt się w naszym kraju rozzuchwaliła. Staje się państwem w państwie… Ale mam do pana prywatną prośbę.

— Jaką?

— Chciałbym pana osobiście poznać. Rzadko się zdarza, żeby

ktoś tak się rozprawił z napastnikami.

— Było ich zaledwie dwóch.

— Ale pan był sam.

— Popełnili kardynalne błędy. Przede wszystkim znajdowali się za blisko mnie. Ten Murzyn leciał na mnie z wysuniętą do przodu głową. Jego szczęka była łatwym celem. Zaś biały stał tuż przy mnie.





33




W zasięgu nogi. No i dostał, co mu się należało. Będzie mniewspominał jeszcze przez kilka dni. Nie kryję, że z nie jednego piecachleb jadłem i takie sytuacje jak dzisiejsza, zdarzały się w moim życiu.

— Tym bardziej chciałbym pana poznać. Może jutro spotkamysię na kolacji?

— Bardzo mi będzie miło. Gdzie i o której godzinie?

Hotel na Rondebosh okazał się akurat takim, jak go opisała Marietjie, to jest cichym i spokojnym. Natomiast artykuł w „Evening Star” był wojowniczy. Reporterzy ze zgrozą opisywali, jak w jednym z najelegantszych hoteli Kapsztadu bezkarnie grasują murzyńscy bandyci, którzy do spółki z „białym marginesem” napadają na cudzoziemców, zaś dyrekcja hotelu nie znajduje na to innej rady, jak tylko wymawiać tym gościom pokoje. A policja w ogóle nie interesuje się bezpieczeństwem w mieście. Jest tak zajęta, że po wezwaniu na pomoc, zjawia się później niż to uczynili reporterzy dziennika. Artykuł był ilustrowany całą serią zdjęć zarówno napastników, jak i ekipy policyjnej. Nie zabrakło także fotografii „dzielnego Szwajcara”, który bez broni pokonał dwóch drabów uzbrojonych w pistolety. Opisując diamenty, a stawiano za pewnik, że zostały one skradzione w jednej z kopalń koncernu, gazeta żądała od de Beersa, aby wypłacił Antonowi Millerowi odpowiednią nagrodę za odzyskane kamienie.

Szef „Evening Star” był małym okrąglutkim człowiekiem o różowej łysince. Entuzjastycznie powitał Millera i nie byłby rasowym dziennikarzem, gdyby nie usiłował wyciągnąć czegoś więcej od swojego gościa. Trafił jednak frant na franta. Miller chętnie opowiadał, jak to swego czasu, jako młody człowiek, uprawiał boks, brał udział w szkolnych zawodach pływackich i w biegach długodystansowych, co pozwoliło mu zachować kondycję fizyczną do dziś. Szwajcar także szeroko rozwodził się o swoich planach rozwinięcia stosunków handlowych z firmami południowoafrykańskimi, podkreślając jednocześnie trudności, z jakimi się spotkał w Kapsztadzie, gdzie rynek





34




opanowany jest przez Amerykanów i Japończyków, którzy oferują towary tańsze, ale gorsze niż te z Europy.

O towarach objętych różnymi sankcjami gospodarczymi nie było mowy. Miller w oczach dziennikarza chciał uchodzić za solidnego kupca, którego przypadek wplątał w niemiły dla niego incydent.

— Jestem pewien — śmiał się dziennikarz — że władze nie wezwą pana na oficjalne przesłuchanie. A koncern de Beers robiąc dobrą minę do złej gry, prześle panu list z podziękowaniem i załączy czek na tysiąc randów.

— Przekażę go waszej redakcji jako dar dla najbiedniejszych, według waszego uznania — zapewnił Anton Miller.

— To będzie ładne i zręczne z pana strony. Da to panu solidną

reklamę w naszych kupieckich sferach.

— Oby tak było, bo przyznaję, idzie mi tutaj jak po grudzie.

— A nawiązał pan kontakt z van den Ruyterem?

— Nie. Van den Ruyter? Kto to jest?

— Pieter van den Ruyter to najbogatszy chyba człowiek w Kapsztadzie i bodaj jeden z najzamożniejszych ludzi w całym państwie. Niezwykle rzutki i odważny biznesmen. Jest jak legendarny Midas, czegokolwiek się dotknie, w jego rękach zostaje złoto. Zaczynał przed laty bodaj z niczego. Dziś ma własny bank, udziały i akcje we wszystkich najważniejszych dziedzinach przemysłu. Nie zdziwiłbym się, gdyby i „Intercontinental” należał do niego.

— Van den Ruyter! To nazwisko kogoś mi przypomina. Czy to czasami nie taki wysoki jasny blondyn o szarych oczach i wyraźnie zarysowanym nosie?

— Blondynem on już dzisiaj nie jest. Moglibyśmy konkurować, który z nas ma większą łysinę. Ale nos jak słoniowa trąba ciągle mu pozostał. Pan go znał?

— Zetknąłem się z nim kiedyś przypadkowo.

— Tutaj w Kapsztadzie?

— Nie. Za granicą. W Kapsztadzie i w ogóle w Republice





35




Południowej Afryki jestem po raz pierwszy. Nie pamiętam już gdzieto było. Może Paryż, może Londyn? My, kupcy, chcąc zarobić nakawałek chleba, musimy stale podróżować. Poznajemy masę ludzi. Trudno mi więc powiedzieć, gdzie się zetknąłem z van den Ruyterem? To był zupełnie przypadkowy kontakt. Chyba na jakimśtowarzyskim spotkaniu, gdzie nas obu zaproszono.

— Tym lepiej, że pan go kiedyś poznał. Do van den Ruytera trudno dotrzeć. Ma wprawdzie swoje biuro w centrum Kapsztadu, mieszka zaś w pałacyku, w ekskluzywnej dzielnicy miasta, Constantia, ale dostępu do tego nababa broni cały sztab urzędników i sekretarek osobistych. Trzeba sporo czasu i cierpliwości, żeby przedrzeć się przez tę zaporę.

— Mam nadzieję — Miller powiedział to niedbałym tonem — że uda mi się dotrzeć do tego pana dość prędko. Czy ciągle zajmuje się jachtingiem?

— On był kiedyś żeglarzem? Nic mi o tym nie wiadomo.

— Przypominam sobie, że w czasie naszego przypadkowego spotkania rozmawialiśmy właśnie o jachtach. To mi chyba posłuży jako pretekst do spotkania się z waszym przemysłowym rekinem.

— Niech się pan o to stara. Od tego człowieka i jego poparcia

ogromnie dużo zależy.



Rozdział IV



„Mewa Południa”



Na drugi dzień, z samego rana, Anton Miller zatelefonował dobiura van den Ruytera. Spotkał się z suchą odmową. Pan dyrektordzisiaj jest bardzo zajęty, informował jakiś kobiecy głos, nikogo nieprzyjmuje. Zaś jutro, w ogóle nie wiadomo, czy nie wyjedzie z Kapsztadu. Sekretarka proponowała, żeby pan Miller porozmawiał zktórymś z zastępców przemysłowca.

— Niestety, muszę rozmawiać z panem van den Ruyterem —wyjaśnił Szwajcar — jeżeli pan dyrektor jest tak zajęty w biurze,chętnie odwiedzę go w jego willi, w Constantii. Pani powie panudyrektorowi, że chce się z nim widzieć przyjaciel z „Mewy Południa”. To wystarczy. Zatelefonuję do pani o godzinie pierwszejpo południu, żeby dowiedzieć się, o której mnie pan Ruyter możeprzyjąć. Dziękuję pani — Miller położył słuchawkę.

O godzinie pierwszej ta sama sekretarka poinformowała, że „pandyrektor będzie oczekiwał pana Millera o szóstej w swoim domu”.

Punktualnie o tej godzinie służący wprowadził Szwajcara doelegancko urządzonego gabinetu. Zza biurka podniósł się łysawymężczyzna. Wydatny nos był charakterystyczną cechą tej twarzy. Van den Ruyter, pomimo upalnego dnia, ubrany był w ciemnygarnitur z jasnoszarym krawatem.





37




Na ukłon gościa odpowiedział lekkim skinieniem głowy i nie

podając ręki wskazał Szwajcarowi fotel naprzeciwko siebie.

— Chciał się pan ze mną widzieć. Dlaczego? Nie przypominam sobie, żebyśmy się znali.

