Main Pomysł za siedem milionów

Pomysł za siedem milionów

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

"Pomysł za siedem milionów" jako powieść z bogatego dorobku literackiego Jerzego Edigeya nie jest zapewne pozycją, którą można by ocenić jako powstałą na podstawie właśnie przysłowiowego pomysłu za 7 milionów. Gdzieś zniknął powab i swoisty urok początku lat siedemdziesiątych. Majorowi Kaczanowskiemu przyszło się zmierzyć z siermiężną rzeczywistością przełomu lat 70./80., która nie nastraja już tak optymistycznie. Samo dochodzenie dotyczące sprytnego napadu na samochód i kradzieży 7 mln.

Year:
1982
Publisher:
Czytelnik
Language:
polish
ISBN:
19183
File:
EPUB, 177 KB
Download (epub, 177 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

La boutique aux poisons

Year:
2021
Language:
french
File:
EPUB, 505 KB
0 / 0
2

Alfabetyczny morderca

Year:
1981
Language:
polish
File:
EPUB, 234 KB
0 / 0
JERZY EDIGEY

POMYSŁ ZA SIEDEM MILIONÓW





Rozdział pierwszy

Doniesienie o przestępstwie



Dochodziła ósma rano. Major otworzył drzwi swojego pokoju, zdjął płaszcz i powiesił go w niszy, a następnie wyciągnął z kieszeni duży pęk kluczy i po wyszukaniu odpowiedniego otworzył drzwi stalowej szafy, stojącej w kącie pokoju. Wyjął z niej kilka teczek w szarych, tekturowych okładkach z czerwonymi naklejkami „areszt” i położył je na swoim biurku.

Dzień zapowiadał się bez większych wrażeń, ale za to bardzo pracowity. Major Janusz Kaczanowski właśnie „wykańczał” parę spraw, na które już czekał prokurator. Wszystko z grubsza było wykonane. Sprawcy przestępstw wykryci i „zabezpieczeni” w więzieniu. Pozostało jednak jeszcze dużo rozmaitych formalności. Trzeba je było dopełnić, aby dochodzenie, jak to się mówi, „zapiąć na ostatni guzik”. Nudna praca, ale obowiązująca i do zrobienia w tempie. Major jej nie lubił.

W Komendzie Stołecznej MO Janusza Kaczanowskiego uważano za jednego z najbardziej zdolnych oficerów dochodzeniowych. Mógł się też pochwalić niejednym sukcesem. Nawet w takich sprawach, na których inni połamali sobie zęby. Ale jednocześnie major znany był i z tego, że kiedy sprawa została w zasadzie rozwiązana, a przestępca ujęty, Kaczanowskiego wcale nie entuzjazmowały dalsze „biurokratyczne” aspekty dochodzenia. Nie raz i nie dwa dochodziło na tym tle do starć pomiędzy majorem a jego bezpośrednim przełożonym, zresztą także i przyjacielem, pułkownikiem Adamem Niemirochem.

Przeglądając akta kolejnej sprawy Kaczanowski myślał, że na pewno spotka go bura od „starego”. Przecież przyrzekał mu, że ta kradzież z włamaniem będzie najpóźniej we wtorek u prokuratora. Tymczasem stojący na biurku kalendarz wyraźnie wskazywał piątek, dziewiątego września.

W tej chwili zadzwonił telefon.

- No - westchnął major - dostanie mi się teraz.

Nie omylił się. Usłyszał głos sekretarki Niemirocha.

- Pan pułkownik prosił, aby major natychmiast się u niego zameldował.

- Już idę! - Kaczanowski z ponownym westchnieniem odłożył s; łuchawkę. - Trzeba będzie jednak połknąć tę żabę.

Panna Janeczka, sekretarka naczelnika Wydziału Spraw Szczególnych, przystojna, może nieco zbyt pulchna blondynka, powitała majora uśmiechem przeznaczonym tylko dla wybranych. Zarówno ona, jak i wiele ładnych młodych dziewczyn, pracujących w Komendzie Stołecznej MO, ze specjalnym zainteresowaniem spoglądało na Kaczanowskiego. Ten dobiegający pięćdziesiątki, wysoki i smukły mężczyzna o pociągłej twarzy, włosach ciemnych, krótko strzyżonych, aby ukryć srebrne nitki zjawiające się na skroniach, i jasnoniebieskich oczach, w których zapalały się czasami figlarne ogniki, ale które umiały również zamieniać się w dwa sztylety, mógł niejednej zawrócić w głowie. Miał opinię przysięgłego kawalera, o jego flirtach chodziły w Pałacu Mostowskich cale legendy, ale nigdy nie zwracał najmniejszej uwagi na wszystkie przesyłane mu tu uśmiechy i spojrzenia. Widocznie przyjął zasadę, że nie poluje się we własnym rewirze. Więc i tym razem gorące spojrzenie panny Janeczki skwitował jedynie konwencjonalnym ukłonem.

- Pułkownik bardzo zły? - zapytał oficer.

- Nie. Wprost przeciwnie. Przed chwilą wyszedł od niego ppułkownik Czermiński. Obaj wesoło rozmawiali i pułkownik Niemiroch z czegoś się głośno śmiał. Dopiero po wyjściu Czermińskiego polecił mi wezwać majora.

- Mnie chyba nie będzie do śmiechu - Kaczanowski

robiąc dobrą minę do złej gry otworzył drzwi do pokoju zwierzchnika i wszedł do środka. Wiedział, że kiedy „stary” jest niezadowolony, wtedy najlepiej zachowywać się zgodnie z regulaminem. Od razu od progu przyjął postawę zasadniczą. Ale ku swojemu wielkiemu i miłemu zdziwieniu usłyszał życzliwe powitanie:

- Jak się masz, Januszku? Proszę, siadaj tutaj - to mówiąc Niemiroch wskazał nie krzesło stojące naprzeciwko biurka, lecz jeden z wygodnych foteli, otaczających okrągły stolik w rogu pokoju. Sam zaś ulokował się w drugim.

- Chciałbym, abyś to dokładnie przeczytał - powiedział podając majorowi szarą teczkę, zawierającą wewnątrz zaledwie kilka kartek.

Kaczanowski zagłębił się w ich studiowaniu. W miarę czytania jego wyrazista twarz przybrała najpierw wyraz zaciekawienia, później zdziwienia, aż wreszcie oficer milicji wybuchnął głośnym śmiechem.

- A to dobry frant! - wykrzyknął.

- Nie masz się z czego śmiać - zgromił majora Niemiroch - nie zapominaj, że ofiarą sprytnych złodziei padło przeszło siedem milionów złotych.

- Poważna sumka - zgodził się Kaczanowski.

- A jak sam zdołałeś się zorientować, właściwie przestępcy nie pozostawili żadnych śladów.

- Trzeba przede wszystkim szukać Samochodu.

- Służba Ruchu od trzech dni przetrząsa całą Polskę. Bez najmniejszego, jak dotychczas, skutku. Mówił mi o tym pułkownik Czermiński, który przyniósł mi tę sprawę. Z bardzo ciekawą zresztą propozycją.

- „Terenówka” będzie miała sporo roboty - Kaczanowski uśmiechnął się - nie zazdroszczę facetowi prowadzącemu to dochodzenie.

- Da sobie radę - pułkownik ręką machnął - dla niego taka sprawinka to prawdziwy drobiazg. Nie takie rzeczy rozwiązywał. A że właśnie ostatnio nie ma nic do roboty i po całym gmachu obnosi swoją znudzoną twarz, więc powinien z całym zapałem rzucić się w wir pracy.

- Kto to taki?

- Znasz go dobrze. Niejaki major Janusz Kaczanowski.

- Co! - major zerwał się z fotela. - Ja?

- Nie udawaj i nie rób takiej zdziwionej miny.

- Ja ciebie kiedyś zamorduję i każdy sąd mnie uniewinni. Na cztery sprawy czeka prokuratura. Telefony się urywają. A ty mnie jeszcze chcesz wpakować w taki pasztet? Boga w sercu nie masz.

- Przecież sam się śmiałeś czytając akta. Tak ci się spodobały, że nie mogę ci ich odebrać. A co do tamtych czterech prokuratura może trochę poczekać. Za pięć dni wraca z urlopu porucznik Widecki, to je wykończy.

- Ta sprawa nie leży nawet w naszej kompetencji, Przestępstwo popełniono poza granicami miasta.

- To prawda, ale na terenie województwa stołecznego Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jego sprawców należy szukać w Warszawie.

- To niech się tym zajmie Komenda Główna.

- Kiedy to właśnie oni prosili mnie o zajęcie się tą sprawą. Oni także nie narzekają na brak roboty. A u nas, sam to przyznasz, jest teraz trochę luzu. Właściwie tylko twoje „wykończeniówki” liczą się do poważniejszych. Ale zdejmuję ci je z głowy. Zajmij się wyłącznie tym napadem KG MO obiecało nam każdą potrzebną pomoc.

- Obiecywać to oni umieją - major nie krył złego humoru.

Kiedy jednak oficer powrócił do swojego pokoju i spojrzał na cztery pękate teczki, leżące na biurku, jego samopoczucie wyraźnie się poprawiło. Z wielkim zadowoleniem zamknął tę kupę papierzysk z powrotem w stalowe; szafie. Niech tam leżą i czekają na powrót Witieckiego Bura się upiekła i nie trzeba się będzie tłumaczyć prokuratorowi z opóźnienia w zamknięciu dochodzeń i przekazania akt.

Janusz Kaczanowski rozsiadł się wygodnie i położył przed sobą cieniutką teczkę, jaką go obdarzył pułkownik Niemiroch. Tym razem czytał bardzo uważnie każdy arkusz papieru. Przeważnie zapisane były ręcznym, dość niewyraźnym pismem. Trudno wymagać od milicjantów z posterunku MO w Nadarzynie mistrzostwa w kaligrafii. I tak w tej przecież niecodziennej dla nich sprawie wykazali się wielką aktywnością i inicjatywą. A że to nie przyniosło żadnych efektów, nie ich wina.

Jak zwykle kartką oznaczoną numerem pierwszym był mały druczek z napisem

„Doniesienie o przestępstwie”

W krótkim zapisie komendant posterunku, starszy sierżant Domaniecki, odnotował, że w dniu szóstego września na szosie Warszawa-Katowice, w pobliżu Nadarzyna, dokonano kradzieży samochodu osobowego „Polski Fiat 125 p”, należącego do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. Według oświadczenia naczelnego dyrektora tychże Zakładów, obywatela Mieczysława Nadolnego, w skradzionym samochodzie znajdowała się skórzana torba koloru ciemnobrązowego, zawierająca kwotę siedmiu milionów trzystu osiemdziesięciu sześciu tysięcy złotych. Pieniądze te zostały pobrane z kasy III Oddziału Narodowego Banku Polskiego w Warszawie i przeznaczone były na wypłatę poborów personelu fabryki.

Major Kaczanowski następnie przeczytał, że po otrzymaniu tego meldunku posterunek milicji w Nadarzynie natychmiast skomunikował się ze Służbą Ruchu i że zarządzono blokadę wszystkich szos i dróg wokół Nadarzyna i wokół Warszawy. Z wyjaśnień pułkownika Janusz już wiedział, że blokada nie przyniosła rezultatu.

Samochód należący do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie był koloru ciemnowiśniowego i nosił rejestrację warszawską „WW 28-47”. Znaków szczególnych, jak jakiegoś wygięcia karoserii czy też zadrapania, nic miał. Była to stosunkowo nowa maszyna, kupiona przez Zakłady przed dwoma laty.

Co dziwniejsze, transport tej sporej sumy pieniędzy był bardzo dobrze zabezpieczony. W samochodzie prócz kierowcy jechała kasjerka, a także strażnik fabryczny wyposażony w broń krótką.

A mimo to samochód i pieniądze zginęły bez śladu.

Czytając akta, major Kaczanowski doskonale wyobraził sobie cały przebieg zajścia. Znał dobrze autostradę Warszawa-Katowice i pamiętał, że dwa, a może trzy kilometry przed Nadarzynem droga ta obniża się, by po paruset metrach wspiąć się na łagodne wzgórze.

Zuchwałe zawładnięcie pieniędzmi i autem musiało zdarzyć się właśnie tam.





Rozdział drugi

Jak ukraść siedem milionów złotych?



Było to w samo południe w dniu szóstego września. Słońce świeciło od rana i temperatura podniosła się do dwudziestu stopni. Wrzesień wynagradzał złą pogodę lipca, sierpniowe deszcze i powodzie.

Na autostradzie, czy raczej na „drodze szybkiego ruchu”, jak zwykle w obie strony sunęły całe tabuny samochodów. Osobowe, ciężarówki i wielkie TIRY. Zbliżając się do Nadarzyna i wyjeżdżając z niezbyt wysokiego pagórka każdy kierowca spoglądał na licznik. Wozy jadące od strony Katowic raz po raz błyskały światłami. Tradycyjne ostrzeżenie: „Uwaga, milicja na drodze”. Rzeczywiście w niewielkiej kotlince pomiędzy dwoma wzgórzami stał na poboczu motocykl, a obok niego dwóch ludzi. Jeden w jasnym cywilnym ubraniu, drugi w mundurze milicyjnym z odznakami kaprala, w białej czapce i z lizakiem w ręku.

Młody kapral uważnie obserwował ruch na autostradzie, ale widocznie uważał, że wszystko jest w porządku, bo nikogo nie zatrzymywał. Przeciwnie, na widok zbyt wolno jadącego kierowcy, a najczęściej był to właściciel jakiejś syreny, energicznym ruchem lizaka zmuszał go do naciśnięcia na pedał gazu. Nic dziwnego, na autostradzie groźniejsi nawet od „demonów szybkości” są ci wlokący się krok za krokiem, nagle hamujący bez żadnej przyczyny, „niedzielni kierowcy”.

Na horyzoncie właśnie ukazał się ciemnowiśniowy fiat. Milicjant przyjrzał mu się uważnie i już z daleka zasygnalizował lizakiem, aby wóz skręcił na pobocze i zatrzymał się. W samochodzie znajdowało się troje ludzi. Dwóch mężczyzn i kobieta. Jeden z mężczyzn nosił granatowy mundur strażnika fabrycznego. Samochód miał na tabliczce rejestracyjnej numer „WW 28-47”.

Na znak „władzy” kierowca zjechał na pobocze, zatrzymał się kilka metrów za milicjantem i zgasił silnik. Zarówno mundurowy, jak i cywil podeszli do wozu.

- Dzień dobry - milicjant grzecznie zasalutował - kontrola drogowa. Poproszę o dokumenty.

Kierowca podał żądane papiery.

- Poproszę także o dowód osobisty.

Milicjant długo oglądał prawo jazdy, dowód rejestracyjny wozu i dowód osobisty Jana Kowalskiego. Wreszcie zwrócił wszystko kierowcy.

- Wóz w porządku?

- Naturalnie - odparł pracownik Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie.

- Sprawdzimy.

- Proszę, niech pan kapral sprawdza.

Milicjant stanął przed maską samochodu.

- Światła postojowe - zakomenderował.

Kowalski odpowiednio ustawił dźwignię. ,

- Światła mijania. Światła długie. Kierunkowskazy.

Wszystko grało. Kierowca z satysfakcją stwierdzał, że „glina” nie może się do niczego przyczepić. Przecież nie dalej jak przed tygodniem był w warsztacie fabrycznym i ustawiał światła.

- Hamulce w porządku?

- Jak najbardziej.

- Zobaczymy. Proszę wysiąść.

A to piła - pomyślał Kowalski wychodząc z wozu.

Milicjant zajął jego miejsce i sprawdzał, czy hamulec działa sprawnie. Następnie przekręcił w prawo kluczyk stacyjki wyłącznika.

Głucha cisza. Rozrusznik nie zaskoczył.

