Main Zdjęcie z profilu

Zdjęcie z profilu

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Powieść sensacyjna, której akcja rozgrywa się współcześnie w Polsce. Główna postać powieści, człowiek o nazwisku Wróblewski, inżynier mieszkający w Warszawie z bogatą bohaterską przeszłością wojenną,...

Year:
1984
Publisher:
Wydawn. "Śląsk"
Language:
polish
ISBN:
VpKntgAACAAJ
File:
EPUB, 343 KB
Download (epub, 343 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Operacja "Wolfram"

Year:
1985
Language:
polish
File:
EPUB, 763 KB
0 / 0
2

Une sorte de folie (Natalie et Miles): Un roman d'amour fou et heureux (French Edition)

Year:
2021
Language:
french
File:
EPUB, 263 KB
0 / 0
Zdjęcie z profilu





Jerzy Edigey

Wydawn. “Śląsk” (1983)



*



Ocena: ***

Etykiety: Thriller/sensacja/kryminał

Powieść sensacyjna, której akcja rozgrywa się współcześnie w Polsce. Główna postać powieści, człowiek o nazwisku Wróblewski, inżynier mieszkający w Warszawie z bogatą bohaterską przeszłością wojenną,…

„Zdjęcie z profilu” nie jest literaturą faktu. MiastaBradomsk nie ma przecież na mapie. Takżejakakolwiek zbieżność imion i nazwisk jestnajzupełniej przypadkowa. Co jednak nie znaczy, żebyopisywane w powieści wydarzenia nie miały miejscaw rzeczywistości. Autor





INiespokojny klient

Na wiszącym w korytarzu zegarze, wskazówki ustawiły sięrówno dziesięć po piątej. Wzdłuż korytarza na krzesłachsiedziało kilkunastu klientów. Z drzwi prowadzących dodalszych pomieszczeń Zespołu Adwokackiego coraz to wy-chodzili ludzie. Oni już załatwili z adwokatami swoje sprawy.Wysoki, lekko łysawy mężczyzna, stary woźny pięćdziesiątegoczwartego zespołu stale wprowadzał nowe osoby do małychgabinetów, gdzie za biurkiem były jedynie dwa miejsca, jednodla adwokata, drugie dla człowieka, który nękany różnymiżyciowymi kłopotami szukał tutaj ratunku.Tylko boks, bo to małe pomieszczenie oddzielone płytąpaździerzową od dwu sąsiednich, chyba nie zasługiwało nanazwę gabinetu, w którym zwykle pracował popularnywarszawski adwokat Mieczysław Ruszyński, był jeszcze niezajęty. Dziwne, gdyż adwokaci są zazwyczaj bardzo punktualni.Wiedzą, że spóźnienie się na sprawę czy choćby na spotkanie zklientem może mieć bardzo nieprzyjemne i kosztowne skutki.Wreszcie drzwi z klatki schodowej nagle się otworzyły i nakorytarz wszedł, a raczej wpadł mężczyzna korpulentnejpostury, o okrągłej twarzy, z bystrymi siwymi oczyma i prawiebiałymi włosami nad wysokim czołem pooranym kilkomazmarszczkami. Przebiegł korytarzem prawie nie odpowiadającna ukłony klientów i znikł w przeznaczonym dla niegopomieszczeniu. Był zadyszany, bo jak zwykle, kiedy się niecospóźniał do zespołu, nie miał cierpliwości czekać na udającążółwia windę, i nie zważając na te sz; eśćdziesiąt z okładem latpędził schodami na piąte piętro.Teraz Miecio, tak go bowiem nazywali przyjaciele i koledzy,pośpiesznie zdejmował płaszcz, otwierał szuflady biurka iwyjmował z nich szare teczki tych akt adwokackich, które, jakprzypuszczał, będą mu dzisiaj potrzebne.

Doświadczony woźny o nic nie pytał. Przyniósł i postawił nabiurku syfon wody sodowej i parę szklanek. Adwokat napełniłjedną z nich i haustem wypił.— No — powiedział — teraz mi lepiej. Nie mogłem znaleźćtaksówki i od Alei Jerozolimskich prawie biegłem.— Pan mecenas dzisiaj nie autem?Miecio znacząco machnął ręką.— Umówiłem się w „Szanghaju”.— Z tą rudą? — Franciszek był dość spoufalony z mecenasem.Razem pracowali w zespole przeszło dwadzieścia pięć lat i starywoźny dobrze znał gusta słynnego adwokata. Szczególnie to, żeulubionym lokalem Mięcia była „chińska” restauracja„Szanghaj”. A co do „rudych”, o tej słabostce mecenasawiedzieli wszyscy przyjaciele. A miałby nie wiedzieć stary,doświadczony i nie w ciemię bity woźny?— Nie — machinalnie odpowiedział adwokat — nie ruda, aleblondynka. Ale jaka? Bomba! — W tym momencie Mieciospostrzegł, że powiedział zbyt wiele, więc dodał: — To klientka.Ma bardzo skomplikowaną sprawę. Dlatego wolałem z niąrozmawiać w bardziej spokojnym pomieszczeniu niż w tym… Akto tu do mnie?— Jest już pani, ta z pawilonów. Czeka pan doktor. Ale mamytakże — wyjaśnił pan Franciszek — jednego dziwnego gościa.Przyszedł do zespołu przed jedenastą. Tłumaczyłem mu, że panmecenas przyjmuje od piątej do siódmej po południu. A on nato „dobrze, poczekam”. I siedzi tu cały czas.— Może jakiś gość z prowincji?— Raczej nie! Nie ma nawet teczki i jest bez płaszcza. Siedzikamieniem na korytarzu i prawie nie wyjmuje papierosa z ust.Wypalił co najmniej ze dwie paczki. Musiałem dwa razywietrzyć na korytarzu, bo tam aż ciemno od dymu. Taki jakiśdziwny. Chyba ma fioła. Pewnie zwiał z Pruszkowa. I stalespogląda na drzwi wejściowe. Sześć godzin czeka na panamecenasa i nawet nie zszedł na dół, żeby sobie kupić coś dojedzenia. A jak zapala kolejnego papierosa, to ręce tak mulatają, że aż się boję, aby sobie nosa nie przypalił.— Niech pan go tu daje. Zobaczymy co to za sprawa i co to za

tajemniczy gość.— Ale — uprzedzał woźny — niech pan mecenas będzie z nimostrożny. To na pewno wariat. Jak dostanie szału, to i czterechludzi nie da mu rady. Wiem dobrze, bo u nas na Brzeskiejmieszka taki jeden. Już go z pięć razy brali do czubków. Ale coz tego? Potrzymają trochę, niby to podleczą i znowu nawolności aż do następnego razu. Ja na wszelki wypadek będęsiedział niedaleko drzwi koło telefonu.Mieczysław Ruszyński zareagował śmiechem na te ostrze-żenia poczciwego pana Franciszka.Za chwilę do małego pomieszczenia wkroczył tajemniczyklient. Był to człowiek mniej więcej w wieku adwokata. Możeparę lat młodszy. Wysoki szatyn o pociągłej twarzy,regularnych rysach i niebieskich oczach, Starał się panowaćnad sobą, ale widać było, że jest skrajnie zdenerwowany. Nietylko ręce, ale nawet podbródek mu drżał.Jestem adwokat Ruszyński. Pan chciał ze mną rozmawiać?Czym mogę panu służyć? Proszę, niech pan siada.— Nazywam się Stanisław Wróblewski — nieznajomy zająłwskazane mu miejsce naprzeciwko adwokata i odruchowoodwrócił głowę w stronę drzwi, za którymi usłyszał jakieś kroki.Dopiero teraz adwokat zauważył, że tego przystojnegomężczyznę szpeci ciemnoczerwone znamię na prawympoliczku, powyżej szczęki. Znamię to miało wyraźny kształt, jakgdyby po tym policzku pełzła gąsienica zabarwiona purpurą.— Jestem Stanisław Wróblewski — powtórzył klient — mogęna to przysiąc. Na własną głowę, na życie żony i moich dzieci.Zawsze byłem Stanisławem Wróblewskim. Od urodzenia i będęnim aż do śmierci. Stanisławem Wróblewskim, inżynierempracującym w Biurze Projektów w Warszawie, przy ulicyTamka — wymawiając te słowa, nieznajomy zapalał się corazbardziej.Adwokat bez słowa napełnił szklankę wodą z syfonu ipodsunął swojemu gościowi.— Proszę, niech pan wypije i uspokoi się. Proszę mi wszystkoopowiedzieć od początku.— Jestem Stanisław Wróblewski…

— Rozumiem. Proszę wypić.— Pan myśli, że jestem wariatem?— Ależ skądże znowu. Po prostu widzę, że pan jest zdenerwowany i lepiej będzie, jeżeli naszą rozmowę przeprowadzimy w spokoju. Dlatego zależy mi na tym, aby pan sięopanował.— Kiedy to takie trudne — Wróblewski trzęsącą się rękąpodniósł szklankę do ust. Kiedy pił, zęby parę razy uderzyły oszkło.Adwokat nie przerywał milczenia.— Pan to zna? — Wróblewski wyjął z kieszeni książkę i podałmecenasowi.— Nie nie znam — wyjaśnił Ruszyński — wprawdzie samspędziłem prawie cztery lata w różnych hitlerowskich obozachkoncentracyjnych, ale nie w Oświęcimiu, więc „Prze żyłempiekło i Oświęcim” mniej mnie interesowało niż wspomnienialudzi z innych obozów. Mam tę książkę w domu, ale jeszcze jejnie przeczytałem.— Niech pan mecenas otworzy książkę na osiemdziesiątejszóstej stronicy.Adwokat przekartkował trzymane w ręku wydawnictwo.Na wskazanej stronie znalazł fotografię. Za dużym biurkiemsiedział profilem jakiś gestapowiec w czapce z trupią główką iodznakami Hauptsturmführera. Na biurku leżał wielki pejcz.Przed biurkiem stał więzień, a za nim dwaj gestapowcy zpodobnymi pejczami w rękach. Tej groźnej scenie patronowałpan z wąsikiem, na portrecie zawieszonym na ścianie. Podzdjęciem krótki napis informował „Richard Baumvogell, katBradomska”.Na prawym policzku gestapowca widać było wyraźnie znamięw postaci gąsienicy. A poza tym, pomimo upływu co najmniejtrzydziestu paru lat, podobieństwo zdjęcia z osobą siedzącąnaprzeciwko adwokata Ruszyńskiego, było wprost uderzające.— To pan?— Przysięgam, że to nie ja! Przysięgam na wszystko co mamnajświętszego. Dzisiaj rano, kiedy wszedłem do biura, uderzyłomnie, że zawsze tak życzliwi mi koledzy, tym razem wyraźnie

mnie unikali i nawet nie witali się ze mną. Jak gdybym byłduchem. A na swoim stole projektowym znalazłem tę książkęotwartą na stronie z fotografią.Ruszyński ponownie przyjrzał się uważnie reprodukowa-nemu zdjęciu. Bez słowa zwrócił książkę StanisławowiWróblewskiemu. Adwokat raczej nie miał wątpliwości, ktoprzed nim siedzi.— Tak od razu przyszedł pan do mnie?— Nie. Kiedy obejrzałem tę książkę otwartą na fotografiigestapowca, naturalnie, od razu dostrzegłem duże podobieństwo pomiędzy zdjęciem i mną. Ale potraktowałem to jakopo prostu głupi żart któregoś z młodszych kolegów. A żewszyscy w mojej pracowni, jestem jej kierownikiem,wpatrywali się we mnie, powiedziałem głośno i możliwienajspokojniejszym tonem: „Rzeczywiście, facet jest do mniepodobny”. Zamknąłem książkę, położyłem ją na skraju stołu ijak gdyby nigdy nic, wziąłem się za swoją robotę. Pozostalikoledzy i koleżanki, chcąc nie chcąc, musieli zrobić to samo.— Pan był łubiany przez kolegów i zwierzchników?— Raczej tylko przez zwierzchników. Biuro projektowe todość dziwna instytucja. Można tam się obijać i jednocześniedoskonale zarabiać na różnych chałturach. Kosztem pracyinnych kolegów z pracowni. Ja to ukróciłem, co naturalnie niepodobało się części personelu. Kiedy potem bardzo pilnowałempunktualności i rzetelności w pracy, znowu naraziłem sięinnym. Naturalnie byli w moim zespole i doskonalipracownicy, którzy trzymali moją stronę. Dyrekcjaprzedsiębiorstwa wiedziała, że na mnie zawsze można liczyć.Moja pracownia otrzymywała z reguły najtrudniejsze zlecenia.— Co było dalej? — adwokat uważał, że należy pozwolićklientowi, żeby się wygadał.— Dzień upłynął raczej spokojnie, chociaż wyraźnie całyzespół jakby mnie bojkotował. Ludzie starali się do mnie nieodzywać. Nazajutrz książka znowu leżała otwarta na moimstole. Niektórzy z moich pracowników zaczęli się odzywać poniemiecku. Naturalnie tylko ci, którzy choć trochę znali tenjęzyk.

— Do pana?— Jeszcze nie do mnie. Pomiędzy sobą, ale tak głośno, żebymi ja słyszał. Jak się wkrótce przekonałem, było to tylkopreludium. Na trzeci dzień zostałem wezwany do dyrektora.Tam również na biurku znajdowało się dzieło JózefaBarańskiego „Przeżyłem piekło i Oświęcim”. Muszę przyznać,że dyrektor był bardzo zmieszany prowadząc tę rozmowę.Zakomunikował mi jednak, że zgłosili się do niego koledzy ioświadczyli mu, że „nie chcą współpracować z gestapowcem”.Naturalnie swojemu zwierzchnikowi także tłumaczyłem, żechodzi tu tylko o zbieg okoliczności, dziwne podobieństwodwóch różnych ludzi. Dyrektor nie negował tego, ale prosił,żebym mu nie utrudniał sytuacji i wyjaśnił tą sprawę w takisposób, żeby nikt nie miał żadnych wątpliwości.— I pan przyszedł do mnie? — Miecio trochę się znudziłsłuchając tych wywodów.— Nie. Z wydawnictwa otrzymałem adres pana JózefaBarańskiego i postanowiłem pójść do niego, żeby wyjaśnićnieporozumienie. Niestety na moje dzwonki i nawet na do-bijanie się do drzwi, nikt .nie reagował. Jakaś sąsiadkapowiedziała mi, że państwo Barańscy wyjechali na urlop i niewiadomo kiedy wrócą. A tymczasem atmosfera w biurze corazbardziej się zagęszczała. Już nie tylko w mojej pracowni, ale i winnych udawano, że nie istnieję. Nawet w stołówce, chociażtam zawsze panuje tłok. Wystarczyło, żebym zajął miejsce przyjakimś stole, inni zaraz przenosili się do sąsiadów i zostawałemsam. A kelnerka podając mi zupę dodawała „bitte schon”.Musiał ją przecież ktoś tego nauczyć. Wreszcie dzisiaj rano,kiedy siedziałem za swoim stołem, wszedł jeden z moichpodkomendnych. Podszedł do mnie, stanął na baczność iprzepisowo wyrzucając rękę wyskandował „Heil Hitler”. Tegojuż nie wytrzymałem. Wybiegłem z biura. Biegłem tak długo, ażstraciłem oddech. Jakoś oprzytomniałem. Przypomniałemsobie, że ktoś mi mówił o panu mecenasie jako o świetnymadwokacie. Odnalazłem zespół i czekałem tu sześć godzin napana mecenasa. Niech pan mi powie, co ja mam robić w tejsytuacji?

