Main Sprawa dla jednego

Sprawa dla jednego

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Powieść kryminalna, której akcja rozgrywa się na warszawskim Targówku.

Książka ma 192 strony.

Year:
1978
Publisher:
Krajowa Agencja Wydawnicza
Language:
polish
ISBN:
68610
File:
EPUB, 594 KB
Download (epub, 594 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Alfabetyczny morderca

Year:
1981
Language:
polish
File:
EPUB, 234 KB
0 / 0
2

Nagła śmierć kibica

Year:
1978
Language:
polish
File:
EPUB, 549 KB
0 / 0
Jerzy Edigey



Sprawa dla jednego





Śmierć na ulicy Wilczej



Zapadł zmierzch. Tego dnia wcześniejszy niż zazwyczaj, bo chociaż minęła dopiero połowa września, było chłodno, a czarne chmury wędrowały po niebie. Kilka razy dobrze popadało, lecz teraz, wieczorem, jezdnie i chodniki obeschły. Przy tak niepewnej pogodzie nikt bez wyraźnej potrzeby nie wychodzi z domu. Nic więc dziwnego, że na ulicy Wilczej, nawet na jej najruchliwszym odcinku, tym pomiędzy Marszałkowską a Kruczą, było dość pustawo.

Pani Maria Bolecka spieszyła się do domu. Mieszkała niedaleko, na Mokotowskiej. Jak prawie każda kobieta wracająca z pracy, w jednej ręce miała torebkę, w drugiej pokaźnych rozmiarów siatkę wyładowaną zakupami. I nagle – co za pech! – pani Bolecka poczuła, że odpięła się jej podwiązka. A tu obie ręce zajęte. Jeszcze parę kroków i drugie zapięcie także puściło. Pończocha zaczęła się powoli zsuwać z nogi. Wprawdzie współczesne kobiety preferują rajstopy, ale pani Bolecka była wierna pończochom i elastycznemu paskowi tuszującemu trochę jej nieco zbyt wydatne kształty.

W tej sytuacji nie pozostawało nic innego, jak schronić się do najbliższej bramy, żeby tam poprawić garderobę.



Pani Maria postawiła siatkę z zakupami na betonie, położyła na niej torebkę i mając obie ręce wolne zajęła się nieposłuszną pończochą. Kiedy kończyła te niezbyt skomplikowane zabiegi, prawie tuż przed samą bramą zatrzymała się syrena. Wysiadł z niej średniego wzrostu mężczyzna w brązowym garniturze, bez płaszcza i bez nakrycia głowy. Pani Bolecka wyraźnie dostrzegła ślady dość zaawansowanej łysiny, której już nie udawało się ukryć przez zaczesywanie włosów do góry.

Kierowca zamykał drzwi samochodu, kiedy zbliżył się do niego jakiś mężczyzna. Wysoki, raczej młody, w jasnym płaszczu i w popielatej czapce-cyklistówce nasuniętej na głowę tak, że zasłaniała górną połowę twarzy. Mężczyzna powiedział coś do kierowcy. Ten podziękował mu lekkim skinieniem głowy i zaraz przeszedł na tył samochodu, aby nachylić się nad bagażnikiem. Wydawało się, ż; e próbował go otworzyć, a może sprawdzał, czy zamek trzyma.

Kiedy człowiek w brązowym ubraniu pochylił się, ten drugi, w jasnym płaszczu, nagle podniósł ramię. Pani Bolecka zdążyła zobaczyć, że mężczyzna trzyma w ręce jakiś czarny przedmiot i zaraz piekielny cios spadł na głowę kierowcy.

Człowiek w brązowym garniturze osunął się bez jęku na tył samochodu, a potem bezwładnie stoczył na jezdnię. Napastnik odskoczył od auta i szybkim krokiem podążył w stronę Kruczej.

W tym momencie pani Bolecka uświadomiła sobie, czego była świadkiem, i ile sił w płucach zaniosła się krzykiem: – Ratunku! Milicja!

Napastnik obejrzał się i przyspieszył kroku. Doszedł, a właściwie dobiegł, do małej przerwy pomiędzy domami i tam, koło warsztatu naprawy maszyn biurowych, zniknął.



Pani Bolecka ciągle krzyczała:

– Ratunku, ratunku! Milicja!

Jej krzyki zaalarmowały przechodniów. Wśród nich sierżanta milicji. Nadbiegł od strony Marszałkowskiej. Widocznie szedł Wilczą w kierunku znajdującej się przy tej ulicy dzielnicowej komendy MO.

Milicjant zajął się leżącym. Był nieprzytomny. Koło jego głowy rozlewała się szybko rosnąca kałuża krwi. Sierżant widząc, że sam nic nie poradzi, polecił komuś z ciągle zwiększającej się grupki ludzi wezwać pogotowie ratunkowe i zawiadomić komendę milicji. Telefon na szczęście znajdował się w najbliższym sklepie. Jakiś młody człowiek zaofiarował się pobiec do komendy, aby i w ten sposób ją zaalarmować.

– Może pomóc? Jestem lekarzem – starszy siwy pan zbliżył się do sierżanta. Pochylił się nad leżącym.

– Tu potrzeba natychmiastowej interwencji chirurga – stwierdził po chwili. – Obawiam się najgorszego – zmiażdżenia sklepienia czaszki i uszkodzenia mózgu.

– Już wezwałem pogotowie – informował mężczyzna, który wrócił ze sklepu – zawiadomiłem także milicję.

– Niech pan doktor pomoże tej kobiecie – sierżant wskazał na panią Bolecką, która przeżywała wstrząs. Ciągle stała w bramie domu, kurczowo trzymając się framugi. Siatka z zakupami i torebka leżały u jej stóp.

Lekarz podszedł do pani Marii, podniósł jej rzeczy, a następnie, ująwszy ją pod ramię, zaprowadził do najbliższego sklepu i tam posadził na krześle. Więcej nie mógł zrobić. Nie miał przy sobie żadnych leków, w sklepie także nie było apteczki pierwszej pomocy. Ekspedientka przyniosła po prostu szklankę wody, co zresztą bardzo pomogło przestraszonej i zszokowanej kobiecie.

Tymczasem od strony Kruczej przybiegło trzech milicjantów. To młody człowiek sprowadził posiłki sierżantowi. Prawie jednocześnie nadjechała karetka pogotowia i milicyjny radiowóz. Funkcjonariusze milicji odsunęli powiększający się tłumek ludzi; wiadomo – gapiów nigdy nie zabraknie. Lekarz przystąpił do fachowych oględzin. Jego opinia pokrywała się ze zdaniem kolegi, który przedtem badał rannego.

– Natychmiast zabieramy go na Kasprzaka – oświadczył lekarz pogotowia. – Mają tam dzisiaj ostry dyżur. Nie ma ani chwili do stracenia.

Kierowca i noszowy szybko postawili nosze – zręcznie ułożyli na nich napadniętego.

– Roszkowski, jedźcie z panem doktorem – polecił jednemu ze swoich ludzi dowódca radiowozu, starszy sierżant. – Ustalicie tożsamość rannego i zabezpieczycie wszystkie rzeczy, jakie ten człowiek ma przy sobie. Odwieziecie cały majdan od razu do Pałacu Mostowskich.

Karetka pogotowia na sygnale pognała w stronę szpitala. Jej miejsce zajął drugi wóz milicyjny. To z Komendy Stołecznej przyjechała ekipa dochodzeniowa. Kapitan Janusz Tokarski, który kierował tą grupą, spytał:

– Co tu się stało?

– Usłyszałem krzyk: „Ratunku, milicja!” – meldował sierżant Krawczyk. – Szedłem właśnie Marszałkowską i skręciłem w Wilczą, do naszej komendy. Krzyczała kobieta. Rzuciłem się biegiem w tę stronę. Znalazłem leżącego koło samochodu rannego z rozbitą głową. Był nieprzytomny. Widząc, że nic mu nie pomogę, wezwałem pogotowie ratunkowe. Telefonowano także do komendy stołecznej, a z dzielnicowej przybiegło trzech kolegów do pomocy. Przyjechał również radiowóz.

– Gdzie ten człowiek?

– Przed chwilą zabrało go pogotowie.

– Kto mu rozbił głowę?

– Nie wiem. Ja nic nie widziałem. Usłyszałem tylko krzyk kobiety.



– Gdzie jest ta kobieta?

Sierżant spojrzał w kierunku bramy, gdzie niedawno widział panią Bolecką. – Tam stała, ale teraz jej nie ma.

– Jak się nazywa ranny?

– Nie wiem. Nie przeszukaliśmy jego ubrania. Lekarz mówił, że stan bardzo ciężki i trzeba natychmiast wieźć go na salę operacyjną. – Biedny sierżant orientował się, że sporo „zawalił”.

– Z chorym pojechał kapral Roszkowski – dowódca radiowozu przyszedł z pomocą koledze. – Poleciłem kapralowi, aby ustalił tożsamość rannego i dostarczył jego rzeczy do Pałacu Mostowskich. A kobieta, która podniosła alarm, jest tu, w tym sklepie. Zaprowadził ją tam lekarz, niestety on także znalazł się tutaj przypadkiem i niewiele mógł nam pomóc.

– Bierzcie się do roboty – kapitan wydał polecenie swojej ekipie – a was poproszę o odsunięcie tego tłumu. Przecież w takich warunkach nie można pracować. Ja porozmawiam z tą kobietą – to mówiąc Tokarski skierował się do wskazanego mu sklepu.

Nawet nie potrzebował pytać, kto jest świadkiem wypadku. Pani Maria Bolecka siedziała na krześle pod ścianą nadal bardzo blada. Kapitan bez ceremonii wyprosił ze sklepu wszystkich klientów i gapiów, których i tutaj nie brakowało. Kierowniczce sklepu polecił zamknąć drzwi na klucz. Następnie zwrócił się do siedzącej:

– Co się pani stało?

– To było straszne! – Kobieta starała się opanować i mówić jak najwyraźniej. – On na moich oczach zabił tego człowieka. Uderzył w głowę…

– Jaki on?

– Nie wiem.

– Niech się pani opanuje i postara sobie przypomnieć – surowo powiedział Tokarski. – Jak to było?



– Ja… ja stałam w bramie. Zapinałam pończochę. Pod dom podjechał samochód. Wysiadł z niego jakiś łysawy mężczyzna w brązowym garniturze. Zamykał drzwi auta, kiedy podszedł do niego inny mężczyzna – pani Bolecka w miarę opowiadania uspokajała się – i zwrócił mu na coś uwagę. Nie słyszałam słów, ale domyśliłam się z gestów, bo obaj podeszli do bagażnika. Kierowca nachylił się, ten drugi uderzył go w głowę. To było straszne…

– Niech się pani nie denerwuje – oficer milicji starał się przywrócić spokój kobiecie – rannego już zabrano do szpitala… Widziała pani coś jeszcze?

– Ten drugi odszedł. Zaczęłam krzyczeć „ratunku” i on chyba wtedy rzucił się biegiem do ucieczki i skręcił w prawo. W tę przerwę pomiędzy domami. Był w jasnym płaszczu i w popielatej czapce nasuniętej na oczy.

– Chwileczkę – Tokarski przerwał rozmowę, wyszedł ze sklepu i polecił dwóm milicjantom przeszukać wskazany przez panią Bolecką teren.

– My to przejście znamy, panie kapitanie! – odpowiedział jeden z milicjantów komendy dzielnicowej. – Tamtędy przechodzi się na Piękną. Na tyłach kina „Polonia”. Na pewno bandzior dawno zwiał.

– Proszę jednak dokładnie przeszukać zakamarki i przepytać ludzi. Może ktoś coś zauważył. Facet w jasnym płaszczu, popielata czapka.

Kapitan wrócił do sklepu.

– Co jeszcze pani zauważyła?

– Nic więcej.

– Pani zna tego rannego?

– Nie. Pierwszy raz go widziałam.

– Pani tu mieszka? Jak się pani nazywa?

– Maria Bolecka. Mieszkam na Mokotowskiej. Zaraz przy rogu Wilczej.

A co pani tutaj robiła?



– Przecież mówiłam! – Kobieta znowu się zdenerwowała. – Poprawiałam w bramie pończochę! Wracałam do domu. Z pracy. Wysiadłam z tramwaju przy MDM-ie i przeszłam Marszałkowską do Wilczej. Skręciłam w Wilczą, żeby dojść do Mokotowskiej.

– Z której strony podjechał samochód?

– Od Kruczej, bo na Wilczej jest przecież ruch jednostronny.

– A ten człowiek w płaszczu?

– Zauważyłam go dopiero wtedy, kiedy podszedł do tego w brązowym garniturze.

– Czy napastnik miał coś w ręce?

– Jakiś czarny przedmiot. Ale nie wiem, co to było.

– A kiedy tamci dwaj rozmawiali ze sobą, widziała pani twarz napastnika?

– Nie. Nie przyglądałam się. Zresztą stał tyłem do mnie. On był na trotuarze, a kierowca na jezdni, przy samochodzie.

– Jak był ubrany napastnik?

– Przecież mówiłam! Jasny płaszcz, prochowiec. Dość brudny i chyba stary.

– A spodnie? Buty?

– Spodnie! – Pani Bolecka ożywiła się. – Nosił tak modne teraz dżinsy. Jasnoniebieskie. Na jednej nogawce miał dużą plamę, jakby po jakimś smarze. To była prawa nogawka, a plama miała kształt gęsiego jaja. To zauważyłam jeszcze przedtem, zanim ten człowiek uderzył kierowcę. Nawet sobie pomyślałam, że taka plama jest bardzo trudna do usunięcia. Bo ja, panie kapitanie, pracuję w pralni chemicznej. Na ulicy Topiel. I dlatego tę plamę od razu zauważyłam. Płaszcz, był także przybrudzony.

– Brawo! – ucieszył się Tokarski. – Najpierw pani mówi, że nic pani nie pamięta, nie widziała, a potem przekazuje mi ważne rzeczy.

– A ten napadnięty? Będzie żył?

– Zabrało go pogotowie – powtórzył Tokarski. – Lekarz mówił, że stan jest bardzo ciężki.

– Czy mogę już iść do domu? Czuję się lepiej.

– Może panią odwieźć albo odprowadzić?

– Nie. Dziękuję. Sama dojdę. Nie taka ze mnie stara baba.

– Ale cóż znowu! Nie to miałem na myśli. Taki wypadek nawet najmłodszą zdenerwuje – oponował oficer milicji. – Pozwoli pani, że zapiszę jej adres. Dostanie pani wezwanie do komendy stołecznej, gdzie panią oficjalnie przesłuchamy.

– No i co? – Tokarski po rozmowie z panią Bolecką wrócił do swoich ludzi.

– Znaleźliśmy narzędzie zbrodni – jeden z techników dochodzeniowych pokazał kapitanowi dwukilogramowy odważnik ze śladami krwi. – Leżał pod samochodem.

– Przesłać od razu do Zakładu Kryminalistyki – zadecydował Tokarski. – A samochód? Oglądaliście?

– Nic w nim nie ma. Bagażnik zamknięty. Na razie nie próbowaliśmy otwierać. Chyba przetransportujemy auto do Pałacu Mostowskich i tam je dokładnie zbadamy.

– Dobrze – zgodził się kapitan. – A co z tym przejściem na Piękną?

– Żadnych śladów. Nikt też nie zauważył mężczyzny w jasnym płaszczu.

– Czy możemy już odjechać? – dopytywał się dowódca radiowozu.

– Jedźcie. My też będziemy się stąd zabierać. Jankowski, potraficie uruchomić tę syrenkę?

– Zrobi się, panie kapitanie. Podłączę za stacyjką. Przecież już ją otworzyłem, chociaż była zamknięta na kluczyk.