- Ooo! - zauważył milicjant - akumulator wyładowany.

- Niemożliwe - zdziwił się Kowalski - działa doskonale.

- Proszę - milicjant znowu przekręcił kluczyk.

Rozrusznik nie działał.

- Co się stało? - zaniepokoił się Kowalski. - Otworzę maskę i sprawdzę.

- Nie będziemy tutaj hamowali ruchu - zadecydował milicjant - po prostu trzeba popchnąć wóz, to silnik zaskoczy. A po powrocie do bazy sprawdzicie akumulator. We trzech dacie radę pchnąć. Pan też pomoże - zwrócił się do siedzącego z tyłu strażnika Andrzeja Balickiego.

Strażnik bez sprzeciwu opuścił wóz.

- Niech pani także wysiądzie - milicjant poprosił kasjerkę, panią Krystynę Paluch - będzie lżej.

I kasjerka bez sprzeciwu wysiadła z samochodu. Pozostał w nim tylko przedstawiciel Służby Ruchu i leżąca na tylnym siedzeniu brązowa skórzana torba.

- Popchnijcie! Ale mocno, żeb iryuszył pod górkę.

Trzech mężczyzn: kierowca, strażnik i ten cywil, który

towarzyszył mundurowemu, dobrze się przyłożyło i samochód nabrał rozpędu. W pewnym momencie milicjant siedzący za kierownicą zwolnił sprzęgło. Wóz na chwilę stracił szybkość, ale zaraz silnik zaskoczył.

Samochód odjechał jakieś siedemdziesiąt metrów i zatrzymał się. Silnik pracował równomiernie. Kasjerka, strażnik i kierowca podążyli do wozu. Natomiast cywil zawrócił, podszedł do stojącego na poboczu motocykla, uruchomił go i przejeżdżając w poprzek jezdni i przez trawnik znalazł się na przeciwnym paśmie ruchu. Tym prowadzącym w stronę Warszawy. Od razu zmusił maszynę do maksymalnej szybkości. Ale na to trójka spiesząca do swojego samochodu nie zwróciła najmniejszej uwagi.

Kiedy już byli o jakieś piętnaście metrów od wozu, siedzący za kierownicą milicjant ostro ruszył naprzód. Wjechał na szczyt pagórka i za chwilę znikł z oczu maszerującym. Na próżno przyśpieszyli kroku. Człowiek nie prześcignie maszyny.

- A niech go cholera! - zaklął Kowalski. - Zachciało mu się urządzać nam spacery.

Jeszcze nikt nie podejrzewał niczego złego. Ale kiedy znaleźli się na szczycie pagórka, wiśniowy fiat zniknął na horyzoncie.

- Co on robi? - zdziwił się Andrzej Balicki. - Dlaczego się nie zatrzymał?

- Tam została torba z pieniędzmi! - po raz pierwszy niepokój wtargnął do serca kasjerki. - Przeszło siedem milionów złotych.

- To pewnie jeden z tych nadgorliwców - uspokajał kierowca - przyjedzie do fabryki i będzie się chwalił, że sam przywiózł pieniądze, i jeszcze sporządzi protokół, że zachowaliśmy się wbrew przepisom.

- A gdzie ten drugi? - strażnik dopiero teraz przypomniał sobie o cywilu.

Obejrzeli się. Ale nie zobaczyli ani człowieka w jasnym ubraniu, ani motocykla, który niedawno stał na poboczu.

- Obawiam się... - zaczęła pani Paluchowa.

- Trzeba jak najszybciej dostać się do fabryki - przerwał kobiecie Jan Kowalski. Stanął na poboczu i bezskutecznie usiłował zatrzymać któryś z pędzących samochodów.

Wreszcie jakaś ciężarówka zlitowała się nad nimi.

- Do Nadarzyna? - nieprzyjemnie zdziwił się kierowca ciężarówki - przecież to tylko dwa kilometry.

- Kolego, macie stówę i dowieźcie nas do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. To od autostrady jeszcze dwa kilometry w prawo. Ukradziono nam wóz.

- Jak to możliwe? - kierowca ciężarówki nie mógł tego zrozumieć. - Całej trójce? Nabieracie mnie na fundusz! Przecież macie strażnika.

- Kazali nam wysiąść. Ja prowadziłem fiata. Zaskoczyli nas. Podwieźcie nas te cztery kilometry. Nie ma chwili do stracenia!

- Przecież mieliście broń - kierowca ciężarówki wskazał na kaburę pistoletu strażnika. Nie mogło mu się w głowie pomieścić, że na tak uczęszczanej drodze dokonano napadu i zabrano samochód trójce ludzi, z ktorych jeden był uzbrojony.

- Niech pan nas podwiezie - do próśb Kowalskiego dołączyła się pani Paluchowa.

- No dobrze - zdecydował się kierowca. - Siadajcie. A ty schowaj swoją stówkę. Siadaj obok mnie i mów, którędy mam jechać. Pani także jakoś tu się zmieści w szoferce. A ty, kolego z pistoletem, ładuj się z tyłu.

Ledwie dojechali do bramy Zakładu, Kowalski wyskoczył jeszcze w biegu i wszedł do portierni.

- Czy przyjechał tu mój wóz z milicjantem za kierownicą? - zapytał portiera.

Ten spojrzał na kierowcę jak na wariata.

- Czy wrócił mój wóz? - powtórzył pytanie Kowalski..

- Jak mógł wrócić bez was? - portier nadal myślał, że dobrze mu znany „wesoły Janek”, jak tutaj wszyscy nazywali kierowcę, znowu stroi jakieś figle.

- O rany boskie! - jęknął Kowalski. Daleko mu było od robienia jakichś kawałów.

Pani Krystyna Paluchowa, która właśnie wysiadła z szoferki, nie musiała się o nic pytać. Wyraz twarzy Kowalskiego powiedział jej wszystko. Obawy zamieniły się w gorzką prawdę. Milicjant ukradł wóz i znajdujące się w nim pieniądze.

- Co teraz zrobimy? - nareszcie strażnik Andrzej Balicki zrozumiał grozę sytuacji. - Wyleją nas z pracy, jak amen w pacierzu! Albo jeszcze i przymkną.

- Trzeba natychmiast zawiadomić Nadolnego - powiedziała Paluchowa - chodźmy do naczelnego dyrektora.

- A to ci heca - dziwił się kierowca ciężarówki. - No to ja jadę w dalszą drogę. Trzymajcie się - pożegnał przygodnych pasażerów i wykręcił ciężkim wozem.

Zatroskana i przerażona trójka nawet mu nie odpowiedziała i nie podziękowała za podwiezienie.

Naczelny dyrektor Zakładów Aparatury Precyzyjnej, inżynier magister Mieczysław Nadolny, spokojnie wysłuchał opowieści. Na razie nie komentował zachowania się swoich podwładnych. Może w duchu przyznawał, że będąc na ich miejscu, sam by tak postąpił? Sięgnął po słuchawkę telefoniczną.

- Proszę mnie połączyć - polecił sekretarce - z miejscowym posterunkiem milicji. Tylko szybko! Najlepiej z komendantem posterunku.

Kiedy w telefonie odezwał się głos starszego sierżanta, Zygmunta Domanieckiego, naczelny krótko streścił przebieg zuchwałej kradzieży. Komendant posterunku oświadczył, że natychmiast zarządzi alarm na drogach, naturalnie za pośrednictwem swoich wyższych władz, ale prosi, aby poszkodowani razem z dyrektorem zaraz przybyli na posterunek MO.

Wtedy to właśnie powstał dokument „Doniesienie o przestępstwie” oraz protokoły przesłuchania. Gdy bezpośredni pościg za sprawcami kradzieży - bo nie ulegało wątpliwości, że było ich co najmniej dwóch - nie dał rezultatów, szara teczka z kilkoma zapisanymi kartkami papieru, wędrując drogą służbową, znalazła się w końcu na biurku majora Janusza Kaczanowskiego.

Ponownie czytając te dokumenty, major znowu musiał się roześmiać. Pomysłowość przestępców nie zna granic. Zawsze potrafią wymyślić coś innego.

A swoją drogą, to już nie do śmiechu, jest jeszcze pozostały, równie nieprzyjemny aspekt tej afery. Brał w niej udział umundurowany milicjant. Czy naprawdę funkcjonariusz milicji, czy jakiś osobnik przebrany za niego?

Janusz Kaczanowski chciałby wierzyć w tę drugą ewentualność. Ale nie można wykluczyć i pierwszego wariantu. Ludzie są tylko ludźmi. A ogromna kwota siedmiu milionów trzystu osiemdziesięciu sześciu tysięcy mogła skusić i jakiegoś milicjanta.

Jeszcze jedno uderzyło majora podczas studiowania tych kilku kartek leżących w szarej teczce. Oto przesłuchiwany od razu, już na posterunku w Nadarzynie, kierowca skradzionego samochodu wyraźnie stwierdzał, że wóz był w przeglądzie zaledwie przed tygodniem. Sprawdzano również ustawienie świateł. Czyżby zapomniano w ogóle o akumulatorze? Kowalski upierał się, że rzekomy czy też prawdziwy milicjant rzeczywiście przekręcał kluczyk w stacyjce, ale rozrusznik nie działał. Wskazywałoby to na wyładowany akumulator. Samochód jednak przebył trasę Nadarzyn-Warszawa do gmachu Narodowego Banku Polskiego i z powrotem prawie do samego Nadarzyna. A więc przeszło pięćdziesiąt kilometrów. Gdyby przed wyjazdem akumulator był wyładowany, to w czasie tej drogi powinien się naładować.

Gdyby alternator nie działał i nie dostarczał prądu, to przecież na tablicy rozdzielczej powinno się zapalić czerwone światełko. Niemożliwe, aby Kowalski tego nie spostrzegł i spokojnie kontynuował jazdę. A może po prostu liczył, że zdoła dotrzeć do fabryki, zanim się akumulator kompletnie rozładuje?

Albo - tu kolejna hipoteza przyszła do głowy oficerowi milicji - kierowca był w zmowie z tymi dwoma czekającymi na szosie. Wtedy siedzący za kierownicą zakładowego fiata milicjant udawałby, że przekręca kluczyk w stacyjce.

A pozostali pasażerowie?

Ten strażnik tak posłusznie wysiadający z samochodu i później, kiedy samochód zaczął uciekać, nawet nie próbujący zrobić użytku z pistoletu tkwiącego w kaburze u pasa. Dlaczego strażnik opuszczając samochód nie wziął ze sobą skórzanej torby leżącej obok niego? Albo nie podał jej kasjerce, Krystynie Paluchowej?

Tych i tym podobnych pytań major miał bardzo wiele. Namyślał się, czy nie sprowadzić tej trójki do Pałacu Mostowskich i tutaj ich szczegółowo przesłuchać. Jednak doszedł do wniosku, że ci ludzie są i tak już dostatecznie przerażeni sytuacją, w jakiej się znaleźli. Naturalnie ci niewinni. Kaczanowski nie przypuszczał, aby aż troje było wspólnikami napastników. Najwyżej jedno z nich.

Lepiej zatem porozmawiać z nimi najpierw w Nadarzynie. W Komendzie będą mniej rozmowni. Przy okazji dobrze będzie przyjrzeć się tym zakładom przemysłowym.

Na pewno komendant miejscowego posterunku milicji, starszy sierżant Zygmunt Domaniecki, udzieli cennych informacji.

Major uważał, że dopiero suma wszystkich spostrzeżeń pozwoli mu się dokładniej zorientować w tej niezwykłej aferze i wybrać kierunek, w jakim powinno się toczyć dochodzenie. Z pewnością prokurator, zgodnie z przepisami kodeksu postępowania karnego, wyda postanowienie o wszczęciu śledztwa w tej sprawie i będzie jak najściślej współpracował z organami milicji. Dochodzenie rozpoczęte przez posterunek milicji w Nadarzynie zamieni się w śledztwo. W tej chwili, major przyznawał to w duchu, , niewiele mógłby powiedzieć prokuratorowi. A przecież Kaczanowski lada moment mógł się spodziewać polecenia prokuratury przedstawienia im zebranych dotychczas materiałów.

Trzeba zatem jak najszybciej wybrać się do Zakładów Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. A także porozmawiać na miejscu z tamtejszymi milicjantami. Major podniósł słuchawkę i nakręcił numer naczelnika Niemirocha.

- Chciałbym zaraz pojechać do Nadarzyna - powiedział, skoro usłyszał w aparacie głos pułkownika.

- Już wydałem polecenie - odpowiedział Niemiroch - samochód czeka. A jak wrócisz, proszę, wstąp do mnie. Naradzimy się, co z tym fantem robić dalej.

- No, to wyjeżdżam - major chciał odłożyć słuchawkę.

- Chwileczkę - powstrzymał go pułkownik. - Dzwoniłem na posterunek w Nadarzynie i uprzedziłem starszego sierżanta Domaniecki ego, że gdzieś za godzinkę będziesz u niego.

Szatan nie człowiek - pomyślał Kaczanowski zbierając się do drogi.





Rozdział trzeci

Wiele pytań, mało odpowiedzi



W drodze do Nadarzyna major Janusz Kaczanowski zatrzymał samochód jakieś trzy kilometry przed tym miasteczkiem. W małej dolince, pomiędzy dwoma niewielkimi pagórkami. Tak niewielkimi, że nawet kierowcy „maluchów” nie zmieniali tutaj biegu z czwórki na trójkę. Ale rzeczywiście, popchnięcie fiata 125 pod górkę wymagało siły przynajmniej dwóch ludzi. Żeby zaś nadać mu jeszcze taką szybkość, aby na drugim biegu silnik zaskoczył, tych pchających powinno być co najmniej ze trzech. Polecenie milicjanta, aby strażnik także pomógł uruchomić wóz, nie mogło wzbudzić niczyjego podejrzenia. To samo dotyczyło i prośby, żeby kasjerka opuściła samochód, aby zmniejszyć wysiłek pchających.

- Te cwaniaki wszystko dobrze obmyślili - zauważył kierowca służbowego wozu milicyjnego, kiedy razem z majorem przeprowadzali małą próbę pchania samochodu - nawet to podjechanie siedemdziesięciu metrów było psychologicznym pomysłem. Gdyby od razu pryskał, strażnik mógłby się skapować i sięgnąć po broń. Albo przytrzymać wspólnika. A tak, to pognali do swojego wozu, a ten cywil tymczasem dał dęba. Poza tym w ten sposób kierowca fiata szybko znikł z oczu goniących go, bo skrył się za szczytem pagórka.

Major nawet nie pytał, skąd sierżant Adamski tak doskonale zna sprawę. Wiedział z doświadczenia, że kierowcy samochodowi są najlepiej poinformowanymi ludźmi w całym Pałacu Mostowskich. Musiał także przyznać, że uwagi doświadczonego szofera były całkowicie słuszne. Plan napadu przygotowano drobiazgowo i przy jego realizacji nie przeoczono żadnych szczegółów.

Starszy sierżant widocznie czuwał przy oknie, bo jeszcze milicyjny wóz z Warszawy nie zdążył się zatrzymać przed budynkiem posterunku, jak jego komendant meldował się majorowi. Był bardzo przejęty. Nic dziwnego. Kierował tym posterunkiem przeszło siedem lat. Poza bójkami na weselach, drobnymi kradzieżami i jakimiś rozróbami pijackimi lub chuligańskimi w Nadarzynie nic poważnego się nie działo. A tu raptem taki napad i rabunek przeszło siedmiu milionów złotych.