— Sądzę, że człowiek, który położył na pana stole to zdjęcie —odpowiedział adwokat — poinformował o nim takżeodpowiednie władze. Milicję albo prokuratora.— Ja także jestem o tym przekonany.— Uważam, że nie pozostaje panu nic innego, jak samemuzgłosić się do stołecznej komendy MO. Jeżeli to jest przypadkowe podobieństwo, łatwo przecież panu dowieść swojejniewinności. Znajdą się krewni, przyjaciele — adwokat mówiłto bez większego przekonania — którzy ustalą pańskątożsamość.— Będę aresztowany?— Pańskie dobrowolne zgłoszenie będzie panu poczytane naplus. Nie chcę jednak pana łudzić, sądzę, że do wyjaśnieniasprawy będzie pan zatrzymany.— Bardzo się tego boję.Adwokat uśmiechnął się i zauważył:— Istnieje znane powiedzenie: więzienia są dla ludzi. Zresztąjeśli pan rzeczywiście nie jest tym Richardem Baumvogellem,nieporozumienie szybko się wyjaśni.— Pan mecenas także mi nie wierzy?— Jestem adwokatem, a pan moim klientem. Moje su-biektywne uczucia są tutaj bez znaczenia. Jako adwokata,obowiązuje mnie tajemnica zawodowa. Pan ma prawo żądaćode mnie udzielenia mu rady. Tej rady panu udzielam: należysię dobrowolnie zgłosić na milicję, nie czekając na kroki z jejstrony. Najlepiej, żeby pan poszedł do Pałacu Mostowskich odrazu w towarzystwie swoich krewnych, przyjaciół czy też ludzi,którzy pana znali z czasów okupacji. To mogłoby panuzaoszczędzić ewentualnych przykrości tymczasowegozatrzymania.— Kiedy, panie mecenasie, nie mogę tego zrobić.— Iść na milicję? Jeśli pan tam nie pójdzie, oni sami panaznajdą.— Nie, nie chodzi o oddanie się w ręce władz. Ale ja po prostunie mam krewnych czy choćby znajomych z czasów okupacji.Naturalnie prócz tego okresu, kiedy służyłem w I Armii WojskaPolskiego i przebyłem szlak od Lublina do Kamienia

Pomorskiego, gdzie ciężko ranny w polowym szpitaluzakończyłem swoją karierę wojenną. W czasie tych walkzostałem dwukrotnie odznaczony Krzyżem Walecznych.Najpierw za udział w wyzwalaniu Pragi i walki na PłycieCzerniakowskiej, potem drugi raz odznaczono mnie przyprzełamywaniu Wału Pomorskiego. Virtuti Militari otrzymałem w Kamieniu Pomorskim. Mam odpowiednie dokumenty, apoza tym te fakty potwierdzić mogą moi ówcześni dowódcy ikoledzy z tamtych czasów.Adwokat bardziej życzliwym okiem spojrzał na swojegoklienta.— A świadkowie z lat poprzedzających pańskie wstąpienie doI Armii?Stanisław Wróblewski rozłożył bezradnie ręce.— Urodziłem się w małej wiosce Brzeźnica pod Nieświe żem,w byłym województwie nowogródzkim. Jak wszędziew tamtych stronach, mieszkańcy wsi byli mieszaniną ludności polskiej i białoruskiej. Na tych terenach, w lasachsięgających aż do Polesia działały różne grupy partyzanckie.Radzieckie i polskie. Udzielaliśmy im pomocy i schronienia. W1942 roku, było to siedemnastego maja, silne oddziałyżandarmerii hitlerowskiej otoczyły naszą wieś. Palono dom podomu i zabijano wszystko, co tylko żyje. Miałem wtedyosiemnaście lat. Ocalałem przypadkiem, bo o czwartej nadranem rodzice wysłali mnie do lasu, abym nazbierał chrustu. Zdaleka widziałem płonącą wieś, słyszałem salwy karabinowe ikrzyki mordowanych ludzi. Kiedy hitlerowcy odjechali,pozostały jedynie zgliszcza i trupy.— Jakie były dalsze pana losy?— Zaopiekowali się mną jacyś obcy ludzie z sąsiedniej wsi.Kiedy już trochę doszedłem do siebie po tych strasznychwydarzeniach, przypomniałem sobie, że w Lublinie mieszkakrewny mojego ojca. Jego brat stryjeczny. Także miał na imięZygmunt, jak mój ojciec. Postanowiłem się do niego udać.Wędrowałem przez wiele miesięcy. Na piechotę i tylkobocznymi drogami lub po prostu na przełaj. Nie miałemprzecież ani pieniędzy, ani żadnych dokumentów. Na życie

zarabiałem pracując u chłopów we wsiach, przez któreprzechodziłem. To trwało przeszło rok. Całą zimęprzesiedziałem u jakiegoś bogatego chłopa pracując jakoparobek. Wychodząc wtedy z domu do lasu po chrust niemiałem przy sobie żadnych dokumentów, nawet marynarki.Byłem w spodniach, koszuli i swetrze. A na nogach miałemdrewniaki. Trzeba było więc tak się przemykać, aby nie wpaśćw ręce hitlerowców. Musiałem także zarobić nie tylko na życie,ale i na jakiś przyodziewek.— Rozumiem — przytaknął adwokat.— Kiedy już do Lublina było coraz bliżej, w parczewskichlasach natknąłem się na oddział partyzancki. Była to niewielkagrupa. Całe to wojsko liczyło około trzydziestu ludzi i co drugi znich był jako tako uzbrojony. Dowodził tym oddziałem AKporucznik „Ryś”. Nazwiska jego do tej pory nie znam, zresztąnigdy nie starałem się poznać.— Sądzę, że obecnie w Biurze Historycznym WojskaPolskiego można to będzie ustalić i odnaleźć tego oficera.— Zginął — krótko odpowiedział Wróblewski.— To może uda się odszukać innych? Znał pan jakieśnazwiska?— Nie. Wyłącznie pseudonimy. Nie bardzo je zresztąpamiętam. Ale wracając do mojej opowieści, porucznik „Ryś”zaopiekował się mną serdecznie. Nie radził mi iść tak bezżadnych dokumentów do Lublina. Twierdził, że tam od razuzwróciłbym uwagę hitlerowców swoim wyglądem izachowaniem. Byłem obdarty i co tu dużo gadać nie za czysty.Dowódca obiecał, że przez swoją łączność porozumie się zmoimi krewnymi, czy mogą mi przyjść z pomocą, a na raziezatrzymał mnie w swoim oddziale. Rzeczywiście niedługonadeszła odpowiedź z Lublina. Tacy Wróblewscy tammieszkali, ale jeszcze przed wybuchem wojny wyjechali zmiasta. Nikt z sąsiadów nie znał ich nowego adresu. Nawiasemdodam, że i po wojnie, już w normalnych warunkach, nie udałomi się odszukać nikogo z rodziny.— A kolegów z partyzantki?— Porucznik „Ryś” zginął w parę miesięcy później. Podczas

akcji wysadzania torów kolejowych. Nasz oddział zostałprzeorganizowany. Dostaliśmy nowego dowódcę. Sytuacja zuzbrojeniem także się poprawiła. Braliśmy udział w różnychakcjach. Wielokrotnie musieliśmy się przebijać z okrą żenia.Jak to w partyzantce. Jedni ginęli, na ich miejsce przychodzilidrudzy. Mnie jakoś sprzyjało szczęście. Z tych wszystkichprzygód wychodziłem cało. Potem przeszliśmy do JanowskichLasów. Tam istniało wielkie zgrupowanie partyzanckie. Byłytam oddziały radzieckie, Armii Ludowej i Armii Krajowej.Hitlerowcy postanowili zlikwidować te zgrupowania. Silneoddziały SS i żandarmerii oraz Wermachtu otoczyły cały teren.Akowcy i „Ruscy”, działając razem, po paru dniach walk,chociaż z ciężkimi stratami, przebili się przez otaczający naspierścień nieprzyjaciela. Dowództwo AK nie nawiązałowspółpracy z innymi partyzantami. Zostaliśmy sami. Doszło dostraszliwej klęski. Rozproszone grupki usiłowały przedrzeć sięprzez bagna i tam były mordowane przez esesmanów.— To znana historia. Walki w Janowskich Lasach i naPorytowym Wzgórzu.— Tak. Czytałem nawet dokładnie opisy tamtych zdarzeń. Porozbiciu naszego oddziału wraz z dwoma towarzyszami broniwprost cudem znaleźliśmy wśród bagien bardziej suchą kępę iw zaroślach przesiedzieliśmy przeszło tydzień o głodzie ichłodzie. Obława jakoś nas nie wytropiła, chociaż hitlerowcysprowadzili specjalnie tresowane psy do wykrywaniarozbitków. Jeden z nas nie wytrzymał tych trudów. Dostałzłośliwej gorączki. Nie mogliśmy go uratować.— A ten drugi?— Z nim razem doczekaliśmy się momentu wyzwolenia.Razem także natychmiast zgłosiliśmy się do Wojska Polskiego.Właśnie w Lublinie.— Zna więc pan nazwisko tego kolegi.— Znam. Ale on zginął, kiedy dokonywaliśmy desantu naCzerniaków. Ponton, na którym płynął, został trafionyszrapnelem. Jedynie kilku żołnierzom udało się dopłynąć dobrzegu. Jak pan widzi, panie mecenasie, jestem naprawdę wtrudnym położeniu.

— Rzeczywiście, dziwny zbieg okoliczności.— Pan znowu mi nie wierzy. Niech pan nie zapomina,mecenasie, że w tej wojnie zginęło kilka milionów ludzi, i wtakiej jak ja sytuacji jest na pewno więcej osób nie tylko w całejPolsce, ale nawet w Warszawie.— A ta blizna na policzku?— Mam ją od urodzenia. W naszej wsi mówiono, że mojamatka musiała się „zapatrzyć” na jakąś liszkę chodzącą nakapuścianym liściu.Mieczysław Ruszyński powtórnie sięgnął po leżącą na stoleksiążkę i otworzył ją na tej nieszczęsnej fotografii.— Gestapowiec na zdjęciu ma takie samo znamię. Niemówiąc już o tym, że podobieństwo jest ogromne, tak ogromne, że wygląda na pańską fotografię.— Właśnie to jest przerażające.— W tej sytuacji — adwokat rozłożył ręce — poza jużudzieloną radą zgłoszenia się na milicję, nic panu pomóc niemogę.— Trudno mi się na to zdecydować.— Uważam, że i tak pan niewiele ryzykuje. Jeżeli sprawa niedotarła jeszcze do prokuratora lub do Pałacu Mostowskich,znajdzie się tam najpóźniej za kilka dni. Ten, kto panarozszyfrował i podrzucił panu na biurko książkę, spełni takżeswój obowiązek obywatelski zawiadamiając władze oukrywającym się zbrodniarzu wojennym.— Ale ja nim nie jestem.— Śledztwo to wyjaśni. Zgodnie z obowiązującym w Polsceprawem istnieje domniemanie niewinności podejrzanego. Toprokurator i milicja muszą mu udowodnić popełnienieprzestępstwa. Nie jest zadaniem i rolą prokuratora wsadzaćludzi do więzienia. On ustala stan faktyczny i wnosi aktoskarżenia, a sąd obiektywnie rozpatruje sprawę i wydajewyrok na podstawie kodeksu karnego i własnego sumieniasędziów. Ma pan więc wszystkie gwarancje całkowitej bezstronności postępowania karnego. Pańskie zeznania zostanądokładnie sprawdzone. Mówił mi pan o pobycie w akowskiejpartyzantce, w oddziale porucznika Rysia. Władzom będzie

łatwiej niż panu odszukać kogoś z tamtych chłopców. Przy tejpańskiej charakterystycznej „gąsienicy” nawet ludzie znającygo jedynie z widzenia, potwierdzą fakt pobytu pana w LasachJanowskich.— Ale milicja zacznie od aresztowania mnie.— To chyba jasne, że obciążony takimi zarzutami zostaniepan zatrzymany aż do wyjaśnienia sprawy.— Przecież jestem niewinny.— Być może. Ale od momentu, kiedy dowiedział się pan, o cogo ludzie podejrzewają, aż do chwili ujęcia pana przez milicję— tłumaczył adwokat — będzie pan uważany za człowieka,który się ukrywa. To automatycznie pogarsza pana sytuację.Chyba pan to rozumie? Inaczej traktuje się człowieka, którysam się zgłasza na milicję ze swoimi kłopotami, a inaczejkogoś, kogo poszukuje się listem gończym.— Trudno, widzę że będę musiał przejść tę drogę przez mękę.— Trochę pan przesadza.— Do kogo mógłbym się tam zgłosić?— W stołecznej komendzie MO pracuje mój dobry znajomy.Podpułkownik Janusz Kaczanowski. To zdolny i energicznyoficer, a poza tym bardzo przyzwoity człowiek. Nie sądzę, abyon sam zajął się tą sprawą, ale na pewno ją dobrze ustawi.— A czy pan mecenas podejmie się prowadzenia mojejsprawy?— Milicja i prokurator przede wszystkim ustalą pańskątożsamość. Sam pan rozumie, że to, co mi pan tutaj opowiedział, może być najszczerszą prawdą, ale może być takżezręcznie wymyśloną bajeczką. Niech pan nie zaprzecza.Rozmawiamy w cztery oczy i ja jako adwokat muszęuwzględniać obie wersje. Albo pan jest Stanisławem Wróblewskim, byłym partyzantem z Lasów Janowskich, albo by łymszefem gestapo w Bradomsku. Przy prawdziwości pańskiejwersji, adwokat nie jest panu potrzebny. Sprawa się wyjaśni ijeszcze pana przeproszą za przykrości, których pan dozna.Będzie pan miał nawet prawo dochodzenia swoich szkódmoralnych i materialnych. Gdyby jednak okazało się, że nie jestpan tym, za kogo się pan podaje i stanie pan przed sądem jako

oskarżony o zbrodnie z czasów okupacji, otrzyma pan obrońcęz urzędu. Polscy adwokaci nie bronią z wyboru zbrodniarzywojennych.— Rozumiem i rozumiem także, że pan mecenas mi niewierzy.— Już raz panu wyjaśniłem, że moje osobiste odczucia niemają żadnego znaczenia.— Ile jestem panu mecenasowi winien za poradę prawną?— Nie było żadnej porady. Po prostu rozmawialiśmy. Niemożna uważać za poradę prawną powiedzenia komuś, aby udałsię na milicję.Stanisław Wróblewski podniósł się z krzesła.— Jutro pójdę do pułkownika Kaczanowskiego. Dziękujępanu, panie mecenasie.„Gość był na tyle taktowny — pomyślał adwokat, kiedy jużdrzwi zamknęły się za dziwnym klientem — że przynajmniejnie usiłował fundować mi piątaka”.W drzwiach ukazała się siwa głowa pana Franciszka.— No i co? — zapytał woźny — nie mówiłem — że tokompletny wariat.— Jeszcze gorzej — odpowiedział Miecio.— Jak to?— Nie wariat, a szef gestapo w Bradomsku, w czasie okupacji.Człowiek, który ma na swoim sumieniu śmierć setek lub tysięcyludzi.— I pan mecenas go stąd wypuścił? Trzeba było w jakiśsposób dać mi znać. Zaraz bym poleciał po milicję. Przy-skrzyniliby ptaszka.— Co też Franciszek opowiada! Adwokat miałby denun-cjować swojego klienta, który z całym zaufaniem do niegoprzyszedł?— Ale to gestapowiec.— Przyszedł nie jako gestapowiec, ale jako klient.— Ja bym tam mu nie darował.— Ja tak samo. Gdybym go na przykład spotkał na ulicy iwiedział, że to szef gestapo z Bradomska, pierwszy bym gozatrzymał. Ale nie w Zespole Adwokackim, gdzie człowiek, bez

względu na to kim jest, przychodzi z całym zaufaniem szukaćpomocy.— A teraz uciekł i szukaj wiatru w polu.— Nie ucieknie. Niech się Franciszek nie obawia. Przypuszczam, że sam się zgłosi na milicję, bo już mu się grunt palipod nogami. A jeżeli się nie zgłosi, prędzej czy później sami goznajdą.— Taki to się przebierze, przemaluje. Czytałem, że nawetnosy sobie zmieniają.— Nos może zmienić, ale Franciszek widział to znamię wkształcie gąsienicy? Taki ciemnoczerwony znak na prawympoliczku? Choćby nie wiem co robił, tego nie usunie.— Doktor może mu to wyciąć. Pieniędzy takiemu gesta-powcowi na pewno nie brakuje. Znajdzie lekarza, który o nicnie zapyta i za złoto czy dolary zrobi operację.— To i tak by nic nie pomogło. Zamiast znamienia będzie wtym samym miejscu blizna takiego samego kształtu i koloru.Może trochę jaśniejsza.— A po co on przyszedł do pana mecenasa?— Opowiedział mi dość naiwną bajeczkę, że jest chłopskimsynem z Białorusi; i chciał, żebym się podjął jego obrony.— A pan mecenas?— Cóż to, Franciszek mnie nie zna? — oburzył się Ruszyński.— Może jeszcze wody?— Dziękuję. Niech Franciszek daje następnych klientów, bogotów jestem spóźnić się na konferencję.— Z tą rudą w „Szanghaju” — bezczelnie dopowiedział starywoźny.— Nie ruda, tym razem blondynka. Gotowa nie czekać.— Na innego, jakiegoś młodziaka z dziurami w kieszeniachtoby pewnie i nie czekała — filozofował Franciszek — ale napana mecenasa poczeka. Na pewno poczeka. No,już daję tę panią z pawilonów.