– No, to jedźcie nią do Mostowskich. A my za wami. Ruszyli. Na Wilczej, tuż przy krawężniku trotuaru, pozostała ciemna, czerwona plama. Jedyny znak po tragedii, która zdarzyła się tak niedawno.

W Stołecznej Komendzie MO znano już personalia. Niestety, ofiara napadu zmarła, zanim pogotowie dojechało do szpitala. Mężczyzna nazywał się Zygmunt Stojanowski. Z zawodu był inżynierem magistrem budownictwa lądowego. Pracował w Przedsiębiorstwie Robót Budowlanych. Samochód marki „Syrena” był jego własnością. Sto janowski mieszkał w domu przy ulicy Wilczej. W tym, przed bramą którego go zabito. Ostatnio pracował przy budowie Trasy Toruńskiej. W odpowiedniej rubryce dowodu osobistego Stojanowskiego figurowała adnotacja „żonaty”.

Przy zmarłym znaleziono portfel z czarnej skóiy. Było w nim czterysta pięćdziesiąt złotych w banknotach: cztery po sto złotych i pięćdziesiątka; dowód osobisty, prawo jazdy i dowód rejestracji samochodu. W kieszeniach brązowego garnituru znaleziono dwa pudełka papierosów marki „Sport”, jedno, nie napoczęte pudełko zapałek, notes w zielonej okładce z adresami i numerami telefonów, bilon o łącznej wartości sześćdziesięciu siedmiu złotych i osiemdziesięciu groszy, używaną chusteczkę do nosa. W lewej kieszonce marynarki tkwiła druga chusteczka, zupełnie czysta, w wewnętrznej kieszeni okulary przeciwsłoneczne, grzebyk, pilnik do paznokci i proszki od bólu głowy.

Zabity miał trzydzieści siedem lat.





Siedem „złotych pytań”



Porucznik Andrzej Ciesielski siedział w małym pokoju na drugim piętrze gmachu Stołecznej Komendy MO, którą warszawiacy nazywają „Pałacem Mostowskich”. Na jego biurku leżała szara, nowiutka teczka. Znak, że założono ją zaledwie przed kilkoma dniami, a może nawet godzinami. Zawartość była więcej niż skromna. Kilka arkuszy papieru w większości zapisanego ręcznie.

Pomimo to, a może właśnie dlatego, młody człowiek nie miał zadowolonej miny.

Przy drugim stojącym w pomieszczeniu biurku nie było nikogo, chociaż minęła już ósma rano. Dopiero teraz otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł, a raczej wtargnął młody człowiek. Na jego mundurze błyszczały dwie gwiazdki. Przybyły opadł na stojące przy biurku krzesło i nie witając się z kolegą zagadnął:

– Masz może coś do picia? Coca-cola albo chociaż woda sodowa? Tak gorąco dzisiaj… Zgrzałem się…

– O której ty przychodzisz do pracy? Jest już dawno po ósmej. Żeby tak „stary” cię zobaczył!

– Ale mnie nie zobaczył. Zaspałem trochę… Wczoraj przyjechał kumpel z Katowic, gadaliśmy… Rano nie miał mnie kto obudzić, bo żona na wczasach. – Podporucznik Antoni Szymanek starał się usprawiedliwić swoje spóźnienie.

– Oj, Antek, Antek! Źle skończysz. To już trzeci raz w tym miesiącu.

– Co ja zrobię, kiedy nie umiem się obudzić? Nastawiam budzik, on dzwoni, ja wciskam guzik i śpię dalej.

– To stawiaj go tak, żebyś nie mógł sięgnąć ręką.

– To jest pomysł – roześmiał się podporucznik – widzę że „baśka” pracuje. Ale… dlaczego jesteś taki smutny jak bar mleczny w Częstochowie?

– Wchodziłem do komendy razem z pułkownikiem. Kiedy mnie zobaczył, od razu zabrał do swojego gabinetu i wręczył tę teczkę niczym jakiś skarb. Sprawa o zabójstwo.

Sprawa o zabójstwo!

– Winszuję, Widzę, że akcje porucznika Andrzeja Ciesielskiego szybko idą w górę.

– Boję się, że spadną na łeb, na szyję. Grubo niżej od poziomu startu. Już po pobieżnym przejrzeniu tych kilku kartek widać, że na czymś takim mogłoby sobie połamać zęby dziesięciu Sherlocków Holmesów i Pinkertonow razem wziętych.

– Ale nie wschodząca gwiazda polskiej kryminalistyki, Adam Ciesielski – roześmiał się podporucznik – on tylko trochę pomyśli i natychmiast znajdzie przestępcę.

– Jasne. Tym bardziej, że będzie miał genialnego pomocnika w osobie młodego, ale zdolnego i już doświadczonego podporucznika, Antoniego Szymanka.

– Coo? – podporucznikowi nagle odechciało się żartów.

– To, co słyszysz. Pułkownik przydzielił mi właśnie ciebie do współpracy. A mogę cię zapewnić, że sprawa jest trudna do rozwikłania i tajemnicza. Żadnego punktu zaczepienia.

– Ale o co właściwie chodzi!

– Po prostu morderstwo. Zabity został inżynier magister Zygmunt Stojanowski.

– Gdzie?

– W Warszawie. Na ulicy Wilczej, kiedy wysiadał z samochodu przed swoim domem. Dwieście metrów od dzielnicowej komendy milicji.

– O, to wyjątkowa bezczelność, nie uważasz?… Kiedy?

– Przedwczoraj wieczorem. Ustalono, że zbrodnię popełniono mniej więcej dwadzieścia minut przed dziewiętnastą.

– Jak?

– Zmiażdżenie czaszki.

– Czym?

– Dwukilogramowym odważnikiem. Znaleziono go potem pod samochodem.

– Kto to zrobił?

– Jakiś człowiek w jasnym prochowcu, który oczywiście nie czekał na dalszy rozwój wypadków, lecz uciekł, nie zatrzymany przez nikogo.

– Dlaczego?

Adam Ciesielski rozłożył ręce.

– Zadałeś mi słynne siedem „złotych pytań” i teraz jesteś tak samo mądry jak ja.

– Nikt nie zabija bez przyczyny.

– Tak. O tym wiedzieli już nawet starożytni Rzymianie. Is fecit cui prodest. Ten zrobił, kto ma z tego korzyść. Nie musisz wyłamywać otwartych drzwi.

– Ten człowiek jest żonaty?

– Tak.

– A co mówi żona?

– Na razie nic. Jest na wczasach wędrownych. Nadawaliśmy wczoraj komunikaty przez radio, żeby natychmiast wracała.

– Ach, to o nią chodziło? Przypominam sobie: „Irena Stojanowska, przebywająca na wczasach wędrownych w Bieszczadach, proszona jest o natychmiastowy powrót do domu w ważnych sprawach rodzinnych”.

– Właśnie.

– Wiesz, ja na miejscu tych wzywanych „w ważnych sprawach rodzinnych” wolałbym od razu dowiedzieć się nawet najgorszej prawdy, niż denerwować jeszcze długie godziny w drodze do domu. Najgorsza prawda jest lepsza od najlepszej niepewności.

– Jestem tego samego zdania, no ale ta forma jakoś się utarła w naszych komunikatach… Zresztą za jej utrzymaniem przemawia fakt, że mimo alarmu zachowuje się dyskrecję wobec osób trzecich.

– I co? Zgłosiła się?

– Do tej pory nie. Chyba nie zdążyła jeszcze wrócić z Bieszczad.



– A mieszkanie?

– Zamknięte. Wprawdzie mamy klucze, ale nie otwieraliśmy, czekając na żonę. Dłużej jednak nie można czekać. To może być klucz do rozwiązania zagadki. Dlatego też pułkownik polecił mi, żebym przede wszystkim przeprowadził przeszukanie tego lokalu. Od natychmiastowego wykonania rozkazu powstrzymał mnie jednak pewien podporucznik. Nie ma on zwyczaju punktualnie przychodzić do pracy. – Ciesielski skorzystał z okazji, by jeszcze raz dociąć młodszemu koledze.

Przyjechali wraz z dwoma pracownikami komendy, fachowcami od przeszukania, które do niedawna nazywało się po prostu „rewizją”. Mieszkanie było na drugim piętrze. Jako świadka zabrano dozorcę. Zresztą porucznik obiecywał sobie uciąć z nim dłuższą pogawędkę, żeby dowiedzieć się czegoś o zamordowanym inżynierze.

Mieszkanie składało się z dwóch dość dużych pokoi i obszernej kuchni. Było znacznie większe niż przeciętne „M-3”. Dom okazał się stary, jeszcze sprzed pierwszej wojny. Wilcza była w tamtych czasach „piękną dzielnicą”, w której mieszkało wzbogacone mieszczaństwo czy też niezupełnie podupadłe ziemiaństwo. Dozorca, pan Ksawery Rotocki, wprawdzie tamtych „dobrych” czasów już nie pamiętał, ale prezentował swoją osobą wspaniałą postać starego polskiego szlachciury. Prawdziwą jego ozdobą były piękne sumiaste wąsy. Pomieszczenie, do którego weszli, było dziwnie kontrastowo umeblowane. Jeden pokój, ten zajmowany przez panią domu, został urządzony nowocześnie, może nawet odrobinę pretensjonalnie. Na podłodze jaskrawy dywan, kolorowe zasłony w oknach, meble z „Ładu”. Na ścianach jakiś kilimek i reprodukcje poularnych obrazów impresjonistów z nieśmiertelnym „Łanem pszenicy ze żniwiarzem w słońcu” Van Gogha. Duża szafa aż pękała od różnych kobiecych ciuchów. Natomiast drugi pokój prezentował się skromnie. Duży stół z blatem poplamionym różnego rodzaju i koloru tuszami, zwykłe „biurowe” krzesło. Tapczan pod ścianą i półki pełne książek. Przeważnie literatura fachowa z zakresu budownictwa, chociaż nie brakowało „klasyki”, znalazło się też sporo kryminałów.

Wszędzie jednak, w obu pokojach, w kuchni i łazience, panował wzorowy porządek. Zupełnie, jakby nie było to mieszkanie „słomianego wdowca”, którego małżonka wybrała się daleko na wczasy. Nawet podłoga była świeżo wyfroterowana, a okna umyto przed tygodniem.

– Pan inżynier – stwierdził Ksawery Rotocki – był bardzo porządnym człowiekiem i dobrym lokatorem. Nosa nie zadzierał. Po nocach nie wracał pijany i nie rozrabiał. Kiedy w mieszkaniu czasem dochodziło do awantury, wiadomo, jak to w małżeństwie, to tylko jej głos było słychać. On się nie odzywał albo mówił po cichu. Za bramę od niego dużo nie zarobiłem, ale na Nowy Rok i na Wielkanoc zawsze setka leciała. Nie to co ona. Nieraz taką pijaną różni mężczyźni odprowadzali, że sama na drugie piętro nie potrafiła się wdrapać.

– Tak lubi wypić?

– Młoda jest, to i lubi się zabawić – skwitował pytanie pan Ksawery, który wyraźnie uznał, źe zbyt wiele powiedział o swojej – lokatorce i teraz starał się osłabić znaczenie słów. – Co w tym dziwnego? Ładna kobieta.

– Dawno są małżeństwem?

– Coś ze trzy lata. Przedtem inżynier mieszkał z rodzicami. Kiedy się ożenił, przenieśli się pod Warszawę. Do Wiązownej. Mieli tam domek. Przed przeprowadzką przebudowali, żeby i w zimie można było mieszkać, a lokal na Wilczej zostawili synowi.

– Ona także pracuje?

– Pewnie że tak! Najpierw pracowała w tej firmie, w której pan inżynier był zatrudniony. A potem została kelnerką.

– Gdzie?

– Tu, w pobliżu, w „Grandzie”. W kawiarni… Ale później kilka razy zmieniała miejsce pracy. Gdzie pracuje teraz? Nie wiem.

Funkcjonariusze milicji systematycznie przeszukiwali całe mieszkanie. Znaleziono między innymi porządnie ułożone rachunki za komorne, radio i światło, książeczki PKO. Ta na nazwisko Zygmunta Stojanowskiego opiewała na kwotę około piętnastu tysięcy złotych, zaś Irena miała zaledwie siedemset sześćdziesiąt złotych. Poza tym była jeszcze książeczka samochodowa, również Zygmunta Stojanowskiego. Z rzeczy wartościowych znaleziono trochę skromnej biżuterii pani domu, futro z nutrii i złotą obrączkę. W trzech męskich garniturach kieszenie były tak dokładnie opróżnione, że nawet skrawka papieru w nich nie odkryto. W szufladach stołu leżał komplet cyrkli i jakieś prace z dziedziny budownictwa. Zapewne „chałtura” wykonywana w domu.

Zarówno w pokoju „damskim”, jak i w tym drugim walało się kilkanaście najrozmaitszych pocztówek. Typowe pozdrowienia z wczasów lub z wyjazdu za granicę, jakieś listy o treści bez znaczenia.

Krótko mówiąc: wynik przeszukania negatywny. Nic nie wskazywało powodu, dla którego zginął właściciel mieszkania.

– Może dowiemy się czegoś od żony – wyraził nadzieję podporucznik, kiedy opuszczali lokal. – Albo od rodziców? Trzeba będzie zatelefonować na posterunek milicji w Wiązownej, aby uprzedzono tych ludzi o śmierci syna.

– A poza tym podporucznik. Szymanek – dodał Andrzej Ciesielski – jutro rano tam pojedzie i porozmawia z rodzicami zabitego. Może oni mają jakieś podejrzenia?



– Skoro muszę, to pojadę – zgodził się bez cienia entuzjazmu podporucznik.

– A ja spróbuję porozmawiać z dyrektorem przedsiębiorstwa, w którym pracował Stojanowski.

Podporucznik odjechał wraz z dwoma milicjantami do Pałacu Mostowskich, zaś Ciesielski postanowił zrealizować swój zamiar i porozmawiać z gospodarzem domu. Wszedł do dozorcówki.

– Panie Rotocki – zaczął – mam propozycję. Zanim pana wezwiemy do komendy milicji na przesłuchanie, pogadajmy tutaj, w cztery oczy, dobra? Bez świadków i pisania protokołu.

– Ja nic nie wiem! – zastrzegał się dozorca.

– Każdy człowiek zawsze coś tam wie – porucznik usadowił się na jednym z krzeseł. Wyjął paczkę zefirów i wyciągnął rękę w stronę pana Ksawerego.

– Dziękuję. Już trzy lata jak rzuciłem palenie.

– Szczęśliwy z pana człowiek. Tak od razu pan przestał?

– Od razu. Dopaliłem paczkę sportów i więcej papierosa do ust nie wziąłem. A paliłem przeszło czterdzieści lat. Zacząłem jako dwunastoletni chłopak.

– Silną ma pan wolę… Ja już trzy razy przestawałem, ale nic z tego nie wyszło. No, ale wracajmy do naszej sprawy, co pan mi może o tym powiedzieć?

– Nic nie wiem – uparcie powtórzył dozorca. – Nawet się nie domyślam, kto to mógł zrobić?

– Kto zabił, to ja wiem – odpowiedział porucznik.

– Kto? – zdziwił się Rotocki zaskoczony. – Już go macie?

– Zabił ten, kto odniósł z tego jakąś korzyść. Tylko pytanie: komu Stojanowski tak przeszkadzał, że aż go zabito? Pan, jako długoletni gospodarz domu, zna przecież wszystkich lokatorów, a więc i inżyniera.