Kiedy dwaj funkcjonariusze znaleźli się w służbowym pokoju starszego sierżanta, zwanym szumnie „gabinetem”

- kartka „Gabinet komendanta, posterunku” wisiała na drzwiach - Zygmunt Domaniecki nie pytany recytował z pamięci:

- Krystyna Paluchowa, urodzona w 1935 roku, lat czterdzieści dwa. Zamężna. Dwoje dzieci. Syn Andrzej na politechnice we Wrocławiu, w Warszawie nie dostał się na studia. Córka Bożena chodzi do liceum, w tym roku szkolnym będzie zdawała maturę. Chce się dostać na medycynę, ale wątpię, bo uczy się nie za dobrze. Władysław Paluch, mąż Krystyny, jest inżynierem. Pracuje, tak jak i żoną, w Zakładach Aparatury Precyzyjnej. Podobno dobry fachowiec. Mieszkają w Nadarzynie ponad pięć lat. Dostali mieszkanie w blokach zbudowanych przez fabrykę. Mają M-4. Przedtem on dojeżdżał z Warszawy, ona tutaj nie pracowała.

- Przeprowadzili się z Warszawy do małego miasta?

- To niecała godzina drogi. Komunikacja autobusowa ze stolicą dobra. Poza tym kupili sobie przed rokiem skodę. W Warszawie mieli tylko pokój z kuchnią. W cztery osoby było im ciasno. Tutaj dostali ładne, duże mieszkanie. Uchodzą za ludzi dość zamożnych. Razem zarabiają chyba przeszło dwanaście tysięcy miesięcznie. Ona ma ze cztery i on z ósemkę. Ludzie spokojni, u nas nie notowani. Sąsiedzi także na nich się nigdy nie skarżyli.

- A kierowca samochodu?

- Jan Kowalski - sierżant dobrze się przygotował do tej rozmowy, bo nawet nie zajrzał do leżących przed nim notatek - lat dwadzieścia dziewięć. Skończył technikum samochodowe w Warszawie. Ma prawo jazdy z kategorią „E”. Przezywają go „wesoły Janek”, bo lubi płatać kolegom różne figle. Żonaty, jedno dziecko. Mieszka także w blokach, ma dwa pokoje z kuchnią. Żona wzięła bezpłatny urlop macierzyński, bo u nas jest jedynie przedszkole, a brakuje żłobka. Właściwie to jeden jest, ale mały i nie starcza w nim miejsc dla wszystkich nadarzyńskich niemowlaków.

- Taki dobry fachowiec: mechanik i kierowca z najwyższą kategorią, a jeździ w Zakładach na osobowym wozie? Przecież choćby w warszawskich autobusach zarobiłby znacznie więcej. Dawno tu pracuje?

- Ze trzy lata. Ożenił się przed czterema laty. Nie mieli mieszkania. Ona przy swoich rodzicach, on ze swoją matką i młodszym rodzeństwem. A Zakłady obiecywały, że po roku dostanie mieszkanie. Tym go kupili. W Warszawie czekałby najmarniej ze sześć lat. Na mieszkania ściągnęli do Nadarzyna fachowców z całej Polski. Dyrektor Nadolny wiedział - będą mieszkania, będą ludzie. Dlatego też budował, ile tylko mógł. To mu się opłaciło. Fabryka podobno najlepsza w całym kraju. Pracuje prawie wyłącznie na eksport. Nawet mały hotel wybudowali dla cudzoziemców przyjeżdżających z zamówieniami. Luksusowy. Nazywają go tutaj „małe Forum”.

- Co dalej z tym Kowalskim? - major przerwał gadatliwemu sierżantowi.

- Czasem sobie wypije. Jak to młody. Ale tylko po pracy. Żadnego wypadku nie miał. Kupił sobie stare BMW po kraksie i teraz doprowadza je do stanu używalności. Dyrektor pozwolił mu pracować po godzinach w fabrycznym warsztacie samochodowym. Fabryka ma dużą bazę transportową i prowadzi własny warsztat naprawczy.

Wszyscy mówią, że samochód będzie wyglądał jak nowy i będzie jeździł jeszcze lepiej od nowego.

- Cudów nie ma - roześmiał się major - stary grat zawsze pozostanie starym gratem. Choćby nie wiem co się z nim robiło.

- Kowalski to bardzo zdolny mechanik i cały wolny grosz pakuje w ten samochód.

- Dużo tego grosza chyba nie ma? Nie pracująca żoną i dziecko.

- Z niedzielami, z godzinami nadliczbowymi - powiedział sierżant - myślę, że wyciągnie ponad piątkę. Poza tym dorabia. Naprawia różne prywatne wozy. W Nadarzynie samochodów dużo. Ludzie w fabryce dobrze zarabiają, dostają talony. Toteż wielu kupuje. Choćby „malucha”. A warsztatów naprawczych nie ma. O chałtury Kowalski nie musi się martwić. Poza tym przyjeżdża tu sporo handlowców z zagranicy. Im także „wesoły Janek” myje i naprawia wozy. Jego żona niejeden ciuch w „Peweksie” kupiła. Przecież nie za złotówki. Kowalski także chwalił się, że ci zagranicznicy przywożą mu różne części do jego BMW.

- Strażnik nazywa się Andrzej Balicki?

- Tak. Miejscowy. Urodzony w Nadarzynie. Lat pięćdziesiąt pięć. Tak zwany chłopo-robotnik. Ma tutaj dwa i pół hektara gruntu. Własny dom i zabudowania gospodarcze. Nowy dom postawił przed czterema laty, ale reszta same rudery. Rocznie utuczy ze dwie, trzy świnie. Poza tym trochę kur i kaczek. Jak to w takim małym gospodarstwie. Wszystkiego po trochu. Na tej gospodarce pracuje głównie żona. Wychowali czworo dzieci, ale one już dorosłe i na swoim. Najmłodszy, Franek, jest ślusarzem w fabryce. Jedna córka dentystką, mieszka w Olsztynie. Druga skończyła handlówkę i pracuje w Warszawie. Tam też zamieszkała razem z mężem i rodziną. Najstarszego syna wykształcili na inżyniera. Żyje na Śląsku. Chyba w Katowicach, a może w Gliwicach? Nie sprawdzałem szczegółowo Ale w razie czego to łatwo ustalić.

- Dwa i pół hektara w Nadarzynie, niemal pod samą Warszawą. Niejeden badylarz nie ma dużo więcej, a uchodzi za milionera.

- To prawda - przyznał starszy sierżant - a i ziemia u Balickiego nielicha. Żeby się zajął warzywnictwem lub też postawił szklarnie, naturalnie lepiej by się to opłaciło. A tak to żyje z tego, co mu ziemia urodzi, a pensję ma na inne wydatki. U nas sporo takich chłopo-robotników, co to ani rolnik dobry, ani wielkiej pociechy z niego nie ma jako robotnika. Mógłby ziemi dokupić albo wydzierżawić z Państwowego Funduszu Ziemi, ale Balickiemu brakuje i smykałki, i wykształcenia, aby gospodarować po nowemu. Zapewne też i chęci. Łatwiej siedzieć na ławeczce z pistoletem w kaburze, niż schylać się nad zagonem. Tym bardziej że żadne z czworga dzieci nie chciało zostać na roli.

- A co jeszcze wiecie o tym Balickim?

- Poza tym porządny człowiek. Spokojny. Nawet jak się upije, żony nie bije i na ulicy nie rozrabia. Nie karany, jak i pozostała dwójka. Niczego więcej o nim nie mogę specjalnie powiedzieć.

- To niewiele. W ogóle to, co usłyszałem od was, sierżancie, mógłbym z powodzeniem wyczytać z akt meldunkowych albo z kwestionariusza dowodu osobistego. Myślałem, że czegoś więcej się dowiem - major nie krył rozczarowania.

- To nie moja wina - tłumaczył się starszy sierżant - to akurat ludzie spokojni, nie wchodzący nikomu w drogę, nie mający żadnych zatargów z prawem. O takich ludziach milicja niewiele wie. Nie ma powodu interesowania się nimi. Co innego jakiś złodziejaszek albo ci spod budki z piwem czy też chuligani. Tych to znamy dobrze i stale ich mamy na oku.

Major zgodził się z tym poglądem. Tłumaczenie się komendanta posterunku było zupełnie logiczne. Rzeczywiście, milicja ma zbyt dużo do roboty, aby się zajmować spokojnymi, przyzwoitymi ludźmi, nie mającymi żadnych zatargów z prawem. Nie pozostawało nic innego, jak pożegnać się z sympatycznym i gadatliwym starszym sierżantem oraz udać się do Zakładów Aparatury Precyzyjnej.

Kiedy Janusz Kaczanowski szedł długim korytarzem-' biurowca Zakładów w poszukiwaniu gabinetu naczelnego dyrektora, nagle otworzyły się jedne z licznych drzwi i wypadła z nich jakaś dziewczyna i to z takim impetem, że major aż się zatoczył przytrzymując krewką urzędniczkę.

- Bardzo pana przepraszam - dziewczyna zaczerwieniła się.

- Cała przyjemność po mojej stronie - Kaczanowski stwierdził, że dziewczyna jest bardzo przystojna. Ciemne włosy krótko ścięte, twarz owalna, prosty nosek, duże, ładne niebieskie oczy. Tylko usta może ciut, ciut za wielkie. Wiek tak około trzydziestki.

- Co pan tu robi?

- Szukam siedmiu milionów złotych. Podobno wam zginęły? Nie wie pani, gdzie je ukryto?

- Gdybym wiedziała, już bym je miała - roześmiała się dziewczyna.

- W tej chwili szukam gabinetu naczelnego dyrektora. Może pani mi wskaże?

- Pan jest z milicji? - domyśliła się dziewczyna. Jej wielkie oczy zrobiły się okrągłe z zaciekawienia. - Szukacie tego swojego kolegi, który rąbnął naszą pensję?

- Tak, jestem z milicji, major Kaczanowski do usług. Ale skąd pani wie, że to nasz kolega?

- Przecież miał na sobie mundur, białą czapkę i trzymał lizak - rezolutnie odpowiedziała dziewczyna - wszyscy o tym mówią. Ciekawa jestem, czy go znajdziecie? Bo ja myślę, że nie.

- Dlaczego?

- Gdybym ja miała siedem milionów, umiałabym się schować. Choćby pod ziemią. A poza tym - dziewczyna zawahała się, ale potem odważnie dodała - poza tym nie będziecie chcieli ujawnić, że pomiędzy milicjantami są bandyci.

- Właśnie dlatego znajdziemy go. Choćby się ukrył, jak pani mówi, pod ziemią. Zresztą liczę na waszą pomoc.

- Każdy z pracowników Zakładów zechce wam pomóc, ale co na przykład ja mogę dla was zrobić?

Major nie zastanawiał się wiele. Mieć kogoś zaufanego w fabryce, to na pewno bardzo by się przydało. A w dodatku kogoś tak przystojnego... Także mały flircik usprawiedliwiony obowiązkami służbowymi nie byłby niczym złym. Dziewczyna jest ładna, bez trudu będzie mogła się dowiedzieć wszystkiego, co się mówi w Zakładach o tej aferze. A poza tym może dostarczyć masę informacji o ludziach tutaj zatrudnionych.

- Pani naprawdę chciałaby nam dopomóc?

- Oczywiście - dziewczyna nie miała nic przeciwko współpracy z tym przystojnym mężczyzną o siwiejących skroniach.

- Pani mieszka tutaj?

- Niestety nie. Samotnym jeszcze dyrektor Nadolny mieszkań nie daje. Najwyżej pokój w hotelu robotniczym. Dojeżdżam codziennie autobusem.

- To świetnie. Jeżeli pani ma czas, umówmy się dzisiaj o godzinie piątej w kawiarni „Nowy Świat”. To na rogu Świętokrzyskiej i Nowego Światu. W sali na parterze. Wytłumaczę pani, na czym będzie polegało pani zadanie. Nautralnie proszę zachować w tajemnicy naszą umowę.

- Dobrze, Będę o piątej - dziewczyna nie uwierzyła oficerowi milicji, że naprawdę chodzi o dobro śledztwa, ale miała ochotę umówić się z przystojnym mężczyzną.

- A teraz proszę mi wskazać gabinet dyrektora.

- To nie tutaj. Na następnym piętrze. Trzecie drzwi na lewo. Wejście przez sekretariat. Pawełku, zaprowadź majora do naczelnego - dziewczyna poprosiła przechodzącego młodego człowieka, uśmiechnęła się do Kaczanowskiego i wróciła do pokoju, z którego z takim impetem niedawno wybiegła.

Naczelny dyrektor, kiedy mu sekretarka zameldowała gościa z Warszawy, wyszedł na spotkanie majora.

- Ogromnie nieprzyjemna historia - stwierdził po przywitaniu się - dla nas obu.

- Dlaczego dla nas obu? - zdziwił się milicjant. - Stratę przecież ponieśliście tylko wy. Przeszło siedem milionów w gotówce plus skradziony samochód.

- Samochód to głupstwo - zbagatelizował dyrektor -prędzej czy później złodzieje gdzieś go podrzucą. A pieniądze? W przekroju naszych obrotów także nie astronomiczna suma. Jeśli nawet jej nie odzyskamy, jakoś przebolejemy. Mówię nie o materialnych aspektach całej afery.

- Tylko?

- O jej aspektach moralnych. Z jednej strony milicjant rabujący pieniądze...

- A z drugiej? - major uśmiechnął się. Historia szewca w Köpenick jest nieśmiertelna. Wystarczy, że ktoś włoży jakiś mundur, i już środowisko bezkrytycznie wierzy, że jest tym, za kogo się podaje.

- Z drugiej strony bandyta czy też bandyci wewnątrz fabryki.

- Nie rozumiem? - major udawał naiwnego.

- To przecież jasne - tłumaczył Nadolny - takiego napadu nie udałoby się zorganizować, gdyby tamci na szosie nie mieli wspólników w naszych Zakładach.

- Pan dyrektor ma na myśli panią Krystynę Paluchową?

- Broń Boże! Jestem zupełnie pewny, że nasza długoletnia kasjerka nie maczała w tym palców. Za jej uczciwość mogę ręczyć.

- A więc kierowca Kowalski?

- Nonsens. To bardzo przyzwoity młody człowiek.

- Pozostaje nam Andrzej Balicki. Ten strażnik.

- Wykluczone. To nie za mądry i niezbyt pracowity, ale na pewno uczciwy chłop. Z jakiego powodu miałby iść na tak śliski interes? Ma własną gospodarkę, niezłą pensję, mało do roboty. Za kilka lat emerytura. Dzieci już na swoim. Dlaczego by tak ryzykował?

- Panie dyrektorze, siedem milionów to ogromna kwota. Może skusić, jak pan mówi, milicjanta, ale równie dobrze kasjerkę, kierowcę, strażnika lub nawet kogoś z dyrekcji fabryki.

Dyrektor zastanowił się.

- Zasadniczo pan ma rację, majorze. Ale jestem przekonany, że wspólników bandyty w mundurze milicjanta -tym razem Nadolny nie twierdził już tak kategorycznie, że kierowcą skradzionego fiata był autentyczny milicjant - należy szukać w naszej fabryce, jednak nie wśród tej trójki.

- Na czym pan opiera swoje przekonanie?

- Na niczym. Po prostu na moim nosie.

- A ten nos wskazuje, gdzie trzeba szukać przestępców?

Dyrektor roześmiał się, a później spoważniał.

- Nie mam żadnych podejrzeń - powiedział - ale chciałbym majorowi zwrócić uwagę, że tamci dwaj na autostradzie, jak twierdzą nasi pracownicy, byli młodymi ludźmi. W wieku najwyżej dwudziestu, dwudziestu dwóch lat. Pani Paluchowa i strażnik Balicki bardzo odbiegają od tego wieku. Kierowca Kowalski jest sporo starszy. Czy więc wspólnika lub wspólników tych dwóch nie należy szukać wśród młodzieży pracującej w naszych Zakładach? Mamy tej młodzieży sporo, i to różnej. Wśród tej grupy płynność kadr jest największa. Także łamanie dyscypliny lub próby drobnych kradzieży zdarzają się najczęściej wśród nich.