IIFotografia prawdę ci powie

Na biurku zadzwonił telefon. Podpułkownik Janusz Kaczanowski podniósł słuchawkę. Odezwał się głos oficeradyżurnego:— Do pułkownika zgłosi się obywatel Wróblewski.— Wróblewski? — zdziwił się Kaczanowski — Nie znamtakiego. W jakiej sprawie?— Mówi, że w osobistej.— No trudno — westchnął podpułkownik — jestemwprawdzie bardzo zajęty, ale niech wejdzie.Za parę minut rozległo się nieśmiałe pukanie do drzwi i dopokoju wszedł Wróblewski. W ręku trzymał małą walizeczkę.Zajął wskazane mu miejsce.— Pan spoza Warszawy?— Nie. Mieszkam w Warszawie, ulica Topiel, pięćdziesiątsiedem. Nazywam się Stanisław Wróblewski. Jestem inżynierem. Skończyłem Politechnikę w Gdańsku. Pracuję w BiurzeProjektów na Tamce.— A ta walizka?— Mam tam trochę jedzenia, zmianę bielizny, ręczniki iprzybory do golenia.Kaczanowski uśmiechnął się.„Przezorny gość — pomyślał — wie, że będzie zatrzymany iodpowiednio się do tego przygotował. Zapewne znowu jakieśnadużycie gospodarcze. Ale dlaczego przyszedł właśnie domnie, zamiast zgłosić się do odpowiedniego wydziału lubbezpośrednio do prokuratora.”— Pan miał wezwanie? — zapytał podpułkownik.— Nie — wyjaśnił Stanisław Wróblewski — nazwisko panapułkownika otrzymałem od mecenasa Ruszyńskiego. Czy onnie dzwonił do pana?Hasło „Ruszyński” wystarczyło podpułkownikowi.

„Znowu mnie ten siwowłosy playboy chce wpakować w jakąśsprawę. Ciągle nie może mi darować tej rudowłosej Kowalskiej,na którą miał taką chrapkę, a którą mu sprzątnąłem sprzedtego czerwonego nosa”.Dziwny był stosunek tych dwóch, ludzi: wyższego oficeramilicji i słynnego adwokata. Bardzo się lubili i wzajemnieszanowali, a jednocześnie jeden nie cierpiał drugiego. Obajmieli te same słabostki. Lubili wino, kobiety i śpiew; przy czymśpiew w tej trójcy miał najmniejsze znaczenie. Obaj mniejwięcej w jednym wieku, może podpułkownik był młodszy ojakieś pięć lat. Nie raz i nie dwa ci panowie spotykali się wjakiejś knajpce, najczęściej w ulubionym przez Mięcia„Szanghaju” na wesołym spotkaniu. Nie raz i nie dwa obajzabiegali o względy jakiegoś, najczęściej rudowłosego kociaka.Podpułkownik bił adwokata wybitnie męską urodą. Wysoki,smagły, o twarzy pociągłej, regularnych rysach i niebieskichoczach, które umiały słodko patrzyć na ukochaną kobietę,natomiast w rozmowie z przestępcą zmieniały się w dwa zimnesztylety. Mecenas za to kokietował pełnym portfelem, coraz toinnym, nowym, luksusowym samochodem oraz szerokimgestem, na jaki nie stać było Kaczanowskiego z uposażeniemmilicjanta. Los bardzo często stykał tych dwóch ludzi napłaszczyźnie zawodowej. I to byłoby tylko pół biedy, alezdarzało się, że adwokat Ruszyński usiłował prowadzić swojeprywatne śledztwo. Nieraz zresztą z dużym sukcesem. Wtedykonflikt zawodowy przeradzał się natychmiast w nienawiść,która znowu wygasała, gdy sprawa znalazła swoje właściwerozwiązanie. Teraz więc podpułkownik Kaczanowski, spoglą-dając na siedzącego przed nim człowieka, z góry uprzedzi się dotego „prezentu” od mecenasa i spodziewał się wszystkiegonajgorszego, a przynajmniej gorącej potyczki z czupurnym ipełnym temperamentu adwokatem.— Nie widziałem, ani nie rozmawiałem z mecenasemRuszyńskim od miesiąca. Co pana do nas sprowadza i dlaczegopan tak się zabezpieczył z tą walizką, jedzeniem i zmianbielizny? Czy popełnił pan jakieś przestępstwo?— Nie. Nie jestem przestępcą, chociaż wielu ludzi ta sądzi.

Najgorzej, że nie jestem w stanie dowieść swojej niewinności.Prosiłem o radę mecenasa Ruszyńskiego i on stwierdził, żejedynie milicja będzie mogła rozwikłać tę za gadkę. Ostrzegłmnie jednak, że najprawdopodobniej zostanę zatrzymany. Stądto „zabezpieczenie”.— Ale o co w końcu chodzi? — oficer milicji zaczyna sięniecierpliwić.Stanisław Wróblewski wyjął z kieszeni książkę, otworzy naodpowiedniej stronicy i podał oficerowi. Podpułkownik szybkoprzeczytał podpis pod fotografią i długo się w ni? wpatrywał.— Istotnie — stwierdził — istnieje ogromne podobieństwo.Zwłaszcza to znamię na prawym policzku.— Sam przyznaję, że podobieństwo jest łudzące. Jest tojednak straszny zbieg okoliczności. Nie jestem ukrywającym sięzbrodniarzem wojennym. Nawet nie znam językaniemieckiego. Cała bieda, że mój życiorys jest skomplikowany inie ma ani żadnych dokumentów, ani też świadków, abyudowodnić moją niewinność.— Proszę mi opowiedzieć ten życiorys — zaproponowałpodpułkownik — a nagranie pańskiego opowiadania namagnetofonie ułatwi nam pracę.Po wysłuchaniu Stanisława Wróblewskiego, podpułkownikzauważył:— Mecenas Ruszyński jest znakomitym adwokatem —Kaczanowski nie mógł się powstrzymać od przypięcia małejłatki stałemu rywalowi — ale nie zna się i nie musi się mać nametodach śledztwa. Niepotrzebnie pana straszył trudnościamiz identyfikacją pańskiej osoby. Dla nas sprawa jest zupełnieprosta. Nie musi pa n poszukiwać uczestników partyzantki zoddziału „Rysia” lub rozbitków po klęsce w Janowskich Lasachi dopytywać się, foto pamięta „Dzikusa” z tamtych czasów. Amy nie będziemy ustalać adresów dawnych mieszkańcówBrzeźnicy pod Nieświeżem. Pomimo wszystko nie sądzę, abywszyscy tam zginęli.— Co w takim razie mam zrobić?— Nic. To my zrobimy. Nam po prostu wystarczy pan i tafotografia. Wykonamy cały szereg pańskich zdjęć również z

profilu. Przypuszczam, że będzie potrzebne zdjęcierentgenowskie i dokładne pomiary pańskiej czaszki. Rozporządzając takim materiałem porównawczym, Zakład Kryminalistyki bez większych trudności ustali, czy fotografia zksiążki jest pańskim zdjęciem, czy też przedstawia innegoczłowieka łudząco do pana podobnego. Zewnętrzne podobieństwo może być bardzo duże, ale nie ma dwóch ludzi,Którzy mieliby taką samą budowę czaszki, jak też nie madwóch ludzi, którzy by mieli takie same odciski palców. To dladzisiejszej kryminalistyki żaden problem.— A przez cały czas tych badań będę aresztowany?— Być może, że zostanie pan zatrzymany na najwyżejczterdzieści osiem godzin. Co do terminu, w którym możnabędzie przeprowadzić badania i co do pańskiego pobytu u nas,sam nie decyduję. Muszę porozumieć się z moimzwierzchnikiem i sprawdzić, czy odpowiedni fachowcy sąakurat w tej chwili wolni. Proszę, na korytarzu są krzesła, niechpan tam posiedzi i poczeka na mnie. Postaram się, aby badaniaprzeprowadzono bez zwłoki. Porozumiem się także z ZakłademKryminalistyki w tej sprawie.Po wyjściu z pokoju Stanisława Wróblewskiego, podpułkownik wyjął z magnetofonu taśmę z nagranym opo-wiadaniem i udał się do „starego”, jak w Pałacu Mostowskichnazywali pułkownika Adama Niemirocha wszyscy jegopodkomendni, nie wyłączając Janusza Kaczanowskiego, którego ze zwierzchnikiem łączyła dawna, wieloletnia przyjaźń.Pułkownik Niemiroch był w doskonałym humorze. Właśniejego wydział wywiązał się z wyjątkowo trudnego zadania i„stary” odbierając ze wszystkich stron gratulacje, chodził wglorii sławy. Toteż powitał przyjaciela szerokim uśmiechem.— Co to, Januszku, masz taką minę, jakbyś zjadł dwie cytrynypopijając to szklanką oleju rycynowego zmieszanego z ropąnaftową?— Ja z tym draniem już dłużej nie wytrzymam.— Z jakim draniem? — Niemiroch tylko dla formalnościpostawił to pytanie. Dobrze bowiem wiedział, jaka padnieodpowiedź.

— Jak to z jakim? Jeszcze się pan pułkownik pyta? Naturalnie że z Ruszyńskim.— Wtrąca się do jakiegoś twojego śledztwa?— Jeszcze gorzej. Teraz z kolei zaczął mi podrzucać klientów.To mówiąc Kaczanowski zreferował zwierzchnikowi całasprawę. Ale opowiadanie Janusza wcale nie popsuło humorupułkownikowi. Przeciwnie, dobre samopoczucie starego jeszczebardziej wzrosło.— Muszę zatelefonować do mecenasa i serdecznie mupodziękować, że tak pamiętał o tobie. Sprytny adwokatdoskonale wie, że niektórzy moi oficerowie obijają się poPałacu Mostowskich i pomimo ich najlepszej woli, nie mają nicdo roboty. A tak, przynajmniej jeden z nich nie będzie siedział zzałożonymi rękoma.— Ja cię zamorduję! — Kaczanowski przeszedł na ty zezwierzchnikiem — I każdy sąd mnie uniewinni. Zamordujęciebie i twojego zakichanego mecenasa. Ty naprawdę chcesz mijeszcze i tę sprawę wpakować na kark? Przecież mam osieminnych terminowych śledztw.— Co to znaczy dla takiego asa osiem spraw? — Niemirochzlekceważył uwagę. — Zresztą sam przed chwilą mówiłeś, że zustaleniem tożsamości nie ma większych trudności. Od razukaż go zbadać, obfotografować i cały pasztet poślij w AlejeUjazdowskie. Niech się nad tym głowią w Zakładzie.— To rzeczywiście błahostka, ale co będzie, jeżeli okaże się, żeten rzekomy Wróblewski jest naprawdę ukrywającym sięHauptsturmführerem Richardem Baumvogellem? Jakiegigantyczne śledztwo trzeba będzie wtedy przeprowadzić.— No tak — zgodził się pułkownik Niemiroch — roboty będziedużo, ale nasz znakomity „pogromca przestępców”, jak cięniedawno nazwała…, no mniejsza z tym kto, na pewno beztrudu da sobie radę i z tym problemem nie przerywającpozostałych ośmiu śledztw.— Panie Boże, ty słyszysz i nie grzmisz! — Kaczanowskipodniósł głowę do góry, jakby stamtąd oczekiwał pomocy.— Jak myślisz? — już poważnie zapytał pułkownik — Tenfacet jest winien?

— Bo ja wiem? — szczerze przyznał Kaczanowski. Wygląda nabardzo przestraszonego i oburzonego. Jego opowiadanietrzyma się kupy. Dwa Krzyże Walecznych i Virituiti napiersiach zajadłego hitlerowca — to także nie mieści się wgłowie. Z drugiej strony podobieństwo tego Wróblewskiego dofotografii jest uderzające. Zwłaszcza to znamię na policzku wkształcie pełznącej gąsienicy. To byłby fenomen na skalęświatową. Tak, jakbyśmy znaleźli dwóch osobników oidentycznych odciskach palców.— Ekspertyza to wyjaśni.— Czy faceta przymknąć?— Czy ja wiem? — Niemiroch wzruszył ramionami —właściwie należałoby, ale sam się zgłosił. To przemawia za jegoalbo niewinnością, albo wyjątkową bezczelnością. Najlepiejporozumieć się z prokuraturą. Czy oni mają już jakieśdoniesienia na tego człowieka?To mówiąc Niemiroch nakręcił numer prokuratury i poprosiłdo telefonu wiceprokuratora wojewódzkiego dla miastaWarszawy, Władysława Szczypiorskiego.— Mamy dość dziwną sprawę — wyjaśniał swojemu roz-mówcy — zgłosił się do nas pewien obywatel o nazwiskuStanisław Wróblewski i żąda, abyśmy stwierdzili, że nie jestHauptsturmführerem Richardem Baumvogellem, szefemgestapo w Bradomsku, w czasie okupacji.— Zaraz, zaraz — zainteresował się Szczypiorski — wczorajczy też przedwczoraj przysłano nam książkę Józefa Barańskiego „Przeżyłem piekło i Oświęcim” wraz z informacją, żeten gestapowiec ukrywa się w Warszawie, właśnie podnazwiskiem Wróblewski. Poleciłem wezwać tego pana naprzesłuchanie do prokuratury. Chyba już mu to wezwaniewysłano.— Mamy gościa u siebie na korytarzu. Co z nim zrobić?— Ma jakieś dowody swojej tożsamości, które niedwu-znacznie wyjaśniłyby sprawę?— Można przeprowadzić badania antropologiczne i na tejpodstawie ustalić, czy to ten sam człowiek co na fotografii.— Bardzo dobrze — ucieszył się prokurator — jeżeli taki

dowód jest najzupełniej pewny.— Absolutnie pewny — poświadczył pułkownik.— To zróbcie te badania jak najprędzej.— To jednak musi potrwać dwa, trzy dni — wyjaśniłNiemiroch — a może nawet dłużej, bo Zakład Kryminalistykina brak zajęć nie cierpi. A co przez ten czas zrobić zWróblewskim? Czy go zatrzymać?— Nie ma powodu — zaoponował prokurator — narazie niemamy żadnych dowodów jego winy. Podobieństwo ze zdjęciemw książce może być przypadkowe.— A jeśli wiedząc, że badania antropologiczne go zde-maskują, facet nam pryśnie?— To będzie najlepszy dowód — roześmiał się prokurator —że jest winien zarzucanego mu przestępstwa. Daleko wam nieucieknie. Mając jego zdjęcia, dokładne pomiary czaszki iodciski palców szybko go odnajdziecie. Zresztą możecie gowziąć pod obserwację.— Dobrze, panie prokuratorze, dokonamy pomiarów i narazie zwolnimy Wróblewskiego z zakazem opuszczaniaWarszawy. — Niemiroch odłożył słuchawkę i zwracając się dopodwładnego zapytał: — Słyszałeś?— Słyszałem. Na obserwację nie dasz zgody?— Naturalnie, że nie dam. Skąd bym brał ludzi na wszystkiezachcianki wasze i prokuratorów? Skoro ten Wróblewski samprzyszedł, to chyba teraz kawału nie zrobi.— Nie jestem taki pewien — zastrzegł się Kaczanowski. —Boję się, że ekspertyza nie wypadnie dla niego zbyt korzystnie.Ale ostatecznie możemy zaryzykować. Szczypiorski ma rację,gdyby gość prysnął, szybko będziemy go mieli w naszychrękach.— Swoją drogą, niecodzienna sprawa.— Teraz rozumiem — roześmiał się Kaczanowski — tenchytry lis naumyślnie podesłał mi Wróblewskiego. Liczył na to,że my go z miejsca przymkniemy, a wtedy szanowny Mieciorozpocznie swoje ulubione prywatne śledztwo, dowiedzieniewinności niesłusznie aresztowanego i na prawo i na lewobędzie wygadywał, jaki to on genialny detektyw, a jaki głupi