– Zna się ludzi – przyznał pan Ksawery. – A Stojanowskiego pamiętam od chłopaczka, jak z teczką do szkoły ganiał. A później na politechnikę. Miał brata i siostrę, ale oboje dużo starsi od niego. Kiedy on był w szkołach, Marysia już szła za mąż i wyjechała gdzieś do Francji, bo wyszła za Francuza. Kilka razy odwiedzała rodzinę. Wielka dama, ma własny samochód. Stara Stojanowska, kiedy tu jeszcze mieszkała, mówiła, że córce doskonale się powodzi. Mają jakieś własne przedsiębiorstwo.

– A brat zabitego?

– Uczył się w Krakowie, w szkole górniczej, ale po jej skończeniu nie powrócił do Warszawy. Został na Śląsku, pracuje w jakiejś kopalni. Rzadko przyjeżdżał do rodziców, tak że z nimi chował się tylko Zygmunt. Starszy pan Stojanowski pracował w tramwajach miejskich. Potem przeszedł na emeryturę i kiedy syn się ożenił, odstąpił mu mieszkanie. Pomagałem mu w przeprowadzce do Wiązownej. Nie bardzo staremu chciało się wyjeżdżać z Warszawy, ale nie krył, że synowa nie w jego guście, więc woli żyć na wsi, niż się tutaj stale denerwować.

– Przecież sam pan mówił, że taka ładna.

– Ładna to jest, bestia, nie można powiedzieć. Kiedy idzie ulicą, każdy mężczyzna się za nią obejrzy. Ale coś mi się widzi, że w tym małżeństwie nie wszystko grało. Nie taką żonę powinien sobie pan Zygmunt znaleźć.

– Dlaczego?

– To człowiek spokojny. Kiedy chodził do szkoły, nie pamiętam, żebym miał z nim jakieś kłopoty. Nie to, co z innymi chłopaczyskami, co to szybę czy żarówkę potrafią zbić, a na schodach tak naśmiecą, że tylko sprzątaj i sprzątaj. Zygmunt był inny. Uczył się dobrze, skończył politechnikę, miał dobrą posadę i zarabiał dobrze… Kupił sobie samochód.

– A ona? – Mówi się, że była urzędniczką czy też maszynistką, ale ja wiem swoje, bo mam znajomego, co mieszka na Targówku i zna całą rodzinę. Ona z takich, co jak ptaki boże – nie sieją, nie orzą, a zbierają. Tatuś coś z dziesięć razy siedział w kryminale. Mamusia nie lepsza. Braciszek dźgnął kogoś nożem. Irena skończyła powszechniak i poszła pracować w „smarówce”. Po prostu przy mieszalniku. A że była ładna i miała mimo młodego wieku spore doświadczenie w tych sprawach, więc strzelała na prawo i na lewo tymi swoimi zielonymi ślipiami, aż sobie ustrzeliła za męża pana inżyniera. Tyle że starszego od niej o piętnaście lat.

– Takie małżeństwa także bywają szczęśliwe. Miłość nie zna żadnych reguł.

– To prawda. Ale jeśli chodzi o miłość, to w tym związku zakochany był tylko pan inżynier. Jej chodziło wyłącznie o to, żeby się wyrwać z Targówka, z tej rodzinki i z tego otoczenia. Wyjście za mąż za Stojanowskiego dawało jej możliwość startu do dalszej kariery.

– Kariery? Kelnerki w „Grandzie”?

– Ładna kelnerka w modnej kawiarni może daleko zajść. Ma więcej okazji do zawarcia odpowiednich znajomości niż w „smarówce” na Targówku.

– Co to jest ta „smarówka”?

– Taka niezbyt wielka fabryka. Przed wojną robili smary do wozów i do maszyn. Rozlewali w butelki i produkowali różne chemikalia. Nikt tego inaczej nie nazywał jak „smarówka”. Teraz to wszystko przejęła jakaś spółdzielnia, ale nazwa pozostała.

– Przy jakiej to się mieści ulicy?

– Przy Księcia Ziemowita. Tuż przy torach kolejowych.

– Irena mogła być tylko wdzięczna inżynierowi, że ją wyrwał z tamtego środowiska. A z wdzięczności często rodzi się miłość.

Pan Ksawery machnął ręką.

– Widziałem Irenę, kiedy się tutaj sprowadzała z maleńką walizeczką. A teraz… Same zagraniczne ciuchy. Pan porucznik zresztą widział w szafie. Stojanowski był ślepo zakochany w żonie, pieniędzy jej nie żałował. Dopiero później mu się oczy otworzyły, co sobie znalazł.

– Zdradzała go?

– Tego nie wiem. Pod niczyim łóżkiem nie leżałem. Ale lubiła się bawić i, co gorsza, lubiła sobie wypić. Dawniej, zaraz po ślubie, często w tym mieszkaniu bywali goście. Dozorca przecież wie najlepiej, kto i jak się bawi. A od dwóch lat nikt do inżyniera nie zachodził. Już rodzice go nie odwiedzali, tylko on do nich, do Wiązownej, prawie co niedzielę jeździł. Ale bez Ireny.

– Często młodzi źle żyją ze świekrą. Nigdy nie wiadomo, po czyjej stronie leży wina… Inżynierowi mogło być dobrze z żoną.

– Gdyby było dobrze, to by się nie kłócili. Irena na całą kamienicę wykrzykiwała: „ty niezdaro, ty głuptasie”… aż przykro było słuchać. A ostatnio prawie stale odwoził ją w nocy do domu jakiś wysoki, przystojny brunet. Zielonym samochodem.

– Jakiej marki? Może pan zauważył numer rejestracyjny?

– Ja tam się na samochodach nie znam. Konia, o to bym poznał jakiej rasy! Ale w każdym razie to był nowy wóz. Na pewno zagraniczny, bo niepodobny do naszych fiatów… Nie powiem, porządny facet, za każde otwarcie bramy dał najmarniej dziesiątkę. A jak nie miał drobnych – to i dwudziestkę. Przypuszczam, że Irena chciała zamienić Stojanowskiego na tego faceta. Kudy syrenie inżyniera do tamtego auta!

– Może ją tylko odprowadzał? Ot, zwykły kawiarniany flirt. – Porucznik celowo zaprzeczał twierdzeniom dozorcy, żeby dowiedzieć się najwięcej.

– Jaki tam flirt! – zaprotestował gorąco pan Ksawery. – Irena nie kryła, że chce się rozwieść, ale inżynier nie daje zgody… A wiadomo, z własnej winy rozwodu dostać nie można.

– Mówiła o rozwodzie?

– Kiedy się kłócili, nieraz wołała: „Jak ci się nie podoba, to daj mi rozwód”.

– A inżynier?

– On nigdy głosu nie podniósł. Ale pewnie zgody nie dawał, bo inaczej by tak nie gadała.

– Często zdarzały się między nimi kłótnie?

– Ostatnio coraz częściej. Ale największa to chyba była przed samym wyjazdem inżynierowej na wczasy.

– Co pan powie?

– Właśnie myłem schody na tej klatce. Wcale nie chciałem słuchać, bo co mnie sprawy innych ludzi obchodzą? Mam – własne kłopoty.

– Oczywiście! Rozumiem – dyplomatyzował porucznik – ale czasami człowiek nie chce, a mimo to coś mu w uszy wpadnie.

– No właśnie – zgodził się dozorca. – Więc myję schody, a tu za drzwiami Stojanowskich Irena wydziera się: „Żebyś wiedział, że z tych wczasów już tutaj nie wrócę!” Inżynier coś tam po cichu odpowiedział, a ona znowu: „Jak mi nie dasz rozwodu, to pożałujesz!”

– Pamięta pan może, kiedy była ta kłótnia? Gospodarz się zamyślił i coś na palcach rachował.

– Inżyniera zabili przedwczoraj – powiedział – to znaczy we wtorek. Ona wyjechała trzy dni przedtem, to znaczy w sobotę rano. Pamiętam dobrze, bo zamiatałem ulicę, kiedy wynosiła z domu walizki i wsiadła do samochodu.

– Tego zielonego?

– Nie, do taksówki…

– Mąż jej nie odprowadzał?

– Najpierw inżynier pojechał do pracy, a dopiero stamtąd wrócił po nią, ale ona pojechała chyba w kwadrans przed nim. Jak odjeżdżała, to mi powiedziała: „Gdyby Zygmunt przyjechał, niech pan mu powie, że dłużej nie mogłam na niego czekać. On się zawsze musi spóźnić, a pociąg ma swój czas odjazdu.”

– Pan to powtórzył Stojanowskiemu?

– Kiedy go tylko zobaczyłem, powiedziałem: „Pani odjechała taksówką, bo się bała, że nie zdąży na pociąg”. On spojrzał na zegarek i coś mówił, że go zatrzymali po drodze. Dodał także, że żona wyjechała w Bieszczady na wczasy wędrowne. Ja to już mówiłem kapitanowi, który mnie przesłuchiwał.

– A ta kłótnia? – przypomniał porucznik.

– To było dwa dni przed wyjazdem inżynierowej. A więc w czwartek.

– Pan był w domu, kiedy zabito inżyniera?

– Nie. Pojechałem do krewnych. Na Żoliborz. Chce pan sprawdzić? Podać nazwisko i adres?

Porucznik machnął ręką.

– Przecież pan nic nie zyskuje na śmierci Stojanowskiego.

– Mojej żony także nie było w domu. Poszła do „Delikatesów”. Kiedy wróciła, zastała milicję i krwawą plamę na jezdni. Inżyniera już zabrało pogotowie. Żona początkowo nie wiedziała, kogo zabito. Dopiero pani Mierzejewska, ta lokatorka z pierwszego piętra, jak schodziła ze śmieciami, to ją poinformowała, że ofiarą bandyty padł pan Stojanowski. To było po odjeździe milicji. Inaczej żona powiedziałaby im nazwisko Stojanowskiego.

– Przecież stał samochód? Żona nie wiedziała, że to inżyniera?

– Oczywiście, znała tę syrenę, ale nikt nie powiedział, że właśnie zabito jej właściciela. Podobno jakaś kobieta widziała napad na inżyniera, ale ja z nią nie rozmawiałem. W ogóle z nikim nie rozmawiałem. Później ten kapitan mnie wypytywał, ale to było na drugi dzień rano. Wtedy on już wiedział, że zamordowano Stojanowskiego.

– Gdzie mieszka pani Mierzejewska?

– Na pierwszym piętrze, pod trójką.

Porucznik podziękował panu Ksaweremu Rotockiemu za informacje i poszedł na piętro. Drzwi otworzyła mu sama pani Mierzejewska, jak się później okazało farmaceutka, mieszkająca wraz z córką, jej mężem i ich dwojgiem dzieci. W tym tygodniu pani Mierzejewska miała jakieś pilne roboty domowe, więc wzięła sobie krótki urlop.

– Zaczęło się od tego – opowiadała farmaceutka – że usłyszałam głośne krzyki na ulicy: „Ratunku! Milicja!” Podbiegłam do okna i widzę: stoi samochód, a przy nim I leży mężczyzna, cały zakrwawiony. Wkrótce nadbiegł jakiś milicjant i zaczął ratować tego człowieka. Odwrócił go twarzą do góry. Wtedy poznałam pana Stojanowskiego. Zrobiło się zbiegowisko. Przyjechały radiowozy i karetka pogotowia, która zabrała rannego.

– Czy pani widziała uciekającego napastnika?

– Nie. Na ulicy nie było nikogo. A krzyki wzywające pomocy dochodziły z naszej bramy.

– A dlaczego pani nie poinformowała milicjantów, że zabitym jest lokator tego domu, Zygmunt Stojanowski?

– A po co miałam informować? – dziwiła się kobieta. – Przecież mieli i Stojanowskiego, i jego samochód. Na pewno obejrzeli dokumenty. Poza tym nikt mnie o to nie pytał. Dopiero na drugi dzień chodził po mieszkaniach jakiś funkcjonariusz milicji i interesował się tym, czy ktoś z lokatorów nie widział przebiegu zbrodni lub uciekającego bandyty. Ten milicjant wymienił wtedy nazwisko Stojanowskiego.

– Pani znała inżyniera?

– Od dziecka. Przecież mieszkał z rodzicami na tej samej klatce schodowej, tyle że piętro wyżej. Znałam też i jego rodziców, chociaż bliższych stosunków towarzyskich nie utrzymywaliśmy.

– A jego żonę, Irenę Stojanowską, znała pani także?

Po twarzy farmaceutki przemknął cień.

– Jedynie z widzenia, a raczej ze słyszenia. Straszna kobieta.

– Dlaczego?

– Ordynarna i pyskata. A wyraża się! Przekupki z Bazaru Różyckiego słuchając jej zarumieniłyby się. Kiedyś tak obrugała na schodach teściową, że biednej mało szlag nie trafił. A jak się odzywała do męża podczas kłótni! Niech pan porucznik nie wymaga, abym powtarzała.

– Aż tak?

– To małżeństwo wyjątkowo się Zygmuntowi nie udało. Spokój panował najwyżej pół roku. Później był tam stale „meksyk”.

– Może to on nie był w porządku w stosunku do młodej i podobno przystojnej żony?

– To fakt, urody jej odmówić nie można. Ale charakterek! Tylko by się bawiła, popijała… Ile razy budził nas w nocy jej powrót w rodzinne pielesze! Ostatnio te awantury się nasiliły, bo pani inżynierowa znalazła sobie stałego wielbiciela i postanowiła przez taką wojnę podjazdową zmusić Stój ano wskiego do rozwodu. Czego ona nie wygadywała pod adresem Zygmunta, a właściwie wykrzykiwała przy otwartych oknach, żeby cała kamienica słyszała. A jakie groźby przy tym padały!

– Sądzi więc pani, że Stojanowską byłaby zdolna do zbrodni?

– Nie mnie sądzić. Ale nieraz słyszałam, jak krzyczała: „Zabiję cię” albo: „Żebym miała siekierę w domu, to bym ten twój głupi łeb od razu rozwaliła”.

– Pani to słyszała na własne uszy i gotowa jest potwierdzić na przesłuchaniu?



– A także przysiąc w sądzie – dodała pani Mierzejewska.

– Przypuszczam, że poprosimy panią do Pałacu Mostowskich w celu sporządzenie protokołu.

– Z tego, co panu powiedziałam, nie zaprę się ani jednego słówka.

Andrzej Ciesielski, zadowolony z zebranych wiadomości, wrócił do Pałacu Mostowskich. Tam czekał na niego podporucznik z meldunkiem. Dzwonił do Wiązównej, gdzie odszukano adres Karola Stojanowskiego, ojca Zygmunta, i miejscowy milicjant podjął się zawiadomienia starszych państwa o tragedii, której ofiarą padł ich syn. Milicjant miał także poinformować rodziców, że ciało syna jest obecnie w kostnicy, a decyzję o pogrzebie należy uzyskać u prokuratora.

– Nie zazdroszczę chłopakowi takiej misji – zauważył Antoni Szymanek. – Ja sam oddałbym chętnie całą swoją miesięczną pensję, żeby tam jutro nie jechać.

– A co z Ireną Stojanowską?

– Nie zgłosiła się do tej pory.

Natomiast w aktach sprawy pojawiły się dwa nowe dokumenty. Pierwszy omawiał wyniki sekcji zwłok. Stwierdzał on, że Zygmunt Stój ano wski był człowiekiem przeciętnie zdrowym; śmierć nastąpiła od uderzenia tępym narzędziem, które zdruzgotało czaszkę i uszkodziło mózg.

Drugim dokumentem była ekspertyza przysłana z Zakładu Kryminalistyki. Znaleziony w miejscu zbrodni dwukilowy odważnik nosił ślady włosów i krwi ludzkiej. Poza tym był zardzewiały. Prawdopodobnie przechowywano go w jakimś wilgotnym pomieszczeniu. Na odważniku znaleziono mikroślady białawego proszku, najprawdopodobniej pudru kosmetycznego. Niestety, ze względu na zbyt nikłą ilość śladów, nie można było przeprowadzić bardziej dokładnych badań tej substancji.