- Dyrektorze drogi - Kaczanowski pokiwał głową -mógłbym podać dziesiątki czy setki przykładów, gdzie za młodymi przestępcami stał „mózg”, nieraz trzykrotnie od nich starszy. On planował i sam niczego nie ryzykując posyłał tych młodych na „robotę”. Zagarniając największą część zdobyczy.

- A zatem? - zapytał dyrektor.

- Chciałbym się przede wszystkim rozejrzeć w sytuacji. Może pan mi opowie coś o organizacji pracy w fabryce i w biurze. Kto mógł wiedzieć, że właśnie we wtorek szóstego września samochód pojedzie po pieniądze? A potem chciałbym porozmawiać z trójką głównych bohaterów.

- Wyjazdy po pieniądze nie stanowiły dla nikogo w Zakładach żadnej tajemnicy. Płacimy dwa razy w miesiącu. Właśnie szóstego i dwudziestego. W te dnie posyłamy kasjerkę do Warszawy, do Narodowego Banku Polskiego, po potrzebne nam na wypłatę sumy. Samochód wyjeżdża zwykle około dziesiątej rano. Wraca około godziny dwunastej. Pani Paluchowa jest główną kasjerką. W czasie wypłaty pomagają jej inne pracownice naszej księgowości. Wypłaty dokonuje się w poszczególnych wydziałach fabryki w ten sposób, że pierwsza zmiana otrzymuje pobory pod koniec swojej pracy, a druga na jej początku. Ponieważ wypłacający mają dużą wprawę, ta operacja przebiega zazwyczaj gładko. No... Z wyjątkiem ostatniej wypłaty. Trzeba ją było przełożyć na następny dzień, po pobraniu z banku nowej porcji pieniędzy.

- Czy zawsze po wypłatę jeździła pani Paluchowa?

- Tak. Tylko kiedy była na urlopie lub chorowała, zastępował ją ktoś z księgowości. Ale to należało do wyjątków.

- A kierowca Kowalski?

- Mamy w Zakładach dwa wozy osobowe - wyjaśniał naczelny dyrektor - jeden z kierowcą, właśnie Janem Kowalskim, i drugi bez kierowcy, dla służbowego użytku osób mających prawo jazdy. Poza tym członkowie dyrekcji i personel techniczny, zmuszony do częstych podróży służbowych, korzysta ze swoich prywatnych wozów i otrzymuje specjalny „limit” kilometrów, za które fabryka co miesiąc wypłaca im ryczałty. Po pieniądze jeździł zawsze Kowalski. Naturalnie z tym wyjątkiem, kiedy był na urlopie. Wówczas jego samochód przydzielano innemu kierowcy. Mamy sporo ciężarówek i jeden autobus, który codziennie dowozi i odwozi naszych pracowników mieszkających w Warszawie. Zresztą tak się zawsze składa, że jeden lub kilka wozów jest w naprawie. Zastępstwo dla Kowalskiego łatwo znaleźć.

- Czy wasz warsztat samochodów pracuje na dwie zmiany? - zapytał major.

- Zasadniczo na jedną. Ale zdarza się, że kiedy trzeba, ludzie pracują nawet w nocy. W godzinach nadliczbowych.

- Podobno Kowalski w tym warsztacie robi różne fuchy?

Nadolny trochę się zmieszał.

- Jakie tam fuchy! Po prostu wielu naszych pracowników ma własne samochody. A w Nadarzynie nie ma warsztatów samochodowych. Pozwoliłem Kowalskiemu po godzinach pracy naprawiać wozy naszych ludzi. Trochę to wbrew przepisom, ale chcąc utrzymać załogę, bo stolica jest ogromną konkurencją, muszę iść na takie kompromisy. Sam Kowalski, gdyby nie miał tych dodatkowych zarobków i mieszkania, które dostał od Zakładów poza kolejką, także prysnąłby do Warszawy. Pan major wie, jak trudno o dobrego fachowca w miejscowości odległej o trzydzieści kilometrów od metropolii.

- A strażnik Balicki?

- Mamy dwunastu strażników. Pracują w rotacji: dwa-

naście godzin na służbie, dwadzieścia cztery wolne. Wszyscy co do jednego to chłopo-robotnicy. Im taki układ godzin najlepiej odpowiada. Poza tym na służbie odpoczywają po pracy w polu. W ogóle mamy sporo tych chłopo-robotników i z nimi są największe kłopoty.

- Chyba nie uciekają do Warszawy?

- Na szczęście nie. Ale to ani rolnik, ani robotnik. Takie Zakłady jak nasz coraz mniej potrzebują niewykwalifikowanych rąk do pracy. Musimy mieć coraz więcej wysoko wyszkolonych specjalistów. A chłopo-robotnik nie ma ani. czasu, ani chęci na podnoszenie swoich umiejętności. Zajęcie w fabryce traktuje jedynie jako źródło zdobycia pewnej dodatkowej gotówki. Na roli prowadzi gospodarkę ekstensywną. Ten problem powinien być jakoś rozwiązany w skali ogólnopaństwowej.

- Nie my go będziemy rozwiązywać - uśmiechnął się oficer milicji - mnie chodzi konkretnie o Andrzeja Balickiego.

- Kiedy trzeba jechać po pieniądze, wyznacza się na konwojenta jednego z czterech strażników, mających w tym dniu służbę.

- Kto wyznacza?

- Teoretycznie ja lub dyrektor administracyjny, praktycznie moja sekretarka.

- Chciałbym teraz porozmawiać z tamtą trójką - major doszedł do wniosku, że już więcej niczego interesującego! nie dowie się od dyrektora.

- Bardzo proszę. Mój gabinet jest do pańskiej dyspozycji.

- Nie chciałbym zakłócać normalnego toku pracy pana dyrektora.

- To głupstwo. Zresztą i tak muszę odbyć konferencję z kierownikiem zaopatrzenia i dyrektorem handlowym. Zamiast tutaj, będziemy rozmawiali u niego. Czy przysłać ich razem?

- Nie. Zacząłbym od kierowcy.

- Doskonale. Zaraz polecę sekretarce, aby go wezwała. A później pan major sam zwróci się do niej, kogo ma mu dostarczyć - dyrektor lekko się skłonił i wyszedł z gabinetu.

Niedługo potem w drzwiach stanął Jan Kowalski. Był w mocno przybrudzonym kombinezonie. Ręce pośpiesznie umyte benzyną zdradzały obecne zajęcie kierowcy. On sam od razu to wyjaśnił:

- Nie mam swojego wozu, więc teraz pracuję w warsztacie. Przepraszam za mój ubiór.

- Nie ma za co. Jestem majorem milicji - Kaczanowski był w cywilnym ubraniu - chciałbym z wami porozmawiać o tamtym napadzie.

- Wiem. Pan major myśli, że jestem wspólnikiem tych drani. Pan przyjechał mnie aresztować? Ale ja jestem niewinny. Przysięgam...

- Proszę, niech pan siada - major wskazał krzesło stojące naprzeciwko biurka - chcę z panem porozmawiać. To nie jest oficjalne przesłuchanie. Na to będziemy mieli czas. Na razie pragnę się zorientować w sytuacji. Wcale nie mówię, że jest pan podejrzany o udział w tym przestępstwie, chociaż jako prowadzący śledztwo jeszcze nie mogę tego wykluczyć.

Kowalski zajął wskazane mu miejsce i milczał.

- Jak to było? - zachęcił go major.

- No, jak zwykle. Pojechaliśmy do Warszawy po pieniądze na wypłatę. Pani Paluchowa, strażnik Balicki i je Trochę w banku zmarudziliśmy, bo kolejka była duża. A pani Paluchowa załatwiała jeszcze jakieś przelewy czy coś podobnego.

- O której wyjechaliście z powrotem?

- Kiedy wychodziliśmy z banku, na zegarze w sali było za piętnaście jedenasta.

- A o której was zatrzymał na szosie ten milicjant?

- Nie patrzyłem na zegarek. Ale chyba było około w pół do dwunastej. Zanim przejechałem przez wszystkie czerwone światła i zanim dobrnąłem do Janek, musiało upłynąć z pół godziny. A później jeszcze z kwadrans. Z pieniędzmi to jadę zawsze wolno i bardzo uważnie. Najwyżej j osiemdziesiątką.

- Jak to było dalej?

- Ano wyjechałem na górkę. Tę pierwszą przed Nadarzynem. Widzę, w dole stoi „drogowa”. Na motocyklu.

Z boku jakiś cywil. Pewnie „śledczy”. Przed nami sporo wozów, ale nikogo nie zatrzymywał. Dopiero kiedy podje- chałem bliżej, machnął „lizakiem”.

- Jak wyglądał ten milicjant?

- Normalnie. W białej czapce. Lizak w ręku. Naszywki kaprala.

- Młody, stary?

- Młody. Nawet się wtedy trochę zdziwiłem, że taki młody. Widocznie od razu po wojsku wzięli go do milicji.

- A twarz?

- Ja tam, panie majorze, nie przyglądałem mu się. Pan sam rozumie. Każdy kierowca, choćby miał sumienie jak i złoto, a maszynę jak zegarek, to się zdenerwuje, kiedy każą zjeżdżać na pobocze. Teraz walą mandaty po pięćset złotych. To nie śmiech.

- Tak za nic?

- Z nimi się nie wygra. Przyczepią się do byle czego. Szyba zapaćkana owadami zabitymi w czasie jazdy i już musisz płacić. Jeśli chcą, to zawsze człowieka łupną.

- Pana tak łupnęli?

- Mnie nie. Ale mało to koledzy „za niewinność” popłacili? Mówili mi nieraz.

- A pan każdemu wierzył? - uśmiechnął się major.

- Kto ich tam wie? Dość, że płacili.

- Dobrze. Jedźmy dalej.

- Więc ten milicjant, kiedy już stanąłem na poboczu i zgasiłem silnik, zaczął mi sprawdzać dokumenty. Miałem je naturalnie w porządku. Potem przyczepił się do świateł. Myślę sobie, szuka, jakby tu te pięć setek ode mnie złapać. Ale nic, światła były dobre. Nie skończył jednak na tym. Każe wysiadać z wozu i mówi, że musi sprawdzić hamulce, czy nie zapowietrzony i czy kierownica nie ma luzu. Widzę, że już poluje na mnie na całego i jeszcze bardziej się zdenerwowałem. Ale hamulec był sprawny i kierownica w porządku. Myślę „dobra jest”, a wtedy ten milicjant przekręca kluczyk w stacyjce. A tu głucho. Zupełnie zbaraniałem. Dałbym sobie ręce uciąć, że akumulator nie nawalał. Zarówno w Nadarzynie, jak i później w Warszawie silnik zaskakiwał przy lekkim ruszeniu kluczyka.

- Może jakaś płytka pękła albo w drodze rozwarły się styki?

- To przecież zapaliłaby się czerwona lampka.

- Co było dalej?

- Milicjant wyraźnie się ucieszył i mówi, że akumulator wyładowany. Sam sięgnąłem przez otwarte okno do kluczyka i próbuję. Naprawdę nie działa.

- Pan osobiście przekręcił kluczyk w prawo?

- Przekręciłem. I nie do wiary. Silnik nie zaskoczył. Chciałem otworzyć maskę i sprawdzić, co się stało z akumulatorem, ale milcjant nie pozwolił. Powiada, że na autostradzie nie wolno blokować ruchu. Diabła tam! Przecież stałem na poboczu i żadnego ruchu nie tankowałem. Ale on mówi, żeby popchnąć wózek i tak dojechać do Zakładów, a dopiero tam zreperować. Uradowałem się, że nic nie wspomina o mandacie. Ten cywil cały czas milczał, ale podszedł do samochodu i położył ręce na bagażniku, jakby czekał, że we dwóch damy radę. Pchałem ile siły, ale samochód ani drgnął. Wtedy milicjant polecił, żeby i strażnik nam pomagał, a panią Paluchową poprosił, aby wysiadła, to będzie lżej pchać. We trójkę bez trudu rozpędziliśmy fiata i silnik zaskoczył. Milicjant ujechał pod górkę z osiemdziesiąt metrów i stanął. My wszyscy do wozu. Nawet nie zauważyłem, że nie ma pomiędzy nami tego cywila. Nie słyszałem, jak odjechał motocyklem. Musiał jechać w kierunku Warszawy, bo nas nie wyprzedzał. Byliśmy już o jakieś piętnaście metrów od samochodu, gdy on od razu ostro wystartował, za kilkanaście sekund znikł nam za górką.

- Biegliście za nim?

- Nie. Przecież i tak byśmy go nie dognali. A poza tym myślałem, że milicjant chce nam dać szkołę za ten akumulator. Do głowy mi nie przyszło, że on naprawdę ucieka.

- A torba z pieniędzmi?

- Ani przez chwilę o niej nie pomyślałem. Moja sprawa prowadzić wózek, a nie pilnować pieniędzy. Od tego była pani Paluchowa i strażnik. Przyznam się, że kiedy doszliśmy na szczyt pagórka i widziałem tylko, jak fiat niknie na horyzoncie, jeszcze niczego złego nie podejrzewałem. Byłem przekonany, że milicjant robi nam kawał i że samochód doprowadzi przed bramę Zakładów. Dopiero tam zrozumiałem, co się stało.

- Zapamiętał pan tego milicjanta? Blondyn czy brunet?

- Bo ja wiem? - Kowalski nie mógł zaspokoić ciekawości majora.

- Wysoki?

- Chyba średniego wzrostu. Może ciut wyższy?

- Zapamiętaliście jego numer?

- Nie zwracałem na to uwagi. Jedno pamiętam. Miał białą czapkę milicyjną, ale nie miał na rękawach białych mankietów. Takich, jak zawsze noszą ci ze służby ruchu.

- Na pewno?

- Doskonale przypominam sobie jego ręce na kierownicy. Bez mankietów.

- A twarz tego człowieka? Przecież kiedy siedział za kierownicą, a pan zaglądał przez okno samochodu, musiał się pan mu przyjrzeć.

- Kiedy taki byłem skołowany tym akumulatorem, że patrzyłem na kluczyk, a nie na milicjanta. Tyle mogę powiedzieć, że miał małe wąsiki i dość długie baki.

- A kolor tych włosów?

- Chyba szatyn.

Następnie w gabinecie naczelnego dyrektora zameldował się strażnik fabryczny Andrzej Balicki. On zauważył jeszcze mniej. Zapamiętał jedynie to, że milicjant miał białą czapkę i „lizak”, a towarzyszący mu cywil nosił jasnoniebieskie wdzianko z dżinsowego materiału. To był także młody człowiek, nie mający chyba dwudziestu pięciu lat.

- Waszym obowiązkiem było pilnowanie torby z pieniędzmi - surowo powiedział major - dlaczego wysiedliście z samochodu?

- Jak to dlaczego? - zdziwił się strażnik. - Przecież pan milicjant kazał wysiadać i pchać wóz.

- To trzeba było wziąć torbę ze sobą.

- Torba ważyła blisko dwadzieścia kilogramów, bo pani Paluchowa podjęła w banku dużo bilonu. Jak zwykle na wypłatę. Gdybym ją zabrał, nie mógłbym pchać samochodu.

- Mieliście broń. Kiedy fiat po raz drugi odjeżdżał, trzeba było wyciągnąć pistolet, zawołać „stój, bo strzelam”, a gdyby to nie pomogło, oddać jeden strzał w powietrze, a następny w stronę uciekającego bandyty. Był wówczas jeszcze niedaleko. Tak was przecież uczyli.

- Jak bym -mógł strzelać do milicji? Nie wyszedłbym z więzienia do końca życia - tłumaczył się Balicki.

Magia munduru działała bezbłędnie. Nawet teraz, w czasie przesłuchania, strażnikowi nie mieściło się w głowie, że to bandyta, a nie milicjant siedział przy kierownicy porwanego auta.