jest ten podpułkownik Kaczanowski, który nie potrafirozwikłać tak prostej sprawy i na dodatek przetrzymał faceta w„dołku”.Słuchając tych wywodów Adam Niemiroch, któremu nie obcabyła rywalizacja Janusza z adwokatem zarówno na poluprawniczym, jak i na innych terytoriach, uśmiechał się.— Ale tym razem stary krętacz — podpułkownik corazbardziej się zaperzał — brzydko wpadł. Na szczęście tennajmimorda nie zna kryminalistyki i nawet się nie domyśla, żemy cały problem możemy rozszyfrować w ciągu najwy żejdwóch, trzech dni. I że wcale nie zamierzamy zamykać faceta. Aco do Ruszyńskiego, przy najbliższej okazji już ja go dobrzeośmieszę.— Bądź, Januszku, choć trochę obiektywny — mitygował goNiemiroch — czy nie możesz sobie wyobrazić, że jesteśadwokatem i do ciebie przychodzi klient z taką sprawą.Przecież sam byś go skierował do milicji. Nie dziw się więc, żemecenas Ruszyński zrobił to samo.— Zrobił — przyznał podpułkownik — ale przy sposobnościspróbował także zrobić mnie w konia. Już ja dobrze znam tegodziwkarza.— Przyganiał kocioł garnkowi — mruknął Niemiroch.— Żebyś wiedział — do Kaczanowskiego nie trafiały żadneargumenty — nie mógł mecenas posłać Wróblewskiego doKomendy Głównej MO do majora Zawadzkiego, który tamzajmuje się takimi różnymi skomplikowanymi i tajemniczymisprawami. Przecież zna Zawadzkiego równie dawno jak mnie.A może i dłużej? Albo u nas, do majora Soczewki, Też jegodobry znajomy. Obaj mają bzika na punkcie samochodów. Alestary kauzyperda musiał wybrać właśnie mnie. No, aleporachujemy się jeszcze, drogi Mięciu. Tym razem wpadłeś jakśliwka w sam środek… kompotu. Przekonasz się, żeKaczanowski to nie taki naiwniak, za jakiego go brałeś…Chciał coś dodać, ale rozległ się dzwonek telefonu. Tosekretarka Niemirocha, panna Krysia, zawiadamiała pułkownika, że mecenas Ruszyński chciałby z nim mówić.— Proszę przełączyć.

— Dzień dobry, pułkowniku, uniżenie kłaniam się władzy —rozległ się w słuchawce donośny baryton adwokata —podesłałem wam klienta. Czy się zgłosił?— Tak, właśnie go tutaj mamy. Dziękujemy.— Sprawa niecodzienna — tokował mecenas — zresztą jainnych nie posiadam — jedną z zalet Miecia była skromność —ludzie wiedzą, że jeśli już nie ma znikąd pomocy to jak w dymdo Ruszyńskiego, a on im zawsze rzuci koło ratunkowe. Alewracając do sprawy, nie chciałem telefonować do pułkownikaKaczanowskiego, bo on ostatnio zrobił się taki jakiśprzewrażliwiony. Najwidoczniej ma kłopoty. Pewnie z jakąśdziewczyną. Zawsze mu powtarzałem, że wiek ma swojenieubłaganie prawa i trzeba się wreszcie uspokoić. Ale on nigdynie słucha moich dobrych rad. Dlatego i teraz zawracam głowępanu pułkownikowi.— Ależ nic nie szkodzi. Zawsze pan mecenas jest u mniemiłym gościem i cieszę się, jeżeli chociaż przez telefon słyszępana głos.— Chodzi o to, przyszło mi na myśl, że można chyba bardzoszybko ustalić, czy ten Wróblewski nas buja, czy rzeczywiściejest takie fenomenalne podobieństwo pomiędzy nim i tamtymgestapowcem. Żeby tak zbadać czaszkę faceta i obfotografowaćgo, to Zakład Kryminalistyki po odpowiednich badaniachmógłby stwierdzić, czy Wróblewski i osoba na zdjęciu to dwajróżni ludzie, czy też to ten sam człowiek.— Świetny pomysł, panie mecenasie — roześmiał się Niemiroch — serdecznie dziękujemy za tak dobrą radę, ale jesttrochę spóźniona, bo właśnie nasi fachowcy w tej chwiliprzeprowadzają te badania.Adwokat Ruszyński w głos się roześmiał po przeciwnejstronie drutu.— Widzę, że miałem nosa posyłając Wróblewskiego bezpośrednio do pułkownika Kaczanowskiego. Proszę go ode mniepozdrowić.— Dziękuję i jeszcze raz dziękuję za skierowanie Wróblewskiego do nas. Mam nadzieję, że pan mecenas kiedyśwpadnie do mnie. Zawsze chowam trochę winiaczku na taką

szczęśliwą okazję. Do widzenia.— Ja się zabiję — zawołał Kaczanowski — to niesłychane!Jakiś adwokacina będzie mnie uczył, jak mam prowadzićśledztwo. A ty za to dziękujesz temu siwemu playboyowi. Toprzechodzi ludzkie pojęcie. Prawie trzydzieści lat służę wmilicji i jeszcze mnie to nie spotkało.— Przede wszystkim — pułkownik Niemiroch coraz lepiejbawił się złością swojego przyjaciela — mecenas Ruszyński niejest, jak go raczyłeś nazwać, kauzyperdą czy też adwokaciną, ajednym z najlepszych i najsławniejszych adwokatów w Polsce.Bezstronnie mówiąc nie raz i nie dwa oddał nam poważneusługi, już nie mówiąc o tym, że występując w sądzie i walcząc zprokuratorem jest także rzecznikiem sprawiedliwości, jak i jegoprzeciwnik. Jeśli śledztwo popełnia błąd, co się nam przecieżczasami zdarza, zadaniem adwokata jest naprawienie naszychomyłek.— Dobrze, dobrze…— A poza tym zaledwie przed chwileczką sam stwierdziłeś, żeRuszyński nie zna się na kryminalistyce i nie ma pojęcia onajnowszych metodach badań. Kiedy zaś adwokat w najlepszejwierze podsuwa nam właściwą metodę rozwiązania zagadki, tywpadasz w pasję. Bądź wreszcie bardziej konsekwentny ibezstronny.— To są podstępy tego chytrusa. Przysyła mi Wróblewskiego,potem dzwoni do ciebie i daje dobre rady, aby w końcurozpowiadać dokoła, a zwłaszcza znajomym oficerom milicji, żeKaczanowski nie umiał ugryźć tej sprawy i tylko pomocgenialnego adwokata uchroniła milicję od kompromitacji. Tozupełnie jasne, a ty zachowujesz się jak tłusty karp, który zrozkoszą łyka przynętę z haczykiem.— A co miałem robić?— Powinieneś powiedzieć Krysi, że cię nie ma w gabinecie,albo że masz odprawę i nie możesz teraz rozmawiać zRuszyńskim.—Zaczynasz mnie nudzić tymi swoimi sporami z Ruszyńskim.— To ma być nagana? — z kolei Kaczanowski poczuł sięurażony.

— Nie traćmy czasu. Ja za chwilę muszę jechać na Ksawerówdo KG MO, a ty zwołuj swoich techników i zabierajcie się doWróblewskiego.— Tak jest, obywatelu pułkowniku — Kaczanowski zerwał sięz krzesła i stanął w postawie zasadniczej.— Odmaszerować… wariacie!Badania Stanisława Wróblewskiego trwały przeszło dwiegodziny. Milicyjny fotograf dokonał kilkudziesięciu zdjęć jegogłowy z różnych stron, zaś lekarz wymierzył czaszkę orazprzeprowadził szczegółowe oględziny i pomiary całego ciała. Potych badaniach od prowadzono inżyniera z powrotem dopokoju, w którym pracował podpułkownik.— Pierwsza próba — wyjaśnił Kaczanowski — wypadłapomyślnie dla pana.— Nie rozumiem.— Wszyscy członkowie SS mieli wytatuowany ten skrót naciele. W różnych miejscach. Czasami pod pachą, często zauchem, a nawet zdarzało się spotykać takich esesmanów,którzy to znamię nosili na powiece oka. Pomimo bardzodokładnych oględzin, lekarz nie znalazł u pana tych dwóchliterek. Co prawda wielu byłych hitlerowców później ten znakprzynależności do SS usuwało chirurgicznie. Pozostawała potakim zabiegu zawsze jakaś blizna. Na pana ciele tych bliznwprawdzie nie brakuje, niemniej doktor Trojanowski uważa, żesą one skutkiem raczej odniesionych ran, niż usuwaniatatuażu.— Byłem trzykrotnie ranny. Raz w walkach o Warszawę,drugi raz przy zdobywaniu Wału Pomorskiego i wreszcie trzeciraz w Kamieniu Pomorskim podczas obrony browaru, któryNiemcom udało się wysadzić w powietrze wraz z częścią naszejzałogi. Wtedy zostałem najpierw zasypany gruzem, a kiedyjakoś zdołałem się wyczołgać spod ruin, w pobliżu mnierozerwał się szrapnel. Dostałem kilkadziesiąt odłamków.Niektóre mam do dziś dnia w ciele. Od czasu do czasu któryś znich, wielkości ułamanej szpilki, znajduje sobie drogę przezskórę na zewnątrz.— Cały materiał badawczy — wyjaśnił podpułkownik —

wysyłamy już dzisiaj do Zakładu Kryminalistyki. Wynikibędziemy mieli za trzy dni.— Będę na ten okres czasu zatrzymany?— Nie. Zdecydowaliśmy nie stosować tymczasowego zatrzymania. Jest pan wolny i może pan wracać do domu i dopracy.— Żeby znowu narazić się na jakiś afront kolegów?Dziękuję. To już wolę przesiedzieć te trzy dni w waszymareszcie.— Jeżeli pan powie, że zgłosił się pan do milicji i za żądałwyjaśnienia sprawy, sądzę, że takie wyjaśnienie wystarczypańskim przełożonym i zamknie usta złośliwcom. Możemyzresztą dać panu odpowiednie zaświadczenie na piśmie.— Dziękuję. Chyba dam sobie radę i bez tego papierka.— Dzisiaj mamy środę. Zakład Kryminalistyki da namodpowiedź najwcześniej w sobotę. Zatem proszę o ponownezgłoszenie się do nas w poniedziałek o godzinie dwunastej wpołudnie. Do tego terminu powinienem mieć wyniki badań.Przy pozytywnym dla pana wyniku, otrzyma pan odpowiedniezaświadczenie, aby nie doszło do jakichś ponownych oskarżeń.— Jestem absolutnie pewien tego pozytywnego wyniku —stwierdził Wróblewski. — To jakiś przedziwny zbiegokoliczności zaplątał mnie w tę niesamowitą dla mnie sprawę.Bardzo panu pułkownikowi dziękuję za tak życzliwe mniepotraktowanie. Zgłoszę się w poniedziałek punktualnie. Dowidzenia.— Jeszcze chciałbym zapytać…— Słucham pana pułkownika.— Czy pan podpisał pełnomocnictwo?— Jakie pełnomocnictwo?— Panu mecenasowi Ruszyńskiemu. Upoważniając go doobrony.— Nie. Mecenas powiedział mi, że jeżeli jestem niewinny, tomilicja sprawę od razu wyjaśni i żadna obrona nie będzie mipotrzebna. Jeżeli zaś jestem tym gestapowcem, to takichprzestępców on nie broni. Nawet nie chciał wziąć ani grosza zaporadę prawną.

— Dziękuję panu i do zobaczenia.Kiedy za Stanisławem Wróblewskim zamknęły się drzwi,Kaczanowski zaczął porządkować leżące przed nim dokumenty.Złość na adwokata Ruszyńskiego bynajmniej mu nie przeszła.Podpułkownik byt święcie przekonany, że mecenas skierowałWróblewskiego do niego, jedynie po to, aby przy okazjiośmieszyć swojego częstego przeciwnika. Snuł więc terazprojekty zemsty. W gruncie rzeczy Kaczanowski nie byłprzekonany o niewinności Wróblewskiego. Podobieństwo tegoczłowieka do fotografii szefa gestapo w Bradomsku było zbytwielkie, aby doszukiwać się w tym tylko przypadku.Doświadczony oficer milicji nawet i bez orzeczenia fachowcównabrał pewności, że jest to zdjęcie człowieka, który przedchwilą opuścił jego gabinet. Dlatego też zamykając teczki wszufladach biurka podpułkownik wygrażał w duchuRuszyńskiemu:„Poczekaj, chytry lisie. Wrobiłeś mnie w niezłą sprawinę, ale ija ciebie także urządzę. Będziemy jechali na tym samym wózku.Już ja się o to postaram, jakem Kaczanowski”.

IIIPan przegrał Herr Hauptsturmführer

Zakład Kryminalistyki pomimo nawału innych prac,dotrzymał terminu. W sobotę, posłany w Aleje Ujazdowskiepodoficer odebrał z sekretariatu Zakładu dużą szarą kopertę,która wkrótce znalazła się na biurku podpułkownika JanuszaKaczanowskiego. W kopercie, prócz zwrotu przesłanych dozakładu fotografii, książki i pomiarów lekarskich, był wynikpracy fachowców. Nie pozostawiał on żadnych wątpliwości. Poprzeczytaniu orzeczenia, Kaczanowski natychmiast zameldowałsię u naczelnika. Pułkownik Adam Niemiroch rzucił okiem naekspertyzę zakładu.— Spodziewałeś się tego?— Raczej tak.— A jednak w rozmowie ze mną byłeś bardzo ostrożny.— Cóż miałem robić? Poza osobistym wrażeniem, nie miałemżadnych dowodów. Pytałem się przecież, czy faceta zatrzymać?Prokurator był odmiennego zdania.— Prokurator także nie będzie wydawał decyzji zastosowaniatymczasowego aresztu tylko na czyjeś piękne oczy. Miałwprawdzie doniesienie, na pewno zresztą anonim, ale to zamało. Jak myślisz, czy on prysnął?— Sądzę, że nie. Przypuszczam, że nie wierzył, aby możnabyło bezspornie dowieść, że zdjęcie wykonane przed trzydziestu paru laty i człowiek dzisiejszy, to ta sama osoba.Jeżeli ten gestapowiec nawet w swoim czasie trochę liznąłkryminalistyki, to metody i środki badawcze ogromnie sięzmieniły w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. A poza tym on niema innego wyjścia. Musiał iść na całość. Zaryzykować, a nuż sięuda.— Ale się nie udało.— Zastanawiam się, czy posłać ludzi, aby go zatrzymali, czyteż poczekać do poniedziałku i zobaczyć, czy przyjdzie do nas