— Stare dzieje! — roześmiał się Anton Miller swobodnie sadowiąc się na wskazanym mu miejscu. — Jeszcze z epoki pięknego jachtu „Mewa Południa”. Tak się bowiem nazywał w tamtych czasach. Czy jeszcze istnieje? Przyjechałem do Kapsztadu i chyba nic dziwnego, że postanowiłem odwiedzić dawnego znajomego.

— To szantaż, panie Miller?

— Nigdy nie robię tak małych interesów.

— A więc? Ciągle nie mogę sobie przypomnieć. Pańskie

nazwisko nic mi nie mówi.

— Ludzie zmieniają ubrania, zmieniają czasami także nazwiska. Ale postaram się odświeżyć pańskie wspomnienia. Było to w 1970 roku w Nigerii. Tuż przed upadkiem ostatniego punktu oporu rejonu Biafry, miasta Enugu. Port Harcourt już był zdobyty przez wojska Gonowana. Na samym skraju Nigerii, przy granicy z Kamerunem, pozostał jedynie wąski pas plaży. Była ciemna noc. „Mewa Południa” podpłynęła jak najbliżej brzegu. Z daleka widać było światła łodzi pościgowych generała Gonowana. W tę noc podpłynąłem dwoma łódkami do pańskiego jachtu. Pan stał oparty o burtę. Ja znajdowałem się obok, ale w łodzi. Murzyni, jak mogli najspieszniej, przeładowywali skrzynie z bronią. Ostatni transport, żeby obronić lotnisko, aby z niego pułkownik Obote i jego sztab mogli odlecieć do tych, którzy zorganizowali secesję plemienia Ibów. Po skończonym przeładunku podałem panu teczkę z pieniędzmi. Nie było wtedy czasu na ich liczenie, bo kutry Gonowana znajdowały się niebezpiecznie blisko. A mogłem panu zapłacić nie dolarami. Wystarczyła jedna kula. Przecież miałem broń w ręku.

— Ja także nie zdejmowałem palca z cyngla pistoletu — roześmiał się van den Ruyter — nie wiadomo, kto byłby pierwszy. A gdybym od razu strzelił, nie trzeba byłoby wtedy wyładowywać z





38




jachtu tych ciężkich skrzyń, na które znalazłby się kupiec i gdzie indziej.

— Obaj jesteśmy gentlemanami i dlatego obaj tu teraz siedzimy. Swoją drogą wątpiłem wówczas, czy panu się uda uciec.Ścigacze Gonowana zbliżyły się na odległość strzału. Pamiętam, że kiedy wypływaliście na pełne morze, otworzyli do was ogień.

— „Mewa Południa” miała dobry silnik i była szybsza. Zaś

Murzyni bardzo źle strzelali.

— Teraz robią to dużo lepiej. Widziałem ich w akcji w Rodezji.

— A co się z panem działo później w Nigerii?

— Byłem głupi. Aż do końca stałem przy boku pułkownika. Nawet dłużej niż do końca, bo kiedy ostatnie samoloty startowały z Biafry, ja z garstką wiernych Ibów osłaniałem lotnisko. Potem o głodzie i w brudzie przez dwa tygodnie przedzierałem się przez dżunglę do Kamerunu. Jedyne, czego się wtedy dorobiłem, to blizny na lewym udzie.

— Tak. Dopiero teraz pana poznaję. Ale czy to nie pan jest

bohaterem tej historyjki w „Intercontinentalu”?

— Mnie się to przydarzyło.

— Jak się to skończyło? Czy domyśla się pan, że wszystko od początku do końca było prowokacją?

— Wiedziałem o tym od momentu, kiedy ci dwaj panowie znaleźli się w moim pokoju. Ale trochę nudno w tym Kapsztadzie i postanowiłem się zabawić. A koniec? Po prostu wylano mnie z hotelu.

— To świństwo. Zaraz to załatwię — van den Ruyter sięgnął do

telefonu.

— Nie warto. Przeprowadziłem się na Rondebosh. Jest mi tam zupełnie dobrze.

— Jak pan chce. Czym można pana poczęstować?

W tym momencie Anton Miller już wiedział, że wygrał. Został przez tego przemysłowca uznany za swojego. Może jeszcze nie za partnera do interesów, ale za równego sobie. Odpowiedział z całą powagą:





39




— Pamiętam, że na „Mewie Południa” parę razy piliśmy koniak. Hennessy. Może więc i dzisiaj?

Van den Ruyter nacisnął guzik dzwonka. Kiedy służący stanął w drzwiach, polecił mu: — Dwie kawy i butelkę hennessy.

Kiedy kawa i koniak znalazły się na stole, Afrykaner zapytał:

— Co pana do nas sprowadza?

— Interesy. Po prostu interesy. Na stare lata zrobiłem się handlowcem. Mam w Zurychu firmę handlową „Züricher ImportExport Gesellschaft m. B.H.”

— Czym się zajmuje pańska firma?

— Wszystkim. Sprawy niemożliwe realizujemy od ręki, cuda w

trzy dni.

— A tutaj w Kapsztadzie?

— Przywiozłem trochę ofert. Takich dla zachowania pozorów.

W rzeczywistości szukam jakiegoś dobrego interesu.

— Jakiego?

Miller wiedział, że z dawnym przemytnikiem broni można być

szczerym i spokojnie wyjaśnił:

— Może ropa naftowa? Może to samo, co w Nigerii, lecz w większym stylu i w innym kierunku. Może jakieś materiały rozszczepialne? Nie znam waszego rynku. Nie wiem, czego najbardziej potrzebujecie.

— Nic z tych rzeczy. Z ropą było rzeczywiście u nas bardzo krucho. Ale teraz płynie ona ustalonymi kanałami w każdej potrzebnej nam ilości. Uranu mamy aż za dużo. Zresztą jesteśmy państwem nastawionym pokojowo i jedynie pragniemy, żeby nikt nas nie zaczepiał. Broń także produkujemy sami i nawet ją eksportujemy.

— Do państw czarnej Afryki?

— Do każdego, kto dobrze zapłaci. Z państwami murzyńskimi chcemy żyć w zgodzie, a i możemy im pomagać pod warunkiem, że nie będą się wtrącać w nasze wewnętrzne sprawy i zostawią w spokoju naszych czarnuchów.

— Co zatem pan by proponował?





40




Van den Ruyter namyślał się albo udawał, że się namyśla.

— Jest jeden interes — powiedział — ale diablo trudny.

Próbowaliśmy już na wszystkie strony i niewiele z tego wyszło.

— Nieraz wielu próbuje, a jednemu to się uda. Moglibyśmy zaryzykować — Miller specjalnie zaakcentował słowo „moglibyśmy”.

— Wolfram — odpowiedział gospodarz ponownie napełniając

kieliszki.

— Wolfram? — powtórzył Miller.

— Tak. Chodzi o dostawy wolframu dla naszego rozbudowanego przemysłu stalowego. Kupujemy wolfram w minimalnych ilościach. Sprzedają nam jak z łaski. Ledwie starcza do produkcji żarówek. Głównie Amerykanie, ale ostatnio po tym szumie z Namibią, robią to coraz niechętniej. A my potrzebujemy dużo wolframu.

Anton Miller miał ten rodzaj pamięci, która jak komputer, w razie potrzeby wydobywa z bębna odpowiednie informacje. Teraz błyskawicznie uświadomił sobie, że wolfram jest szarym metalem o najwyższym w przyrodzie współczynniku topliwości. Gdzieś ponad trzy tysiące kilkaset stopni powyżej zera. A jednocześnie nawet drobna domieszka wolframu do stali utwardza ją i czyni odporną na ciepło. Bez wolframu nie można budować czołgów i luf armatnich. Bez wolframu nie wystartują rakiety dalekiego zasięgu ani nie wybuchnie bomba atomowa. Pracujący dla celów pokojowych stos atomowy także musi mieć osłonę wolframową. Największe na świecie pokłady rudy wolframowej znajdują się w Brazylii i w Związku Radzieckim. Prócz tego drobne ilości tego metalu wydobywa się w Japonii, w Meksyku, w Stanach Zjednoczonych i paru innych państwach. W świecie kapitalistycznym monopol na ten produkt mają obecnie USA, gdyż opanowały kopalnie brazylijskie i meksykańskie. Głośna była sprawa z czasów drugiej wojny światowej, kiedy to Niemcom hitlerowskim groziła katastrofa właśnie z braku wolframu. Hitlera





41




uratowali na dwa lata Japończycy. Trzema specjalnie wybudowanymi łodziami podwodnymi dostarczyli oni do Hamburga ładunek wolframu, przepływając pod wodą przez trzy oceany. Gdyby nie to, faszystowska machina wojenna załamałaby się już w 1943 roku. Ten japoński wolfram pozwolił jej przetrwać jeszcze dwa lata aż do kapitulacji w Berlinie.