- Ja, panie majorze, nic nie wiem. Kazał mi kapral pchać samochód, to pchałem. Gdyby pani Paluchowa powiedziała „strzelaj”, tobym strzelał. Możecie mnie zamknąć, ale ja jestem niewinny.

Kaczanowski tylko ręką machnął. Zwolnił strażnika i poprosił o wezwanie Krystyny Paluchowej.

Jasna blondynka o włosach tak równych w barwie, że nie mogły być naturalne, dość pulchna, z zaznaczającym się podbródkiem, zasypała oficera milicji potokiem słów. Najpierw bardzo rozwlekle opowiadała, ile to pieniędzy podniosła z banku. Nie zapomniała dodać, że szóstego września dopisała pogoda, świeciło słońce i było gorąco, nie to co w sierpniu. Później zaś szczegółowo przedstawiła całe zajście na szosie.

- Ten młody milicjant taki był sympatyczny. Kto by mógł przypuszczać, że ucieknie z naszymi pieniędzmi?

- Jak on wyglądał?

- Bardzo mile się uśmiechał. Miał ładne wąsiki i niebieskie oczy. Do twarzy mu było. w tym nowiutkim mundurze. Zgrabny chłopak. Na mój gust może odrobinę za niski. Mój mąż ma metr osiemdziesiąt pięć wzrostu - pochwaliła się Paluchowa. - Wcale nie taki Paluch, jak mówi nazwisko.

- A tamten ile mógł mieć?

- Nie więcej niż metr siedemdziesiąt pięć. A ten drugi w niebieskich dżinsach był trochę wyższy. Temu drugiemu nie przyglądałam się, bo od początku trzymał się nieco z tyłu. Tyle, że był z gołą głową. Zapamiętałam jego ciemne włosy. Także szczupły.

- A ten milicjant? Jakie miał włosy, jaką twarz?

- Włosy? Chyba ciemny blondyn albo szatyn. Czapkę miał naciśniętą na czoło, ale twarz raczej okrągła niż pociągła. Mundur zupełnie nowy i doskonale na nim leżący.

- Miał numerek na mundurze?

- Nie. Chyba nie... Zresztą nie zauważyłam.

- Jak pani mogła wysiąść z samochodu, zostawiając w nim siedem milionów złotych?

- Przecież ten milicjant nam kazał, bo nie można było uruchomić samochodu. Mąż też, zwłaszcza w zimie, kiedy nie może zapalić wozu, mówi „Krystynka, wysiadaj i popchnij”. Ale u nas ulica idzie trochę z górki, to łatwiej. Bo my, panie majorze, też mamy samochód. Skodę.

- Pani widziała - przypomniał major - że strażnik wysiadł z wozu i nie wziął ze sobą torby z pieniędzmi. Więc kiedy i pani musiała opuścić samochód, trzeba było zainteresować się tą torbą.

- Ona leżała na tylnym siedzeniu. A poza tym była bardzo ciężka. Wzięłam dziesięć tysięcy złotych w bilonie. Pięćdziesiątkami, złotówkami, dwójkami, piątkami, dziesiątkami i dwudziestkami. To był taki ciężar, że ledwie doniosłam do samochodu. Zgodnie z przepisami Balicki szedł wtedy za mną i asekurował mnie.

- W banku nic się nie stało, a dopiero na szosie.

- Na szosie był milicjant. Wszyscy szanujemy władzę i trudno dopatrywać się w milicjantach bandytów czy złodziei.

- Czy nie zastanowiło pani, że ten chłopak za młodo wyglądał jak na milicjanta?

- Miał mundur, naszywki kaprala, a że młodo wyglądał, no to cóż? Teraz wszędzie odmładza się kadry. Był bardzo sympatyczny i nie budził żadnych podejrzeń.

Tłumaczenie Paluchowej było logiczne, przekonywające. Sam major zastanawiał się przecież, czy na miejscu tej trójki nie postąpiłby identycznie jak oni. Trudno żądać, aby kierowcy lub też pasażerowie samochodów legitymowali przedstawicieli służby ruchu. Dla oficera śledczego szybko stało się jasne, że z tych ludzi nic nie „wyciśnie”. Dla nich to był początkowo zwykły incydent na szosie i nic dziwnego, że nie przyglądali się milicjantowi ani nie mieli żadnych podejrzeń. Popełnili wprawdzie lekkomyślność pozostawiając pieniądze wewnątrz samochodu, ale nawet najsurowszy sąd uniewinniłby ich z zarzutu zaniedbania.

W nie najlepszym humorze Janusz Kaczanowski wracał i do Warszawy.





Rozdział czwarty

Różne hipotezy, żadnych sukcesów



- Pułkownik trzykrotnie pytał się o majora - poinformowała Kaczanowskiego sekretarka - prosił, żeby pan zaraz do niego przyszedł.

- Mam dobry dzień - zażartował oficer - już drugi raz j szef nie może się beze mnie obyć.

- No i co nowego? - zwierzchnik naprawdę się niecierpliwił. Tak wielka kradzież, i to taka, w którą, być może, wmieszany jest funkcjonariusz milicji, mogła bardzo zaniepokoić Komendę Główną MO. Z tamtej strony musiano pułkownika potężnie przyciskać, aby sprawę rozwikłał jak najprędzej.

Major dokładnie streścił to, czego się dowiedział.

- Naprawdę cieszę się, bo wszystko wskazuje, że to nie był prawdziwy milicjant, tylko ktoś przebrany w mundur -zakończył swój raport.

- Nie powiem, abym był tego pewny - zauważył pułkownik.

- Wskazuje na to brak białych mankietów na rękawach.' Takich, jakie nosi służba ruchu w czasie pracy. Poza tym ten nowiutki mundur. Teraz przecież nie wydawano „sortów”. No i ten młody wiek kaprala. W milicji nie ma dwudziesto- czy też dwudziestodwuletnich funkcjonariuszy.

- To raczej twoje pobożne życzenia niż dowody. Mundurów milicyjnych w zwykłych sklepach odzieżowych nie sprzedaje się. Nie słyszałem także o takim zdarzeniu, że okradziono jakiegoś milicjanta z nowego munduru.

- W sklepach się nie sprzedaje. Ale na przykład w każdej garderobie teatralnej taki mundur na pewno się znajdzie. Można go czasem kupić po zmarłym. A także każdy krawiec może go uszyć.

- Wątpię, czy krawiec chciałby przyjąć takie zamówienie. Domyśliłby się, że tu coś nie gra.

- Sądzę, że to jedynie sprawa wyboru odpowiedniego krawca i odpowiednich pieniędzy zapłaconych za taką usługę.

- Może masz i rację. Mam zamiar zwrócić się do KG MO z prośbą o ustanowienie wysokiej nagrody dla osoby lub osób, których informacje przyczyniłyby się do wyświetlenia sprawy i ujęcia przestępców. Można w tej nagrodzie nadmienić, że zostanie ona wypłacona także krawcowi, który ostatnio szył jakiś mundur milicyjny.

- To byłoby bardzo dobrym pociągnięciem - majorowi projekt Niemirocha przypadł do gustu. - Trzeba to zrobić jak najprędzej.

- Wątpię, czy coś w ten sposób zwojujemy, ale spróbować można. Inne twoje argumenty są równie słabe. Białe mankiety milicjanci ze służby ruchu zakładają jedynie w mieście, przy regulowaniu ruchu ulicznego. Na szosie raczej ich nie używają. A co do młodego wyglądu tego milicjanta, to i matematycznie może się zgadzać. Chłopak miał dziewiętnaście lat, kiedy poszedł do wojska. Dwa lata służby, potem szkoła milicyjna i rozpoczęcie pracy w wieku dwudziestu trzech lat. Czy nie można w tym wieku wyglądać na dwudziestolatka?

- No tak - przyznał major - przekonałeś mnie.

- W tej całej sprawie jest jedna najdziwniejsza rzecz.

- Wiem, o czym mój zwierzchnik myśli. O silniku tego fiata.

- Właśnie - podchwycił Niemiroch - zeznania Kowalskiego, że on osobiście próbował uruchomić silnik, i to mu się nie udało, bo starter nie działał, są bodaj najważniejszym elementem dotychczasowego śledztwa. Milicjant, prawdziwy czy też fałszywy, nie mógł siedząc przez kilka minut na miejscu za kierownicą tak spreparować wozu, aby wyłączyć pracę rozrusznika. Po pierwsze to wcale nie takie proste, po drugie, stojący obok samochodu Kowalski zaraz by zauważył takie manipulacje.

- Samochód już przedtem musiał być odpowiednio spreparowany.

- Niewątpliwie - przytaknął pułkownik.

- Stąd prosty wniosek, który zresztą od początku nie ulegał dla nas wątpliwości, że złodzieje muszą mieć wspólnika w Zakładach Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. Zresztą nawet człowiek, nie mający nic wspólnego ze służbą śledczą, dyrektor Nadolny, od razu sam na to wpadł.

- Z tego wynika kolejny wniosek. Ten wspólnik nie tylko był dobrze poinformowany o zwyczajach fabrycznych i sposobie przewożenia pieniędzy, ale także musiał mieć swobodny dostęp do samochodu.

- To zapewne ktoś z warsztatu naprawy. Jak mi oświadczył dyrektor Nadolny, fabryka ma dużą bazę transportową i sama przeprowadza wszelkie remonty. A właśnie przed tygodniem, zeznał to Kowalski, jego wiśniowy fiat był tam na okresowym przeglądzie.

Pułkownik Niemiroch pokręcił głową.

- To tłumaczenie wydaje mi się za łatwe, a nawet za głupie. Przestępcy wykazali niemały spryt. Całą akcję zaplanowali bezbłędnie. Z uwzględnieniem psychologii ludzi przewożących pieniądze. I raptem mieliby popełnić taki zasadniczy błąd? Przecież musieli zakładać w swoim rozumowaniu, że zarówno Kowalski, jak i my zwrócimy uwagę na dziwne zachowanie się samochodu. Przede wszystkim więc będziemy szukali sprawcy tego cudu wśród pracowników warsztatu naprawczego. Na pewno nie jest ich zbyt wielu. Nie przypuszczam, aby więcej niż pięć osób. Poza tym nie zapominaj, że Kowalski jest także mechanikiem z wykształcenia, no i z praktyki. On również, kiedy samochód był w przeglądzie, musiał przy nim pracować i zauważyłby machlojkę. Moim zdaniem samochód został spreparowany przez kogoś, kto wprawdzie nie pracuje W warsztacie, ale ma do niego łatwy dostęp. Zresztą odpowiednie urządzenia mogły być wmontowane do fiata nie w warsztacie, ale dajmy na to wieczorem czy też w nocy, kiedy samochód znajdował się w garażu. A w ogóle, czy oni mają garaż?

Major z lekka się zmieszał.

- Przyznaję, że o tym nie pomyślałem. Rozmawiałem na razie z naczelnym dyrektorem i z trójką przewożącą pieniądze z Warszawy do Nadarzyna. Po terenie Zakładów nie zdążyłem się rozejrzeć. Ale to się da ustalić bez trudu. Zresztą poleciłem zarówno Kowalskiemu, jak i pozostałej dwójce: Krystynie Paluchowej i Andrzejowi Balickiemu zgłosić się jutro do Komendy na oficjalne przesłuchanie. Ja także jeszcze nie raz i nie dwa będę w Nadarzynie.

- Jaką masz koncepcję prowadzenia śledztwa? - zapytał pułkownik.

- Wydaje mi się, że musi ono iść głównie w dwóch kierunkach. Pierwszy, to odnalezienie wiśniowego fiata i ustalenie, jaką on przebył drogę od miejsca porwania. Może uda się ściślej określić rysopis człowieka w milicyjnym mundurze. Ponadto ekspertyza wozu także powinna wskazać na jakieś ślady tego tajemniczego kierowcy, a również i mechanika, który „poprawił” instalację elektryczną. Sam sposób, pomysł i wykonanie może stanowić pewien trop przy szukaniu tego człowieka.

- Wątpię, czy coś nam da odnalezienie auta - pułkownik był pesymistą. - Teraz każdy, choćby z lektury kryminałów, ma podstawowe pojęcie nie tylko z dziedziny daktyloskopii , ale także słyszał i o mikrośladach. Jeżeli odnajdziemy samochód, będzie on doskonale wypucowany. Albo w ogóle spalony.

- Mikrośladów niełatwo się pozbyć.

- Ja tam najbardziej liczę na nacisk pieniądza. Dwóch z tych przestępców to młodzi ludzie. Być może, że razem jest ich nawet czterech. To chyba maksimum. Nawet jeśli dwaj pozostali są dużo starsi i bardziej doświadczeni życiowo, to i im trudno się będzie oprzeć czarowi posiadania wielkich pieniędzy. A cóż dopiero tym młodzikom?

- No tak - zgodził się Kaczanowski - z podziału na czterech na każdego przypada ponad milion osiemset tysięcy złotych. A jeśli jest ich tylko trzech, to każdy dostał po dwa miliony czterysta tysięcy złotych.

- To ogromna kwota. Mając takie pieniądze w kieszeni, trudno powstrzymać się przed ich wydawaniem. Żeby chodzić do pracy codziennie, zarabiać w ciągu miesiąca kilka tysięcy złotych i odmówić sobie kupowania drogich rzeczy, leżących na wystawach sklepowych w zasięgu ręki. Żeby nie pokusić się o kupno samochodu lub mieszkania.

- Na razie, tego jestem pewien, dobrze schowali te łupy. Nie przypuszczam, aby wydali z nich choć jeden grosz.

- Będą tak siedzieć na tych pieniądzach tydzień, dwa. Może miesiąc, może rok. Ale w końcu nie wytrzymają.

- Sądzisz, że tak długo będę prowadził dochodzenie? Dziękuję ci bardzo - oburzył się major.

- Nie życzę ci tego, ale ileż to mamy spraw, kiedy przestępca staje przed sądem po kilku lub dopiero po dziesięciu latach? Albo po jeszcze dłuższym okresie? Jestem absolutnie przekonany, że i tę sprawę rozszyfrujemy. Termin trudno przewidzieć. Sam widzisz, że dotychczas nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Nie mamy ani jednego podejrzanego.

- Podejrzanych to mam. Nawet sporo. Ni mniej, ni więcej, tylko ponad trzy tysiące pięćset osób. Tylu, ilu pracuje w Zakładach Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. Wśród nich jest przynajmniej jeden przestępca. Wspólnik tamtych na szosie. On nadał całą sprawę i on też odpowiednio przygotował samochód.

- Trzy tysiące pięćset osób powiadasz? Niezły tłumek. Wolałbym, aby tych twoich podejrzanych było znacznie mniej, ale za to bardziej skonkretyzowanych.

- Będą - w głosie Kaczanowskiego brzmiała niezachwiana pewność - bardzo szybko z tego tłumu wyeliminuje się grupkę dość nieliczną. Wśród nich będzie ten jeden, jedyny.

- Wierzę, że sprostasz zadaniu, ale czy łatwo i szybko? -argumenty majora jakoś dzisiaj nie trafiały do przekonania jego zwierzchnikowi. - Sam mi opowiadałeś, że Kowalski dość często za zgodą dyrekcji Zakładów reperował w warsztacie samochody pracowników fabryki. Skoro na to pozwalano Kowalskiemu, to na pewno także i innym. Zwłaszcza tym, którzy mają własne wozy i sami lubią przy nich dłubać. Każdy z nich mógł być autorem przeróbki instalacji elektrycznej w fabrycznym fiacie.

- Właśnie na nich zwrócę najbaczniejszą uwagę.

- Trudno będzie ich wszystkich znaleźć. Wątpię, aby w Zakładach prowadzono ewidencję osób, którym pozwolono skorzystać z pomocy fabrycznego warsztatu naprawczego.