Porucznik dwukrotnie przeczytał wynik ekspertyzy, – znany już Szymankowi, i zauważył:

– Że włosy i krew z głowy Stojanowskiego, wiedziałem o tym i bez mędrców z Alej Ujazdowskich. A ten puder nie ma żadnego znaczenia. I tyś się rano dziwił, że mam niewyraźną minę? Miałem się cieszyć z tej cholernej sprawy?

– Jednak widzę nikłe światełko – pocieszył go podporucznik.

– Te groźby Stojanowskiej? Nie ulega wątpliwości, że to mężczyzna zabił.

– Mężczyzna, ale może napuszczony przez kochaną żoneczkę?

– Pójdziemy tym śladem – przytaknął Andrzej Ciesielski.





W małym domku w Wiązowej



Nazajutrz porucznik Andrzej Ciesielski od rana denerwował się na swojego podwładnego i przyjaciela, Antoniego Szymanka. Minęło pół godziny od rozpoczęcia pracy, minęła nawet dziewiąta, a młody człowiek nie zjawił się w Pałacu Mostowskich.

„Znowu zaspał – podejrzewał oficer. – Już ja mu dam, jak tylko przyjdzie. Dłużej nie będę tego tolerował i jeszcze go wyłgiwał przed „starym”. Niech go raz pułkownik przyłapie na spóźnieniu i zaprosi na rozmowę do swojego gabinetu, a nasz Antoś od razu nauczy się punktualności”. Tak rozmyślając i złoszcząc się na kolegę, Ciesielski chyba po raz setny odczytywał treść kilku kartek znajdujących się w brązowej teczce z napisem „Zabójstwo na ulicy Wilczej”. A im dłużej czytał, tym mniej widział szans na znalezienie mordercy. Wreszcie zatelefonował do sekretarki zwierzchnika i zapytał, czy pułkownik Niemiroch jest skłonny poświęcić mu parę minut rozmowy. Otrzymawszy pozwolenie, Andrzej wziął akta sprawy i pomaszerował do „starego”.

U pułkownika był właśnie major Wyderko, więc sekretarka, panna Krysia, poleciła porucznikowi zaczekać.

– Nie wie pani, co się dzieje z Szymankiem? – zapytał. – Może pułkownik gdzieś go wysłał? Do tej pory Antek nie zjawił się w naszym pokoju. A jest mi bardzo potrzebny. Czekam na niego i czekam.

– Podporucznik Szymanek brał wczoraj delegację do Wiązownej – wyjaśniła sekretarka. – Wiem dobrze, bo sama mu ją wystawiałam. Mówił, że pojedzie tam prosto z domu. Proponowałam mu jeden z naszych wozów, ale śmiał się, że ma zbyt niską szarżę i woli jechać autobusem, bo służbowe auto mogą mu sprzątnąć sprzed nosa jakieś wyższe rangi.

– Ja przez tę sprawę zupełnie zgłupieję – roześmiał się Ciesielski. – Przecież sam przykazywałem Szymankowi, żeby jechał do Wiązownej przesłuchać rodziców zabitego. Jak mogłem o tym zapomnieć?

W tej chwili drzwi gabinetu pułkownika otworzyły się, wyszedł major Wyderko i powiedział do kolegi:

– Możecie wejść.

– No, co tam nowego? – spytał pułkownik Niemiroch.

– Ciężko idzie – szczerze przyznał porucznik. – Nie bardzo wiem, co dalej robić.

– Nie ma żadnych poszlak? Nikt nie widział mordercy?

– Tylko ta Bolecka, ale pułkownik już wie, bo jej zeznanie było w aktach, kiedy przejąłem sprawę. Poza tym nikt nic nie widział.

– Nie macie żadnych podejrzeń?

– Niby mam. Zarówno dozorca domu, jak i sąsiedzi zeznali, że w małżeństwie Stojanowskich sprawy nie układały się zbyt dobrze. Często dochodziło do kłótni, a nawet ordynarnych awantur. Żona groziła mężowi, że go zabije.

– No i co?

– Nie możemy odnaleźć Stojanowskiej. Jest podobno na wczasach, gdzieś w Bieszczadach. Ogłaszaliśmy przez radio i w telewizji, ale się nie zgłosiła. Mieszkanie opieczętowałem. Nie znaleziono w nim nic ciekawego.

– A co myślicie o tych groźbach?

– Nie bardzo chcę w nie wierzyć. Mało to rzeczy ludzie wygadują w czasie kłótni? Podobno Zygmunt Stojanowski nie chciał dać żonie rozwodu, ale to nie te czasy, żeby odzyskiwać wolność za pomocą dwukilowego odważnika. Nie chciał dać rozwodu? Ludzie obywają się bez takiego papierka. Sam znam kilka par mieszkających razem bez wyroku sądowego. Nawet dzieci mają. A po latach w końcu albo druga strona ustąpi, albo sąd dla dobra tych dzieci rozwiąże poprzednie małżeństwo. Irena Stojanowska pochodzi z Targówka, z rodziny – delikatnie mówiąc – takiej, która nigdy zbytnio nie szanowała kodeksów. Zarówno tego rodzinnego, jak i karnego. Nie podejmowałaby ryzyka zbrodni tylko dlatego, że jej mąż obrzydł i znalazła sobie innego. – Pułkownik nie przerywał podwładnemu. – Naturalnie, ta poszlaka jest poważna. Sprawę pod tym kątem zbadamy najdokładniej. Ale mój nos mi mówi, że daleko nie zajdziemy.

– Kierujcie się, poruczniku, nie nosem, ale dowodami śledztwa. Tak będzie lepiej, i dla sprawy, i dla nas.

– Stojanowskiego nie zabito dla kaprysu czy też przez omyłkę. Nie zrobił tego także szaleniec. Gdybym mógł znaleźć powód tej zbrodni…

– Szukajcie.

– Dlatego tak sprawdzam wszelkie poszlaki przeciwko Irenie Stojanowskiej, chociaż w jej udział w morderstwie nie mogę uwierzyć.

– Zbadajcie przeszłość tego człowieka. Nawet stosunkowo odległą przeszłość. A także przeszłość i obecne kontakty jego żony. Nie można z góry zakładać, że jest niewinna. Logicznie myśląc, na pewno nie ryzykowałaby zbrodni, aby się uwolnić od nie kochanego męża. Ale mogło być inaczej. Mogła się powodować emocjami.

– Tak jest, panie pułkowniku. Zbadamy wszystko.

– A co robi Szymanek?

– Posłałem go do Wiązownej, aby porozmawiał z rodzicami Zygmunta Stojanowskiego.

– To bardzo dobrze – pochwalił Niemiroch. – Jeżeli będziecie mieli coś nowego, proszę natychmiast mnie zawiadomić.

Podporucznik Antoni Szymanek jak zwykle zaspał. Postawienie budzika na stole, poza zasięgiem ręki, niewiele pomogło. Kiedy młody człowiek na dobre otworzył oczy, z przerażeniem stwierdził, że dochodzi dziewiąta. Ubrał się jak do pożaru i wybiegł na ulicę. Nie próbował nawet jechać na dworzec autobusowy. Uznał to za zbyt wielką stratę czasu. Wskoczył w autobus, dojechał nim do Placu na Rozdrożu, tam wysiadł i zszedł na Trasę Łazienkowską. Miał szczęście – prawie w biegu wsiadł do ruszającego autobusu „182”. Dojechał nim do skrzyżowania Ostrobramskiej z Grochowską. Tutaj znowu się przesiadł, tym razem w pośpieszny „P” i dojechał do stacji benzynowej „Agip”. Jak zwykle, tankowało tu wiele samochodów osobowych. A żaden kierowca nie odmówi oficerowi w mundurze milicji, proszącemu o podrzucenie go do Wiązownej „w pilnej sprawie służbowej”.

Dziękując uprzejmemu właścicielowi wiśniowego fiata i wysiadając w centralnym punkcie osady, to jest przed restauracją, Szymanek spojrzał na zegarek. Było już dobrze po dziesiątej. „No – pomyślał sobie – dałby mi Andrzej bobu, żeby wiedział, o której się tu przywlokłem. Dałby! Całe szczęście, że się o tym nigdy nie dowie”.

Okazało się jednak, że podporucznik wysiadł za daleko. Trzeba było zatrzymać samochód nie przed restauracją, a co najmniej pół kilometra bliżej, przy szosie odchodzącej w lewo. Właśnie tam, i to jeszcze o kilometr marszu, znajdowała się mała posiadłość pana Karola Stojanowskiego. W głębi ogrodu stał schludny, acz niewielki domeczek. Najwyżej pokój z kuchnią. Ścieżka prowadząca od ulicy cała była po bokach wysadzana krzewami i kwiatami. Róże, malwy, dalie i astry. Na prawo i na lewo od ścieżki rosły drzewa owocowe. Młode, ale już obwieszone owocami. Jabłonie, morele, grusze i śliwy. Jeśli właściciel tego małego gospodarstwa był takim dobrym motorniczym, jak ogrodnikiem, Miejskie Zakłady Komunikacyjne straciły doskonałego fachowca.

Oboje państwo Stojanowscy czekali na oficera milicji. Byli bardzo przybici nieszczęściem, jakie ich dotknęło. Taką cichą, ale najgorszą rozpaczą. Bez łez, bez wybuchów płaczu.

– Kiedy milicja zawiadomiła nas o tym nieszczęściu – powiedział Karol Stojanowski – natychmiast pojechałem na Wilczą: Chciałem się czegoś dowiedzieć. Znalazłem mieszkanie opieczętowane. Tylko dozorca, pan Rotocki, powiedział mi, że syn został zabity, kiedy wysiadał z samochodu. Jak to się stało? Dlaczego?

– Na razie niewiele wiemy i sami szukamy – przyznał szczerze podporucznik. – Ustaliliśmy tylko to, co i państwo wiecie. Nie mamy żadnych poszlak. Może państwo kogoś podejrzewają?

– Nikogo.

– Czy syn miał jakichś wrogów?

– Zygmunt? – zdziwiła się pani Stojanowska. – Taki dobry i uczynny człowiek? Własną koszulę by drugiemu oddał… Od dziecka był taki. Mieliśmy trójkę dzieci. Zygmunt był najmłodszy. Staraliśmy się kochać wszyst kie dzieci jednakowo. Ale tamci dorastali, szli w świat, na swoje. Zygmunt został z nami. Dla nas pozostał najdroższym dzieckiem… Marysia daleko, we Francji. Maciej w Zabrzu. Dzwoniliśmy wczoraj do niego. Odpowiedział, że w tej chwili nie może przyjechać, bo tam jakąś wieżę w kopalni montują, ale synowa będzie u nas jutro rano.

– Kiedy państwo widzieli Zygmunta?

– Przyjechał do nas jak zwykle w niedzielę. Tak około dziesiątej. Spędził z nami cały dzień i dopiero wieczorem wrócił do Warszawy. Zajmował się ogródkiem. Bardzo lubił tę robotę. Śmiał się, że musi zarobić na owoce, które mu dajemy…

– Nie zauważyliście państwo, czy był zdenerwowany lub przygnębiony? – Nie okazywał złego humoru? Złości?

– Nie. Był zupełnie normalny. Zachowywał się jak zwykle. Zresztą Zygmunt nie należał do tych, po których wszystko można poznać. Nawet jeśli go coś gnębiło, tłumił to w sobie i na zewnątrz nic nie ujawniał. Wspominał wprawdzie, że w pracy ostatnio mu nie idzie, ma jakieś trudności z wykonaniem planu. Ale nie wydawało mi się – tłumaczył ojciec zabitego – żeby to mogło być dla niego powodem do specjalnego zdenerwowania.

– A co się dzieje z Ireną? – zapytała pani Stojanowska. – Zygmunt, kiedy tu był, ani słowa nie pisnął o żonie, a my nie chcieliśmy pytać.

– Podobno wyjechała w Bieszczady na wczasy – informował podporucznik – i dotychczas nie wróciła. Widocznie nie słucha radia i nie ogląda telewizji, bo wzywaliśmy ją dwukrotnie do natychmiastowego powrotu.

– Myśmy także nie zwrócili na to uwagi – zauważył pan Karol – chociaż na ogół słuchamy radia.

– W małżeństwie waszego syna ostatnio nie wszystko się układało jak należy? Prawda? – Podporucznik czekał na potwierdzenie.

Pani Eufemia Stojanowska westchnęła.



– Nawet bardzo źle tam było – przytaknął pan Karol.

– Irena nie jest złą dziewczyną – pani Eufemia próbowała bronić synowej – tylko trochę brakuje jej, jak to się mówi, „kindersztuby” i jest za porywacza. Nie umie zapanować nad sobą. Ale Zygmunt także nie był bez winy. Ciągle ją usiłował poprawiać i wychowywać. Powtórzyła się historia z „Pigmaliona” Bernarda Shawa. Wiedział przecież, z kim się żeni. Dziewczyna młoda, ciekawa życia, chciałaby się trochę zabawić. A on po pracy zawsze był zmęczony i najbardziej lubił siedzieć w domu. W takiej sytuacji łatwo o konflikty, tym bardziej jeżeli kobieta jest wybitnie przystojna i nietrudno jej znaleźć innych wielbicieli. Najgorzej, że nie mieli dzieci.

– Od tego się wszystko zaczęło – potwierdził Stojanowski.

– Coś w dziesięć miesięcy po ślubie Irena poroniła. Zygmunt ją posądzał, że to naumyślnie… Lekarz stwierdził konflikt krwi i synowa nie chciała ryzykować drugiej ciąży. To było główną przyczyną późniejszych, coraz bardziej nasilających się niesnasek. W końcu ona zażądała rozwodu. Zygmunt niewątpliwie kochał ją nadal, ale myślę, że bardziej przez upór niż z miłości nie chciał jej dać tej upragnionej wolności. Ot, i cała historia. Nie udało mu się z tym małżeństwem, po co ciągnąć razem życie, które staje się z każdym dniem dla obojga coraz większym koszmarem? Dzieci nie mieli, nikomu by się krzywda nie stała. Syn był jeszcze młody… Dopiero trzydzieści siedem lat. Jeszcze przed nim szmat czasu. Mógł znaleźć kobietę bardziej nadającą się na jego żonę niż Irena.

– Ona kogoś miała?

– Nie wiem. Zygmunt nam się nie zwierzał, a jej przecież nie pytałam. O tym, że Irena wyjeżdża na wczasy, ani słówkiem nie wspomniał. Ona także, kiedy przyjechała do nas ostatnio, nic o tym nie mówiła. Byłam bardzo zdziwiona tą wizytą, bo od przeszło roku nigdy się tu nie zjawiała.

– To dziwne. Przecież kiedy syn był u państwa, żona już bawiła na wczasach.

– Ależ nie – zaprotestowała pani Eufemia Stojanowska – Zygmunt był w niedzielę, a Irena przyjechała w poniedziałek.

– Na drugi dzień po Zygmuncie?

– Tak. – Stojanowska nie mogła zrozumieć, czemu ten młody człowiek w mundurze oficera zrobił taką zdziwioną minę. – Irena przyjechała do nas w poniedziałek, tak około dwunastej godziny. Mówiła, że znowu doszło pomiędzy nimi do awantury i Zygmunt znowu ją uderzył.

– Pani w to uwierzyła?