— Sądzę, że moglibyśmy spróbować. W tej chwili nie orientuję się w moich możliwościach w tej sprawie, ale postaram się jak najszybciej rozejrzeć się, gdzie potrzeba. Jakie ilości wchodzą w grę?

— Każde.

— A cena?

— Ten, metal nie ma ceny giełdowej. Każdorazowo jest taka,

jaką strony ustalą. Będziemy się targowali, żeby kupić jak najtaniej.

— Ile na tym możemy zarobić?

— Bardzo dużo.

— A jakie będą nasze role?

— Ja będę kupował. Naturalnie nie sam. Pan będzie sprzedawcą. To interes bardzo śliski. Nikt o nim nie może wiedzieć, zanim wolfram nie znajdzie się u nas. Później pyskacze z Organizacji Narodów Zjednoczonych albo ci z Państw Afrykańskich mogą mordy drzeć. Ale przed tym nikt nic.

— Rozumiem.

— Dlatego musimy mieć do czynienia z jednym człowiekiem. Wiem, że to za duży kęs chleba, aby pan go sam mógł ugryźć. Pańską sprawą jest dobrać sobie do pomocy takich ludzi, którzy umieją trzymać język za zębami. W przeciwnym razie z całej transakcji będą nici. Nie obchodzi nas także, ile pan zarobi i w jaki sposób zorganizuje pan dostawy towaru.

— A sprawy finansowe? Przecież to nie kilogram bananów, które mogę kupić za wyciągnięte z kieszeni parę randów.





42




— Kiedy już będziemy mieli konkretną ofertę i będziemy widzieli, że interes jest do zrobienia, otrzyma pan od nas wszelką potrzebną pomoc. Listy gwarancyjne poważnych banków światowych. Ewentualnie zaliczki gotówką. Rozumiem dobrze, że wszystkiego nie da się załatwić tylko gwarancją bankową.

— A pańska rola w tej transakcji?

— To pana nie będzie obchodziło. Moja działka będzie się znajdować po stronie nabywcy. Często dużo się zarabia nawet nie inkasując ani grosza.

— Rozumiem.

— Daję panu okazję, jakiej być może nie będzie pan miał już w życiu. Nie ukrywam, że sprawa jest nad wyraz trudna. Ale pan sam się reklamował, że cuda załatwiacie w trzy dni.

— Za trzy dni dam też panu odpowiedź, czy mogę się podjąć tej transakcji, a odwiedzę pana o szóstej wieczorem. Zgoda?

— Będzie pan już miał ofertę?— W głosie van den Ruytera dźwięczało niedowierzanie.

— Nie. Naturalnie że nie. Do konkretnej oferty droga dość daleka. Ale za trzy dni będę wiedział, czy sprawa jest w ogóle do załatwienia, jak pan to określił, czy mogę ugryźć ten kawałek chleba.

— Czekam więc na pana.

Zabierając się do odejścia, Miller zapytał:

— A co się stało z „Mewą Południa”?

— Spoczywa na dnie morza, na głębokości tysiąca metrów, Ale to już zupełnie inna historia. Była zresztą dobrze ubezpieczona.

Wielki przemysłowiec był tak uprzejmy, że odprowadził swojego gościa aż do furty wiodącej na ulicę. Zaś Miller, zanim wrócił do domu, nadał z najbliższej poczty długą depeszę do Stambułu. Treść depeszy była zupełnie niewinna. Tylko odbiorca mógł się z niej dowiedzieć, o co chodzi nadawcy w Kapsztadzie.





43




Odbiorcą był Hans Zimmerman. Dawny kolega szkolny pana Millera, który wtedy wcale nie był Millerem, jak też Zimmerman niebył Zimmermanem. Dwaj młodzi chłopcy razem uciekli z domówrodzinnych, razem zapisali się do francuskiej legii cudzoziemskiej irazem przez ładnych kilka lat przelewali krew swoją i cudzą w Wietnamie, a później w Algieru. Potem ich drogi się rozeszły. Jedenz nich, ten który teraz posługuje się szwajcarskim paszportem nanazwisko Miller, szukał dalej szczęścia wojennego w oddziałachnajemników walczących w Zairze, Nigerii czy w Rodezji. Ten drugizamiast ryzykować własną skórą, zajął się bardziej intratnymzajęciem. Angażował do tych oddziałów innych ochotników,pobierając sutą prowizję od każdego zwerbowanego łebka. Zdobytąw ten sposób sporą gotówką szczęśliwie obracał chwytając sięnajrozmaitszych zyskownych interesów. Szczęście mu sprzyjało. Pieniądze rosły, a ciężka ręka Interpolu czy też narodowych policjinigdy nie spoczęła na jego barku. Wreszcie uznał, że najwyższy czaswycofać się z ryzykownych interesów. Kupił sobie piękny pałacykna Wyspach Książęcych na Morzu Marmara, aby zaś zupełnie niezardzewieć prowadził skromne biuro handlowe w Stambule. Raczejnie zawierał żadnych transakcji, za to służył poradą innym. Takieporadnictwo to także bardzo zyskowny interes.

Właśnie Hans Zimmerman swego czasu założył „Züricher ImportExport Gesellschaft”. Kiedy zaś ta firma już była muniepotrzebna, przekazał ją Antonowi Millerowi, który na gwałtszukał jakiegoś szyldu, aby spokojnie przetrwać w Szwajcarii burzęrozpętaną w Marsylii. Na swój sposób Zimmerman pozostał wiernymłodzieńczej przyjaźni. Chwalił się także, że jest jedynym na świecie człowiekiem, który zna prawdziwe nazwisko Antona Millerai widział jego prawdziwą twarz.

Hans Zimmerman prowadząc różnorodne interesy, a później,kiedy już przerzucił się na poradnictwo handlowe, wyrobił sobieogromne znajomości na całej dosłownie kuli ziemskiej. Miał swoich





44




rezydentów we wszystkich większych centrach przemysłowych. Znał także masę ludzi, którzy mogli się podjąć każdej roboty, nie wyłączając nawet tej „mokrej”.

Kiedy więc nadarzył się wolframowy interes, Anton Miller natychmiast skomunikował się z dawnym kolegą szkolnym. Bardzo też niecierpliwił się przez następne dni, bo Stambuł nie dawał znaku życia. Wreszcie trzeciego dnia, na dwie godziny przed umówionym spotkaniem z van den Ruyterem, nadeszła „błyskawica”. Wcale nie szyfrem, bo nie było to potrzebne. Zimmerman kablował „sprawa bardzo trudna; ale możliwa do załatwienia, stop, przyjeżdżaj natychmiast”.

Tym razem spotkanie z Afrykanerem przebiegało od samego początku w innej atmosferze niż to poprzednie. Przemysłowiec z Kapsztadu był wyraźnie ucieszony wiadomością, że istnieje perspektywa załatwienia zakupu wolframu. Usiłował wypytywać Millera, jak to zostanie przeprowadzone, ale Szwajcar odpowiadał lakonicznie na każde pytanie. Przecież sam jeszcze nic nie wiedział.

— Żeby uruchomić cały interes — zaznaczał van den Ruyter — musimy mieć nie budzącą wątpliwości opcję na zakup wolframu. Taką opcję wraz z pańską osobistą ofertą musi mi pan dostarczyć jak najprędzej.

— Jak najprędzej to ja jadę do Europy — odpowiedział Miller — mam trudności z nabyciem biletu lotniczego.

— Dokąd?

— Wszystko jedno do jakiego miasta w Europie. Byle jak najprędzej. A tu wszystkie połączenia lotnicze są zabukowane na tydzień naprzód.

— To się załatwi — van den Ruyter wyszedł z biblioteki, w której obaj panowie konferowali przy szklaneczkach whisky. Nie było go z dziesięć minut. Po powrocie oświadczył: — Ma pan samolot do Rzymu jutro o godzinie ósmej rano. — Bilet odbierze pan na lotnisku. Czy przysłać po pana samochód?