- Ustalę, kto ma w Nadarzynie samochód i kto z właścicieli tych aut pracuje w Zakładach.

- Wśród pracowników fabryki są zapewne i mieszkańcy Warszawy, mający własne wozy. Zarejestrowane naturalnie w stolicy.

- I to biorę pod uwagę. W ogóle ustalę, kto z pracowników Zakładów ma samochód lub samochód zarejestrowany na jego najbliższych. A potem będę się dyskretnie wywiadywał, czy ta osoba w ostatnich dniach nie naprawiała swoich czterech kółek na terenie fabryki. To dla nas bardzo pomyślny zbieg okoliczności, że samochód Kowalskiego właśnie na tydzień przed porwaniem był w przeglądzie technicznym.

- Dlaczego?

- To nam zawęża okres, w którym przerobiono instalację elektryczną. Mechanicy dokonujący przeglądu wozu, czy nawet sam Kowalski podczas takich czynności, od razu zauważyliby, że do przewodu z akumulatora do rozrusznika jest podłączony jeszcze jakiś inny kabelek.

- Wytłumacz to jaśniej - poprosił pułkownik. Wprawdzie miał on nie tylko prawo jazdy, ale także swój samochód, nie był jednak zbyt biegłym mechanikiem.

- To proste. Rozrusznik nie działał pomimo włączenia kontaktu - odpowiedział Kaczanowski - bo kabel prowadzący prąd z akumulatora zapewne miał wmontowany jeszcze jakiś inny wyłącznik. Przypuszczam, że ukryty pod deską rozdzielczą. Fałszywy milicjant siadając za kierownicę właśnie przesunął dźwigienkę tego wyłącznika i dlatego można było obracać kluczykiem w stacyjce bez żadnego skutku. Takiego kabelka, nawet specjalnie ukrytego, nie dałoby się nie zauważyć przy przeglądzie silnika.

- To dlaczego Kowalski nie zauważył go później? Przecież musiał zaglądać pod maskę. Choćby dla sprawdzenia poziomu oleju.

- Skoro samochód wyszedł przed paroma dniami z warsztatu, Kowalski nie potrzebował otwierać maski wozu. Olej wymieniono w czasie przeglądu, a w ciągu kilku dni tak dużo kilometrów nie przejechał.

- Ja tam sprawdzam prawie codziennie.

- Bo jeździsz starym gratem. A i to wystarczy, jeżeli sprawdzisz co pięćset kilometrów. Ale wracając do naszej sprawy, sądzę, że nie będę miał trudności w ustaleniu, kto w ciągu ostatniego tygodnia korzystał z warsztatu samochodo-wego. To przecież nie będą tłumy. Najwyżej z dziesięć osób.

- I jesteś pewien, że wśród tej dziesiątki kryje się przestępca?

- Absolutnie pewien.

- Winszuję optymizmu, ale jakoś nie mogę go podzielać. Obawiam się, że ta sprawa kryje niejedną niespodziankę i dobrze sobie nadwerężymy zęby, zanim ją rozgryziemy.

- Wierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę. Dotychczas mnie prawie nigdy nie zawiodła. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?

- Sądzę - zauważył Niemiroch - że dobrze byłoby podesłać do tych Zakładów jednego czy dwóch naszych ludzi. Żeby się rozejrzeli w sytuacji, zebrali wszystkie krążące tam plotki. To może się okazać bardzo pożyteczne.

I niech rozpoczną dyskretną inwigilację tych twoich przyszłych podejrzanych.

- To byłoby niezłe - zgodził się major - ja także pomyślałem o czymś podobnym. Postarałem się o informatora z Zakładów. Taka osoba może być przydatniejsza od naszych „wtyczek”, bo pracuje tam od dawna, wszyscy ją znają i ona zna wszystkich. Taka budzi zaufanie środowiska.

- To dobry pomysł.

Janusz Kaczanowski spojrzał na zegarek. Jego wskazówki ustawiły się akurat za kwadrans piąta. - Dochodzi piąta. Ale zasiedzieliśmy się. A właśnie umówiłem się z tym moim informatorem. Muszę go pouczyć o jego nowych obowiązkach. Pozwoli więc pułkownik, że się odmelduję.

- Założę się, że ten informator to kobieta.

- Zgadł pułkownik.

- Przystojna.

- Niczego sobie.

- Ruda?

- Tym razem blondynka.

- Bój się Boga, Januszku - pułkownik aż załamał ręce -ciebie te baby zgubią. Stale latasz za inną. Ledwie pojechałeś do Nadarzyna, znowu kogoś znalazłeś.

- O co ty mnie posądzasz? - bronił się Kaczanowski.

- Tutaj pod bokiem masz śliczną blondynkę - stałym hobby Niemirocha było swatanie przyjaciela ze swoimi kolejnymi sekretarkami. - Janeczka bardzo życzliwym okiem spogląda na ciebie. Byłaby z was wyjątkowo dobrana para.

- Ja przecież jedynie dla dobra śledztwa. Sam stwierdziłeś, że posiadanie informatora wewnątrz Zakładów to bardzo dobre pociągnięcie. Czy to moja wina, że tym naszym współpracownikiem jest dziewczyna, i to przystojna dziewczyna? Po prostu tak się złożyło.

- Tobie zawsze się tak składa.

- Pułkowniku, naprawdę muszę już iść. Inaczej spóźnię się. A do kawiarni „Nowy Świat” kawałek drogi.

- Co ja z tobą mam - pułkownik nie zrezygnował z moralizowania - zmarnujesz się. Przepowiadam ci, że się zmarnujesz.

Sympatyczna blondynka, jak się później okazało, panna Elżbieta Jarot, spóźniła się do kawiarni tylko tyle, ile wypadało, aby ten przystojny oficer nie myślał, że jej na nim tak zależy. Janusz z przyjemnością zauważył, że dziewczyna zdążyła zmienić sukienkę. W tej drugiej było jej bardzo do twarzy.

Elżbieta trochę zdziwiła się, że major od razu przystąpił do konkretnych rozmów. Krótko jej zreferował, jakiej współpracy życzyłby sobie. A więc przede wszystkim dyskretne przepytanie się, kto ostatnio reperował swój samochód w fabrycznym warsztacie. Następnie, co się mówi na temat napadu?

- Czy pani ma dobre stosunki z działem personalnym? zapytał Kaczanowski.

- Pracowałam tam dwa lata. Dopiero później przeniosłam się do zaopatrzenia. Znam tam wszystkich i z dwom; dziewczynami jestem zaprzyjaźniona.

- To świetnie. Być może będę panią prosić o dyskretne wywiedzenie się, kto zwalnia się z Zakładów.

- To takie ważne?

- Nie wiem. Być może, że wiadomości zebrane przez panią zdadzą się psu na budę, ale niewykluczone, że pozwolą na ujęcie przestępców.

- Zrobię, co tylko będę mogła - gorąco zapewniała dziewczyna.

Dalsza rozmowa nie dotyczyła już sprawy. W każdym bądź razie Elżbieta Jarrot opuszczając kawiarnię nie próbowała nawet oszukiwać siebie. Ten major okazał się sympatyczny i coraz bardziej je] się podobał. A ona jemu chyba także, bo nie omieszkał umówić się z nią na następne spotkanie już za dwa dni, chociaż było jasne, że w ciągu tak krótkiego czasu dziewczyna nie zdoła niczego się dowiedzieć. Ale ona nie chciała mu tego tłumaczyć.





Rozdział piąty

Nowy figiel przestępców



Następne dni były dla majora Janusza Kaczanowskiego bardzo pracowite. Należało dopełnić formalności z oficjalnym przesłuchaniem trójki ludzi, którym uprowadzono samochód i zabrano ponad siedem milionów złotych żywą gotówką. Na to oficer milicji poświęcił cały dzień. Przesłuchanie nie wniosło nic nowego do sprawy, gdyż poszkodowani jedynie potwierdzili poprzednie wyjaśnienia.

Tylko kierowca skradzionego fiata, Jan Kowalski, zeznał, że w okresie, jaki upłynął od przeglądu tego samochodu do jego uprowadzenia, remontował w fabrycznym warsztacie dwa prywatne wozy. Jeden z nich to samochód zastępcy dyrektora, inżyniera Adama Leśniewskiego, drugi robili razem z właścicielem, Wacławem Gałeckim, majstrem fabrycznym.

Kowalski wyjaśnił dodatkowo, że jego fiat nie miał zamykanego garażu. W ogóle w Zakładach Aparatury Precyzyjnej nie było garaży samochodowych. A właściwie to były, ale przed paru laty zamieniono je na magazyny produktów gotowych. Zaś dla samochodów naczelny dyrektor polecił zbudować dużą wiatę przy warsztacie naprawczym. Zasadniczo można było w nocy trzymać oba fabryczne samochody osobowe w warsztacie, bo miejsca tam nie brakowało. Ale wiązało się to z niewygodą, gdyż nieraz, żeby wyprowadzić któryś z fiatów, trzeba było przesuwać wozy znajdujące się w naprawie. Toteż utarło się, że te fiaty wraz ciężarówkami nocowały pod wiatą zasłoniętą z trzech stron. W dzień, jeśli samochód nie był w drodze, stał zawsze przed budynkiem dyrekcji Zakładów.

Doświadczony kierowca sam wysunął hipotezę, że jego samochód jakoś sprytnie przerobiono i dzięki temu nie można go było uruchomić na szosie. Twierdził jednak, że takiej „naprawy” nie dokonano w czasie przeglądu wozu, bo on sam sprawdzał całą instalację elektryczną. Znał się na tym lepiej niż pracownicy warsztatu, wśród których nie było ani jednego specjalisty elektryka.

Kierowca także wykluczył tezę, że przeróbki instalacji elektrycznej mógł ktoś dokonać w czasie, kiedy samochód stał przed gmachem dyrekcji Zakładów. Ruch tam był zawsze dość duży i jeśli nie sam Kowalski, to ktoś inny zauważyłby intruza dłubiącego w tym wozie.

Jak to major osobiście sprawdził, przed gmachem dyrekcji, tuż przy schodach, wymalowano żółtą farbą dwa stanowiska dla samochodów fabrycznych. Duży parking dla wozów pracowników i dla przyjezdnych był cofnięty o przynajmniej dwadzieścia metrów od tego miejsca. Ws2yscy przesłuchiwani stwierdzili, że fabryczne fiaty nigdy nie stały gdzie indziej, jak tylko na wyznaczonych im miejscach.

Zdaniem więc oficera milicji przeróbka wozu była wykluczona w godzinach urzędowania personelu biurowego Zakładów. Ale fabryka pracowała na dwie, a niektóre oddziały na trzy zmiany. Kowalski zazwyczaj około godziny czwartej po południu odprowadzał swój wóz na teren fabryki i ustawiał go pod wiatą. Następnie, jeśli miał jakąś „fuchę”, to pracował w pobliskim warsztacie, a jeśli nic mu się nie trafiło, szedł do domu.

Kierownik warsztatu naprawczego Roman Walendziak wyjaśnił, że jego ludzie zasadniczo pracowali na pierwszej zmianie. Jedynie wówczas, kiedy trzeba było szybko dokończyć remontu jakiegoś wozu, zostawali po godzinach. Oni także, jak i Kowalski, za wiedzą i zgodą dyrektora Nadolnego czasami w tym warsztacie reperowali swoje samochody lub wózki kolegów. Niekiedy również pracownicy Zakładów sami naprawiali swoje pojazdy. Zawsze jednak trzeba było na to uzyskać zgodę któregoś z dyrektorów.

W tygodniu poprzedzającym kradzież, Walendziak stwierdził to kategorycznie, jedynie Kowalski pracował w warsztacie, i to bodaj zaledwie przez dwa dni. Natomiast pracownicy warsztatu codziennie zostawali po godzinach pracy, bo czas pilił. Przeglądano i remontowano dwa wielkie żubry, które przygotowywano do wyjazdu z eksportowym towarem do Francji.

Zdaniem kierownika warsztatu żaden z jego ludzi nie mógł być wmieszany w aferę kradzieży. Wychodzili z terenu fabrycznego razem, a w czasie roboty w godzinach nadliczbowych także żaden z nich nie miał wolnej chwili ani okazji, aby zająć się fiatem Kowalskiego. Zarówno sam Walendziak, jak i inni pracownicy zauważyliby natychmiast takie podejrzane manewry.

Każdy samochód ma dwa komplety kluczyków. Jeden z tych kompletów miał kierowca fiata, a gdzie znajdował się drugi? Major zainteresował się tym problemem. Duplikaty kluczy do wszystkich pomieszczeń, zarówno biurowych, jak i fabrycznych, oraz kluczyki do wszystkich samochodów znajdowały się zawsze w portierni. Te do samochodów wisiały w oszklonej gablocie w głębi. Kaczanowski sprawdził, że szafki tej nie zamykano na klucz. Zresztą zamek gablotki był tak prymitywny, że można go było otworzyć bodaj agrafką. Portierzy nie umieli w ogóle wyjaśnić, czy ta szafka zawsze była otwarta, czy też ten, kto ostatnio sięgał po klucze, po prostu nie pofatygował się jej zamknąć.

Wprawdzie w portierni dyżurował portier i siedział strażnik, ale dojść niepostrzeżenie do szafki i wyjąć kluczyki od wiśniowego fiata mógł, praktycznie biorąc, każdy. A po zrobieniu duplikatów, co w takiej fabryce było wprost dziecinnym zadaniem, lub po jednorazowym posłużeniu się kluczami wróciły one na poprzednie miejsce.

W nocy teren całych Zakładów był teoretycznie strzeżony przez dwóch wartowników. Jeden z nich zazwyczaj siedział w portierni. Drugi patrolował ogromny plac z kilkoma zabudowaniami fabrycznymi. Taki obchód strażnik wykonywał raz na godzinę. Zresztą w fabryce i w nocy panował duży ruch. Niektóre oddziały czynne były przecież bez przerwy całą dobę. Tylko ich załogi zmieniały się. Pierwsza zmiana kończyła pracę o czternastej, następna o dwudziestej drugiej, zaś nocna o szóstej rano. A że we wrześniu wieczorem jest już ciemno, każdy z drugiej, już nie mówiąc o trzeciej zmianie, mógł się zakraść pod wiatę i bez większych przeszkód majstrować przy samochodzie.

Na dodatek wozy ustawiano tutaj tyłem do wjazdu. Człowiek, który dostał się pod wiatę, mógł spokojnie otworzyć maskę fiata. Ani wartownik, ani nikt z przypadkowo przechodzących nie zauważyłby tego. Dwie malutkie lampki Umieszczone pod maską samochodu także nie dawały tak wiele światła, aby dostrzeżono je z daleka. Natomiast były wystarczająco silne, aby przy ich blasku zręczny fachowiec odpowiednio zmienił instalację elektryczną.

Kierowca Jan Kowalski oświadczył, że w tygodniu, jaki upłynął pomiędzy przeglądem samochodu a kradzieżą pieniędzy, raz otworzył maskę i sprawdził, czy nie ma wycieku oleju. Instalacją elektryczną wcale się nie interesował, bo działała bardzo dobrze.

Nadzieje majora Janusza Kaczanowskiego na szybkie ustalenie grupki osób, wśród których należy szukać wspólnika bądź wspólników bandytów działających na autostradzie, od razu spaliły na panewce. W warunkach, jakie panowały na terenie Zakładów, tym wspólnikiem mógł być każdy zatrudniony na drugiej lub na trzeciej zmianie. Bagatela, przeszło tysiąc ludzi! Jak wśród nich znaleźć tego jedynego - właściwego?