sam?— Trudno decydować. Jeżeli prysnął, zrobił to po wyjściu odnas. Jeśli od razu nie próbował ucieczki, sądzę, że się zjawi.— Sprawdzałem wczoraj telefonicznie w jego miejscu pracy,w Biurze Projektów na Tamce. Inżynier, jak mniepoinformowano, był obecny w gmachu.— Z tego należy wnioskować, że jest spokojny o swojąprzyszłość. Może więc jeszcze zaryzykować te czterdzieściosiem godzin?— Podeślę jednak kogoś, aby i dzisiaj sprawdził obecnośćWróblewskiego w biurze.— Co ci to da? Albo nie uciekał i zgłosi się do nas, albo dałnogę i na sprowadzenie go jest już za późno.— Może jednak — zastanawiał się Kaczanowski — zrobić tak:posłać kogoś do Biura Projektów, żeby się przepytał oWróblewskiego tak niezręcznie, aby inżynier się o tymdowiedział. A tymczasem weźmiemy go pod obserwację. Możejednak zechce zwinąć manatki?— Pomysł dobry, ale wcale nie posunie naprzód śledztwa. Cochcemy wiedzieć, to już mamy czarno na białym w ekspertyzieZakładu Kryminalistyki. I dla sprawy jest rzeczą obojętną, czyWróblewski potwierdzi to świadectwo próbą ucieczki.— W każdym bądź razie pojadę zaraz do ProkuraturyWojewódzkiej. Zgłoszę się do prokuratora WładysławaSzczypiorskiego, który już zna sprawę. Zreferuję nasze dotychczasowe kroki, wezmę wniosek o tymczasowe aresztowaniepodejrzanego i umówię się, kiedy i który z prokuratorówprzesłucha Wróblewskiego i wyda to postanowienie.— Widzę, Januszku, że sprawa ci się spodobała. A tak sięzłościłeś, że mecenas Ruszyński właśnie skierował Wróblewskiego do ciebie. Zresztą, jeżeli nie chcesz jej prowadzić, toporozmawiam z majorem Soczewką. On lubi takie problemy inie ma na pieńku z poniektórymi adwokatami.— Skoro to na mnie spadło, będę ten wózek ciągnął do końca,chociaż mi to bardzo komplikuje pozostałe śledztwa. A co doRuszyńskiego, w najbliższym czasie wyrównamy naszerachuneczki. Mam nadzieję, że prokurator Szczypiorski także

sam obejmie prowadzenie śledztwa. Lubię z nim pracować. Mawyobraźnię i nie cierpi na brak decyzji.— Roboty będzie dużo.— Spodziewam się. Taka sprawa z lat okupacji.— Będę sugerował w Komendzie Głównej MO, aby śledztwanie przekazywać do Piotrkowa. Obecnie Bradomsk, terenpopełnienia przestępstwa, znajduje się w województwiepiotrkowskim. Skoro jednak przestępca mieszka w Warszawie itu został ujęty, mogą się nim zająć tutejsze organa śledcze.Sądzę, że gdy dojdzie do rozprawy sądowej, Sąd Wojewódzkitakże przyjmie takie kryterium.— Ja też tak przypuszczam. Nie podejrzewam, aby KomendaWojewódzka w Piotrkowie była zbyt uszczęśliwiona, gdybyśmyim na głowy zwalili taki pasztet.— Nawet świadków, a być może trzeba ich będzie szukać pocałym kraju — dodał Adam Niemiroch — łatwiej jestsprowadzać do Warszawy, niż do Piotrkowa. A co do twoichpozostałych spraw, może ci jakoś ulżyć?— Na razie nie widzę potrzeby. Może później zajdzie takakonieczność, jeżeli ta afera zacznie się zbytnio rozrastać.W poniedziałek o godzinie dwunastej w południe StanisławWróblewski po uprzednim zameldowaniu się w biurzeprzepustek wszedł do pokoju podpułkownika Kaczanowskiego.Tym razem oficer milicji nie miał już przed sobą człowiekaprzerażonego, będącego jednym kłębkiem nerwów, lecz kogoś,kto szczęśliwie pozbył się kłopotów. Nawet sposób ubieraniasię uległ zmianie. Wtedy, przed pięcioma dniami Wróblewskiprzyszedł do Pałacu Mostowskich w jakimś starym, wytartymubranku. Teraz włożył elegancki popielaty garnitur ijasnogranatowy krawat o dyskretnym wzorku.— Jak pan widzi, pułkowniku — zaczął inżynier — stawiłemsię punktualnie.— Tak jest. Proszę, niech pan siada.Wróblewski zajął wskazane mu krzesło i zapytał:— Czy są już wyniki z Zakładu Kryminalistyki?— Dostaliśmy je jeszcze w sobotę.— A więc to przykre nieporozumienie zostało szczęśliwie

zakończone.— Niezupełnie.— Jak to?— Szkoda, że pan dzisiaj nie wziął ze sobą tej swojejwalizeczki.— Nie rozumiem?— Po prostu pan przegrał, Herr Hauptsturmführer RichardBaumvogell.— Co pan wygaduje — inżynier uniósł się gniewem — niejestem żadnym Hauptsturmführerem.— Dużo pan ryzykował ukrywając się w Polsce. A potem,kiedy pana zdemaskowała pewna fotografia, zagrał pan vabanque. Ale pan przegrał. Przyznam się, że podziwiałembezczelność, z jaką się pan do nas zgłosił. Oto ekspertyzaZakładu Kryminalistyki. Nie pozostawia ona żadnych wątpliwości, że to pańskie zdjęcie figuruje w książce — podpułkownik wyjął z teczki dokument i podał go siedzącemunaprzeciwko człowiekowi. — Proszę przeczytać.Wróblewski, a właściwie Baumvogell, złapał podany mudokument. W miarę jak go studiował, jego twarz pokrywała siębladością, a grube krople potu występowały na czoło.— To nieprawda. To jakaś potworna omyłka.— Panie Baumvogell — poważnie powiedział oficer milicji —na nic się nie zdadzą jakiekolwiek zaprzeczenia oczywistymfaktom. To nie jest najlepszy sposób ratowania swojej skóry.Dużo lepszym będzie szczere przyznanie się do wszystkiego.Nie przeczę, już nawet z lektury tej książki wynika, że ciążą napanu bardzo poważne zarzuty. Grozi panu wysoki wymiar kary.Może nawet najwyższy, jaki zna kodeks karny. Tylko szczerośćmoże być okolicznością łagodzącą.— Głupstwa pan opowiada — przesłuchiwany przerwałKaczanowskiemu — jestem Stanisławem Wróblewskim i niepotrzebuję się do niczego przyznawać. Myślałem, że to jakiśłobuz z naszego biura usiłuje mnie wrobić w tę sprawę. Terazjednak widzę, że i milicja chce się pochwalić błyskotliwymsukcesem i to kosztem skazania niewinnego człowieka.— Panie Baumvogell — podpułkownik lekko się uśmiechnął

— polskie prawo pozwala podejrzanemu kłamać czy w ogóleodmawiać zeznań. Jeśli pan przybierze taką taktykę obrony, nicna to nie poradzę, ale to nie wstrzyma śledztwa i wymiarusprawiedliwości.— To coś strasznego — przesłuchiwany omal nie płakał —przysięgam, że nie byłem nigdy w Bradomsku i nie byłemgestapowcem.— Widzę pana drugi raz w życiu. Ci z Zakładu Kryminalistykinigdy pana nie widzieli. Jaki miałbym interes ja albo i oni, abypana niewinnie prześladować? Badania, jak pan to możewyczytać, przeprowadzono bardzo szczegółowo i przy użyciunajrozmaitszych metod. Wszystkie one dały identyczne wyniki.O żadnej omyłce nie może tu być mowy.— A jednak to nieprawda.— Na pański upór nic nie poradzę. Teraz zmuszony jestemsporządzić krótki protokół z przesłuchania pana — (to mówiącpodpułkownik wyjął odpowiedni blankiet i zaczął:— Imię i nazwisko?— Stanisław Wróblewski. Syn Kajetana i Adeli z domuPencak.— Data i miejsce urodzenia? : — Dziesiątego listopada 1923 roku. Wieś Brzeźnica, powiatNieśwież, województwo nowogrodzkie. Ojciec był rolnikiem,miał dziesięć mórg gruntu.— Wykształcenie?— Inżynier magister. Ukończyłem Politechnikę w Gdańsku,Wydział Mechaniczny.— Miejsce pracy?— Biuro Projektów w Warszawie, ul. Tamka.— Stan rodzinny?— Żonaty. Żona Krystyna z domu Grodzicka. Dwoje dzieci:Elżbieta lat dwanaście i Andrzej lat osiem.— Czy przyznaje się, że w czasie okupacji występując jakoRichard Baumvogell, oficer SS w stopniu Hauptsturmführera,pełnił obowiązki szefa gestapo w Bradomsku?— Nie.— Co chciałby wyjaśnić?

— Nie mam nic do dodania. Jestem, jak już powiedzia łem,Stanisławem Wróblewskim.— Jak pan uważa — oficer milicji wzruszył ramionami— proszę podpisać protokół.Wróblewski złożył swój podpis na dokumencie.— Jest pan zatrzymany — wyjaśnił Kaczanowski — jakoosoba podejrzana o popełnienie poważnych przestępstw. Wciągu czterdziestu ośmiu godzin będzie pan zgodnie zartykułem dwieście dziesiątym kodeksu postępowania karnegoprzesłuchany osobiście przez prokuratora, który ewentualniewyda decyzję o tymczasowym areszcie.— Czyli inaczej mówiąc — sarkastycznie zauważył Wróblewski — w całym majestacie prawa pakujecie niewinnegoczłowieka do więzienia i jak sam pan powiedział, będziecie sięstarali go powiesić.— Na razie — podpułkownik nie dawał się wyprowadzić zrównowagi — ustaliliśmy jedno. Człowiek na fotografii wksiążce, szef Gestapo w Bradomsku i pan, to ta sama osoba.Dalsze śledztwo wyjaśni, jakich zbrodni dopuścił się pan wBradomsku i może jeszcze gdzie indziej. Jeśli ustalimy jakieśczyny i zdarzenia przemawiające za panem, to również podanebędzie do wiadomości sądu, który przy ferowaniu wyroku napewno uwzględni wszystkie okoliczności łagodzące.— Po co te bajeczki? Nie jestem Baumvogellem.Podpułkownik zadzwonił. Kiedy zjawił się podoficer dy żurny,Kaczanowski polecił mu odprowadzić zatrzymanego doaresztu.Potem odezwał się telefon. Dzwonił wiceprokurator Władysław Szczypiorski.— No jak tam, pułkowniku? — zapytał. — Wasz klient zjawiłsię?— Zjawił. Muszę przyznać, że był bardzo punktualny i bardzopewny siebie. Wyniki ekspertyzy wręcz go zaskoczyły.— No i co?— Przesłuchałem go oficjalnie. Wbrew logice, zaprzeczyłjakoby był Richardem Baumvogellem, oświadczył, że jestStanisławem Wróblewskim i odmówił dalszych zeznań.

— Zmięknie.— Ja także jestem tego pewien. Kiedy wreszcie dotrze do jegoświadomości, że definitywnie przegrał, otworzy usta, abyratować własną głowę.— Trudno mi coś powiedzieć, bo przecież w ogóle nie znamsprawy i nigdy nie słyszałem o wyczynach szefa Gestapo wBradomsku, sądzę jednak, że kara główna Baumvogellowi niegrozi. Ze względu na tendencje panujące w polskimorzecznictwie, żeby wyrok śmierci był czymś naprawdęwyjątkowym, jak też i dlatego, że sąd nie skarze na śmierćczłowieka odznaczonego dwukrotnie Krzyżem Walecznych iorderem Virtuti Militari. Naturalnie, jeżeli ten Baumvogell velWróblewski nie wymyślił sobie tych odznaczeń.— Kiedy po raz pierwszy z nim rozmawiałem, pokazał milegitymację Krzyża Virtuti Militari. Tego przecież niesfałszował. Zresztą łatwo sprawdzić.— Ciekawa sprawa i obawiam się, że bardzo pracochłonna.Będziemy obaj mieli masę roboty.— Pan prokurator osobiście poprowadzi śledztwo?— Tak. Przyznaję zresztą, że zrobię to chętnie. A pan,pułkowniku?— Tak zadecydował naczelnik.— Wiecie co, pułkowniku, muszę w ciągu czterdziestu ośmiugodzin przesłuchać podejrzanego i ewentualnie wydaćpostanowienie o tymczasowym aresztowaniu, sądzę, że najlepiej załatwić to dzisiaj. W świetle posiadanej przez nasekspertyzy Zakładu Kryminalistyki sprawa przecież jestbezsporna.— Ja także sądzę, że to byłoby najlepszym wyjściem zsytuacji. Od razu dzisiaj skierowalibyśmy podejrzanego dowięzienia. Jeśli pan prokurator pozwoli, zaraz wydampolecenie przewiezienia Baumvogella do prokuratury.— Nie trzeba — zaoponował Szczypiorski. — Uprościmysprawę. Przyjdę do was i na miejscu przesłucham tegoczłowieka. Przy okazji naradzimy się z pułkownikiem, co dodalszych kroków śledztwa. Z gmachu sądów do was jestdziesięć minut drogi. Więc najdalej za kwadrans będę u pana.

Przesłuchiwany przez prokuratora Stanisław Wróblewski velRichard Baumvogell potwierdził swoje uprzednie zeznaniazłożone Kaczanowskiemu. Prokurator nie wdawał się w zbędnedyskusje z podejrzanym. Wiedział dobrze, że to w tymmomencie do niczego nie doprowadzi. Wydał jedyniepostanowienie o tymczasowym aresztowaniu i polecił odprowadzić przesłuchiwanego.— Trzeba go umieścić w więzieniu, w pojedynce — zauważyłSzczypiorski — kiedy wśród więźniów rozejdzie się wiadomośćo tym, jakiego to asa gestapo ujęliśmy, tamci ludzie gotowi gowykończyć choćby gołymi rękoma, nie czekając na wymiarsprawiedliwości.— Naczelnik więzienia i bez naszej instrukcji doskonale się wtych problemach orientuje, ale nie omieszkam zaznaczyćsugestii pana prokuratora.— Co pułkownik zamierza teraz robić?— Przede wszystkim odszukać i przesłuchać autora książki„Przeżyłem piekło i Oświęcim”. Trzeba ustalić, skąd się wzięłafotografia Baumvogella w tej książce. Spróbuję takżedowiedzieć się czegoś więcej o osobie szefa Gestapo wBradomsku w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskichw Polsce. Może tam mają dossier tego zbrodniarza wojennego?— Jeżeli autor książki Józef Barański stykał się osobiście zBaumvogellem — dopowiedział prokurator — dobrze byłobyskonfrontować go z podejrzanym.— Naturalnie — zgodził się Kaczanowski — w ogóle będęmusiał zebrać o Baumvogellu szczegółowe informacje wBradomsku i w okolicy. Tam na pewno znajdziemy wieluświadków, ofiar gestapowca. Zapewne dobrze go zapamiętali.— Będzie pułkownik musiał osobiście udać się do Bradomska.— Przypuszczam, że posiedzę tam dłuższy czas. Liczę napomoc miejscowej milicji.— I prokuratury — zapewnił Szczypiorski.— Jeszcze jedna sprawa, panie prokuratorze.— Słucham pana.— Nie chciałbym, aby nas spotkał zarzut jednostronności. A

przy taktyce podejrzanego, odmawiającego zeznań i za-przeczania najbardziej oczywistym faktom, taki zarzut mógłbysię zrodzić w czyichś nieprzychylnych nam głowach. Trzebaprzecież liczyć się z tym, że aresztowanie Baumvogella ipóźniejszy jego proces przed sądem, będą miały wielki rozgłos.Korespondenci zagraniczni i w Polsce, zwłaszcza ci ¡zFederalnej Republiki Niemieckiej na pewno zainteresują sięprocesem i będą usiłowali go komentować.— Z całą pewnością — zgodził się wiceprokurator.— Dlatego też uważam, że podejrzany od samego początkupowinien mieć zapewnionego obrońcę i to bardzo dobregoobrońcę.— To prawo przysługuje każdemu.— Tak, ale w sprawie gestapowca żaden polski adwokat nieprzyjmie obrony z wyboru. Musimy zapewnić Baumvogellowiobronę z urzędu.— Słusznie — przytaknął Szczypiorski — zajmę się tym.— Jeśli można coś powiedzieć, ośmieliłbym się zapropo-nować mecenasa Mieczysława Ruszyńskiego. Wielka wiedzaprawnicza, wysoki poziom moralny.— Mecenasa Ruszyńskiego? — wahał się wiceprokurator.— Ta kandydatura jest tym lepsza, że Ruszyński już zetknąłsię z podejrzanym. Przecież to on namówił Baumvogella, abysam się do nas zgłosił, a nie czekał aż my go zatrzymamy.Podejrzany ma zaufanie do tego adwokata.— Ruszyński będzie wściekły na mnie, że go ubrałem w tęsprawę. A Miecio umie być bardzo nieprzyjemny dlaprokuratora i obrzydzić mu życie.— Zapewniam pana, że mecenas Ruszyński — stwierdziłpodpułkownik — nie będzie miał najmniejszego żalu doprokuratora. Taka sprawa, to bądź co bądź wielka reklama dlaobrońcy, który tutaj może się wykazać całym swoimnieprzeciętnym talentem. A Ruszyński nie jest pozbawionypróżności. Może dla formy trochę ponarzeka, ale w gruncierzeczy będzie zadowolony z tej nominacji.— Widzę, że pułkownikowi bardzo zależy na Mięciu.— Przyznaję, że mi zależy. Lubię mieć za przeciwnika