45





— Dziękuję, dam sobie sam radę — odmówił Miller. Marietjie kończyła w tym dniu pracę o dziesiątej wieczór i następne dwadzieścia cztery godziny miała wolne. Anton uważał, że nie powinien jej odmówić odwiezienia na lotnisko. Bał się nagłego rozstania. Dziewczyna za bardzo brała do serca to, co dla mężczyzny było miłą przygodą.

— A wracając do naszych interesów — powiedział van den Ruyter — to musi pan się spieszyć, aby nas ktoś, nie ubiegł. Jeszcze raz zaznaczam, że wszelkie dokumenty muszą być wystawione wyłącznie na pańską firmę i pańskie nazwisko. Nie życzymy sobie nikogo więcej, chociaż nikt nie zabrania panu mieć cichych wspólników. Ale oficjalnie tylko pan będzie występował jako sprzedawca wolframu. Oczywiście będziemy szukali i innych źródeł zaopatrzenia.

— Wobec tego ja rezygnuję — spokojnie odpowiedział Miller.

— Dlaczego?

— Muszę mieć wyłączność działania przez pewien okres. Wolframu nie kupuje się na jarmarku. Jeżeli parę osób czy też parę firm zacznie się starać o nabycie tego metalu, od razu jego cena pójdzie gwałtownie w górę. Już nie mówię o tym, że taki ruch obudzi czujność tych, którzy mają monopol na produkcję i sprzedaż wolframu. Nikt rozsądny, nie uwierzy, że raptem gdzieś na świecie tak nagle wzrasta produkcja żarówek i wolfram nabywany jest wyłącznie w tym celu.

— No tak… Ma pan rację. Ale oferty musimy mieć jak najprędzej.

— Jaki termin otrzymam na wyłączne działanie?

— Powiedzmy piętnaście dni.

— Nie ma mowy! Muszę mieć co najmniej dwa miesiące.

— To za długo. Najwyżej miesiąc.

— Ciężko będzie.

— Co nie wystrzeli w miesiąc, nie dojrzeje i w rok.

— Niech będzie miesiąc. W każdym bądź razie za miesiąc





46




zjawię się w Kapsztadzie i wówczas na pewno będę wiedział, czy

interes jest do załatwienia.

— Umowa stoi. Za jej pomyślność — obaj panowie z namaszczeniem wysączyli do dna to, co pozostało w szklaneczkach.

— Zaraz polecę kierowcy, żeby pana odwiózł do hotelu. O tej

porze w Constantii dość trudno o taksówkę.

Tym razem Miller nie protestował.

Pożegnanie z Marietjie było ciężkie i smutne. Dziewczyna odwiozła Millera na lotnisko i żegnając go, przez łzy powiedziała: — Wiem, że już cię nigdy nie zobaczę.

— Ależ dziecino — śmiał się Anton — najdalej za miesiąc będę znowu w Kapsztadzie. A może nawet jeszcze wcześniej.

— Tylko tak mówisz. Nie wierzę.

Chociaż cudzoziemiec zaprzeczał, w duchu przyznawał rację dziewczynie. Zaczynał wielką grę. W niej nie było miejsca na przygody nawet z najładniejszymi i najzgrabniejszymi pokojówkami hotelowymi. A pomimo to rozstawał się z Marietjie z pewnym uczuciem żalu i melancholii.



Rozdział V



Trzej wspólnicy bez pieniędzy



Kiedy samolot z Rzymu wylądował na podstambulskim lotnisku,

Hans Zimmerman czekał na przyjaciela.

— Masz nowy garnitur i nową twarz — śmiał się Zimmerman

ściskając dłoń Millera — skąd ta nowa blizna?

— Z buteleczki z farbą — wyjaśnił Szwajcar.

— Po co ci to?

— Każdy widzi bliznę i raczej już nie obserwuje reszty twarzy. Nie zauważa takich szczegółów, jak zarys kości policzkowych, wysokość czoła, wielkość i kształt nosa czy wykrój ust lub kolor oczu. Szczegółów, których najlepsza charakteryzacja nie potrafi zmienić. Piękna blizna! Nie schodzi po umyciu wodą i mydłem. Można się nawet golić. Dziewczyna, z którą spałem przez tydzień, nieraz całowała tę szramę i nie domyślała się, że wystarczy kilka kropel pewnego płynu i jeden ruch chusteczką od nosa, aby blizny nie było. Noszę ją już od dwóch lat i przyzwyczaiłem się do niej. Przyjdzie jednak czas, że ona zniknie.

— Zawsze podziwiałem twoje umiejętności.

— Nieraz ocaliły mi one jeśli nie życie, to wolność.

— Pojedziemy prosto na Wyspy Książęce do mojego domku. Tam wypoczniesz po podróży i tam w domowym zaciszu odbędziemy naradę, jak najlepiej sfinalizować twoją transakcję. W sąsiedztwie





48




mojej siedziby zatrzymali się dwaj panowie. Jeden z nich to Libańczyk z paszportem Stanów Zjednoczonych, Frederick Gabon właściciel między innymi firmy żeglugowej „Liverpool Shiping Company”, zarejestrowanej w Liberii. Drugi to Holender z Rotterdamu, pan Arnond Fock. Jego przedsiębiorstwo „Fossils Trading Company” zajmuje się handlem z Brazylią, między innymi kamieniami szlachetnymi i półszlachetnymi. Pośredniczyło również w zakupach brazylijskiej rudy żelaznej dla niektórych republik socjalistycznych. Nie ukrywam, że interesy tych panów ostatnio idą niezbyt dobrze. To sprawa stagnacji panującej na rynkach światowych. Niemniej są to biznesmeni poważni i uczciwi w przeprowadzaniu transakcji, chociaż być może, że policje pewnych państw są innego zdania. Po twojej depeszy z Kapsztadu skomunikowałem się z tymi handlowcami i ściągnąłem ich na wyspę. Pan Fock powinien mieć już konkretne propozycje, w jaki sposób można będzie zdobyć pewne ilości wolframu.

— To muszą być duże ilości — zastrzegł się Miller, kiedy obaj przyjaciele jechali do portu, skąd odpływają promy na wyspy. — Przecież Afrykanerom nie chodzi o wolfram do produkcji żarówek.

— Oczywiście, że duże ilości. Tylko na dużych można dużo

zarobić.

— A dlaczego ściągnąłeś tutaj tego Libańczyka?

— Skąd weźmiesz statek do przewozu wolframu?

— On ma ten statek?

— Chyba nie ma żadnego. Jego firma prosperuje na podobnych zasadach co twój „Züricher Import-Export Gesellschaft”. Ale to nic nie szkodzi. Jeśli zajdzie potrzeba, to się kupi odpowiedni środek transportu. Facet jest doskonale wprowadzony w sprawy rynku.

Pogoda była wietrzna i dżdżysta, jak zwykle o tej porze roku nad morzem Marmara. Siedząc w willi Zimmermana przy przygotowanym przez służbę posiłku, Miller zauważył: — Nie rozumiem, jak możesz ciągle mieszkać w Stambule czy

na tej wysepce? W ogóle nigdy nie lubiłem tego miasta z jego





49




wielkimi meczetami i tą całą Hagia Sofia oraz ni to pałacem, ni to burdelem, gdzie dawniej rezydował sułtan. Nawet skarbiec sułtański budzi niechęć, kiedy się patrzy na taką masę złota ulokowaną w tak niegustownych wyrobach.