Prowadzący śledztwo podjął jednak ten trud. Kilku ludzi majora pilnie studiowało wszystkie teczki personalne tych, którzy w krytycznym okresie, od pierwszego do szóstego września, pracowali na drugiej lub trzeciej zmianie. Właśnie ,bowiem trzydziestego pierwszego sierpnia fiat Kowalskiego wrócił z przeglądu technicznego. Wyłowiono kilkanaście osób, mających w przeszłości mniej lub bardziej poważne zatargi z prawem. Tę listę uzupełniali goście warszawskiej izby wytrzeźwień, bo i tacy się znaleźli. Znalazło się jeszcze kilku chuliganków nie cieszących się ani w fabryce, ani w Nadarzynie zbyt dobrą opinią. Doszło do tego także sporo obiboków i bumelantów oraz ludzi, którym z pensji potrącano różne długi lub alimenty. Pozostali to pracownicy Zakładów o kryształowej przeszłości.

Major zarządził dalszy wywiad o tych, których nawet trudno nazwać „podejrzanymi”. Dyskretna obserwacja, badanie stosunków rodzinnych, materialnych i tak dalej. W gruncie rzeczy oficer milicji był jednak przekonany, że w tej grupce nie znajdzie poszukiwanego człowieka.

Dużą pomocą okazała się panna Elżbieta Jarot. Dziewczyna początkowo spodziewała się tylko flirtu z przystojnym przedstawicielem MO, później jednak serio potraktowała swoją rolę. A że znała na terenie Zakładów prawie wszystkich i miała wszędzie dostęp, na każde spotkanie z majorem przynosiła sporo wiadomości. Niestety, nie było w nich nic konkretnego.

Tymczasem dwaj fachowcy, funkcjonariusze MO, których pułkownik Niemiroch posłał do pracy w fabryce, prędko nawiązali znajomości, a nawet prawie przyjaźnie z nowymi kolegami. O kradzieży mówiło się tutaj ciągle bardzo wiele. Nawet zakładano się, czy milicji uda się odzyskać pieniądze i ująć sprawców. Wysuwano najbardziej fantastyczne hipotezy. Ciekawe, że nikt jednak nie podejrzewał ani Jana Kowalskiego, ani Krystyny Paluchowej, ani Andrzeja Balickiego. Także uważano, że majster Walendziak i jego ludzie nie maczali w tym rąk.

Każda plotka, każda najbardziej bzdurna pogłoska czy przypuszczenie były przez majora i jego wspólników jak najstaranniej badane. Bez żadnego efektu.

Prokurator Boczkowski, który objął prowadzenie śledztwa, i pułkownik Niemiroch zżymali się, że wszystko idzie jak z kamienia. Jednakże przyznawali, że ani Kaczanowski, ani jego ludzie nie oszczędzali się. Pracowali, jeśli trzeba było, dzień i noc. Niestety, ciągle nie udawało się znaleźć tej nici przewodniej, która poprowadziłaby dochodzenie do zwycięskiego końca.

Jednocześnie nie ustawały poszukiwania wiśniowego fiata. Milicja drogowa w całym kraju obserwowała wozy tej marki i tej barwy. Na wszystkich giełdach samochodowych wywia-dowcy milicyjni oglądali każdego sprzedawanego fiata. Dyskretnie badali, czy pojazd nie był przemalowany. Milicjanci mundurowi niedyskretnie, ale bardzo uważnie przeglądali dokumenty rejestracyjne, czy nie są sfałszowane. Na próżno. Wiśniowy fiat przepadł, jak gdyby rozpuścił się w wodzie lub uleciał w stratosferę.

Tymczasem dwudziestego pierwszego września, gdzieś około godziny jedenastej, w pokoju majora Kaczanowskiego odezwał się telefon. Dzwonił kapitan Zajączkowski ze służby ruchu. Uradowany i nawet podniecony powiedział tylko dwa słowa:

- Mamy go!

- Kogo? - Janusz początkowo nie zrozumiał, o co chodzi i kto do niego mówi.

- Tu Zajączkowski - kapitan zorientował się w nieporozumieniu. - Znaleźliśmy nareszcie tego waszego cholernego wiśniowego fiata.

- Gdzie?

- O dwieście metrów od naszej komendy. Na ulicy Nowolipki.

- Niemożliwe.

- Gorzej, bo to właściwie nie myśmy znaleźli tego grata.

- A kto?

- Pewien facet. Nazywa się Edmund Kobyłkiewicz.

- Ten przemysłowiec? - Kaczanowski nie byłby warszawiakiem, gdyby nie słyszał o Edmundzie Kobyłkiewiczu. Najbogatszym chyba przedstawicielu „prywatnej inicjatywy”, właścicielu wytwórni jachtów i innych akcesoriów żeglarskich oraz wielbicielu pięknych kobiet i ładnych samochodów.

- Ten sam.

- Ale jak znalazł? Skąd w ogóle mógł wiedzieć, że poszukujemy wiśniowego fiata? Przecież żaden oficjalny komunikat w tej sprawie nie został wydany. Czyżby jakieś przecieki z wewnątrz? A poza tym sam nadmieniłeś, że samochód odnaleziono na Nowolipkach. O ile sobie przypominam, Kobyłkiewicz mieszka gdzie indziej.

- Niedaleko. Na Dzielnej.

- Teraz już nic nie rozumiem.

- Po co mam ci to opowiadać przez telefon. Właśnie mamy tu Kobyłkiewicza. Najlepiej będzie, jeśli skieruję go do ciebie i sami o tym porozmawiacie.

- A wóz?

- Nie bój się. Ściągnęliśmy go do naszych garaży i odpowiednio zabezpieczyli.

- Trzeba go dokładnie zbadać.

Kapitan roześmiał się.

- Ty, Januszku, uważasz, że my ze służby ruchu pierwszy dzień pracujemy w milicji i zupełnie nie wiemy, co robić w takim wypadku. Muszę cię uspokoić. Jutro od rana fachowcy wezmą się za ten wózek. Zresztą pobieżnie już go oglądali i niczego ciekawego nie wykryli. Dać ci Kobyłkiewicza?

- Dawaj. Przyjdę do ciebie, żeby nie błądził po całym gmachu.

- Nie fatyguj się. Odprowadzi go jeden z moich ludzi.

W kilka minut później do pokoju Kaczanowskiego wszedł wysoki mężczyzna o pięknych srebrnych włosach i ogorzałej od słońca twarzy. Przekroczył już sześćdziesiątkę, trzymał się jednak prosto i miał sprężyste ruchy. Biorąc pod uwagę wygląd i te pieniądze, nic dziwnego, że nawet młode dziewczyny traciły głowę dla bogatego przemysłowca.

Major powitał gościa jak starego znajomego. Poznali się bowiem przed pięcioma laty na Targach Poznańskich, na których oficer milicji przebywał służbowo, zaś przemysłowiec wystawiał swoje jachty. A poza tym Kobyłkiewicz był osobą znaną w stolicy. Często widywano go w „Victorii”, w „Bristolu” lub „Grand Hotelu”, już nie mówiąc o kawiarniach. Wprawdzie w tych drogich lokalach major bywał raczej rzadko i raczej służbowo, ale trudno mu było nie zauważyć charakterystycznej sylwetki byłego olimpijczyka.

- Dzień dobry panu. Proszę, niech pan siada - oficer milicji wskazał przemysłowcowi krzesło i podsunął papierosy. - My się znamy, prawda?

- Z Targów Poznańskich - Kobyłkiewicz także miał dobrą pamięć.

- Już mi zakomunikował kolega, odnalazł pan poszukiwanego przez nas wiśniowego fiata - major od razu przystąpił do rzeczy.

- Okradli mnie, łobuzy - wybuchnął przemysłowiec -rąbnęli mojego taunusa. Prawie nowa maszyna. Warta na giełdzie co najmniej sześćset tysięcy złotych. Ostatni model.

- To chyba jakieś nieporozumienie - zdziwił się major -kapitan Zajączkowski poinformował mnie, że pan odnalazł poszukiwany przez nas skradziony samochód. Natomiast nic nie wspominał o tym, że to pański wóz został zabrany.

- Ten fiat rzeczywiście się znalazł. Pod moim pokrowcem.

- Jak to się stało?

Przemysłowiec głęboko zaciągnął się papierosem, nerwowym ruchem zgniótł go w popielniczce i zaczął:

- Widzę, że muszę opowiedzieć od początku. Jak pan sam wie, lato w tym roku było fatalne. Lało i lało. Zwykle zamykam swoją wytwórnię na lipiec. Wszystkim, a więc i sobie, daję urlopy. Pracuje u mnie dwudziestu dziewięciu ludzi. Sami najlepsi fachowcy - dodał z dumą. - Udzielanie im urlopów w różnych porach roku bardzo by mi komplikowało produkcję. Ale w tym roku tak lało i tak było zimno, że pracownicy poprosili mnie o przeniesienie urlopów na wrzesień. Liczyli na lepszą pogodę w tym okresie. Chętnie się zgodziłem i pod koniec sierpnia zamknęliśmy budę. Słusznie jednak przewidywałem, że i we wrześniu pogoda będzie pod psem, więc wybrałem się z żoną na wyspy greckie.

- Dokąd?

- Na Rodos. Tam jest wprost wspaniale. Ciepło, znakomite hotele. Morze takie błękitne, a obsługa! Owoce, jakie tylko się zamarzy. Znakomicie przez te trzy tygodnie wypocząłem. Z całą życzliwością radzę majorowi spędzić tam najbliższy urlop.

Kaczanowski uśmiechnął się. Propozycja zabawna. Na Rodos za te sto trzydzieści dolarów, które można wykupić raz na trzy lata? Czy starczyłoby choćby tylko na podróż w obie strony?

- Naturalnie leciałem do Aten samolotem. Nie warto się tłuc autem. Za benzynę trzeba przecież płacić w dewizach, a za bilet lotniczy w złotówkach. Dlatego też postanowiłem przed wyjazdem zabezpieczyć samochód.

- Na strzeżonym parkingu? W garażu?

- Po co niepotrzebnie szastać pieniędzmi - zauważył Kobyłkiewicz - kiedy mieszka się w pobliżu Stołecznej Komendy MO. Nie mam garażu, bo i tak co dwa lata zmieniam auto. Garaż to marnotrawstwo. Po prostu zaparkowałem wóz na ulicy Nowolipki, tuż przy waszym gmachu. Nałożyłem na samochód pokrowiec i spokojnie pojechałem za granicę. Byłem pewien, że nikt mi wozu nie ruszy. Niestety, gorzko się przeliczyłem. To karygodne, żeby złodzieje mogli grasować pod bokiem milicji. Codziennie, co godzina chyba jeżdżą Nowolipkami milicyjne wozy i żaden się nie zainteresował, że przy moim samochodzie grzebią złodzieje. To skandal.

Oficera milicji bawił gniew i pretensje przemysłowca. Taki bogaty człowiek i żałował kilku setek na strzeżony parking. A może właśnie jest bogaty, bo umie robić tak małe oszczędności? Jednak zapytał grzecznie:

- Jak to się stało? Przecież pan nie mieszka na Nowolipkach?

- Mieszkam na Dzielnej, ale samochód zostawiłem na Nowolipkach, żeby był bliżej Was. Myślałem, że zwracacie uwagę przynajmniej na to, co się dzieje na najbliższej wam ulicy.

- A skąd milicja miała wiedzieć, że człowiek, który zdejmuje pokrowiec i uruchamia wóz, nie jest jego właścicielem? Gdybyśmy legitymowali wszystkich wsiadających do samochodów, musielibyśmy zatrudniać co najmniej pól miliona milicjantów.

- Mój taunus jest chyba dostatecznie znany w Warszawie. Nie ma takiego drugiego wozu w całej Polsce.

Major doszedł do przekonania, że nie miałoby sensu dalsze prowadzenie sporu na ten temat. Zapytał więc spokojnie i rzeczowo:

- Kiedy zauważył pan kradzież?

- Przed godziną.

- Pan dzisiaj wrócił do kraju?

- Nie. Już przed czterema dniami. Ale nie potrzebowałem samochodu. Mamy przecież takie dobre połączenia autobusowe i tramwajowe, że marnotrawstwem jest jeżdżenie samochodem po ulicach Warszawy. Widziałem, że samochód stoi przykryty pokrowcem w miejscu, gdzie go zostawiłem. Dopiero dzisiaj podszedłem do wozu. Kiedy zacząłem zdejmować brezent, sądziłem, że mi się w oczach mieni. Zamiast białego koloru widzę ciemnoczerwony dach. Kiedy już ściągnąłem cały pokrowiec, jeszcze nie wierzyłem własnym oczom. Gdzieś się podział mój biały taunus albo po prostu zamienił się w wiśniowego fiata, numer WW 28-47. Bez tchu pobiegłem na milicję. A d panowie zamiast się martwić i szukać mojego auta, strasznie się ucieszyli.

- Czy wóz był otwarty? - Kaczanowski z trudem stłumił

śmiech. Bawił go zarówno pomysł złodziei, jak też i zachowanie się przemysłowca.

- Tak. Drzwiczki nie były zamknięte, a kluczyki tkwiły w stacyjce.

- Jakie zabezpieczenie miał pański taunus?

- Normalne. Kluczyki do drzwi i do stacyjki oraz blokadę kierownicy.

- Jak się pan sam przekonał, fachowy złodziej potrafi uporać się z takimi przeszkodami. Pewnie pan nie zamknął całkowicie szyb?

- Tak. Zostawiłem małe szparki dla przewiewu.

- Złodziej skorzystał z tego i za pomocą pętli z drutu wyciągnął do góry kołeczek blokujący zamek drzwi. A może zbił szybę lub wypchnął wywietrznik? Kiedy już się dostał do środka, połączył przewody poza stacyjką, a blokadę kierownicy po prostu rozmontował lub wyłamał. Zostawienie w tym miejscu innego auta pod pańskim pokrowcem było dobrym sposobem ukrycia kradzieży. Nawet pan, właściciel wozu, tego od razu nie spostrzegł.

- Synowa przyjeżdżała co parę dni podlewać kwiaty w naszym mieszkaniu. Także przechodziła koło tego samochodu - przyznał Kobyłkiewicz - i nic nie zauważyła.

- Trzeba było jej zostawić auto i kluczyki. Może by nie doszło do kradzieży?

- Takiego samochodu nie zostawia się nawet synowi. Zresztą po co? Oni mają swojego malucha.

- Czy pan kogoś specjalnie podejrzewa?

- Nikogo. Musicie ten wóz jak najprędzej znaleźć -Kobyłkiewicz znowu się zdenerwował — dopóki go nie przemalują albo nie sprzedadzą na części.

- Na pewno znajdziemy. Najdalej za parę dni - trochę na wyrost obiecał major - będziemy go szukać w całym kraju. Może pan być spokojny.

- Łatwo panu mówić „spokojny”. Samochód za sześćset tysięcy złotych.

- Czy kapitan Zajączkowski wziął od pana wszystkie dane skradzionego wozu?

- Tak. Poza tym zostawiłem kolorową fotografię auta.

- To doskonale. Niech pan spokojnie czeka. Na pewno samochód znajdziemy w krótkim czasie.

- Oby tak było - Kobyłkiewicz pożegnał się i wyszedł.

Kaczanowski wyjął z szuflady magnetofon, na którym dyskretnie nagrał całą rozmowę, i poszedł z nim do zwierzchnika. Pułkownik Niemiroch także nie bardzo zmartwił się stratą fabrykanta, natomiast wyraźnie ucieszył się odnalezieniem wiśniowego fiata.

- Wprawdzie to nie nasza zasługa - stwierdził - ale może nareszcie śledztwo ruszy z miejsca.

- Wątpię - tym razem major był pesymistą - z przebiegu wydarzeń wyraźnie widać, że mamy do czynienia z wyjątkowo sprytnymi łajdakami. Nie pozbawionymi także swoistego poczucia humoru. Najlepszy dowód, że poszukiwane przez milicję całego kraju auto schowali pod naszym bokiem. I to w jak przemyślny sposób. Oni nie popełnią tak naiwnego błędu, aby w tym samochodzie zostawić odciski swoich palców, jakiś inny ślad lub mikroślad.