dobrego adwokata.— No dobrze — zgodził się Szczypiorski — niech będzieMiecio. Zaraz po powrocie na ulicę Świerczewskiego wypiszęodpowiedni wniosek. Zresztą całkowicie zgadzam się zargumentami pułkownika, że Baumvogellowi należy zapewnićdobrego obrońcę. Myślałem o Witoldzie Bajerze.— Mecenas Bajer jest ostatnio bardzo zajęty w OśrodkuBadawczym Adwokatury i ta obrona skomplikowałaby jegoprace.— No to sprawa załatwiona. Pozostajemy przy mecenasieRuszyńskim — wiceprokurator pożegnał się z Kaczanowskim,który z kolei udał się do naczelnika, żeby mu złożyćszczegółowe sprawozdanie z przebiegu wypadków. PułkownikAdam Niemiroch uważnie wysłuchał raportu.— Nie wiem, na co liczy ten Baumvogell — powiedział.— Przecież jest chyba na tyle inteligentny, wie iż nie sposóbpodważyć tej ekspertyzy Zakładu Kryminalistyki.— Ja także mu to tłumaczyłem. Ale jakbym gadał do słupa.Załatwieni także — dorzucił jakby od niechcenia Kaczanowski— z prokuratorem Szczypiorskim, że obrońcą Baumvogella zurzędu zostanie adwokat Ruszyński.— Rozumiem. On ci nadał tę sprawę, więc wrobiłeś i jego.— Chodziło mi głównie o to, aby Baumvogell miał za obrońcę,jak ty Ruszyńskiego nazywasz… „jednego z najlepszych inajsławniejszych adwokatów w Polsce”.— Oj, Janusz, Janusz — Niemiroch pokiwał głową — tacystarzy i tacy głupi. Kiedy wy nareszcie przestaniecie skakać dosiebie jak dwa koguty?— Nie wiem, o co ci chodzi? Ja nawet bardzo lubię tegoMięcia. Byleby tylko nie wchodził mi w drogę. To on zawszepierwszy zaczyna.Niemiroch roześmiał się.— Mówisz, Januszku, akurat tak samo, jak ten człowiek,który był oskarżony, że jego pies zagryzł królika. On równieżtwierdził, że królik zaczął pierwszy.— No wiesz, porównywać tego grubasa z królikiem.— Podpułkownik Kaczanowski także zaczyna coraz mocniej

wciągać brzuch.— Nie martw się o mnie. Przy tej nadanej mi przezRuszyńskiego sprawie na pewno schudnę dobrych kilkakilogramów. Postaram się także, aby i Ruszyńskiemu znikładruga broda.— Żarty żartami — przerwał naczelnik — ale wracając dosprawy Baumvogella, powinieneś przede wszystkim dokładnieprzeczytać książkę „Przeżyłem piekło i Oświęcim” orazporozmawiać z jej autorem, skąd on zdobył tę odbitkę. Należytakże postarać się o oryginał fotografii lub o jego dobrą kopię,bo to zdjęcie książkowe nie jest zbyt wyraźne. Pierwszymwnioskiem obrony będzie żądanie powtórnej ekspertyzy.Zresztą na miejscu Ruszyńskiego sam bym tak postąpił. Musisztakże, Januszku, odwiedzić Główną Komisję Badania ZbrodniHitlerowskich w Polsce. Oni w swoich archiwach powinni miećjakieś dane dotyczące szefa Gestapo.— Bardzo dziękuję, obywatelu pułkowniku, za udzielenie mitak cennych rad, jak prowadzić śledztwo. Właśnie ukończyłemszkołę, oficerską w Szczytnie i to jest pierwsza w ogóle w moimżyciu sprawa, jaką prowadzę. Gdyby nie światłe wskazówkiobywatela pułkownika, nie wiedziałbym, co robić.— No, no, nie złość się — Niemiroch usiłował udobruchaćprzyjaciela — wiem, że myślisz o wszystkim, ale zawsze co dwiegłowy, to nie jedna.— Dobrze, ale nie traktuj wszystkich jak dzieci.— Przyszło mi na myśl jeszcze jedno. Jak w więzieniudowiedzą się, że to ukrywający się gestapowiec, gotowi mujakąś krzywdę zrobić, a nawet zabić. Dobrze byłoby uprzedzićnaczelnika więzienia, aby tego Baumvogella odizolował odinnych swoich pensjonariuszy.— Ja się zabiję — jęknął Kaczanowski.

IVWidziałem tego człowieka

Dwie rozmowy telefoniczne wystarczyły, aby się skomu-nikować z autorem „Przeżyłem piekło i Oświęcim”, który jużwrócił z urlopu. Jedna z wydawnictwem, aby ustalić adresJózefa Barańskiego, druga już do niego samego, aby omówićmiejsce i czas spotkania. Podpułkownik Janusz Kaczanowskiuważał bowiem, że ten pierwszy kontakt z pisarzem niepowinien mieć charakteru oficjalnego, a raczej towarzyskiegospotkania, w czasie którego można się dowiedzieć o wielewięcej niż przesłuchując Barańskiego jako świadka wraz zespisywaniem protokołu. Dlatego też oficer milicji chętniezaaprobował wizytę w mieszkaniu autora książki.Oficerowi milicji drzwi otworzył mężczyzna niski i bardzoszczupły, o twarzy pooranej zmarszczkami. Nosił okularykrótkowidza o grubych szkłach. Łysinę okalał wianuszeksiwych włosów. Ubrany był w granatowy sweter i mocnosfatygowane dżinsy.— Jestem Józef Barański — przedstawił się — a to panpułkownik Kaczanowski? Proszę dalej. Od raza przepraszam zamój strój i za bałagan panujący w domu.Obaj mężczyźni weszli do pokoju obudowanego regałami, naktórych znajdowało się co najmniej trzy tysiące książek. Zresztąksiążki leżały także na fotelach i krzesłach oraz na wąskimtapczanie stojącym pod jedną ze ścian. Duży, masywny stółzawalony był jakimiś papierami i manuskryptami. Pan domubez ceremonii zrzucił z dwóch foteli książki na podłogę iwskazując jeden z nich swojemu gościowi, sam zajął sąsiedni.—Może kawy?— Dziękuję, ale dzisiaj już wypiłem aż trzy filiżanki.— Kieliszeczek winiaku?— Tego się nie odmawia.Barański usiłował zrobić jaki taki porządek na stole i oczyścić

tak jego część z papierzysków, aby zmieściła się tam butelkawiniaku, dwa kieliszki i porcelanowe naczynie ze słonymipaluszkami.— Jestem strasznym bałaganiarzem — przyznał się szczerze.— A już w czasie nieobecności żony staję się zupełnie bezradny.Dobrze, że pan pułkownik nie widział, co się dzieje w kuchni.— Sam mieszkam w kawalerce i także nie mogę się pochwalićzbyt wielkim tam porządkiem.Kiedy już winiak został nalany i panowie wymienili krótkieuwagi o tegorocznych anomaliach pogodowych, Barańskizagaił:— Trochę się domyślam, co pana pułkownika do mniesprowadza. Na pewno jakieś sprawy związane z okupacją iobozami koncentracyjnymi. Jestem z zawodu historykiem ispecjalizuję się w tych zagadnieniach. Obecnie przygotowujępracę habilitacyjną „Hitlerowskie metody biologicznegowyniszczenia narodu polskiego”. Często różni ludzie i różneinstytucje, przeważnie Związek Bojowników o Wolność iDemokrację, zgłaszają się do mnie zarówno w domu, jak i wZakładzie Historii Najnowszej PAN, gdzie pracuję. Przyznajęjednak, że po raz pierwszy mam wizytę przedstawiciela milicji.Wydawało mi się, że macie własnych specjalistów w tychsprawach.— Szczerze mówiąc stosunkowo mało zajmujemy się tymisprawami — przyznał Kaczanowski — procesy o zdradę narodulub też procesy zbrodniarzy wojennych już się właściwiezakończyły. Tylko sporadycznie zdarza się zdemaskowaćjakiegoś ukrywającego się dotychczas przestępcę. I właśnieteraz zdarzył się taki rzadki przypadek. Zresztą dzięki panudoktorowi.— Dzięki mnie? — szczerze zdziwił się Józef Barański.— Dzięki pana książce „Przeżyłem piekło i Oświęcim”. Napodstawie fotografii zamieszczonej w tej książce zostałrozpoznany szef gestapo w Bradomsku?— Richard Baumvogell?— We własnej osobie.— Gdzieście go ujęli?

— Rzecz w tym, że nie myśmy go ujęli, lecz on sam się do naszgłosił. Po prostu nie miał już innego wyjścia, bo koledzy, zktórymi razem pracował, rozpoznali go na tym zdjęciu. Zagrałna całość, jak to się teraz mówi, przyszedł do nas i zażądał,abyśmy mu wydali świadectwo, że to nie on figuruje nafotografii w pana książce.— Co za tupet.— Tylko jednego nie przewidział pan Stanisław Wróblewski,bo takich fałszywych papierów używa Baumvogell. Nowoczesnemetody kryminalistyki pozwalają bez najmniejszychwątpliwości, nawet po czterdziestu latach, ustalić, czy danaosoba i fotografia to jeden i ten sam człowiek. Na tym właśnienasz gestapowiec potknął się. Ekspertyza ZakładuKryminalistyki wypadła dla niego bezlitośnie.— On się ukrywał w Polsce?— Tak. W Warszawie. Mieszkał o paręset metrów od domupana doktora.— Zadziwiające.— Pan się stykał osobiście z Baumvogellem?— „Stykał” to raczej za dużo powiedziane. Widziałem gokilkakrotnie w Bradomsku, jak jechał swoim samochodem.Później, kiedy już byłem w rękach gestapo, także widywałem gow gmachu, w którym mnie więziono.— Przesłuchiwał pana?— Zbyt małym byłem pionkiem, aby sam szef gestapointeresował się mną. Od tego byli inni oprawcy. Jak się zresztąorientuję, Baumvogell raczej bardzo rzadko zajmował sięosobiście jakąś sprawą. To był raczej typ „mordercy zzabiurka”. Opracowywał instrukcje, wydawał rozkazy, najwyżejsprawdzał, czy te zarządzenia zostały dokładnie wykonane.Zresztą tacy hitlerowcy byli najgroźniejsi.— Co może pan o nim więcej powiedzieć? Jak i kiedy zostałpan ujęty przez gestapo? Znam wprawdzie pańską książkę, alewolałbym to jeszcze raz usłyszeć z ust jej autora.— Może więc będzie najlepiej, jeżeli opowiem panu pułkownikowi część mojego życiorysu dotyczącą Bradomska imoich przymusowych kontaktów z tamtejszym gestapo.

— Ja też tak sądzę, panie doktorze. Pozwoli pan, że tonagramy na magnetofonie. Ponieważ i tak będzie pan późniejprzesłuchiwany przez milicję i prokuratora oraz zapewne staniepan w sądzie jako świadek w tej sprawie, taśmamagnetofonowa ułatwi nam pracę.— Oczywiście, że nie mam nic przeciwko temu.— A zatem słucham.— Zaczynając od początku, urodziłem się w rodziniechłopskiej we wsi Gosławice pod Bradomskiem. W czasieokupacji, ponieważ miałem jeszcze dwóch braci i siostrę, żebysię uchronić od przymusowego wywiezienia do Niemiec naroboty, zacząłem pracować u Szcześniewskich.— Jakiś zakład przemysłowy?— Nie. Stary Szcześniewski jeszcze przed pierwszą wojnąświatową odkupił od bodaj hrabiego Platera, około dzie-więćdziesięciu hektarów gruntów położonych tuż koło wsiGosławice. Po śmierci męża, na tym folwarku gospodarowałażona wraz z pięciorgiem dzieci. Nie podzielono ziemi, tylko pośmierci matki miał ją przejąć najstarszy syn, Tadeusz. Młodszerodzeństwo otrzymywało wyższe lub średnie wykształcenie imiało być spłacane przez Tadka. Pozycję społeczną staregoSzcześniewskiego można więc było określić: już nie chłop, ajeszcze nie ziemianin. Nawet po śmierci głowy rodziny, tenfolwark dobrze prosperował, miał wielorakie kultury izwycięsko opierał się kryzysowi, jaki rolnictwo polskieprzeżywało przed wybuchem drugiej wojny światowej. W czasieokupacji praca w takim mająteczku obłożonym obowiązkiemwysokich dostaw przymusowych w pewnym stopniu chroniłaprzed łapankami.— Kiedy pan zaczął tam pracować?— Na początku czterdziestego roku. Z chwilą, kiedyhitlerowcy nasilili akcję wywozu na roboty przymusowe.— Bywał pan w Bradomsku?— Oczywiście. Przecież tam Szcześniewscy musieli odstawiaćzboże do elewatora.— Widywał pan Baumvogella?— Wiedziałem, że szefem gestapo jest jakiś renegat ze Śląska

mówiący dobrze po polsku, ale nie stykałem się z nim. Nawetwtedy nie znałem jego nazwiska.— Jak pan trafił w ręce gestapo?— Pod koniec czterdziestego roku, naturalnie tysiącdziewięćset czterdziestego, w Bradomsku i w okolicznychwsiach zaczęły powstawać pierwsze organizacje konspiracyjne.Młodszy Szcześniewski, Zdzisiek, wciągnął mnie do takiejgrupy. Najpierw były to rożne działania samorzutne, potem,powoli następowała polaryzacja tych grup. Jedne nawiązałykontakt z Armią Krajową, inne z Batalionami Chłopskimi i„Rochem”, wreszcie jeszcze inne z Gwardią Ludową, a później zArmią Ludową. Szczerze mówiąc wtedy było to dopieroząbkowanie konspiracji, o trafieniu do takiej czy innejorganizacji decydował najczęściej przypadek i osobisteznajomości. Co do naszego oddziału, Szcześniewski, czy teżktoś inny, nawiązał kontakt z obwodem piotrkowskim AK.— Nastąpiła wsypa?— O prawdziwej konspiracji mieliśmy wtedy raczej bardzomgliste pojęcie. Aż dziw, że to wszystko nie skończyło siępoważniejszymi aresztowaniami. Jedynie ja wpad łem i tonajgłupiej, jak tylko można sobie wyobrazić. Po prostupojechałem do Piotrkowa po „gazetki”. Dostałem sześć czy teżsiedem sztuk i wracałem do domu. Do Gosławic z Bradomskamożna było iść szosą na Przedbórz i skręcić na drogęprowadzącą do naszej wsi albo na skróty polną ścieżką, którąsię wychodziło wprost na dom Szcześniewskich położony nasamym skraju osiedla. Naturalnie wybra łem krótszą ibezpieczniejszą drogę.— I wpadłem — dopowiedział podpułkownik.— Jak najgłupszy osioł. Do najbliższych zabudowań byłonajwyżej dwieście metrów. Szedłem nie rozglądając się izatrzymałem się dopiero wtedy, kiedy wlazłem, dosłowniewlazłem na dwóch żandarmów. Na pewno nie polowali namnie, ale czatowali, czy czasem ktoś ze wsi nie niesie doBradomska jakiejś żywności. A że konspirator był ze mnie jak…trąba i tych kilku gazetek nie schowałem choćby za pazuchę,gdzie by ich może nie wymacali, trzymałem je najprościej w