— Dla człowieka Wschodu były one może nie tyle piękne, co budzące szacunek ze względu na swoją wartość. A co do Stambułu, jest to wyjątkowe miasto. Takiego drugiego nie ma na świecie. Brama między Europą i Azją, pomiędzy Wschodem i Zachodem. Pomiędzy ustrojami kapitalistycznymi i komunistycznymi. Tu od wieków roiło się od agentów wielkich mocarstw i państw, które miały coś do powiedzenia w sprawach wojny i pokoju. W czasie drugiej wojny światowej w Stambule pracowały wywiady wszystkich walczących państw. Tędy szły szlaki kurierskie do okupowanej Europy i tędy wywiad hitlerowski szukał drogi do przeniknięcia planów nieprzyjaciela. Skończyła się wojna, umilkły działa, ale agenci pozostali. Zmienili tylko firmy. Większość z nich już nie jest na usługach wywiadów państwowych, lecz wielkich koncernów przemysłowych. Tutaj można sprzedać i kupić wszystko. Każdy wynalazek, każdy najbardziej zakazany towar. Przy stoliku kawiarnianym czy restauracyjnym, w ciągu paru minut zarabia się czasami więcej niż przez całe lata. Długo siedzę tutaj. Znam większość tych ludzi i tych firm, zarówno tureckich, jak i obcych. Często moja rola polega tylko na zetknięciu ich ze sobą. To całe grono przypomina ludzi toczących pod górę wielką beczkę ze smołą. Kto dotknie ręką beczki, zawsze trochę smoły pozostanie mu na dłoni. Staram się przyłożyć rękę do każdej z toczonych tutaj beczek. Przyznaję, nieźle się dorobiłem przez ostatnie lata. Stać mnie już na luksus odmawiania udziału w machinacjach pachnących kodeksem karnym. A życie na Wyspach Książęcych jest równie przyjemne i wygodne jak na Francuskiej Riwierze czy w San Sebastian. A ty? Do czego doszedłeś?

— Prawdę mówiąc, do niczego.





50




— Bo byłeś głupi. Ciągle wabiły cię przygody. Epoka konkwistadorów, którzy ogniem i mieczem zdobywali fortuny czy nawet korony, minęła bezpowrotnie, jedynie ty nie mogłeś w to uwierzyć. Dla mnie stało się to jasne po Wietnamie i Algierii. Proponowałem ci wtedy spółkę. Ale ciebie ciągnęło wtedy do Konga Belgijskiego. Imponowało, że zostaniesz naczelnym wodzem jakiegoś kacyka. Nie pamiętam jak się nazywał?

— Kasawubu.

— I co miałeś z tego wodzostwa? Ze dwie dziury w ciele. A ja zarabiałem po tysiąc dolarów za każdego durnia takiego jak ty, wysłanego do Konga. Przestrzegałem cię przed awanturą w rejonie Biafry. Ale skutek był taki, jakbym gadał do słupa.

— Gdyby secesja udała się, byłbym milionerem. Miałem obiecane bogate pola naftowe.

— To była skóra na niedźwiedziu, który hasał w gęstym lesie. Z góry było wiadomo, że koncerny naftowe, popierające generała Gonowana i legalny rząd Nigerii, są potężniejsze od tych, które planowały oderwanie się Biafry. W końcu wylądowałeś w Senegalu w podartych portkach i brudnej koszuli. Musiałem cię wykupywać i dać parę dolarów na powrót do Europy.

— Nie udało mi się.

— Bo nie mogło się udać. W każdej wojnie zawsze zwyciężają większe pieniądze. Tę prawdę znał już Napoleon i dlatego musiał przegrać z Anglikami. A czy nie ostrzegałem cię przed maczaniem palców w przemycie opium?

— Ostrzegałeś. Ale musiałem zaryzykować. Nie miałem z czego żyć. Nie pójdę przecież sprzedawać znaczków w okienku pocztowym.

— Mówiłem ci, żebyś nie wdawał się w ten interes. Wielkie gangi, które zajmują się transportem opium ze „Złotego Trójkąta” czy choćby z Anatolu, nie będą tolerowały jakiejkolwiek konkurencji. Miałeś niesamowite szczęście, że tylko odebrali ci towar, a nie utłukli na miejscu.





51




— Coś niecoś o nich wiedziałem i odpowiednio się

zabezpieczyłem.

— A już szczytem idiotyzmu był ten napad na bank w Marsylii. Co za pomysł, by zadawać się ze zwykłymi oprychami portowymi. Przyznaję jednak, że zawsze byłeś niesamowitym szczęściarzem. Inny na twoim miejscu już dawno wąchałby kwiatki od spodu. Jak cię znam, chyba i w Kapsztadzie nie obeszło się bez awantury?

— Drobiazg — Miller ręką machnął — mały trening, żeby nie wyjść z wprawy.

— Teraz masz w garści wielki interes. Jeśli dojdzie do skutku, zarobisz prawdziwe pieniądze. Takie, które wystarczą do końca życia. Ale ty na pewno znowu wdasz się w jakąś przygodę i znowu stracisz wszystko.

— Za to mam ciekawe życie.

— Szczególnie wtedy — roześmiał się Zimmerman — kiedy cię szuka francuska policja, żeby ci zademonstrować, w jaki sposób działa gilotyna.

— Nie zapominaj jednak — bronił się Szwajcar — że to właśnie dzięki temu, jak mówisz, mojemu zamiłowaniu do awantur, trzymam w ręku interes z wolframem.

— Ale nie ugryzłbyś go beze mnie.

— Do ciebie, do Stambułu, także by nie przyjechali.

Panowie Fock i Gabon zjawili się w willi Zimmermana z niewielkim opóźnieniem. Libańczyk, niski, ciemny o lekko kręconych włosach i wydatnych ustach, obwieszony był złotem jak choinka bożonarodzeniowa. Na palcach sygnety, potężna kuta bransoletka na prawej ręce, na lewej równie masywny zegarek w złotej oprawie. Holender szczupły, nieco przygarbiony, o rybich jasnoniebieskich oczach i wąskich zaciśniętych ustach. Obaj znali gospodarza, który dokonał prezentacji czwartego z partnerów. Kiedy podano kawę, likiery i koniaki, Zimmerman zagaił: — Wiemy, co nas tu zgromadziło. A zatem do rzeczy. Porozmawiajmy o tym, jak ten interes najlepiej i najszybciej zrealizować.





52




— I jak na tym zarobić — wtrącił Holender.

— A także — dodał gospodarz — ile każdy ze wspólników może wyłożyć na to pieniędzy. Nie obejdzie się przecież bez kosztów.

— Chwilowo — wyjaśnił Arnond Fock — mam środki finansowe zaangażowane w inne transakcje. Na mnie proszę nie liczyć.

— Na mnie też — dorzucił Miller — ja daję dojście do interesu, na który już i tak sporo wyłożyłem.

— Wszystkie koszty — zastrzegł się Libańczyk — musi pokrywać nabywca.

— A więc, otwarcie mówiąc — podsumował Zimmerman —

nie macie pieniędzy, a chcecie zarobić miliony.

— A pan nie?

— Ja tu jestem tym, który was skontaktował i ewentualnie mogę coś wam pomóc radą i moimi znajomościami. Mnie wystarczą dwa promille od wszystkich obrotów. Od razu to mówię, żeby nie było jakichkolwiek nieporozumień w przyszłości.

— Dwa promille! — Gabon złapał się za głowę. — Pan chce zarobić około stu pięćdziesięciu tysięcy dolarów nie wstając od stołu.

— Może i więcej — sucho odpowiedział Zimmerman — ale beze mnie nie siedzielibyście razem przy tym stole i bez mojej pomocy tej transakcji nie przeprowadzicie. To chyba jasne.

— Zgadzam się na dwa promille — powiedział Miller.

— Ja także — dodał Fock.

— To jest wyzysk — oponował Libańczyk — ale jestem przegłosowany. Muszę się zgodzić. Tak to jest, kiedy się ma trzech przeciwko sobie.

— Skoro ten punkt mamy już poza sobą — Zimmerman znowu zabrał głos — proponuję następujący podział ról: pan Fock zajmie się zdobyciem towaru. Jeśli zajdzie taka potrzeba każdy z nas mu w tym dopomoże. Pan Gabon zorganizuje transport, a pan Miller





53




przeprowadzi sprzedaż wolframu i zdobędzie środki finansowe na zakup transportu. Ja będę wasze działania koordynował i interweniował, jeśli zaistnieje taka konieczność.

— A zarobki?

— Każdy wyciągnie pieniądze ze swojej działki. Każdy też zapłaci mi swoje dwa promille. I to w momencie inkasowania pieniędzy.

— To niesprawiedliwe — protestował Libańczyk — zarobki będą nierówne.

— Ale proporcjonalne do włożonej pracy. Złóżcie panowie po dwadzieścia milionów dolarów na kapitał zakładowy tej transakcji, wtedy będziecie mówili o równych zarobkach.

— Pan Miller zarobi najwięcej — Libańczyk ciągle był niezadowolony.