- Jednak nawet teraz udzielili nam pewnej dość ważnej informacji.

- Myślisz o Kobyłkiewiczu?

- Tak - przyznał pułkownik - złodzieje, a przynajmniej jeden z nich, dobrze znają Kobyłkiewicza i jego zwyczaje. A także ten samochód i pokrowiec. Skąd inaczej wiedzieliby, że to wózek naszego przemysłowca?

- Mogli się tym w ogóle nie interesować.

- Co masz na myśli?

- W ich planach leżało, aby jak najdłużej ukryć przed nami wiśniowego fiata. Zauważyli, że na Nowolipkach stoi jakiś samochód w pokrowcu. Po warstwie kurzu na brezencie łatwo się domyślić, że auto nie jest używane. Przypuszczam, że tych spostrzeżeń dokonali jeszcze przed kradzieżą pieniędzy. Z autostrady pod Nadarzynem przestępcy przyjechali prosto tutaj, zdjęli pokrowiec, zauważyli, że w środku znajduje się piękny taunus. Być może to ich zaskoczyło? Nie szukali takiego luksusowego wozu, trudniejszego do uruchomienia. Ale jakoś sobie z tym poradzili. A fiat spokojnie pozostał pod pokrowcem. Tuż przy naszym gmachu. Wiadomo, pod lampą zawsze jest najciemniej.

- A co zrobili z taunusem?

- A co zrobili? Gdzieś podrzucili. Nie kradli go, aby jeździć nim lub go sprzedać. Po co? Ludzie mający w rękach przeszło siedem milionów złotych nie muszą ryzykować robieniem małych kantów.

- Nie takich znowu małych. Sześćset tysięcy to nie w kij dmuchał.

- Dla innych. Nie dla nich. Nie zapominaj o proporcjach. Dla każdego z nas duży kant. Dla właścicieli siedmiu milionów zaledwie kancik, a jeszcze pozostawienie śladu.

- Masz rację.

- Samochód znajdziemy bez trudu. Pewnie stoi gdzieś na parkingu. I to w Warszawie, bo nie przypuszczam, aby chcieli się narażać na dodatkowe niebezpieczeństwo.

- Mogli z dużo mniejszym ryzykiem znaleźć jakiś inny wóz stojący pod pokrowcem.

- Oczywiście, że mogli. Ale pozostawienie wiśniowego fiata prawie naprzeciwko Pałacu Mostowskich jest właśnie swoistym przejawem humoru tych złodziei.

- Dam ja im humor! - odgrażał się pułkownik. - Czy wydałeś już dyspozycje, aby dokładnie przeszukano odnaleziony wóz?

- Nie wydawałem, bo kapitan Zajączkowski ze służby ruchu zawiadomił mnie, iż sami zajmą się tą sprawą. Jutro dokonają ekspertyzy.

- Bądź przy tym obecny. Niech zwrócą uwagę na mikroślady.

- Dobrze - major stwierdził, że teraz jego potraktowano w identyczny sposób, jak on to uczynił z młodszyi kolegą, kapitanem Zajączkowskim. Przecież i bez tego polecenia od rana tkwiłby przy odzyskanym wiśniowym fiacie.

- Trzeba jednak zająć się bliżej otoczeniem Kobyłkiewicza. Przede wszystkim, kto u niego pracuje? Lub pracował do niedawna? Nie można wykluczyć, że przestępcy znali zwyczaje fabrykanta i wiedzieli, z czyjego pokrowca korzystają.

- Rozumiem - zgodził się major - w tej sprawie nie można zaniedbać najmniejszego drobiazgu. Zaraz wydam odpowiednie polecenie. Sprawa mi się rozrasta gigantycznie, a jeszcze właściwie nie ruszyliśmy jej z miejsca.

- Może ten samochód... - pułkownik nie tracił nadziei.





Rozdział szósty

Nareszcie pierwszy podejrzany



Tym razem major Janusz Kaczanowski miał rację. Nadzieje pułkownika Niemirocha okazały się złudne. Badanie samochodu nie pozwoliło rozwiązać zagadki zuchwałego zagarnięcia przeszło siedmiu milionów złotych. Na próżno najlepsi specjaliści biedzili się nad ekspertyzą odnalezionego fiata. Cały silnik był dokładnie wymyty naftą. Jej zapach jeszcze się zachował, pomimo że auto stało przeszło dwa tygodnie pod pokrowcem. Tym samym płynem umyto kierownicę, deskę rozdzielczą, pedały i siedzenia.

Nafta zmyła wszelkie ewentualne ślady odcisków palców i usunęła mikroślady. Z największym też wysiłkiem udało się zabezpieczyć znalezione odrobiny pyłu na oparciu siedzenia kierowcy. Niestety, z tej odrobiny Zakładowi Kryminalistyki udało się jedynie ustalić, że materiał, z którego ten pyłek pochodził, był koloru stalowego, takiego samego jak mundurowe marynarki milicjantów. Czy był to identyczny gatunek sukna, tego już nie potwierdzono. A więc nawet zagadka - prawdziwy czy fałszywy milicjant - nadal pozostała tajemnicą.

Natomiast fachowcy bez trudu przekonali się, że ich hipotezy o przerobieniu instalacji elektrycznej były słuszne. Wprawdzie instalacja ta została przez przestępców przywrócona do pierwotnego stanu, ale pozostały wyraźne ślady majstrowania przy rozruszniku. Zaś pod deską rozdzielczą, na prawo od stacyjki mieszczącej się, jak wiadomo, w osłonie kierownicy, odnaleziono dwa maleńkie otworki. Były one założone czarną szpachlówką i prawie niewidoczne, ale dokładne oględziny wozu rychło zdemaskowały ten kamuflaż. Nie ulegało dla fachowców żadnej wątpliwości, że w tym dyskretnym miejscu umocowany był wyłącznik przerywający prąd płynący z akumulatora do rozrusznika.

Przestępca, siedzący za kierownicą i manipulując kluczykiem od stacyjki, jednocześnie innymi palcami nacisnął guziczek wyłącznika. Silnik nie mógł zaskoczyć. Kiedy zaś trzech mężczyzn pchało samochód pod górę, drugi ruch ręki przywracał dopływ prądu. Pomysł prosty, mało skomplikowany przy wykonaniu. Kabelek i wyłącznik można było przygotować odpowiednio wcześniej i następnie, przy nadarzającej się okazji dojścia do samochodu, całą instalację szybko zamontować.

Eksperci ze stoperem w ręku wyliczyli, że manipulacje te zajmowały zaledwie siedem do dwunastu minut. Przy pewnych ćwiczeniach, a niewątpliwie przestępcy takie próby musieli przeprowadzać, czas ten dawał się zredukować do pięciu minut.

Nie stanowiło więc specjalnego problemu dla złodzieja zakradnięcie się wieczorem lub w nocy pod wiatę. Kilkuminutowej operacji pod maską nikt nie zauważył.

Po oględzinach samochód zwrócono Zakładom Aparatury Precyzyjnej w Nadarzynie. Kierowca Jan Kowalski z tryumfem odwiózł go na miejsce. Dla niego był to rzeczywiście sukces. Odzyskał swój warsztat pracy i nie musiał odrabiać godzin przy naprawie innych wozów. Natomiast major Kaczanowski odnotował swoją kolejną porażkę.

Znowu upłynęło przeszło dwa. tygodnie. „Wtyczki” w Zakładach Aparatury Precyzyjnej pracowały tam nadal. Ci ludzie zadomowili się w fabryce i chyba nic tam się nie działo, o czym by oni nie wiedzieli. Flirt z przystojną Elą Jarot był coraz bardziej przyjemny, ale i dziewczyna pomimo najlepszych chęci nie wniosła niczego nowego do sprawy.

Prokurator zawiedziony ślamazarnym posuwaniem się Śledztwa zaprzestał codziennego telefonowania do Pałacu Mostowskich, aby się dowiedzieć, czy nie zaszło coś nowego. Pułkownik Niemiroch milczał, ale z wyrzutem patrzył na przyjaciela. Major sam dobrze wiedział, że nie ma się czym chwalić. ,Pomimo ogromnych wysiłków i zaangażowania ludzi sprawa nie ruszyła nawet o krok.

Jednakże pewnego październikowego dnia w Pałacu Mostowskich zjawił się starszy sierżant Stanisław Jastrzębski, jeden z dwóch ludzi oddelegowanych przez MO do pracy w Zakładach. Wywiadowca nie mógł opanować podniecenia. Rzeczywiście przyniósł „bombę”.

Każdy, kto jeździ szosą z Pruszkowa do Żyrardowa, tuż przy wjeździe do tego drugiego miasta napotyka dużą tablicę. „Naprawy samochodów. Blacharstwo”. Pod tym napisem jest strzałka wskazująca w prawo i objaśnienie, że warsztat znajduje się pięćset metrów dalej. Ci zaś, którzy kiedykolwiek skorzystali z pomocy tego warsztatu, wiedzą, że jego właścicielem jest stary, doświadczony mechanik samochodowy, pan January Godlewski. Zatrudniał on jednego pomocnika i dwóch uczniów. A że roboty wykonywane były solidnie i względnie tanio, Godlewski nie mógł się skarżyć na brak zajęcia. Wśród samochodów remontowanych w tej placówce nie brakowało także należących do pracowników fabryki w Nadarzynie.

January Godlewski już od paru lat narzekał, że ze zdrowiem nietęgo. Dokucza mu noga, w czasie wojny przestrzelona hitlerowską kulą, gnębił także reumatyzm. A i z sercem nie to, co dawniej. Wspominał, że chyba przyjdzie mu zlikwidować warsztat i przejść na zasłużoną emeryturę.

I oto rozmawiając z jednym z pracowników Zakładów Aparatury Precyzyjnej, wywiadowca Jastrzębski usłyszał ciekawą nowinę. Godlewski sprzedaje swój warsztat. Znalazł dobrego kupca. Dostaje sześćset tysięcy złotych. W zamian za oddanie placówki w pełnym ruchu. Nabywca będzie płacił staremu mechanikowi dodatkowo za to, że ten jeszcze jakiś czas popracuje na dawnym miejscu, aby przejście warsztatu w nowe ręce nie odstraszyło stałej klienteli.

Tym nowym nabywcą jest pracownik Zakładów, Marcin Lisek.

Jastrzębski od razu przeprowadził dyskretny wywiad o panu Lisku. Jest to młody człowiek, liczący sobie zaledwie dwadzieścia pięć lat. Lisek jest dobrym specjalistą, mechanikiem samochodowym. Pracuje w fabrycznym warsztacie remontowym przeszło trzy lata. Przed tym skończył „samochodówkę” w Łodzi, a w czasie służby wojskowej także był zatrudniony w swoim fachu. Nie ma zatem obawy, aby przejmowana przez niego placówka obniżyła standard swoich usług.

Skąd natomiast młody mechanik wziął ogromną, jak na jego możliwości zarobkowe, kwotę sześciuset tysięcy złotych?

Major Kaczanowski zainteresował się tą nowiną. Pasowała ona idealnie do hipotezy, że trzeci wspólnik złodziei jest także młodym mężczyzną. Potwierdzała przypuszczenia, że ludzie mający w swoich rękach przeszło siedem milionów złotych zaczną te pieniądze wydawać. Żeby zaspokoić swoje zachcianki lub żeby zapewnić sobie spokojną przyszłość. A własny warsztat samochodowy to zupełnie przyzwoite zapewnienie tej przyszłości. Zwłaszcza jeżeli ma się ze dwa miliony złotych w zanadrzu.

Marcin Lisek był mechanikiem samochodowym, zatrudnionym właśnie w warsztacie naprawczym. Mógł znaleźć czas i okazję, aby pracując w godzinach nadliczbowych „poprawić” wiśniowego fiata. Nie po raz pierwszy okazało się, że powiedzenie „ręczę głową za uczciwość moich ludzi” jest tylko pustym dźwiękiem, bo tak naprawdę nikt nie zna drugiego człowieka. A czy nawet zna samego siebie? Czy może przewidzieć, jak zareaguje na różne pokusy? Wielki pieniądz to ogromna pokusa. Na próżno więc majster Walendziak zapewniał majora, że żaden z jego ludzi nie miał do czynienia z kradzieżą.

Major postanowił działać bardzo ostrożnie, aby nie spłoszyć przestępcy. Ten człowiek, zaalarmowany przed zawarciem .transakcji i położeniem gotówki na stół, mógłby się wszystkiego wyprzeć. Oświadczyłby po prostu, że zrobił ze starego Godlewskiego „balona” albo że znając cenę sprzedaży warsztatu w Żyrardowie, chciał sam znaleźć kupca i zarobić na pośrednictwie.

Pojawienie się oficera milicji w Nadarzynie i jego wizyta w wydziale personalnym nie mogłaby ujść uwagi. W Zakładach aż się roiło od plotek na temat kradzieży i postępów śledztwa. Dlatego też oficer milicji postanowił uciec się do pomocy Elżbiety Jarot. Ku zdziwieniu majora dziewczyna zapytana o Marcina Liska od razu odpowiedziała:

- To ten, co kupił warsztat samochodowy w Żyrardowie. Odchodzi od nas. Już złożył wymówienie.

- Słyszałaś o tym?

- Cała fabryka o tym mówi. Udało się chłopakowi. Sześćset tysięcy za taki punkt i za już dobrze prosperujące przedsiębiorstwo to przecież prawie darmo. Teraz chodzi po fabryce i wszystkich właścicieli samochodów zawiadamia o tym, że przejmuje warsztat Godlewskiego i żeby z naprawami swoich wozów zwracali się do niego. Z Nadarzyna do Żyrardowa niedaleko.

- A skąd wziął sześćset tysięcy złotych na kupno warsztatu? O tym nie mówił?

Panna Ela roześmiała się.

- Nie mówił. Podejrzewasz go, Januszku?

- Ja wszystkich podejrzewam.

- Mnie także?

- No, może dla ciebie zrobię mały wyjątek. Co jeszcze słyszałaś o tym Lisku?

- Nic. Znam go bardzo mało. Pracuję w zaopatrzeniu i kierownik warsztatu, pan Walendziak, często składa zapotrzebowanie na części. Parę razy jeździłam z Liskiem do hurtowni po odbiór jakichś detali samochodowych. Wydawał mi się sympatycznym, zaradnym chłopakiem.

Dokładniejszych informacji major postanowił szukać w Żyrardowie, w tamtejszej komendzie MO. Tam naturalnie Januarego Godlewskiego dobrze znano. Miano o nim doskonałą opinię. Wiedziano także, że sprzedał swój warsztat. Nowy nabywca już załatwia niezbędne formalności i od pierwszego listopada oficjalnie przejmuje tę placówkę. W Żyrardowie nie robiono mu żadnych trudności. Wykształcenie odpowiednie, warsztat jest bardzo potrzebny, więc wszystko w porządku. Dalsza praca dawnego właściciela dawała gwarancję solidności usług.

Co do ceny nabycia, sześciuset tysięcy złotych, to tutaj uważano ją za niezbyt wysoką, ale i nie za specjalnie zaniżoną. Zdawano sobie sprawę, że taka sama placówka w stolicy byłaby znacznie więcej warta.

Milicja w Nadarzynie miała dość skąpe wiadomości o Marcinie Lisku. Wiedziano tylko, że mieszka wraz z żoną w pobliskiej osadzie Siestrzeniu u swoich rodziców, którzy tam mają gospodarstwo rolne. Żona nie pracuje, zajmuje się wychowywaniem dwuletniego synka i pomaga w gospodarstwie teściów. Sama zresztą pochodzi także z rodziny chłopskiej gdzieś spod Grójca.

Po naradz