– Tam sprawy zaszły tak daleko, że niczemu już się nie dziwiłam. Sam Zygmunt kiedyś nam się tłumaczył, że tak się zdenerwował podczas kłótni, iż nie zdołał zapanować nad sobą i uderzył żonę w twarz. To było przed półtora rokiem. Wtedy jeszcze nie wspominało się o rozwodzie. Syn Irenę przeprosił i przez pewien czas było między nimi dobrze.

– A w poniedziałek? Czego pani Irena chciała od państwa? Chyba nie przyjechała z towarzyską wizytą?

– Och, Irena była bardzo miła. Kiedy chciała, umiała być taką, że lepszej i ze świecą się nie znajdzie. Przywiozła mi pudełko czekoladek, mam je jeszcze w domu, a Karolowi dwie paczki zagranicznych papierosów.

– Morrisy – pan Karol wyciągnął napoczęte pudełko w stronę podporucznika.

– Dziękuję, nie palę.

– Irena powiedziała, że nas zawsze lubiła i darzyła szacunkiem i jej stosunek do nas się nie zmieni, ale dłużej nie może żyć z Zygmuntem pod jednym dachem. Prosiła nas, abyśmy porozmawiali z synem. Żeby się wreszcie zgodził na rozwód.



– A państwo? Co jej odpowiedzieliście?

– Potwierdziliśmy tylko, że my również uważamy rozwód za najlepsze wyjście z sytuacji i że już nieraz mówiliśmy o tym z Zygmuntem. Bez żadnego rezultatu zresztą.

– Obiecałem jej – dodał pan Karol – że spróbuję synowi przetłumaczyć, ale zaznaczyłem, iż wątpię w skuteczność moich słów, bo Zygmunt uparty od dziecka. Niekiedy sięgałem i po pasek, ale to też nic nie pomogło.

– Ona nam powiedziała – przypomniała sobie pani Stojanowska – że jeżeli Zygmunt zgodzi się na rozwód, zostawi mu wszystko, co od niego dostała, natychmiast się wyprowadzi i zapłaci mu sto tysięcy złotych.

– Sto tysięcy! – podporucznik aż gwizdnął.

– Wyraźnie powiedziała: sto tysięcy.

– Taka bogata?

– Ostatnio dobrze zarabiała. Była kelnerką w eleganckich lokalach. Ale na pewno nie ma aż takiej sumy. Sądzę, że tak rzucała słowami, żeby Zygmunt zmiękł.

– Albo ktoś jej taką sumę obiecał dać – dorzucił podporucznik.

– Nie wiem, powiedziała to jakby mimochodem. Najwięcej mówiła o tym, że takie ich wspólne życie jest dalej niemożliwe. Wspominała coś o samobójstwie.

– A nie o zabójstwie?

Państwo Stojanowscy spojrzeli na siebie z przerażeniem.

– Pan myśli, że byłaby zdolna? Żona zabijająca męża?

– Ja nic nie myślę. Pytam po prostu. Takie zbrodnie już się zdarzały.

– Nie – zaprzeczyła pani Eufemia – Irena jest taka, jaka jest, ale na pewno nie posunęłaby się do takiej podłości. I to nazajutrz po rozmowie z nami. Kiedy stąd wychodziła, żegnając się powiedziała: „Liczę, że rodzice trafią mu nareszcie do rozumu”. A ze mną się nawet wycałowała.

– Pani podobno miała kiedyś nieprzyjemną przeprawę z Ireną?

– Ach, to było przed kilkoma miesiącami. Przyjechałam do nich po południu. Syna nie było w domu, jeszcze nie wrócił z pracy, a Irenę zastałam w przedpokoju, gotową do wyjścia. Powiedziała, że się spieszy do kawiarni, bo jakaś koleżanka prosiła ją o zastępstwo. A w kuchni ani jednego garnka na kuchence. Ani śladu obiadu. Więc pytam, co Zygmunt będzie miał na obiad, jak przyjdzie? A ona mi odpowiedziała, że to ją nic nie obchodzi i nie wyszła za mąż po to, żeby pichcić obiady. Odpowiedziała może trochę za ostro i tak poszło od słowa do słowa, aż synowa zrobiła naprawdę nieprzyjemną scenę. Od tego czasu już nigdy tam nie chodziłam.

– Czy syn utrzymywał jakieś kontakty towarzyskie?

– Kiedy pracował w spółdzielni, przyjaźnił się z paroma kolegami, ale niezbyt mocno. Zygmunt był raczej iypeni samotnika. Nawet zaraz po maturze i jako młody student nie „szalał” jak inni młodzi ludzie w jego wieku, i Był typem domatora. Wygodny fotel, telewizor lub ciekawa książka – to jago najmilszy sposób spędzania czasu. Pamiętacie państwo nazwiska jego przyjciół?

– Niektórych. Inżynier Henryk Kowalski, księgowy Malinowski… i bodaj jeszcze pan Adamczyk.

– Wszyscy pracowali w tej samej spółdzielni?

– Nie. Ten Adamczyk… chyba w Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego. To kolega syna ze studiów. On właśnie ściągnął Zygmunta do spółdzielni.

– Co to za spółdzielnia?

– „Pomoc Budowlanym”, tak się nazywa. A mieści się na Targówku. Właśnie tam Zygmunt poznał swoją żonę.

– Dlaczego zrezygnował z tej pracy? Wiedzą państwo?

– Przede wszystkim zaważyły względy materialne – w przedsiębiorstwie budowlanym zarabiał więcej – no; i także pewne ambicje syna. W spółdzielni osiągnął już; maksimum tego, co mógł. Co innego praca w wielkiej firmie budowlanej. Tam i szanse awansu są nieograniczone i możliwość doskonalenia swojego warsztatu pracy znacznie większa. Poza tym powstała trochę delikatna sytuacja z żoną. Pewnie już wiecie, że Irena była tam zwykłą robotnicą. A tu wychodzi za mąż za głównego technologa. Trochę głupia sytuacja.

– No tak, rozumiem. A późniejsze stosunki towarzyskie, w czasie małżeństwa?

– Prawie żadnych. Tak nam się wydaje. Niech pan nie zapomina poruczniku, że przed ślubem Zygmunta wyprowadziliśmy się z Warszawy i kontakty z synem i jego żoną utrzymywaliśmy raczej luźne; odwiedzali nas czasem w Wiązownej. Jak się jednak zorientowaliśmy z pewnych odezwań, Irena nie paliła się do podtrzymywania stosunków z przyjaciółmi męża, jej dawnymi zwierzchnikami. Zygmunt także nie życzył sobie otwierania drzwi domu przyjaciółkom żony czy też jej rodzinie.

– A jaka właściwie jest pani Irena?

– Bardzo ładna – odpowiedział Karol Stojanowski – brakuje jej wykształcenia, ale niewątpliwie ma dużo sprytu życiowego i wrodzoną inteligencję, także dar przystosowania się do środowiska. Małżeństwo z Zygmuntem, inżynierem z zarządu spółdzielni, to był dla niej duży awans społeczny, nawet materialny. Umiała tę szansę wykorzystać. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyliśmy, na widok jej ubrania i sposobu bycia włosy nam z przerażenia stanęły na głowie. Dziś ubiera się i zachowuje zupełnie inaczej niż dziewczyna z jakiejś drewnianej budy z Targówka. Ale naturalnie, tak całkowicie nie potrafiła zmienić swojego charakteru. Kiedy wpada w gniew, ten jej Targówek bierze górę… Kiedy wychodziła za Zygmunta była bardzo młoda. Nie miała nawet dwudziestu lat. Syn był od niej starszy o przeszło piętnaście lat. To nawet nie byłoby żadną przeszkodą, gdyby nie rzeczywiście niedobrane charaktery. Ona lubi siei bawić. Tańce, dansingi, jeśli muzyka – to ta najbardziej] nowoczesna. Dom i zajęcia domowe ją nudzą. Dziecko może by ich zbliżyło i zatarło różnice. Niestety, dziecka,1 jak już mówiłam, nie było.

– Od początku było widać, że to niedobrane małżeństwo – dorzuciła pani Eufemia.

– Zygmunt należał do odludków – ciągnął pan Stojanowski – zawsze stronił od kobiet. Aż się bałem, że maj jakieś nienormalne skłonności. Ale kiedy już spotkał! „swój ideał”, to zakochał się bez pamięci. Przypuszczam,] że jej także nasz syn się podobał, był przecież przystojnym mężczyzną – zgrabny, wysoki. Chętnie więc] nawiązała flirt z takim zwierzchnikiem. Zapewne o ślubie nie marzyła. Dopiero później zauważyła swoją szansę i wykorzystała ją, choć szczęścia również i ona w tymi małżeństwie nie znalazła.

– Ciągle nie możemy się pogodzić z tym ciosem – pani Stojanowska dyskretnie otarła oczy – ani uwierzyć.

– A Co z pogrzebem? – zapytał pan Karol. – Ponieważ! Irena nie wraca, chcielibyśmy się tym zająć.

– Jeżeli nie zdołamy odszukać młodej pani Stojanowskiej – wyjaśnił podporucznik – ten smutny obowiązek przypadnie państwu. Prokurator musi wydać zezwolenie na pochowanie, ale to zwykła formalność, bo powód śmierci jest przecież doskonale znany i nie zachodzi konieczność przeprowadzania dalszych badań. Mam nadzieję, że przedsiębiorstwo, w którym pracował syn państwa, pomoże wam w załatwieniu formalności.

– Zaraz pojadę z panem do Warszawy – oświadczył ojciec zamordowanego.

– Może jednak jutro? – zaproponował podporucznik widząc że oboje starsi państwo jeszcze się nie uspokoiłem po tragicznej wiadomości. – Może pani Irena zjawi się w tym czasie w Warszawie? Zresztą druga synowa państwa ma tu jutro przyjechać.

Stojanowski od razu ustąpił. Umówił się z podporucznikiem, że skomunikuje się z nim nazajutrz i wtedy ewentualnie podejmie odpowiednie kroki.

Antoni Szymanek miał szczęście. Pierwszy samochód, jaki usiłował zatrzymać na szosie lubelskiej, podwiózł go nie tylko do Warszawy, ale wprost przed Pałac Mostowskich. Zjawił się tam stosunkowo tak wcześnie, że nawet przyjaciel i zwierzchnik, Andrzej Ciesielski, nie powinien się był domyślić, że młody człowiek znowu przegrał bitwę z budzikiem.

Ciesielski wysłuchał raportu podporucznika i polecił mu sporządzić notatkę z wizyty w Wiązownej.

– Trzy momenty z tej rozmowy uważam za bardzo ciekawe i charakterystyczne – pochwalił się Szymanek. – Pierwszy to te sto tysięcy, które Irena rzekomo chciała zapłacić mężowi za zgodę na rozwód. Skąd mogła zdobyć taką wielką sumę?

– To jasne. Jeżeli ten facet z pięknym samochodem, o którym wspominał dozorca domu, rzeczywiście na serio zajął się Ireną, mógł zaofiarować duże pieniądze, aby usunąć przeszkodę.

– Ale mógł też machnąć dwukilowym odważnikiem. Jednym uderzeniem sporo oszczędzał.

– To prawda – zgodził się Ciesielski – ale tego trzeba dowieść, a przede wszystkim odnaleźć Irenę Stojanowską i jej tajemniczego wielbiciela.

– Drugi moment, a zwracam ci na to specjalną uwagę, to słowa Ireny o samobójstwie. Czy traktować je jako zwykły bluff? A skoro była bliska załamania nerwowego tak, że dopuszczała myśl targnięcia się na swoje życie, mogła także dojść do wniosku, że lepiej się jednak targnąć na cudze. Te słowa, moim zdaniem, są także jedną z poszlak.

– Znam osoby, które co drugie zdanie mówią: „Ja się I zabiję” i nikt tego nie traktuje poważnie. Nawet one I same.

– Trzeci fakt zaliczam nie do poszlak, a do dowodów. I Irena nie wyjechała na wczasy w Bieszczady. A przynajmniej nie wyjechała w sobotę, na trzy dni przed śmiercią I męża. W przeddzień zbrodni była u jego rodziców w Wiązownej.

– To świadczy – porucznik Ciesielski był ostrożny I w formułowaniu zarzutów – że coś ukrywała przed I mężem, ale wcale nie znaczy, że go zabiła czy też namówiła do morderstwa osobę trzecią.

– Wszystko to razem wzięte do kupy wyraźnie wskazuje na Irenę Stojanowską jako co najmniej organizatorkę i wspólniczkę zbrodni! Rozesłałbym za nią listy gończe. A po jej odnalezieniu natychmiast bym ją zamknął.

– Prokurator prowadzący razem z nami śledztwo nigdy się na to nie zgodzi, już nie mówiąc o pułkowniku Niemirochu, a i ja sam jestem przeciwny takim krokom.

– Rób, co chcesz. Jesteś moim zwierzchnikiem. – Podporucznik poczuł się nieco urażony.

– Odwaliłeś kawał dobrej roboty – Ciesielski starał się udobruchać przyjaciela – i przyznaję, że poszlaki poważ – I nie się zagęściły. Dotychczas szukaliśmy Ireny Stojanowskiej przez radio i telewizję. Teraz spróbujemy ją odnaleźć przy pomocy aparatu milicji. Ale bez tak drastycznych środków jak list gończy i zatrzymanie czy też transport pod konwojem do Warszawy. Nie ucieknie nam na pewno.

– Może już uciekła? Za granicę?

– Sprawdzimy i to. Zajmiesz się tym jutro rano.

– Dobrze szefie, rozkaz przyjęty. – I podporucznik; wysunąwszy szufladę swojego biurka, zaczął do niej chować wszystko, co się znajdowało na wierzchu.

– Co robisz? – zdziwił się Ciesielski.



– Po prostu kończę pracę. Nie mam zamiaru nocować w tej budzie.

– Andrzej spojrzał na zegarek. – Masz jeszcze dziesięć minut.

– Zanim uporządkuję papiery i umyję ręce, będzie akurat czwarta.

– Polacy są najbardziej punktualnym narodem świata

– mruknął Ciesielski. – Nikt tak punktualnie, co do sekundy, nie kończy pracy jak my. A pewien podporucznik bije pod tym względem wszelkie rekordy.

– Nie zapominaj, mój kochany – odgryzł się Szymanek – że już od siódmej rano byłem w Wiązownej. No, ale tego to mój gorliwy zwierzchnik nie raczył zauważyć.

– O, umiesz się rozdwajać! To cenna sztuka! No, No. Więc od świtu, powiadasz, byłeś w Wiązownej? A około dziesiątej, kiedy jechałem do Komendy Głównej MO, widziałem ciebie na Placu na Rozdrożu.

Antek zrobił tak głupią minę, że Ciesielski w głos się roześmiał. Za przykładem przyjaciela zaczął chować akta do biurka.

– Jutro rano – powiedział – pojadę do „smarówki” na Targówku. Może znajdę tam któregoś z tych przyjaciół Stojanowskiego, o którym wspominali jego rodzice.





Trzy białe widma



Chłodne i deszczowe dni września nagle odmieniły się jakby na skinienie zaczarowanej różdżki. Znikły gdzieś chmury, zaczęło prażyć słońce. Najwidoczniej przypomniało sobie, że lato jeszcze się nie skończyło. Dlatego porucznik Andrzej Ciesielski, wybierając się na Targówek do spółdzielni pracy „Pomoc Budowlanym”, zrezygnował z opiętego i ciepłego munduru. Włożył dżinsy, koszulę w brązowo-białą kratkę i lekki sweterek. Nie wyglądał w tym stroju na przedstawiciela władzy, ani na swoje bądź co bądź dwadzieścia osiem lat. Ale tym się młody człowiek nie przejmował, przecież nie jechał na ulicę Księcia Ziemowita po to, aby; kogoś oficjalnie przesłuchiwać, ale po prostu dla „zasięgnięcia języka”.

porucznik nie znał za dobrze tej części Warszawy, toteż na wszelki wypadek wysiadł już na przystanku autobusowym przy ulicy Radzymińskiej, przy przejeździe kolejowym. Przeszedł pod wiaduktem i skręcił na prawo w ulicę Naczelnikowską. Drogowskazem była raui widoczna z daleka wieżyczka niewielkiego kościoła, o którym wiedział, że znajduje się na ulicy Księcia Ziemowita. Trafił więc bezbłędnie, chociaż nie od razu znalazł nazwę tej głównej arterii Targówka Fabrycznego.