— Zarobi tyle, ile wyciągnie z Afrykanerów. A pan Fock zainkasuje to, co urwie sprzedawcom wolframu. Zaś pan Gabon dobrze się obłowi na korzystnym frachcie. I to nie wykładając ani centa z własnej kieszeni.

— To niesprawiedliwe. Jeszcze raz to powtarzam. Moja działka będzie najmniejsza.

— Albo największa. To zależy, jak pan to wszystko załatwi. Chciałbym jednak dodać — Zimmerman nie ustępował — że dużo statków stoi na sznurku. Jeżeli pan Gabon nie widzi tutaj swojego interesu, nie będziemy się upierali przy załatwianiu transportu przez „Liverpool Shiping Company”.

— Przestańmy się wreszcie kłócić — Miller uspokajał zebranych — a zacznijmy mówić o interesach. Inaczej nigdy do niczego nie dojdziemy.

Libańczyk znowu chciał oponować, ale widząc, że ma trzech przeciwko sobie i że groźba Zimmermana wykluczenia go z transakcji to nie tylko puste słowa, umilkł i sięgnął po butelkę z likierem, aby łykiem słodkiego alkoholu uspokoić nerwy.

— A więc — do głosu doszedł Zimmerman — niech pan Fock poinformuje nas, jak wyglądają sprawy zakupu wolframu.





54




— Wcale nie wyglądają.

— Co to znaczy?

— Drobne ilości wolframu potrzebne przemysłowi elektrotechnicznemu i stalowemu sprzedawane są głównie przez koncerny amerykańskie. Na rynek trafia także trochę wolframu radzieckiego, co jednak raczej ogranicza się do dostaw dla państw socjalistycznych i tych, zwanych „trzecim światem”. Wysokości dostaw są ściśle uregulowane umowami państwowymi lub porozumieniami pomiędzy wielkimi koncernami. Otwarcie mówiąc, USA sprawuje kontrolę nad tym, żeby do produkcji trafiało jedynie tyle wolframu, ile to potrzebne przemysłowi zbrojeniowemu państw NATO i przemysłowi elektronicznemu na żarówki i podobne wyroby. O Japonii, która także ma trochę wolframu, nie ma co mówić. Oni całą produkcję zużywają u siebie i nawet trochę importują, bo ich kopalnie są na wyczerpaniu.

— Co pan proponuje?

— Istnieje jedna jedyna możliwość. Poczyniłem już odpowiednie starania i dostałem z Brazylii odpowiedź, że sprawa jest do załatwienia.

— Mów pan jaśniej — denerwował się Libańczyk.

— Wolframu nie można kupić, ale można będzie nabyć trochę

rudy wolframowej.

— Rudy? O tym w Kapsztadzie nie było mowy.

— To będzie. Republika Południowej Afryki ma rudy tytanu i innych rzadkich metali. Ta produkcja jest prawie identyczna jak przy wolframie. Nie będą mieli większych trudności z rudą wolframową.

— Z Brazylii?

— Tak. W Brazylii jest kilka kopalń rudy wolframowej, a raczej rud żelaza zawierającego wolframit, związek chemiczny, z którego następnie otrzymuje się czysty wolfram. Te kopalnie są w rękach miejscowego kapitału. Natomiast zakłady flotacyjne oddzielające wolframit od piasku i żelaza są w rękach koncernów amerykańskich. One dyktują ceny kopalniom rudy. Ceny te naturalnie są





55




zaledwie na granicy opłacalności produkcji. Amerykanie umieją liczyć i nie lubią bez potrzeby przepłacać. Wzbogaconą rudę wywozi się do USA i dopiero tam przerabia na produkty przemysłowe.

— Co dalej?

— Znalazłem pewną kopalnię nad brzegiem jednego z dopływów Amazonki. Stamtąd ruda jest spławiana barkami do zakładów flotacyjnych. Amazonka płynie całym szeregiem różnych kanałów i koryt. Można ominąć zakład flotacyjny i rudę przeładować na statek stojący u ujścia rzeki. Właściciele kopalni, jeśli zapłaci im się lepiej niż płaci koncern, pójdą na taki interes. Naturalnie jest to sztuka jednorazowa. Taki drugi numer nie przejdzie.

— Jakie ilości rudy wchodziłyby w grę?

— Takie, jakie może jednorazowo wziąć rudowęglowiec.

— Sześćdziesiąt do siedemdziesięciu tysięcy ton — wyjaśnił Gabon — takich statków jest najwięcej na rynku i najłatwiej je nabyć.

— To i tak dużo — ciągnął dalej Fock — nie zapominajcie, że po Amazonce mogą pływać barki po pięć tysięcy ton. Trzeba będzie zgromadzić co najmniej dziesięć takich barek, a następnie przeładować je w jakimś małym porcie. I to jak najszybciej.

— Statek będzie musiał mieć dodatkowe urządzenia

przeładunkowe. To się jednak da zrobić.

— Nie wiem, czy moi kontrahenci pójdą na taki interes? —

zastanowił się Miller.

— To w ogóle nie będą mieli wolframu — odpowiedział

Holender.

— A pozwolenia na wywóz? — zaniepokoił się Libańczyk. Przecież nie wywiozę z portu sześćdziesięciu tysięcy ton rudy tak, aby nikt tego nie zauważył.

— To się da załatwić. Stosunki Brazylii ze Stanami Zjednoczonymi nie są aż na tyle dobre, żeby Brazylijczycy nie skorzystali z okazji utarcia nosa swojemu „starszemu bratu”. Taka sprzedaż rudy wyjdzie im na dobre, bo kopalnie szantażując koncerny będą mogły





56




podnieść ceny. Oczywiście nie dostaniemy pozwoleń wywozowych do Republiki Południowej Afryki. Trzeba będzie znaleźć innego poważnego kontrahenta.

— Ale jak mu później wytłumaczyć, że nie dostał towaru? — Anton Miller niezbyt dobrze orientował się w wielkiej grze, do której zasiadł.

— Wypadki chodzą nie tylko po ludziach — spokojnie wyjaśnił

Zimmerman — ale także zdarzają się na morzach.

— A jak znaleźć potrzebnego nam nabywcę? — zapytał Gabon.

— Ja to załatwię — uspokoił go Zimmerman.

— Hiszpania? — Libańczyk nie krył zaciekawienia — państwa socjalistyczne może by chciały kupić, ale Brazylia nie da im pozwolenia wywozu.

— Ani Hiszpania, ani Wspólny Rynek ani też RWPG. Będziecie mieli w ręku takie zamówienie, że Brazylijczycy okiem nie mrugną. To jasne, że do tego zamówienia trzeba będzie dodać trochę innych załączników, aby dostać pozwolenie wywozu. Ale to normalna sprawa, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej.

— Jaki jest procent wolframu w rudzie?

— Raczej niewielki. Wolfram należy do grupy metali rzadkich.

Od czterech do siedmiu promille. Reszta to rudy żelaza.

— Tyle piasku przewozić — martwił się Libańczyk.

— Zapłacą i za przewóz piasku — stwierdził Zimmerman. — Potrzebują wolframu, a w inny sposób go nie zdobędą.

— Będę musiał mieć próbki — zastrzegł się Miller — oni są bardzo ostrożni.

— Nie dziwię się — odpowiedział Fock — przecież to oni wyłożą pieniądze, a nikt nie kupuje kota w worku. Dostaną próbki i oficjalne państwowe atesty. Pod tym względem interes musi być czysty. Będą nawet mogli wziąć kontrolne ilości z barek lub już z załadowanego statku.





57




— Jaka jest cena tony rudy?

— Około tysiąca dolarów.

— Już z pańskim zarobkiem? — zapytał Zimmerman.

— I z pańską prowizją.

— To bardzo drogo — skrzywił się Miller.

— Po przeróbce rudy, wolfram i tak będzie dużo tańszy, niż nabyty w USA. Z tej rudy otrzymają ponad trzysta pięćdziesiąt ton czystego metalu. To im powinno wystarczyć na ponad dziesięć lat. Zarówno dla przemysłu zbrojeniowego, jak i atomowego. Przecież do tony stali dodaje się zaledwie gramy wolframu. A tytan i wanad oraz mangan mają u siebie.

— Nabywca stawia warunek, żeby wszystkie papiery wystawione były wyłącznie na „Züricher Import-Export Gesellschaft” i na nazwisko Antona Millera. Zarówno dokumenty opcji na sprzedaż, jak i sam kontrakt sprzedaży oraz frachty.