świecie w kieszeni marynarki, skąd je od razu jeden zhitlerowców wyłowił. Był aż tak bardzo zdziwiony, że nawet pogębie nie dostałem, co przyznaję szczerze, należało mi się zamoją głupotę. Z polowania na żywność żandarmi musielizrezygnować i pognali mnie z powrotem do Bradomska. Prostodo gestapo. Tam odpowiedni fachowcy wzięli mnie w obroty.Koniecznie chcieli się dowiedzieć, dla kogo niosłem te gazetki iod kogo je otrzymałem. Jeśli chodzi o ten drugi przypadek tomówiłem prawdę, że prasę otrzymałem od jakiejś nie znanej midziewczyny, która miała mnie oczekiwać na ławce w parku.Moim znakiem rozpoznawczym był goździk, trzymany w ręku.Podała mi małe zawiniątko papieru i szybko odeszła. Tyle jąwidziałem. Ale naturalnie gestapowcy nie wierzyli i przez dwatygodnie dręczyli mnie tak, że jeszcze dzisiaj trudno mi o tymspokojnie mówić.— Wtedy pan widywał Baumvogella?— Tak. W dniach kiedy mnie nie bito, kazano mi myć podłogina korytarzach dawnego gimnazjum zamienionego na siedzibęgestapo. Zdarzało się więc, że Baumvogell przechodził bliskomnie.— Taki, jaki jest na pańskiej fotografii?— Nie. Nigdy go nie widziałem w mundurze. Zawsze nosiłcywilne ubrania.— Mnie chodzi o wygląd twarzy.— Bardzo łatwy do rozpoznania przez tę czerwoną bliznę natwarzy. Mówili, że w czasie wojny kulka musnęła go w bitwiepod Częstochową. Szkoda, że nie dwa cale bardziej w lewo. Nieuszedłby wtedy chyba z życiem.— To nie rana od kuli, to takie znamię, jakie człowiek czasamiprzynosi ze sobą na świat, już w chwili urodzenia.— Może i znamię. Nie mogłem mu się wtedy przyglądać. Niebyło to zbyt bezpieczne. Baumvogella wszyscy, nawet jegopodwładni, bali się bardziej niż ognia. Nie miał litości dlaPolaków, ale i swoim nie przepuszczał. Za najmniejszeuchybienie, na front.— Aresztowano pana w 1941 roku?— Tak, w lipcu. W parę tygodni po napadzie Hitlera na

Związek Radziecki.— Cały czas pan siedział w więzieniu gestapo w Bradomsku?— Nie. Po dwóch tygodniach gestapo w Piotrkowieupomniało się o mnie. Koniecznie chcieli się dowiedzieć, odkogo dostałem te gazetki. Tam mi dano taką szkołę, żechwilami wspominałem pobyt w bradomskim więzieniu jakprawdziwy odpoczynek. Wreszcie moi oprawcy czy to sięzmęczyli, czy też doszli do przekonania, że nic ze mnie niewycisną i z połamanymi żebrami, wybitymi zębami i wy-łamanymi w stawach rękoma odesłali mnie do Oświęcimia.Mimo wszystko przeżyłem.— A ta fotografia z pańskiej książki?— Kiedy pisałem swoje pamiętniki, zbierałem różnemateriały. W Muzeum Oświęcimskim, w Głównym BiurzeHistorycznym Wojska Polskiego i w Głównej Komisji BadaniaZbrodni Hitlerowskich w Polsce. Właśnie w Głównej Komisji,przeglądając w archiwum zbiory fotografii „nie rozpoznanych”,znalazłem ku swojemu zdumieniu zdjęcie Baumvogella.— Poznał go pan od razu?— Twarz tego gestapowca wydała mi się znajoma. A kiedyodwróciłem fotografię, na drugiej stronie znalazłem napis„Richard Baumvogell, kat Bradomska”. W mojej książce niezmieniłem tego podpisu. Naturalnie, kiedy bliżej przyjrzałemsię fotografii, przypomniałem sobie „mojego” szefa gestapo.Bez napisu może bym go i nie poznał, bo nie zwróciłem uwagina tę bliznę. Przecież zarówno w czasie mojego pobytu wwięzieniach, jak później w Oświęcimiu i w czasie ewakuacjiobozu widziałem setki i tysiące tych panów z trupimi główkamina czapkach. A poza tym od ostatniego dnia, kiedy widziałemBaumvogella, upłynęło trzydzieści dziewięć lat. Czas zacieraobrazy pamięci.— To był młody człowiek?— Jak na swoje stanowisko, bardzo młody. Ja miałem wtedydziewiętnaście lat a on, już w randze Hauptsturmführera, byłnajwyżej pięć lat ode mnie starszy. Podobno skończył specjalnąszkołę dla gestapowców i pracując w Sicherheistdienst wpadł woko jej szefowi, Heydrichowi, który później holował swojego

pupila. Stąd błyskawiczna kariera i szybkie przeskakiwaniestopni oficerskich.— Zna pan dalsze losy Richarda Baumvogella?— Trochę o nich słyszałem po wojnie od znajomych iprzyjaciół z Bradomska. Po zamachu na Richarda Heydricha, wPradze, w dniu dwudziestego siódmego maja 1942 roku,Baumvogell stracił możnego protektora. A wrogów mu przecieżnigdy nie brakowało. Toteż utrzymał się na stanowisku szefagestapo w Bradomsku jeszcze przez niecały rok. Potem zwykłąkoleją rzeczy wcielono go do jakiejś dywizji SS i wysłano nafront wschodni. Podobno zginął, czy też zaginął bez wieści wwielkiej bitwie na Łuku Kurskim, w lipcu 1943 roku. Rzekomotak o nim mówili pracownicy gestapo w Bradomsku. Faktemjednak jest, że po styczniu 1943 roku nikt Baumwogella nigdyw Bradomsku nie widział.— Ciekawa jest zbieżność pewnych dat — zauważył podpułkownik.— Nie rozumiem?— Przepraszam. Nie zna pan zeznań, a właściwie opowieściBaumwogella. Otóż twierdzi on, że nazywa się StanisławWróblewski. Pochodzi rzekomo z małej wsi pod Nieświeżem.Tę wieś hitlerowcy spacyfikowali tak skutecznie, że ani jedenczłowiek nie ocalał z wyjątkiem niego. Ojciec miał go wysłaćrankiem do lasu i dzięki temu młody człowiek uszedł z życiem.Później chłopak miał się przez pewien czas tułać po sąsiednichwioskach, aby w końcu wyruszyć ma piechotę do Lublina, dojakiegoś swojego krewnego. Ta podróż trwała prawie rok iskończyła się trafieniem do oddziału partyzanckiego wokolicach Parczewa. Tam nasz rzekomy Wróblewski dowiedziałsię, że krewniaka już nie ma w Lublinie i został w tym oddziale.Z kolei podobno brał udział w walkach w Lasach Janowskich ipo rozbiciu przez hitlerowców tamtejszego zgrupowania AK,ocalał ukrywając się w bagnach. A po wyzwoleniu Lublinanatychmiast zgłosił się do Wojska Polskiego. Sęk jednak w tym,że sam Baumvogell vel Wróblewski stwierdza, że nikt nie możepoświadczyć jego pobytu w partyzantce.— Sprytna bajeczka — zgodził się Barański — daty dziwnie się

zgadzają. Może zresztą jest w niej trochę prawdy.— Jakiej?— Hitlerowcy nieraz usiłowali przemycić do oddziałówpartyzanckich swoich ludzi. Baumvogell, znający przecieżdoskonale język polski, mógł być taką właśnie wtyczką.— To racja.— Potem — ciągnął dalej doktor — po klęsce AK naszpartyzant mógł dostać nowy rozkaz przeniknięcia do regularnych oddziałów Wojska Polskiego, aby tam nadal pełnićmisję szpiegowską.— Ciekawa historia.— Historie wywiadów wojskowych znają setki takichprzypadków po obu stronach frontu.— Tylko że nasz klient nie wahał się nadstawiać karku. Byłdwukrotnie ranny. Otrzymał aż dwa Krzyże Walecznych iodznaczono go orderem Virtuti Militari. Czy szpieg aż tak bysię narażał? Jako oficer milicji muszę badać wszystkie aspektytej dziwnej sprawy.— To także da się łatwo wytłumaczyć. Szpieg hitlerowski, czypo prostu dezerter z dywizji SS, w pewnym momencie doszedłdo przekonania, że „Hitler kaput” i postanowił szukaćbezpiecznego schronienia w Polsce. Dezerterowi przecieżgroziła w Hitlerii śmierć przez powieszeni^. W Gdańskuhitlerowcy niemal każde drzewo alei łączącej Gdańsk z Oliwąozdobili takimi owocami. Jeszcze długo po wojnie ludnośćnazywała tę ulicę po prostu Aleją Wisielców. ZapewneBaumvogell bezpieczniej czuł się w Wojsku Polskim niż wśródswoich rodaków. Aby (to bezpieczeństwo jeszcze utwierdzić,musiał się odznaczyć w walkach. Ja tam nie wierzę w cudownenawrócenie renegatów. A takim renegatem był przecieżBaumvogell, którego ojciec był śląskim górnikiem, a matkarodowitą Polką z Sosnowca.— Widzę jednak, że pan dość dużo wie o moim pod-opiecznym.— Kiedy tak rozmawiamy, człowiek sobie dopiero sporoprzypomina z dawnych czasów pobytu w gestapowskiejpiwnicy. Gdyby nie ta rozmowa, w ogóle bym tych szczegółów

nigdy nikomu nie powiedział. Przecież zarówno w swoichpracach naukowych, jak i we wspomnieniach nie zajmowałemsię osobą Baumvogella. Napomykam o nim, marginesowo, razczy dwa razy na kartach ostatniej książki.— A fotografia?— Także trafiła do książki raczej przypadkiem. Po prostuniczego innego z terenu Bradomska nie udało mi się znaleźć, ato zdjęcie było duże i doskonale nadawało się do reprodukcji.— Co się dzieje z oryginałem?— Wypożyczyłem nie bez pewnych trudności zdjęcie zGłównej Komisji i po zrobieniu odbitki z odbitki zwróci łem tamoryginał.— Oni mają jakieś inne materiały dotyczące Baumwogella?— Nie wiem. Nie sprawdzałem. Nie interesowałem sięspecjalnie tym panem.— Zna pan jakieś jego wyczyny?— Raczej nie. Nie mieszkałem w samym Bradomsku, ale nawsi. Słyszałem jednak, że Baumwogell osobiście wyszukałmiejsce nad Wartą, gdzie hitlerowcy dokonywali egzekucji nawięźniach.— Brał udział w tych egzekucjach?— Tego nie wiem. Aresztowano mnie w lipcu 1941 roku.Wtedy terror hitlerowski dopiero się nasilał. Dopiero po wojnieopowiadano mi o zagładzie Żydów z Bradomska. Najpierw ichpognano do Piotrkowa, gdzie utworzone zostało getto. WBradomsku pozostali wyłącznie fachowcy pracujący wtamtejszych fabrykach mebli. Później, już w 1942 roku,Baumwogell pewnego dnia tych Żydów spędził na teren jednejze szkół i po kilkunastu godzinach popędzono ich na żydowskicmentarz znajdujący się za miastem, przy szosie w stronęWielgomłynów. Na tym cmentarzu wszystkich, przeszło trzystaosób rozstrzelano. Podobno sam Baumwogell uczestniczył w tejmasakrze. Nie strzelał, ale pilnował, aby akcja przebiegałasprawnie i w porządku. Podczas mojego pobytu w gestaporozstrzelano w Bradomsku kilka osób. Nie wiem, za co zostalizatrzymani, ale nie byli to polityczni, lecz chłopi, którzy niewywiązali się z obowiązkowych dostaw i ludzie złapani na

handlu żywnością, czy na nielegalnym uboju. W tychegzekucjach, a były to chyba pierwsze tak krwawe represje nacywilnej ludności, Baumwogell osobiście nie brał udziału, ale toon wydawał te wyroki. Z urzędu był przewodniczącym nadzwyczajnego sądu SS. Lista zbrodni tego człowieka jest napewno bardzo długa. Jak zresztą każdego gestapowca.— Nie próbowano dokonać na niego zamachu?— Nie wiem. Za czasów mojej konspiracji nie słyszałem otakich próbach. W tym stanie organizacyjnym tego rodzajuwyczyn był chyba nawet niemożliwy. Dopiero zaczynaliśmy sięuczyć podziemnej walki z wrogiem. Stąd choćby i mojabezsensowna wpadka.— Rozumiem. Będę się musiał wybrać do Bradomska.— Tam na pewno znajdzie pan wielu świadków. Żyją przecieżjeszcze ludzie, którzy w czasie okupacji pracowali w ZarządzieMiejskim i w tamtejszym przemyśle, który znajdował się podszczególną opieką szefa gestapo. Bez trudu znajdzie pan także itakich, którzy znali Baumvogella osobiście i z racji swoich zajęćmusieli się z nim często stykać.— Pańska rodzina jeszcze mieszka w Gosławicach?— Tak. Najmłodszy brat gospodaruje na rodzinnej ziemi. Onna pewno będzie mógł dużo więcej powiedzieć o Baumvogelluniż ja. Jakoś się przechował na wsi przez cały czas okupacji.Zresztą, to co panu powiedziałem o szefie gestapo, to takżepochodzi w ogromnej większości ze wspomnień brata.— Na zdjęciu prócz Richarda Baumvogella figurują jeszczedwaj gestapowcy. Czy pan ich rozpoznał?— Szczerze mówiąc nie przyglądałem się im. Ale zaraz tozrobię. Mam przecież nie tylko moją książkę, ale znacznielepszą od tamtej odbitki fotografię skopiowaną z oryginału.Józef Barański rozpoczął poszukiwania zdjęcia. W panującymw jego gabinecie bałaganie nie było to łatwe zadanie. W końcujednak zdjęcie odnalazło się w jednej z licznych teczek zwycinkami i notatkami historyka. Doktor długo się przyglądałtrzymanej w ręku fotografii. Wreszcie odłożył ją na stół.— Im dłużej się przyglądam — stwierdził — twarze wydają misię znajome. Ale nie mogę powiedzieć, że tych ludzi

przypominam sobie z więzienia w gestapo, w Bradomsku.— Nosili takie pejcze?— Mnie po prostu bili kawałkiem kabla.— A ten gabinet?— Nie składałem wizyt panu Baumvogellowi i nie bawi łem wjego gabinecie. Mnie przesłuchiwali na pewno inni ludzie, niż cina zdjęciu. I w innym pomieszczeniu. Zwyk łym, biurowympokoju, gdzie stały stoły i nie było foteli a tylko krzesła. Nadole, w piwnicy było jedno pomieszczenie, gdzie nas brano naspecjalne przesłuchanie. Puszczano wtedy muzykę z płyt albonastawiano bardzo głośno radio, aby zagłuszyć krzykitorturowanych. Po odpowiedniej porcji bicia albo innychmęczarni, wleczono przesłuchiwanego na górę na dalszy ciągprzesłuchania. Niejednokrotnie odbywałem takie wędrówkitrzy albo i cztery razy aż do zemdlenia. Wtedy wrzucano mnie zpowrotem do mojej celi.— Dużo ludzi pracowało w gestapo w Bradomsku?— Trudno mi na to odpowiedzieć. Kiedy mnie używano domycia podłóg czy też do zamiatania podwórka, widzia łem sporokręcących się esesmanów. Czy jednak byli to pracownicy tejplacówki, czy też przybyli z innych posterunków, nie wiem?Sądzę jednak, że stałych pracowników było gdzieś oddwudziestu do trzydziestu, nie licząc kompanii wartowniczej,używanej do różnych celów. Ta kompania stacjonowała zresztąna parterze, jej ludzie obejmowali warty w samym gmachu iinnych pomieszczeniach na mieście oraz w ogóle utrzymywałaporządek w okupowanym powiecie.— Nie uniknie pan, doktorze — podpułkownik zbierał się dowyjścia — przesłuchania u nas w Pałacu Mostowskich izapewne także u prokuratora. Sądzę również, że zostanie panpowołany na świadka w procesie Baumvogella.— Proces odbędzie się przed sądem warszawskim?— To jeszcze nie jest pewne. Ale zanosi się na to, że całeśledztwo będzie prowadzić nasza Prokuratura Stołeczna i my zKomendy Miejskiej. Zapewnie więc i sąd będzie warszawski.Tutaj Baumvogell został ujęty. W Bradomsku nie ma SąduWojewódzkiego, a czy prowadzić rozprawę w Piotrkowie, czy w

Warszawie to już właściwie wszystko jedno. Ze względówtechnicznych dużo lepsza jest stolica.— Wyobrażam sobie, jakie ten proces wzbudzi zainteresowanie. O karty wstępu ludzie będą staczali prawdziwe walki.— Pan ma wstęp zapewniony — roześmiał się Kaczanowski —jako świadek.— Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.— Jeszcze jedno — dodał oficer milicji — sądzę, że zrobimy zakilka dni konfrontację pana z tym człowiekiem. Ciekawyjestem, czy pan go pozna?— Przyznaję, że chętnie zobaczę Baumvogella. Takiespotkanie w innej niż ostatnie z nim scenerii, ja bez miotły i jużnie wyprężony na baczność, nie śmiejący nawet odetchnąć, dami dużą satysfakcję.— Nie panu jednemu, doktorze. A więc do zobaczenia u nas,w Pałacu Mostowskich.