Dalej poszło łatwo. Po minięciu kilku małych uliczek; przecinających Księcia Ziemowita zobaczył cementowy, biały parkan i mały budyneczek portierni z umieszczoną na nim tablicą:

POMOC BUDOWLANYM Spółdzielnia Pracy

Portiernia – jak portiernia. Z lewej strony była brama, w tej chwili szeroko otwarta, obok niej wąskie przejście dla pieszych, za szybą siedział pracownik spółdzielni. W głębi podwórza porucznik dostrzegł ciężarowy samochód. Kilku robotników ładowało nań plastykowe worki z czymś białym, podobnym do mąki. Obok stał młodyj człowiek, który na trzymanej w lewej ręce karcie notować ilość ładunków umieszczanych na platformie stara.

– Pan do kogo? – zapytał portier.

– Chciałem się widzieć z panem Malinowskim – wyjaśnił oficer milicji, nie legitymując się jednak pracownikowi spółdzielni.

– Nie ma go tutaj.

– A inżynier Kowalski?

– Nie znam.

– Z kim ze spółdzielni mógłbym porozmawiać? Chciałbym uzyskać trochę informacji.

– Ja tam nie wiem. Pracuję tu dopiero od dwóch tygodni. Niech się pan zapyta lepiej Wiśniewskiego.

– Kogo?

– Magazyniera Wiśniewskiego. Ten przy samochodzie – dodał portier.

Oficer milicji wszedł do środka i z zainteresowaniem rozejrzał się dookoła. Nie był zbyt zbudowany panującym tutaj ładem. Wszędzie walały się jakieś beczki, a wielkie zbiorniki, najprawdopodobniej mieszalniki, pordzewiałe i zapewne już zużyte, tarasowały i tak niewielką przestrzeń. Jak się bowiem porucznik zorientował na pierwszy rzut oka, spółdzielnia rozporządzała wąskim pasem gruntu ciągnącym się od ulicy Księcia Ziemowita aż do torów kolejowych, po których właśnie z łoskotem przejeżdżał pociąg towarowy. Po bokach placu ciągnęły się jakieś szopy i wiaty kryte dachem z papy, a w głębi stała dość spora hala z czerwonej cegły. Na pewno wzniesiona wiele lat przed wojną. Plastykowe wory z białym proszkiem nie były umieszczone nawet pod wiatą, lecz tworzyły duży, bezładny stos na samym środku placu. Odnosiło się wrażenie, że leżały tam od momentu, kiedy je tutaj samochody przywiozły i zwaliły, gdzie popadło.

Podwórze było niegdyś brukowane. Ale ten bruk, rozjeżdżany setkami kół ciężarówek czy wozów konnych, dzisiaj przedstawiał smętny obraz. W zagłębieniach stały kałuże wody po wczorajszym deszczu. Jedna z tych kałuż obejmowała swoim zasięgiem dolne warstwy plastyko wych worków. Wszystkie te zaniedbania nie najlepiej świadczyły o gospodarności spółdzielni i wyraźnie wskazywały na to, że jej władze zwierzchnie lub choćby dzielnicowi milicjanci rzadko zaglądają na to podwórko. Omijając kałuże i starając się nie wpakować nogi w jakąś dziurę, Andrzej Ciesielski dotarł do ciężarówki, okrążył ją i podszedł do magazyniera.

– Przepraszam pana – starał się zwrócić uwagę Wiśniewskiego.

– Pan do mnie? – magazynier oderwał się od liczenia worków.

W tej chwili przechodzący koło nich z pięćdziesięciokilowym workiem na plecach robotnik pośliznął się. Zaklął pod nosem i chwytając równowagę puścił worek. Ten upadł płasko na ziemię i pękł z hukiem. Ogromny tuman białego pyłu natychmiast zakrył wszystko dookoła. Dopiero po chwili, krztusząc się i kichając, wybiegły z tego obłoku trzy białe widma. Nikt by nie rozpoznał, które z nich jest oficerem milicji, które magazynierem Wiśniewskim, a które pechowym robotnikiem.

Dwaj ładowacze stojący na przyczepie samochodu – do nich chmura pyłu nie dotarła – mało z wozu nie spadli, tak się zanosili od śmiechu. Również inni robotnicy pracujący przy załadunku czy znajdujący się w pobliżu nie mogli pohamować wesołości. A trzy białe widma przecierając oczy i wypluwając z ust wciskający się wszędzie proszek, biegły do portierni. Tam dopiero zaczęło się mycie rąk, twarzy i włosów oraz czyszczenie ubrania.

– Co to jest? – zapytał porucznik, kiedy wreszcie już z grubsza oporządził się i zdołał usunąć część białych śladów. Jakże się cieszył, że nie włożył dzisiaj munduru! Zupełnie nowe ubranie trzeba by było oddać do pralni. Z dżinsami i ze sweterkiem jakoś sobie poradzi.

– Do diabła z taką robotą! – klął niefortunny robotnik.



– Worki leżą w błocie, a bruk pełen dziur. Mało nogi nie skręciłem.

– Ile razy mówiłem prezesowi, że to się może skończyć wypadkiem! – magazynier pienił się ze złości. – Zawsze słyszę: „w przyszłym roku”. Całe spodnie sobie zniszczyłem. Zeosil to jeszcze głupstwo. Kiedyś oblałem sobie wiksilem nowiutkie dżinsy, ledwie je w pralni doczyścili.

– Co to jest? – porucznik powtórzył pytanie.

– Przepraszam, pan do kogo? – dopiero teraz Wiśniewski przypomniał sobie o obecności nieznajomego mężczyzny w portierce.

– Chciałbym się widzieć z inżynierem Kowalskim – wyjaśnił Ciesielski.

– Inżynier już u nas nie pracuje. Chyba ze dwa lata.

– A pan Malinowski?

– Który? Mamy tutaj co najmniej ze czterech Malinowskich.

– Chyba… Stanisław.

– Stanisławów jest też dwóch. Jeden to główny księgowy, a drugi jeździ jako kierowca naszą nysą. Właśnie wyjechał do Słupska. Po obuwie dla załogi.

– Nie, nie. Mnie chodzi o głównego księgowego.

– To nie tutaj. Źle się pan wybrał. Tutaj mieści się tylko jeden z oddziałów produkcyjnych. A zarząd spółdzielni znajduje się na ulicy Solec. Koło Mostu Poniatowskiego.

– Zostałem słusznie ukarany za to, że zamiast zatelefonować i upewnić się, gdzie szukać pana Malinowskiego, przyjechałem na Targówek. Ale co to jest? – Porucznik pokazał wielką białą plamę i stosik proszku przykrywający resztki plastykowego worka. – Podobne do mąki, ale w smaku jakby piasek. Do tej pory czuję go między zębami.

– To jest zeosil – wyjaśnił robotnik.

– Zeosil? A co to takiego?



– Taki proszek. Biały jak mąka, ale dużo bardziej od niej miałki. Jest też bardziej miałki niż najlepszy cement. – Robotnikowi wyraźnie poprawił się humor. Jego stary wyświechtany kombinezon wyszedł z tej białej burzy w dużo lepszym stanie niż ubrania dwóch pozostałych uczestników małej katastrofy. – Robi się go z mielonego kwarcu z innymi dodatkami.

– Czym to się je? – Porucznikowi także już gniew przeszedł, a pozostała ciekawość. Nie ta zawodowa, a po prostu zwykła, ludzka ciekawość.

– Tego się nie je. To służy do robienia wiksilu w takich wielkich mieszalnikach, jak te, które pan widzi. – Robotnik wyraźnie stawał się rozmowniejszy. – Te są stare, do niczego. Ale mamy teraz nowe, znacznie większe.

– Żebym ja jeszcze wiedział, co to jest wiksil…

– Wiksil to taki płyn. Robi się go z różnych smarów i chemikalii, między innymi z zeosilu. Tego się używa przy betonowaniu. Smaruje się wiksilem ścianki szalunku albo jego formy i dopiero wtedy wlewa się płynny beton. Dzięki wiksilowi beton lepiej wypełnia formę, nie przylega do ścianek, szybciej też się wiąże i schnie. Dawniej betony trzeba było trzymać w szalunkach po dziesięć dni czy nawet po dwa tygodnie, a teraz dwa, trzy dni wystarczą. Wprawdzie cement jest bardziej szybko-sprawny, ale i w tym duża zasługa naszego wiksilu. Nie możemy nastarczyć z produkcją. A jeszcze do niedawna nikt nie chciał kupować. Obecnie robimy go tutaj i w jeszcze jednym oddziale naszej spółdzielni. Ten samochód ładowaliśmy właśnie dla tamtego oddziału.

– Zeosil także robicie na miejscu?

– Coś pan! To aż z Francji. Trzy razy droższe od najdroższej mąki!

– Nie widzę, żebyście go specjalnie szanowali – zauważył oficer.

Ten przytyk magazynier wziął do siebie i otworzył usta. – Co wam się, Walendziak, zebrało na gadanie? Lepiej weźcie się do roboty. Samochód miał wyjechać o dziesiątej, a tu prawie jedenasta i końca załadunku nie widać!

Robotnik chciał coś odpowiedzieć, ale się rozmyślił, machnął ręką i odszedł do swojej roboty. Tam też pospieszył i Wiśniewski. Zaś Andrzej widząc, że tutaj, na Księcia Ziemowita, niczego się nie dowie, kiwnął głową portierowi i wychodząc zapytał go:

– Jak tu się najlepiej zabrać na Solec? Do Zarządu Spółdzielni?,

– Można autobusem „138” z przystanku przy przejeździe Ale trzeba się na rondzie przy Saskiej Kępie przesiadać. Poza tym autobus rzadko chodzi. Lepiej przejść paręset metrów do Bazyliki na Kawęczyńskiej i stamtąd bezpośrednio tramwajem „25”.

Porucznik podziękował i postanowił skorzystać z tej drugiej propozycji. Po przygodzie z zeosilem nabrał ochoty na spacer. Wciąż jeszcze biały proszek łaskotał go pod koszulą i trzeszczał w zębach. Więc spluwając, zdjąwszy sweterek i rozpiąwszy koszulę do maksimum, Ciesielski wędrował wzdłuż nasypu kolejowego w stronę ulicy Kawęczyńskiej. Droga była wprawdzie nieco dłuższa, szło się ścieżką, ale za to żywej duszy dokoła. Można było się nareszcie pozbyć tego przeklętego białego prochu.

Pana Stanisława Malinowskiego mocno zdziwiła wizyta oficera milicji. Na pytanie dotyczące znajomości z Zygmuntem Stojanowskim odpowiedział ostrożnie:

– Przypominam sobie takiego pracownika. Był bodajże technologiem w naszym oddziale produkcyjnym na Targówku. Ale odszedł od nas przed czterema laty. Przypuszczam, panie poruczniku, że nasz dział kadr będzie mógł coś więcej powiedzieć o inżynierze Stojanowskim.

– Zdawało mi się, że trafiłem pod właściwy adres. Przecież panowie byli ze sobą dość blisko. Chyba nawet się przyjaźnili? Pan bywał w domu Stojanowskiego na Wilczej.

Główny księgowy trochę zmienił ton. – Cóż to za przyjaźń – bronił się nadal – ot, po prostu pracowaliśmy w tej samej spółdzielni, ale nawet nie w tym samym miejscu. Ja tutaj, on za Wisłą. Rzeczywiście, byłem na Wilczej raz albo też dwa. Nie pamiętam z jakiej okazji. Karty czy też imieniny pana Zygmunta. A co się stało?

Porucznik postanowił nie ukrywać niczego.

– Inżynier Stojanowski nie żyje. Przed tygodniem został zamordowany przed swoim domem na Wilczej, kiedy wysiadał z samochodu.

Główny księgowy z wrażenia upuścił na ziemię długopis, który obracał w palcach w czasie rozmowy z porucznikiem.

– Zamordowany?!

– Niestety. Prowadzimy dochodzenie w tej sprawie i nie możemy się pochwalić wielkimi sukcesami. Dlatego przyszedłem do pana.

– Ja naprawdę niewiele będę mógł powiedzieć o Zygmuncie, ale naturalnie, służę tym, co wiem. Czego pan chciałby się dowiedzieć?

– Jeżeli kogoś mordują, to znaczy, że ten ktoś był dla mordercy niewygodny lub był jego wrogiem. Dosłownie „śmiertelnym”.

– Zygmunt – główny księgowy pozbył się oficjalnego tonu i opuszczał słowa „pan” i „inżynier” – był trudnym człowiekiem we współpracy. Przyznaję, że jako fachowiec był bez zarzutu i spółdzielnia wiele mu zawdzięcza, może też wiele straciła, kiedy odszedł. Z drugiej strony jednak… Wszystko mu się nie podobało. Wszystko chciał zmienić lub poprawić. Dawał ludziom odczuć, że uważa ich za głupszych od siebie. A tego nikt nie lubi. Ale oczywiście, trudno mówić, żeby przysporzył sobie wrogów, i to takich, którzy nie zawahaliby się pozbawić go życia.

– Dlaczego odszedł? Spółdzielnia tak łatwo pozbyła się dobrego fachowca?

– Wiem, że nie zatrzymywali Stojanowskiego, chociaż zdawali sobie sprawę, kogo tracą. Zaważyły głównie tak zwane „stosunki międzyludzkie”. Otóż zapewne pan wie, że Stojanowski ożenił się z naszą pracownicą?

– Wiem. Była robotnicą.

– Tak. Dozowniczką przy mieszalniku. Bardzo ładna dziewczyna. Podobno jej łaskami cieszyło się w spółdzielni sporo osób. Może to jedynie plotki, ale faktem jest, że tę młodą osóbkę łączono często z nazwiskiem pana inżyniera Henryka Kowalskiego, wówczas wiceprezesa naszej firmy. Właśnie Zygmunt odbił Irenę Kowalskiemu. Po prostu przelicytował go. Tamten chciał mieć ładną kochankę, nie szczędził jej zresztą pieniędzy. Ten się z nią ożenił. Kobieta zawsze wybierze w takiej sytuacji związek pobłogosławiony w pałacu ślubów.

– Na pewno – Ciesielski uśmiechnął się.

– Kowalski był wściekły, bo zaangażował się dość poważnie. W zakładzie ludzie śmieli się z obu inżynierów. Nazywali ich „szwagrami”… Stojanowski kiedyś omal nie pobił jakiegoś robotnika. Ostatecznie na jego żądanie zwolniliśmy tego pracownika. To tylko dolało oliwy do ognia. Między Zygmuntem a Kowalskim rozgorzała walka podjazdowa. Co robił główny technolog, to nie znajdowało uznania w oczach wiceprezesa, i odwrotnie. Trzeba było przeciąć ten węzeł gordyjski. Sam radziłem Stojanowskiemu, żeby się przeniósł na budowaną właśnie wtedy Trasę Łazienkowską. Tam potrzebowano specjalistów. Warunki finansowe otrzymał dużo lepsze, niż miał u nas, nawet z premiami racjonalizatorskimi.

– A jego stosunek do pana?