— To się da zrobić — zgodził się Libańczyk — po prostu „Liverpool Shiping Company” wydzierżawi panu Millerowi statek za odpowiednią opłatą. Takie transakcje są na porządku dziennym, jeśli chodzi o pewien rodzaj ładunków, gdzie armatorowi wygodnie jest nie wiedzieć, jaki towar wiezie jego statek.

— To jednak trochę komplikuje sprawę — zastrzegł się Arnond Fock — sprzedawcy mnie znają i mają do mnie zaufanie. Pan Miller jest dla nich osobą obcą. Mogą mieć zastrzeżenia.

— Pojedziecie razem do Brazylii — Zimmerman rozwiązał problem — i pan Miller przestanie być dla nich kimś nieznanym. Postaram się o takie referencje dla niego, że wszystkie drzwi w Rio de Janeiro staną przed wami otworem. Ja także mam pewne chody po drugiej stronie oceanu. A za darmo prowizji nie biorę.

— Jak wyglądają sprawy finansowe? — zapytał Libańczyk —

za słowo honoru nie kupię statku na przewiezienie wolframu.





58




— Jak będzie opcja — wyjaśnił Miller — i nabywca zaakceptuje moją ofertę, wtedy otworzą nam listy kredytowe. Za te listy kupi się i rudę, i statek. Z chwilą przybycia ładunku do Kapsztadu, listy zamienione zostaną na żywą gotówkę.

— Te listy nie będą w naszych rękach — upierał się Libańczyk — i gdzie mój zarobek?

— Zostanie panu statek.

— Nie zostanie. Kiedy wyładujemy rudę w Południowej Afryce, nie zawiozę jej już do innego odbiorcy.

— Pan Gabon ma rację — przyznał Zimmerman — na statku nie zarobi. Ale zainkasuje należność za dzierżawę statku panu Millerowi.

— To ja na tym nic nie zarobię — Libańczyk wrócił do starej piosenki — ile to mnie będzie kosztowało, zanim znajdę odpowiedni obiekt do kupna.

— Chciał pan powiedzieć — poprawił Zimmerman — „ile to ja zarobię prowizji na kupnie starego grata stojącego na sznurku”. Na upartego znajdzie się taki nawet w samym Stambule. Tenuta dzierżawna za dwa miesiące tylko zaokrągli pańskie zarobki. Dwa miesiące po dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, to pół miliona włożone za nic do kieszeni.

— Dwa miesiące to za mało. Dwieście pięćdziesiąt tysięcy miesięcznie, to także za mało. Na wolnym rynku ceny są znacznie wyższe. Będę musiał zapłacić podatki i opłaty rejestracyjne.

— Komu pan to mówi, panie Gabon — roześmiał się Zimmerman — niech pan mnie nie traktuje jak małe dziecko.

— A mnie niech pan nie liczy zarobków. Ja za te pieniądze solidnie się napracuję i całe ryzyko biorę na siebie. A pan, siedząc za stołem, bez żadnej pracy zainkasuje dziesiątki tysięcy dolarów.

— Panowie, dosyć tych kłótni — ostro zaprotestował Fock.





59




—

zawiera taki interes, wszystko z góry musi być wyjaśnione. ŻebyMy się nie kłócimy — bronił się Libańczyk — kiedy się później nie było nieporozumień. Wszystko musi grać jak w zegarku.

— Miller zapłaci za dzierżawę od dnia wejścia załogi na statek

aż do dnia kiedy z niego zejdą. Zgoda?

— Zgoda. Ale nie dwieście pięćdziesiąt tysięcy. Co najmniej o

sto tysięcy więcej.

— Panie Gabon, nie przeciągaj pan struny.

— A ile pan daje?

— Najwyżej dwieście siedemdziesiąt.

— Powiedzmy trzysta.

— Rozdzielcie tę różnicę na pół — zaproponował Fock.

— Niech będzie. Znowu tracę.

— Przecież nie wykłada pan ani centa.

— Ale moja firma może zostać skompromitowana.

— Pańska firma nie ma ani jednego statku, a kupił pan ją za kilkadziesiąt tysięcy dolarów — roześmiał się Zimmerman — komu pan tu mydlisz oczy?

— Ale razem będzie mnie ona kosztowała około trzystu tysięcy. Dałem tylko zaliczkę.

— Kiedy pan dopłaci resztę, sprzedawca przekaże panu te dwa statki, które pływają pod banderą firmy. Zbadałem dobrze sytuację „Liverpool Shiping Company”, zanim się z panem skomunikowałem.

— Dwa stare i małe graty, które tylko patrzeć, rozlecą się na

morzu.

— Na tym także można dobrze zarobić — mruknął Fock.

— A załoga na ten rudowęglowiec? — zainteresował się Miller. — To muszą być ludzie absolutnie pewni.

— Mam znajomego w Pireusie — odpowiedział Zimmerman — niejakiego Litakisa. To specjalista w tych sprawach. Wyszuka nam odpowiedniego kapitana i skompletuje załogę, jakiej potrzebujemy. To sprawa najłatwiejsza. Grunt, żeby przepchać naszą ofertę w Kapsztadzie i załatwić wszystko w Brazylii. Kiedy możecie tam lecieć?





60





— Ja choćby jutro.

— Wracam na trzy dni do Rotterdamu i czwartego dnia jestem

już w Rio.

— W porządku. Za cztery dni spotykacie się w Rio de Janeiro,

w hotelu „Sheraton”.

— Jeśli tak trzeba.

— To jest warunek nabywcy. — Hans Zimmerman podniósł się z miejsca dając tym do zrozumienia, że narada została zakończona. — Zbierzemy się po raz drugi, żeby sfinalizować pomiędzy nami odpowiednie umowy wówczas, gdy pan Miller będzie miał już kontrakt z Afrykanerami. Do tego czasu pan Gabon wyszuka odpowiedni statek, aby go potem szybko kupić.

Kiedy dwaj handlowcy opuścili willę Zimmermana, ten śmiejąc się powiedział do przyjaciela: — Widzisz, z jakimi złodziejami trzeba mieć do czynienia, żeby załatwić uczciwy interes? Każdy z nich będzie się starał innego oszukać. Dlatego też od razu ustaliłem role, jakie im przypadną i od razu wyznaczyłem granice zarobków.

— Wiele zarobią nie mając ani grosza. To granda.

— Ty także nie masz, a zarobisz bodaj najwięcej. Z was wszystkich najbogatszy jestem ja, zaś mnie przypadnie najmniejszy kawałek tego tortu. A przecież moja rola nie jest wcale taką mała. Muszę wami dyrygować i pilnować, żebyście się nie pogryźli przed czasem.

— Ale nie wykładasz ani grosza, chyba jedynie za ten koniak i likiery, które wypiliśmy. Nie będziesz także ponosił żadnego ryzyka.

— Jakie tam ryzyko? Kiedy już będziecie mieli pieniądze jest

tysiące sposobów, aby tego ryzyka uniknąć.

— A gdzie znajdziemy kupca, któremu oficjalnie sprzedamy

wolfram?

— Myślałem nad tym. Sądzę, że zdołamy namówić Japończyków. Dzisiaj to wielkie państwo, z którym nawet Stany Zjednoczone muszą się liczyć. Japończycy prowadzą liczne interesy z Brazylią,





61




więc i władze tego kraju łatwiej dadzą zezwolenie na wywóz rudy do Japonii niż gdzie indziej. A poza tym droga od ujścia Amazonki do Japonii prowadzi koło Południowej Afryki. To ogromnie ułatwia sprawę.

— Masz rację.

— Kiedy wrócisz z Brazylii i będziesz miał wstępną umowę z

Afrykanerami, pojedziesz do Tokio.



Rozdział VI



Szare wilki czy zwykłe psy?



Na lotnisko jechali we czwórkę. Hans Zimmerman, Antoni Miller, kierowca i sekretarz osobisty Zimmermana, młodyatletycznie zbudowany człowiek o nieokreślonej narodowości. Obajbiznesmeni siedzieli z tyłu wozu. Sekretarz na miejscu obok szofera.

— Czy tego mercedesa kupiłeś w Anglii, że ma kierownicę zprawej strony?

— Tak jest wygodniej.