VŚledztwo postępuje naprzód

Przez najbliższe dni podpułkownik Janusz Kaczanowski niemiał czasu zajmować się ujętym gestapowcem, RichardemBaumvogellem. Po prostu inne, przed tym rozpoczęte sprawy,wymagały, aby oficer milicji zajął się nimi bez reszty. AKaczanowski był zbyt ambitny, żeby prosić zwierzchnika opomoc lub o przejęcie tych spraw przez innych pracownikówaparatu. Za to prokurator Władysław Szczypiorski prawiecodziennie przesłuchiwał podejrzanego.Richard Baumvogell po przesiedzeniu kilku dni w areszcie, wpewnym stopniu zmienił taktykę swojej obrony. Już niemilczał. Przeciwnie, składał wyczerpujące, nawet rozwlekłezeznania. Nie przyznawał się, że jest byłym szefem gestapo wBradomsku i nadal utrzymywał, że pochodzi z powiatunieświeżskiego, nosi nazwisko Stanisław Wróblewski, aleszczegółowo opowiadał swój życiorys. Wymieniał wsieokalające Brzeźnicę, gdzie się rzekomo urodził i gdzie mieszkałaż do tragicznych wydarzeń z siedemnastego maja 1942 roku.Opowiadał, w jakich to wsiach mieszkał, nawet podawałnazwiska niektórych chłopów, udzielających mu wówczasschronienia. Swoją marszrutę do Lublina, a właściwie doParczewa, wykreślił na pokazanych mu mapach.Jeśli chodzi o swój udział w oddziale partyzanckim „Rysia”,to tutaj także podejrzany nie szczędził najrozmaitszychszczegółów z życia tego oddziału, z potyczek, w którychuczestniczył i wreszcie opisał, w jaki sposób i gdzie poległdowódca tego zgrupowania, porucznik „Ryś”. Równieżkoncentracja różnych ugrupowań partyzanckich w JanowskichLasach i późniejsze walki o przebicie się przez pierścień wojskhitlerowskich były najzupełniej wiarygodne i zgodne z tym, cozostało ustalone przez historyków. Tylko, że te wiadomości sąłatwo dostępne w najrozmaitszych opracowaniach będących donabycia w księgarniach czy też do przeczytania w bibliotekach

publicznych. Literatura fachowa, lub choćby tylkowspomnieniowa, dotycząca przebiegu walk partyzanckich naziemiach polskich, jest dość bogata. Człowiek, który sobiezaplanował taki życiorys, mógł go łatwo sporządzić napodstawie tych źródeł.Na poparcie swoich zeznań Richard Baumvogell nie miałżadnych innych dowodów, poza własnymi słowami. Wymieniałnajrozmaitsze pseudonimy, ale ani jednego nazwiska. Rzekomoich nie znał. Sam w swoich opowiadaniach przyznawał, żeogromna większość tych ludzi poległa lub zaginęła bez wieścipodczas tragedii AK w Janowskich Lasach.Prokurator sporządzał sążniste protokóły z tych zeznań.Przyjmował do wiadomości prośby przesłuchiwanego, aby jegozeznania jak najbardziej szczegółowo sprawdzać, lecz z góryzdawał sobie sprawę z tego, że śledztwo czeka bardzo trudnezadanie. A przecież trzeba będzie wykonać tę robotę.Oskarżony może się tłumaczyć jak chce, ale to właśnie prokurator i milicja musi dowieść, że te opowiadania są po-zbawione cienia prawdy albo nie kolidują z zasadniczympunktem zarzutów. Zaś główny zarzut brzmiał, że człowiekpodający się za Stanisława Wróblewskiego w rzeczywistościnazywa się Richard Baumvogell i w latach 1940—1943 byłszefem gestapo w Bradomsku.Natomiast dalsze opowiadania podejrzanego były prawdziwei łatwo sprawdzalne. Rzeczywiście zgłosił się do WojskaPolskiego w Lublinie. Na ochotnika. W szeregach PierwszejArmii odbył szlak bojowy od Warszawy aż do KamieniaPomorskiego. Wykazał się szczególną odwagą i bohaterstwem.W Warszawie, na Płycie Czerniakowskiej walczył w małejgrupce osłaniającej odwrót przez Wisłę. Pomimo ranyostrzeliwał się aż do momentu, kiedy ostatnie pontony odbiłyod brzegu. Potem, przepływając Wisłę, dołączył na praskimbrzegu do swoich. Po dwutygodniowym pobycie w szpitalu,wrócił do jednostki z ledwie zaleczoną raną. Krzyż Walecznychi awans na kaprala słusznie mu się należały.Następne odznaczenie ten człowiek otrzymał w bitwie oprzełamanie Wału Pomorskiego. Tutaj zuchwale podkradł się

pod bunkier hitlerowski i wysadził go w powietrze. Ogłuszony iznowu ranny po prostu uciekł ze szpitala. W KamieniuPomorskim pomimo wysadzenia przez hitlerowców browarunad brzegiem zalewu, bronił tej pozycji po wygrzebaniu sięspod ruin aż do nadejścia odsieczy, czym uniemożliwił w dużejmierze odbicie tego miasta przez Niemców. A była to w tymczasie pozycja ryglowa o zasadniczym znaczeniu dla przyszłychwalk o zdobycie Szczecina i przeprawy przez Odrę.Tym razem rany okazały się bardzo ciężkie. Koniec wojnyzastał Baumvogella vel Wróblewskiego w szpitalu. Tam teżodznaczono go Virtuti Militari. Po wyjściu z lecznicy i rozstaniusię z mundurem, były żołnierz osiadł w Białogardzie, wwojewództwie szczecińskim. Pracował w Wydziale Fi-nansowym Miejskiej Rady Narodowej i jednocześnie uzu-pełniał swoje wykształcenie. W tym momencie życiorysuprokurator znowu miał pewne wątpliwości. Ten rzekomychłopski syn z Białorusi, który we wsi Brzeźnica ukończyłzaledwie cztery klasy szkoły powszechnej, teraz dziwnie łatwodawał sobie radę z nauką. Tak łatwo, jakby to robił znającyjęzyk polski esesman po ukończeniu niemieckiej szkołyśredniej i szkoły oficerskiej. Z klasy do klasy pracownikWydziału Finansowego przesuwany był co pół roku i to nanajwyższych notach. Maturę zdobył zaledwie w trzy lata porozpoczęciu nauki. Również jako jeden z najlepszych zdałbardzo trudny, konkursowy egzamin na Politechnikę Gdańską.Były żołnierz z wysokimi odznaczeniami bojowymi otrzymałstypendium i miejsce w Akademiku. Na studiach już mu takdobrze nie szło, ale ukończył je w terminie ze stosunkowoniezłym wynikiem. Wtedy po raz trzeci zmienia miejscezamieszkania. Żeni się z warszawianką, którą poznał w czasiewakacji w Sopocie i przeprowadza do żony, do stolicy.Następne lata są bez żadnych tajemnic i problemów. Szczebelpo szczebelku awansuje w Biurze Projektów. Zarabia corazlepiej. Dorabia się mieszkania M-4 i dwojga dzieci. Życie płyniemu bez większych zgrzytów, wzlotów czy upadków. Jestdobrym mężem i ojcem. Tę sielankę przerywa nagły cios. Wksięgarniach ukazują się wspomnienia Józefa Barańskiego

„Przeżyłem piekło i Oświęcim” wraz z fotografią, na którejpodwładni poznają swojego szefa w zupełnie innej roli niżoficjalna wersja jego życiorysu.A teraz reszta należy do prokuratora i do sądu. Ma onwnikliwie, bez emocji, ale sprawiedliwie ocenić życie i postępkitego człowieka.„Nie jestem Richardem Baumvogellem, nazywam się Stanisław Wróblewski. Nigdy nie byłem szefem gestapo w Bradomsku. Nigdy w ogóle nie byłem w tym mieście” — takimisłowami przesłuchiwany kończył zawsze rozmowę z prokuratorem. Te słowa polecał wypisywać na zakończeniekażdego kolejnego protokółu.Na próżno wytrawny prawnik, jakim był WładysławSzczypiorski, tłumaczył przesłuchiwanemu, że upieranie sięprzy swojej naiwnej i niesprawdzalnej wersji tylko pogarszasytuację podejrzanego. Szczere wyznanie prawdy mogłojedynie wpłynąć na mniejszy wyrok. Karząc za bardzo ciężkieprzecież zbrodnie, sąd musiałby jednocześnie uwzględnić iczynną skruchę oskarżonego, który własną krwią i własnymbohaterstwem pragnął zmazać swoje winy. Zaprzeczaniewszystkiemu, wbrew bezspornemu dokumentowi, ekspertyzyZakładu Kryminalistyki, automatycznie pozbawia przyszłegooskarżonego wszelkich okoliczności łagodzących.Prokurator poszedł aż tak daleko w swoich rozmowach zprzesłuchiwanym, że zapewnił go, iż o ile podejrzany złożyszczere i obszerne zeznania, on — Szczypiorski, nie będzie wsądzie żądał ani wyroku śmierci, ani nawet dwudziestu pięciulat więzienia. Orzeczenie o wysokości kary pozostawicałkowicie do uznania sądu.Na te wywody, podyktowane prokuratorowi zwykłą ludzkążyczliwością i wczuwaniem się w sytuację człowieka o takrozdwojonym, całkowicie sobie przeciwstawnym życiorysie,przesłuchiwany odpowiadał niezmiennie.— Gdybym był, panie prokuratorze, Richardem Baumvogellem, umiałbym docenić pańską szlachetność i z niejskorzystać. Ponieważ jednak jestem Stanisławem Wróblewskim, nie mogę się przyznać do nie popełnionych grzechów.

W tej sytuacji prokuratorowi Szczypiorskiemu nie pozo-stawało nic innego, jak dalej prowadzić śledztwo i wykazać, żeoskarżony kłamie. Oskarżenie nie wykluczało także, żeBaumvogell dostał się do partyzantki i później do PierwszejArmii jako szpieg hitlerowski, skierowany tam przez gestapo.Wiele bowiem oznak wskazywało na to, że hitlerowcy byli zbytdobrze poinformowani o ruchach i siłach oddziałówpartyzanckich, aby to miało być tylko przypadkiem.W końcu podpułkownik Janusz Kaczanowski uporał się z conajpilniejszymi sprawami i mógł ku zadowoleniu prokuratoraznowu się włączyć w śledztwo przeciwko Baumvogellowi.Pierwszym krokiem oficera milicji była wizyta w GłównejKomisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. KiedyKaczanowski dotarł do odpowiedniego pracownikaopiekującego się zbiorem fotograficznym i poprosił o zdjęcieRicharda Baumvogella, archiwista bez wahania sięgnął doleżącej na biurku teczki i podał leżące na samym wierzchuzdjęcie.— Ten zbrodniarz wojenny z Bradomska stał się teraz, jakwidzę, bardzo modny. Pan pułkownik jest czwartą czy piątąosobą, która pyta o to zdjęcie.— Co pan powie? — szczerze zdziwił się Kaczanowski.— Najpierw zgłosił się do nas pan doktor Barański. Ale to jużdawno. Przed rokiem, nawet chyba przed dwoma laty. Sam jezresztą wyszukał i wypożyczył na kilka dni. A teraz przedczterema dniami oglądał zdjęcie jakiś adwokat. Zapomniałemjego nazwiska.— Taki gruby, siwy, o okrągłej twarzy? — podpowiedziałpodpułkownik.— Tak jest. Doskonale pan go opisał.— Mecenas Mieczysław Ruszyński — Kaczanowski wymieniłto nazwisko niezbyt życzliwym głosem.— Właśnie, właśnie, mecenas Ruszyński. Jaki to miły idowcipny człowiek. Gawędziliśmy z nim przeszło dwie godziny.— Bardzo miły — przytaknął oficer milicji takim głosem, jakgdyby gryzł kamienie.— A potem — ciągnął nadal pogodnie archiwista — prawie

codziennie zgłaszali się do nas dziennikarze. Także oglądali tęodbitkę i nawet ją fotografowali.— Co pan powie? — Janusz z trudem taił ogarniającą gowściekłość. Dla niego wszystko stało się jasne. Kochany Miecio„z wdzięczności” za obdarzenie go „urzędówką” Baumvogella,nasłał teraz na swojego „przyjaciela” dziennikarzy. Tylkopatrzeć, jak cała ich hurma zacznie oblegać zarówno PałacMostowskich, jak i prokuraturę.Podpułkownik oglądał podane mu zdjęcie. Prawie niczym sięono nie różniło od odbitki oglądanej w mieszkaniu doktoraJózefa Barańskiego. Na odwrocie fotografii ktoś napisałzwykłym ołówkiem „Richard Baumvogell, kat Bradomska?”— Kto umieścił ten napis na odwrocie?— Nie wiem — wyjaśnił urzędnik. — Kiedy to zdjęcie odszukałi wybrał pan doktor Barański, już to tak było.— A tego znaku zapytania nie postawił mecenas Ruszyński?— Co też pan mówi, pułkowniku! — oburzył się archiwista. —Dlaczego miałby to robić? Wprost przeciwnie, pan mecenasostrzegł mnie, abym uważał na tych wszystkich, którzy po nimbędą oglądali tę fotografię, żeby ten znak zapytaniaprzypadkiem nie znikł. To też uważałem. Żadnemudziennikarzowi nie pozwoliłem wziąć tej fotki do ręki. Musiałależeć tu, na moim stole. Owszem fotografować mogli, oglądaćtakże mogli, ale z daleka. Co innego pan pułkownik. Pan jest zmilicji. Człowiek urzędowy, godny zaufania, jak i mecenasRuszyński.To porównanie poczciwego archiwisty nie wzbudziłoentuzjazmu Kaczanowskiego.— Przyślę tu naszego specjalistę, zrobi odbitki tego zdjęcia.Zarówno jednej, jak i drugiej strony. Jutro zgłosi się do pana. Ana razie proszę tej fotografii nikomu nie pokazywać bezpozwolenia milicji. To ważny dokument. Być może, panprokurator zażąda oficjalnego przekazania mu tej fotografii.— Jeżeli będzie zgoda przewodniczącego, to nie widzęprzeszkód. Zdjęcie w ogóle nie miało przydziału. Leżało całedziesiątki lat wśród innych nie rozpoznanych. Mamy tysiącetakich dokumentów. Są to przeważnie fotografie znalezione

przy poległych hitlerowcach, w okopach lub w porzuconychbudynkach. Wiele z nich udało się zidentyfikować. Wielu chybanigdy nie rozszyfrujemy.— Ale to zdjęcie Richarda Baumvogella przecież zostałoodczytane. Dlaczego nie trafiło do odpowiedniego dossier?Chyba taka osobistość jak znany zbrodniarz wojenny, szefgestapo, ma u was swoją teczkę.— Miał. A nawet i ma w dziale spraw zakończonych. Sam tosprawdzałem po wizycie u nas mecenasa Ruszyńskiego, którymi powiedział, że aresztowaliście kogoś, kogo posądzacie, żejest tym gestapowcem. Zaraz po wojnie rząd polski starając sięo wydanie Polsce zbrodniarzy wojennych, na tej liście umieściłtakże Richarda Baumvogella. Amerykańskie władzeokupacyjne odpowiedziały nam jednak, że Baumvogell poległpod Kurskiem w 1943 roku. Później jeszcze raz zwracano się doodpowiednich biur Niemieckiej Republiki Demokratycznej, czyone wiedzą coś bliższego o tym przestępcy wojennym. WBerlinie pr