– Zygmunt wyszedł ze spółdzielni śmiertelnie obrażony. Również na mnie, chociaż to właśnie ja podałem mu rękę i pomogłem wybrnąć z sytuacji. Więc nasze towarzyskie kontakty nagle się urwały. Po prostu zaproszony przeze mnie dwa razy wymówił się, że jest zajęty, a sam nie pośpieszył ani z zaproszeniem do siebie, ani nie pofatygował się zatelefonować w dniu imienin moich czy żony. Przypadkowo spotkałem go chyba przed miesiącem.

– Rozmawialiście?

– Parę minut, na ulicy. Powiedział, że teraz pracuje przy budowie Trasy Toruńskiej. Zapraszałem go na kawę do pobliskiej kawiarni, odmówił. Tłumaczył się brakiem czasu. Zapytałem o panią Irenę. Zrobił taką minę, jakbym mu dotknął nerwu w zębie. Najzwyczajniej w świecie spławił mnie słowami: „Kiedy będę wolniejszy, zatelefonuję”. Więcej go nie widziałem.

– Nie wie pan, czy Irena i Kowalski widywali się potem?

– Nie wiem. – Główny księgowy wyraźnie zesztywniał.

– A nie plotkowano na ten temat?

– Nie mam zwyczaju słuchać plotek.

– Proszę pana – powiedział porucznik – odłóżmy na bok konwenanse i dobre wychowanie. Tu chodzi o poważniejsze rzeczy. O śledztwo w sprawie morderstwa.

– Irena jeszcze przed ślubem przestała pracować w spółdzielni. Ktoś tam kiedyś gadał, że ją widział razem z Kowalskim na Krakowskim Przedmieściu w jakiejś kawiarni. W ogóle od plotek na temat obojga Stojanowskich przez dłuższy czas aż się trzęsło. Powiadali, że inżynier wyrzucił z mieszkania rodzinę Ireny, a nawet pobił starego Urbaniaka, którego podobno złapał na podkradaniu mu garderoby. Podobno teść i szwagrowie odgrażali się Zygmuntowi, że niech go tylko spotkają na Targówku, to mu wszystkie gnaty policzą.

– Ale jakoś skończyło się na pogróżkach?

– Zygmunt jednak trochę się bał. Od tamtej pory nigdy inaczej nie jeździł na Targówek jak samochodem. Nie zatrzymywał syreny przed zakładem na ulicy, lecz wjeżdżał do środka. Miał zresztą rację. Irena nie pochodzi ze zbyt arystokratycznego rodu. Tatuś złodziej, braciszkowie – znane bandziory. O konduicie mamusi też podobno można by było dużo powiedzieć.

– Czy pan Henryk Kowalski pracuje jeszcze w spółdzielni?

– Ależ skąd! Teraz, panie, ze spółdzielczości ucieka, kto tylko może. Codziennie ludzie się zwalniają. Każdy lepszy fachowiec idzie gdzie indziej. Często wystarcza przejść przez ulicę i za tę samą pracę dostanie się tysiąc złotych więcej. Nie wytrzymujemy konkurencji z przemysłem państwowym. Tam i płace wyższe, i warunki pracy bez porównania lepsze, i o przydział mieszkania dużo łatwiej. Spółdzielność pracy jest nie doinwestowana. Nasze zakłady to w przeważającej części rozwalające się stare przedwojenne rudery. Kto w takich warunkach chce u nas pracować? Ja sam myślę o ucieczce, chociaż pracuję przy tym biurku dwadzieścia lat. Taka jest smutna prawda o spółdzielczości pracy, panie poruczniku. Już dwa lata jak pan inżynier Kowalski nas pożegnał.

– Gdzie go odnajdę?

– W biurze projektów na Tamce. Bez nerwów, pracując w ściśle określonych godzinach, zarobi dużo więcej niż tutaj przy ciągłym użeraniu się o wszystko… Kiedy zamordowano Zygmunta?

– We wtorek czternastego września. – Dopiero w sobotę wróciłem z Krakowa, gdzie w jednej z tamtejszych spółdzielni kontrolowałem sporządzenie bilansu. Dlatego śmierć Stojanowskiego tak mnie zaskoczyła. Nie czytałem wczoraj i przedwczoraj „Życia Warszawy” i widocznie dlatego przegapiłem w „kronice towarzyskiej” nekrolog Zygmunta. W przeciwnym razie przyjechałbym na pogrzeb.

– Pogrzebu jeszcze nie było.

– Coo? – zdziwił się główny księgowy. – Dlaczego?

– Opóźniły go różne czynności śledcze. Poza tym poszukujemy Ireny Stojanowskiej, która wyjechała na wczasy wędrowne w Bieszczady i nic nie wie o tej tragedii. Dlatego też pogrzeb odbędzie się dopiero za dwa dni.

– Bez żony?

– Niestety, bez. Dłużej nie można czekać. Formalnościami zajęli się rodzice inżyniera. A nekrolog jest dopiero w dzisiejszym „Życiu”.

– O, jak to dobrze, że pan porucznik do mnie przyszedł. Moglibyśmy nie zauważyć. Trzeba przecież, żeby spółdzielnia kupiła wieniec, a delegacja załogi wzięła udział w tych smutnych obrzędach. Ja także tam będę.

– Jak pan myśli, kto go mógł zabić?

– Nie wiem. – Stanisław Malinowski rozłożył ręce. – Ten człowiek miał swoje wady, któż ich zresztą nie ma… Nie był lubiany, to prawda. Bywał nieraz zbyt ostry dla ludzi i zbyt wiele od nich wymagał. Ale to dotyczy okresu sprzed czterech lat. Nie przypuszczam, aby mordercy trzeba było szukać wśród pracowników naszej spółdzielni. Bardzo mi przykro, panie poruczniku, że właściwie nic nie mogę pomóc.

– Nie żałuję jednak czasu przeznaczonego na tę rozmowę – odpowiedział porucznik. – Dochodzenie milicyjne można porównać do skomplikowanej mozaiki budowanej z różnego rodzaju, różnej wielkości i różnego koloru kamyczków. Pan także dorzucił parę takich kamyków do mojej układanki.

– Gdyby pan porucznik kiedykolwiek potrzebował dodatkowych informacji o moim tragicznie zmarłym przyjacielu, naturalnie zawsze jestem do dyspozycji. – Główny księgowy wyraźnie dał oficerowi odczuć, że uważa rozmowę za skończoną.

W swoim pokoju, w Pałacu Mostowskich, Andrzej Ciesielski referował Antoniemu Szymankowi zarówno przygodę na Targówku, jak i przebieg spotkania ze Stanisławem Malinowskim. Podporucznik wyraził szczery żal, że nie wybrał się również na ulicę Księcia Ziemowita. Stracił okazję obejrzenia oficera milicji w roli „białej damy”. Komentując zaś przebieg rozmowy, zwięźle zdefiniował:

– Ten Malinowski to nieprzeciętny cwaniak.

– Dlaczego?

– W czasie jednak krótkiej rozmowy zdołał rzucić podejrzenie na inżyniera Henryka Kowalskiego i na rodzinę Ireny. A jednocześnie sprytnie podkreślił swoje alibi. Każde słowo z tego, co powiedział, było wyważone z dokładnością do jednej setnej milimetra.

– O nic go nie posądzałem – roześmiał się Ciesielski – a o alibi nawet nie miałem zamiaru pytać.

– On jednak wolał z góry tę kwestię wyjaśnić.

– Jaki stąd wniosek?

– Nie wiem. Niewątpliwie miał jakiś cel wypowiadając te słowa. Może po prostu nie chciał powiedzieć ci wszystkiego? Może i on miał jakieś poważniejsze zatargi z Zygmuntem Stojanowskim? Bał się, że i tak, prędzej czy później, musisz się o tym dowiedzieć. Więc z góry się ubezpieczył. To zresztą nie ma żadnego znaczenia.

– A to dlaczego?

– Bo zabójczynią, a w każdym razie inicjatorką zbrodni, jest Irena Sto janowska.

– Jesteś bardzo apodyktyczny w swoich sądach. Na jakiej podstawie tak twierdzisz?

– Masz. – Porucznik podał przyjacielowi wąski pasek papieru. – Teleks ze stacji granicznej Zebrzydowice.; Zachowałem ten rodzynek na sam koniec. Żeby ci nie przeszkadzać w opowiadaniu.

Teleks był krótki. Placówka Wojsk Ochrony Pogranicza w odpowiedzi na pytanie milicji wyjaśniła, że Iren Stojanowska w dniu piętnastego maja w godzinach po rannych przekroczyła granicę polsko-czechosłowacką w pociągu pośpiesznym jadącym do Wiednia. Irena Sto janowska legitymowała się ważnym paszportem zagranicznym i odpowiednim przydziałem dewiz. Jakichkolwiek przemycanych towarów przy niej nie znaleziono. Wyjechała z Polski legalnie, bez najmniejszych przeszkód. WOP nie miał żadnych podstaw, aby zatrzyma” warszawską turystkę.

– Zwiała! – zawołał porucznik.

– Czternastego września mniej więcej około godziny siódmej wieczorem zabito Stojanowskiego. Jego żona w parę godzin później wsiadła do wiedeńskiego pociągu. Na tym etapie śledztwa nikomu nie przyszło do głowy, aby zgłaszać na granicy jakieś zastrzeżenia. I to w stosunku do żony zabitego.

– Tym bardziej – potwierdził Ciesielski – że od początku sugerowano nam, iż Irena bawi na wczasach wędrownych w Bieszczadach… No tak, zbrodnia musiała by z góry zaplanowana, i to na wiele tygodni przed tragicznym wtorkiem. Przecież trzeba było wyrobić sobie przy dział dewiz i załatwić formalności paszportowe, a także zarezerwować bilet na ściśle określony dzień. Dzień popełnienia zbrodni.

Porucznik energicznym ruchem schował swoje notatki do teczki z aktami i podniósł się zza biurka.

– Dokąd idziesz?

– Do pułkownika Niemirocha. Niech on decyduje, czy mamy się starać o ekstradycję Ireny Stojanowskiej u władz austriackich.



– Zaproponuj staremu – powiedział podporucznik z powagą – żeby mnie wysłał w delegację służbową do Wiednia, do pomocy austriackiej policji.

– Na pewno to zrobię. – Ciesielski wyszedł z pokoju.





Czy morderca przybył na pogrzeb?



– Przypuśćmy – rozważał pułkownik Niemiroch – że skłoniłbym nasze władze do zażądania ekstradycji Ireny Stojanowskiej z Austrii. Przypuśćmy także, że Austriacy poszliby nam na rękę i wydali uciekinierkę. Czym byśmy wówczas rozporządzali przekazując sprawę prokuratorowi dla sporządzenia aktu oskarżenia? – Mamy bardzo wiele poszlak – stwierdził porucznik.

– Podsumujmy je – pułkownik wziął kartkę papieru i zaczął pisać:

1. Zeznanie dozorcy domu, że słyszał pogróżki Ireny Stojanowskiej wypowiadane pod adresem męża.

2. Zeznanie sąsiadki Stojanowskiej poświadczające, że w mieszkaniu często dochodziło do kłótni, przy czym padały słowa: „Zabiję cię” lub: „Gdybym miała siekierę, to roztrzaskałabym ten głupi łeb”. A poza tym stwierdzenie, że pewnego dnia Irena Stojanowska na schodach zwymyślała nieparlamentarnymi słowami swoją teściową. A ściślej mówiąc „świekrę”.

3. Zeznanie dozorcy, że na cztery dni przed zabójstwem Stojanowska opuściła dom, informując, iż wyjeżdża na wczasy w Bieszczady.

4. Zeznanie matki Zygmunta Stojanowskiego, że Irena jeszcze w przeddzień morderstwa była w Warszawie i odwiedziła Wiązownę. Irena wspomniała, że chce popełnić samobójstwo, jeśli nie otrzyma rozwodu.

W parę godzin po morderstwie, Irena Stojanowska wsiadła do pociągu pośpiesznego i wyjechała do Wiednia, okazując na granicy legalnie otrzymany paszport. 6. Zeznania Stanisława Malinowskiego, że Irena Stojanowska była rzekomo przed ślubem kochanką inżyniera Henryka Kowalskiego i także potem, rzekomo, się z nim widywała. Druga plotka powtarzana przez Malinowskiego to pogróżki rodziny Ireny pod adresem jej męża.

Niemiroch odczytał napisany tekst i zapytał porucznika: – Chyba niczego nie opuściłem? Świadomie pominąłem stwierdzenia świadków, że Irena jest młodą, piękną kobietą lubiącą się bawić i mającą zbyt wielki pociąg do alkoholu. A także do pewnego nieznanego młodego człowieka posiadającego drogie zagraniczne auto, bo te szczegóły w niczym dziewczyny nie obciążają. A zatem wszystko?

– Tak jest, panie pułkowniku – przyznał Ciesielski.

– Jesteście prawnikiem. Ukończyliście Uniwersytet Warszawski i macie z kodeksem karnym do czynienia na co dzień. A teraz wyobraźcie sobie akt oskarżenia oparty na tych przesłankach. Nie byłoby chyba potrzeba tak sławnych obrońców jak Ruszyński czy Bayer, żeby go rozbić w proch i pył. Wystarczyłby najbardziej fajtłapowaty aplikant adwokacki.

Andrzej Ciesielski przyjął w milczeniu krytykę. Słowa pułkownika, choć bezlitosne, były jednak prawdziwe. Ten zaś kontynuował:

– Nie myślę się kompromitować, cała KGMO śmiałaby się z takiego wygłupu starego Niemirocha. Wniosku o wszczęcie postępowania ekstradycyjnego nie podpiszę.

– To co mam robić, panie pułkowniku?

– Prowadzić śledztwo – odpowiedział Niemiroch.

– Rozkaz! – Porucznik powstał, stuknął obcasami i wykonał prawidłowy zwrot w tył. Przy drzwiach zatrzymał go głos „starego”.

– Wróć! Siadaj i nie rób obrażonej miny. – Pułkownik najczęściej zwracał się do młodych – i nie tylko zresztą młodych – oficerów per „ty”. Tylko wtedy, gdy był naprawdę bardzo zły, tytułował ich „obywatelu poruczniku” czy też „obywatelu kapitanie”.

– Tak jest!

– Na ogół jestem z was obu zadowolony. Wykazujecie inicjatywę i jesteście operatywni. Ale strzeżcie się najpoważniejszego błędu, jaki może popełnić oficer dochodzeniowy: budowania pięknej teorii i prowadzenia śledztwa wyłącznie pod kątem tej teorii.

– Kiedy ja, panie pułkowniku, na początku nie bardzo wierzyłem w winę tej kobiety. Dopiero teraz, po ucieczce…

– Więc nie wierz i teraz. Ale śledztwo prowadź tak, jakbyś wierzył. Nie ograniczaj się jednak do prowadzenia go tylko w tym kierunku. Szukaj innych powodów zbrodni i szukaj innych ewentualnych morderców. – Nie ma zbrodni bez motywów.

– Według mnie jedyny motyw mogła mieć Irena.

– Powtarzam: szukaj innego. Ważniejszego. To dobrze, że rozmawialiście z dozorcą domu, sąsiadką, księgowym ze spółdzielni. Idźcie dalej tą drogą. Przesłuchajcie jak największą ilość osób. Analizujcie pilnie każde słowo, mało tego – każdy gest tych osób. Szukajcie motywu – jeszcze raz podkreślił z naciskiem – szukajcie przyczyn morderstwa.

Andrzej Ciesielski powlókł się do swojego pokoju niczym zbity pies. Szymanek nie potrzebował pytać, jaki przebieg miała rozmowa z szefem.

– Spławił cię!