Przejechali już przez wąskie i kręte uliczki starego Stambułu i wjechali na autostradę biegnącą na lotnisko oddalone od miasta o około dwadzieścia kilometrów.

— Cały czas — zauważył kierowca — od samego promu jedzie za nami jakieś szare BMW. Obserwuję je od kwadransa. W tamtym samochodzie siedzi dwóch ludzi. Czapki nasunięte na czoło, ciemne okulary.

— To może być zwykły przypadek — Zimmerman nie przejął się słowami szofera — może także jadą na lotnisko albo do Adrianopola?

— Jadą za nami. Naumyślnie w mieście nie jechałem najkrótszą

drogą i starałem się ich zgubić. Ciągle trzymali się za naszym wozem.





63




— Na wszelki wypadek przygotujcie się chłopcy. A może im

uciec?

— Nie da rady. Ich wóz jest na pewno szybszy.

— Zsuń się głębiej na siedzenie — Zimmerman poradził przyjacielowi — tak jak ja to robię — to mówiąc zaciągnął żaluzje na boczne szyby i tylną. Żaluzje były zrobione z cienkiej stali.

— Wóz jest opancerzony — dodał sekretarz — jedynie granaty

przeciwpancerne mogłyby mu dać radę. Chyba ich nie użyją.

— Zaraz zobaczymy — kierowca prowadził samochód z całym spokojem i nieco zmniejszył szybkość. BMW zbliżyło się do mercedesa i zaczęło go wymijać. Właśnie spory odcinek autostrady był pusty.

Młody człowiek siedzący koło kierowcy BMW nagle otworzył szybę. Z pistoletu maszynowego posypały się strzały. Kule jak ziarnka grochu uderzały w ścianę mercedesa lub odbijały się od jego szyb.

Kierowca mercedesa gwałtownie przyhamował, tak że BMW znalazło się kilka metrów w przodzie. Wtedy młody człowiek siedzący koło szofera wystawił przez otwarty wywietrznik pistolet z grubą jak rakietnica lufą i oddał w kierunku BMW dwa strzały. Szary wóz natychmiast stanął w płomieniach. Mercedes zręcznie go wyminął i zwiększył szybkość.

— Już po wszystkim — spokojnie zauważył Zimmerman.

— Nie zatrzymujemy się?

— Po co?

— Żeby ich wykończyć albo złapać i porozmawiać.

— Nie sądzę, żeby się wydostali z płonącego wozu. Patrz — to mówiąc Zimmerman odsłonił tylną szybę. Widać było, że BMW zjechało na pobocze i płonęło w rowie. Jakieś inne samochody jadące za nim, zatrzymywały się na miejscu wypadku.

— To mój mały wynalazek — wyjaśniał właściciel mercedesa — specjalny pistolet dużego kalibru z ekrazytowymi pociskami. Rozpryskują się one po przebiciu metalu, a znajdujący się w środku





64




fosfor pali wszystko. Sporo pieniążków kosztowało mnie zrobienie tego cacka, ale, jak widać, ten wydatek zdążył się zamortyzować.

— Dlaczego chcieli cię sprzątnąć? — dziwił się Miller. — Przecież sam mówiłeś, że właściwie wycofałeś się z interesów.

— W Turcji, a przede wszystkim w Stambule, są ludzie, którzy bardzo lubią strzelać. Nawet jeżeli nie mają ściśle sprecyzowanych celów. Istnieje tu kilkanaście organizacji terrorystycznych. Największą i najniebezpieczniejszą są „Szare Wilki” ze skrajnej prawicy muzułmańskiej. Rząd walczy z terroryzmem, odniósł w tej bitwie spore sukcesy, ale jakoś nie zdołał wyeliminować wszystkich, którzy usiłują uprawiać politykę z pistoletem w ręku. Toteż prawie każdy zamożniejszy człowiek na własną rękę zabezpiecza się przeciwko terrorystom. Ja także jestem na tyle przezorny, że jeżdżę opancerzonym samochodem, mam dobrą obstawę i niezłą broń przeciwko wrogom. Muszę jednak przyznać, że nigdy w Turcji nie zajmowałem się polityką i w ogóle unikałem jakichkolwiek stosunków z partiami politycznymi. Starałem się nie wchodzić zbytnio władzom w oczy. Po cichu, bez reklamy, prowadziłem swoje sprawy. Nigdy nie dostawałem żadnych listów z pogróżkami. Naturalnie, jak wszyscy inni ludzie interesu opłacałem się różnym legalnym organizacjom politycznym i społecznym, bądź też charytatywnym. Dotychczas nie przekraczało to rozsądnych wymiarów. Zawsze też zachowywałem równowagę między stronami. Jeśli dawałem czerwonym, to także pewne sumy przeznaczałem dla czarnych. Kiedy popierałem partię rządzącą, nie zapominałem o opozycji. Inaczej w Turcji nie można.

— Wszyscy tak postępują — wtrącił sekretarz.

— Nigdy nie otrzymałem żądania zapłacenia jakiegoś okupu. Ten zamach przyszedł tak niespodziewanie i to mnie najbardziej dziwi. Gdyby wymagano ode mnie pieniędzy i gdybym odmówił, wówczas postępowanie tych ludzi byłoby logicznym następstwem mojego uporu. Ale, powtarzam, nic takiego się nie zdarzyło. Dlatego





65




też myślę, że to nie „Szare Wilki”, lecz zwykłe psy. A że dostały dobrą nauczkę, będziemy chyba mieli spokój. Przynajmniej ja. Ale tobie radzę mieć się na baczności.

— Mnie? Dlaczego?

— Sądzę, że te kule przeznaczone były przede wszystkim dla

ciebie.

— Nonsens! Kto mnie zna w Stambule?

— Choćby pan Fock lub pan Gabon.

— Przecież oni z nami robią interes.

— Ale gdyby nas spotkało nieszczęście, może mogliby zrobić ten sam interes bez naszego udziału. A przynajmniej tak się im może wydawać. Pojechanie do Kapsztadu i pójście twoimi śladami nie byłoby zbyt trudne.

— Przecież oni się w ogóle przed tym nie znali.

— Ale już się poznali. Takie porozumienia nie wymagają zbyt wiele czasu. Zaś znalezienie w Stambule odpowiednich ludzi do dobrze płatnej roboty nie jest trudniejsze niż gdzie indziej. Zresztą wcale nie musimy działać wspólnie. Sam pan Fock mógł wpaść na tak doskonały pomysł albo pan Gabon? A także i ktoś trzeci?

— Kto?

— Ten, komu sprzątamy sprzed nosa doskonały interes. Przecież Afrykanerzy nie czekali, aż im spadniesz z nieba. Na pewno i sami starali się zdobyć wolfram. To się im dotychczas nie udawało. Nie tracili jednak nadziei, że w końcu znajdą jakiś sposób na zdobycie tego szarego metalu. A tu raptem zjawia się konkurent, który sprząta im sprzed nosa kilka milionów, jakie liczyli, że zarobią.Wyasygnowali zatem parę groszy, aby usunąć tego konkurenta. Żeby nie mój pancerny wózek, pewnie obaj już byśmy byli klientami przedsiębiorstwa pogrzebowego.

— To wprost nieprawdopodobne. Poza Ruyterem nikt o mnie nie wiedział.

— Van den Ruyter sam tej transakcji nie załatwia. Wolfram

potrzebny jest państwowemu przedsiębiorstwu ROKSI, które ma w





66




Południowej Afryce monopol na produkcję stali. Te huty znajdująsię w Vanderbijspark. Byłeś przeszło tydzień w Republice Południowej Afryki i nawet się tym nie zainteresowałeś. Van den Ruyter najwyżej zasiada w zarządzie lub w radzie nadzorczej ROKSI. Zdobywszy możliwość zakupu wolframu, przemysłowiecmusiał się podzielić tą wiadomością z innymi osobami z dyrekcji ROKSI, a najpewniej także i z ludźmi z rządu. To zbyt wielka i zbytdelikatna sprawa, żeby van den Ruyter mógł ją trzymać w tajemnicyprzed prawdziwymi decydentami. Nawet ktoś z nich może byćzainteresowany, żeby nam się to nie udało. Kiedy w grę wchodząmiliony, parę litrów krwi nic nie znaczy.

— Może masz rację?

— Jest jeszcze jeden kontrahent, który bardzo chętnie widziałby fiasko naszego interesu.

— Kto? Amery