– Jeszcze mi porządnie nawtykał. Powiedział, że najgorszy fajtłapa ze wszystkich adwokackich aplikantów wyśmiałby na procesie nasze „poważne poszlaki”. Kategorycznie odmówił starań o ekstradycję Sto janowskiej.

Kazał szukać innych motywów. Najgorzej, że muszę mu przyznać rację.

– Zgadzasz się ze „starym”?!

– Przecież tak naprawdę nic nie wiemy. Irena mogła po prostu drapnąć z kochankiem. Postawiła męża w dość śmiesznej sytuacji, może uważała, że w ten sposób łatwiej wymusi zgodę na rozwód. A to, że wyjechała akurat w dniu morderstwa, mogło być zbiegiem okoliczności.

– A pogróżki? – Antoni Szymanek nie dawał za wygraną.

– Sam słyszałem przed paroma dniami, jak podporucznik Szymanek pijąc coca-colę w kasynie powiedział o kelnerce: „Ja tę babę kiedyś zamorduję, znowu przyniosła mi ciepłą butelkę”. I co, gdyby tę babę rzeczywiście ktoś zamordował, byłbyś pierwszym podejrzanym?

– Więc co robimy dalej? Masz jakiś pomysł?

– Pójdę do Dyrekcji Przedsiębiorstwa Robót Przemysłowych, a ty wybierzesz się na Tamkę do inżyniera Henryka Kowalskiego. Ale dopiero pojutrze. Jutro pójdziemy na pogrzeb Zygmunta Stojanowskiego.

– Uważasz za słuszne porzekadło, że zbrodniarz zawsze wraca na miejsce swojej zbrodni albo przychodzi na pogrzeb swojej ofiary?

– Coś w tym jest. Naturalnie nie zawsze, ale jak potwierdza milicyjna praktyka, przestępca rzeczywiście często uczestniczy w pogrzebie ofiary. Uważa, że samą obecnością na tych ceremoniach żałobnych odsunie od siebie podejrzenia. Albo też chce się przekonać, czy go nie podejrzewają. Zorientować się w klimacie panującym wokół jego osoby, jak na niego patrzą. Mówią, że taki facet chce się sprawdzić, czy potrafi zachować zimną krew w obliczu rodziny i znajomych. Gdybym był komendantem głównym MO to tam, gdzie chodzi o ofiary zbrodni, wszystkie pogrzeby kazałbym filmować!



– Całe szczęście, że nie jesteś. Dopiero byśmy się mieli z pyszna!

– Nie możemy filmować, ale na pogrzeb pójdziemy. Zjawimy się tam stosunkowo wcześnie i będziemy obserwować uczestników tej ceremonii. A także będziemy nastawiali ucha. Może usłyszymy coś ciekawego.

Przed kościołem na Powązkach panował duży ruch.

Z chwilą, gdy jedno nabożeństwo się kończyło, natychmiast grabarze ustawiali na katafalku następną trumnę i następny ksiądz wychodził odprawiać żałobne egzekwie. Można powiedzieć – „produkcja taśmowa”.

– Mój Boże – zauważył podporucznik – gdyby mnie ojciec posłał do seminarium duchownego, nie martwiłbym się dzisiaj, skąd wziąć trzy tysiące pięćset złotych na nowe dżinsy. Takie, jakie wczoraj widziałem na Bazarze Różyckiego.

– A nawet dobrze byłoby ci w sutannie – dorzucił Ciesielski. – Ale co z Hanką? Już nie mówiąc o tym tabunie dziewcząt sprzed małżeństwa.

– Hanka mogłaby być moją gospodynią.

– Zaraz cię zmartwię – śmiał się Andrzej. – O ile sobie przypominam wykłady prawa kanonicznego, gospodyni księżowska musi mieć skończone przynajmniej czterdzieści osiem lat.

– Naprawdę? – przestraszył się Szymanek.

– Raczej się nie mylę.

– To nie zostanę księdzem.

– Tymczasem zjawili się rodzice zmarłego w towarzystwie jakiejś przystojnej młodej kobiety. Nadchodziły także grupki osób nie znanych oficerom milicji. Przyszła pani Mierzejewska, a także pan Ksawery Rotocki. Kiedy gospodarz domu zauważył trzymających się nieco z boku obu milicjantów, natychmiast do nich podszedł i przywitał się jak ze starymi znajomymi.

– Panowie służbowo?

– Raczej nie. Po prostu pogrzeb „naszego nieboszczyka”, więc odprowadzamy go w ostatnią drogę. Czy to Irena Stojanowska, ta przystojna koło matki?

– Nie. Ireny ciągłe nie ma. Panowie już przestali ogłaszać w telewizji?

– Nie ogłaszamy, bo nic nie pomogło.

– U nas w kamienicy wszyscy mówią, że to ona go zaciukała i uciekła. Czy to prawda? – dopytywał się dozorca.

– Bo ja wiem? – odpowiedział podporucznik.

– Nie mamy na to najmniejszych dowodów. – Andrzej Ciesielski w dalszym ciągu nie wierzył w winę Ireny Stojanowskiej. – Ale kim jest ta młoda kobieta?

– Barbara. Żona starszego brata. Przyjechała ze Śląska. Tylko ona. Ani rodzony brat, ani siostra nie zdobyli się na to, żeby zmarłemu oddać ostatnią przysługę. – W głosie Ksawerego Rotockiego wyraźnie zabrzmiało oburzenie.

Pod kościół podjechał duży autobus z napisem „Przedsiębiorstwo Robót Przemysłowych”. Z wozu wysiadło ze czterdzieści osób. Wyniesiono także dwa wieńce. Jeden nosił napis „dyrekcja”, drugi – „koledzy”. Zjawił się i główny księgowy, Stanisław Malinowski. Nie wszedł do świątyni, tylko spacerował po chodniku. Najwidoczniej czekał na kogoś. Rzeczywiście, w kilka minut później podjechała nysa. Wśród pracowników spółdzielni „Pomoc Bulowlanych” Ciesielski rozpoznał portiera i magazyniera. Portier trzymał wieniec, zaś Wiśniewski wręczył księgowemu wiązankę kwiatów, jakieś rachunki i pieniądze. Główny księgowy chwilę liczył, uznał, że wszystko się zgadza, schował rachunki do kieszeni, wziął wiązankę i skierował się do kościoła. Za nim kroczyli magazynier i portier z imponującym wielkością wieńcem.



Jako ostatni nadciągnęli dwaj panowie. Wyraźnie ciut, ciut zawiani. Forsując schody starszy tłumaczył:

– Franek, jeżeli usłyszysz jak ktoś obszczekuje Irenę, że ona przekręciła Zygmunta, od razu zapraw z łba popaprańca, żeby mu chrupawki wyprysły.

– Coś ty, ojciec – odpowiedział Franek. – Za to można dobrze w dołku pogarować.

– Za rodzinę nie hańba – tłumaczył senior Urbaniak. Obaj mężczyźni już mieli zniknąć za wrotami świątyni, kiedy porucznik położył rękę na ramieniu starszego.

– Chwileczkę, panie Urbaniak – powiedział.

– Czego?

– Jedno słówko. – Ciesielski pokazał trzymany w dłoni malutki kartonik granatowego koloru. Legitymację służbową oficera milicji.

– Cóż to, milicja nie daje się nawet pomodlić za duszę zięcia? – stary nie kapitulował. – Jakim prawem?

– Na modlitwy będziecie mieli jeszcze dużo czasu. A chyba lepiej tutaj parę słów zamienić, niż w tym „dołku”, o którym przed chwilą wasz syn wspominał.

– To tak, żartowaliśmy – poddał się starszy Urbaniak.

– Właśnie o to mi chodzi, żeby to były z waszej strony tylko żarty, bo ja dla odmiany żartować nie lubię. Żadnych rozrób.

– Pan władza będzie spokojny.

– A jeżeli macie jakieś podejrzenia, to proszę przyjść do Pałacu Mostowskich.

– My nic nie wiemy – jednogłośnie odpowiedzieli ojciec i syn.

– Nawet tego, gdzie jest Irena? Dlaczego nie ma jej na pogrzebie?

– Ja tam jej nie pilnuję, jest dorosła.

– Wyjechała na wczasy – rzucił Franek, który uznał widocznie, że nie należy się zbytnio stawiać milicjantom.

– Dokąd?

– Mówiła, że gdzieś w góry?

– Z kim?

– Pewnie z tym swoim frajerem, co się za nią ostatnio włóczył.

– Tym z samochodem? Z volvo?

– To nie volvo, a opel rekord.

– A ten facet? Jak się nazywa?

– Nie wiem. Widziałem go parę razy z Ireną, ale nigdy z nim nie gadałem.

– To cudzoziemiec?

– Też nie wiem. Chociaż samochód ma literę „S”. On mi co prawda na Szweda nie wygląda, no i słyszałem, że zagadywał do Ireny po polsku.

– Gdzie?

– W „Aidzie”. Taka kawiarnia na Placu Teatralnym. Ona tam ostatnio pracowała. Kiedyś poszedłem, bo chciałem pożyczyć pół kafla. Ale nie dała – stwierdził Franek z żalem – seciaka odpaliła. Ten facet siedział przy stoliku i słyszałem, jak mówił po polsku.

– Dobrze czy tak jak cudzoziemcy, którzy się nauczyli naszego języka?

– Nie, to Polak – kategorycznie stwierdził młody Urbaniak.

– Jak wyglądał?

– Niewysoki. Chyba niewiele wyższy od Ireny. Mnie to ledwie do ramienia. – Franek miał co najmniej metr osiemdziesiąt wzrostu. – Szatyn, ale trochę wyłysiały. A na lewej ręce miał kotwicę.

– Nad nadgarstkiem?

– Tak. Niebieską. Widziałem dokładnie, bo siedział bez marynarki, we wdzianku z krótkim rękawem. Forsiasty facet. Kazał Irenie podać francuski koniak.

– Ile mógł mieć lat?

– Pan kapitan wie. – Franek na szelki wypadek, nie wiedząc z jaką milicyjną szarżą rozmawia, tytułował Ciesielskiego kapitanem. – W kiciu nikt nie młodnieje.

Porucznik uśmiechnął się. Niebieska kotwica na lewym nadgarstku, takim znakiem tatuowali się w więzieniu ci, którzy otrzymali wysoki wyrok, co najmniej pięć lat. Ale to nigdy nie było pewnym dowodem. Byle łobuz z powszechniaka mógł sobie coś podobnego zafundować, aby imponować koleżkom. Słowa Franka wyjaśniały jednak ważną rzecz. Jeżeli rysopis nieznajomego został podany prawdziwie, ten człowiek nie mógł być zabójcą Stojanowskiego. Pani Bolecka kategorycznie twierdziła, że morderca był wzrostu wyższego niż przeciętny.

– No cóż – powiedział Ciesielski – nie będę was dłużej zatrzymywać. Przecież chcecie się modlić. Tylko pamiętajcie moje słowa – żadnej rozróby.

– Spokojna głowa, panie kapitanie – obaj Urbaniakowie natychmiast zniknęli za drzwiami kościoła.

Poszli również i obaj milicjanci. Nabożeństwo żałobne właśnie dobiegało końca. Dość spora świątynia pełna była łudzi. Z przodu siedzieli w pełnej żałobie starzy Stojanowscy wraz z synową. W drugim rzędzie, godnie, jak przystało na członków rodziny, zasiedli Urbaniakowie. Dalej wiele starszych osób. Na pewno przyjaciele seniora Stojanowskiego lub jego żony, a może dalsi krewni? Nie zabrakło i dewotek, które nie opuszczają żadnej tego typu uroczystości. Koledzy zmarłego stali pod filarami. Jak to zwykle bywa na tego rodzaju pogrzebach, prawdziwy smutek panował w sercach ludzi z pierwszego rzędu krzeseł. Inni przyszli trochę z ciekawości, trochę z obowiązku, bo „tak wypada”. Trumna umieszczona na wysokim katafalku tonęła w kwiatach.

– Jak dobrze umierać we wrześniu – szepnęła jakaś paniusia stojąca tuż koło oficerów milicji. – Przynajmniej nieboszczykowi nikt kwiatów nie żałuje. Nie to, co w styczniu czy w lutym.

Egzekwia zostały odprawione, grabarze zdejmowali wiązanki i wieńce, wynosili je przez boczne drzwi na cmentarz. Po chwili zdjęli trumnę i tą samą drogą wynieśli ją z kościoła. Teraz podeszli koledzy zmarłego i wzięli ciężar na swoje barki. Przygotowany wózek zapełniono wieńcami. Kondukt ruszył w ostatnią drogę zmarłego. Pochód rozciągnął się w wąskiej uliczce pomiędzy pomnikami.

– Tak się złożyło, że obaj oficerowie znaleźli się koło pana Malinowskiego, który szedł wraz z magazynierem Wiśniewskim.

– Idę – powiedział główny księgowy – i tak sobie myślę, czy też w tym tłumie jest ten, kto to zrobił?

– Na pewno – potwierdził magazynier. – Zabójca zawsze przychodzi na pogrzeb.

– A inżynier Henryk Kowalski jest także tutaj? Pan Malinowski rozejrzał się wokoło.

– Widziałem go w kościele. Ale tutaj nie widzę.

– Idzie z tyłu, za nami. Tam, w tej grupce – to mówiąc Wiśniewski pokazał kilku ludzi znajdujących się o cztery rzędy za nimi.

– Który to?

– Ten wysoki z jasną czupryną.

Ciesielski ukradkiem obserwował Kowalskiego. Wysoki, szczupły, w niebieskich dżinsach. Zupełnie jak ten, którego opisywała pani Bolecka.

Nad otwartym grobem ksiądz szybko wyśpiewał odpowiednie modlitwy i jeszcze szybciej zdjął białą komżę. Prawie biegiem podążył z powrotem w stronę kościoła, gdzie czekał na niego następny nieboszczyk.

W imieniu Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego żegnał Zygmunta Stojanowskiego jeden z kolegów inżynierów. Padały zwykłe w takich wypadkach frazesy. Nawet ten o „śmierci na posterunku”. Przemówienie miało jedną zaletę. Nie było długie.

Następnie grabarze zręcznie spuścili trumnę na pasach na dno mogiły. Jeden wziął na szpadel szczyptę ziemi i podał stojącym nad grobem rodzicom zmarłego, żeby – jak każe tradycja – rzucili pierwsi piasek na trumnę. Za przykładem Stojanowskich poszli i przyjaciele Zygmunta. Z głuchym łoskotem grudy ziemi padały na drewniane wieko trumny.

Teraz jeden z grabarzy wskoczył do dołu. Inni podawali mu cegły i cement. Z dużą wprawą, bardzo szybko zostało zamurowane ostatnie miejsce spoczynku człowieka, któremu przed tygodniem zdawało się, że ma całą przyszłość przed sobą.

Po zamurowaniu krypty grabarze łopatami zsunęli na nią żółty powązkowski piach, uformowali mogiłę. Jeden z nich zatknął w głowach grobu metalową tabliczkę zdjętą przedtem z trumny. Inni układali wieńce; barwne kwiaty wkrótce zakryły całą mogiłę.

Do państwa Stojanowskich podchodzili teraz znajomi i przyjaciele. Składali im kondolencje. Pierwsi byli naturalnie obaj panowie Urbaniakowie, którzy – oficerowie milicji musieli to przyznać – zachowywali się bez zarzutu. Kondolencje złożył również Henryk Kowalski, zaraz potem skierował się w stronę piątej bramy Cmentarza Powązkowskiego, najbliższego wyjścia na ulicę.

Obaj milicjanci podążyli za nim. Szedł sam, nie domyślając się, że jest pod obserwacją. Po wyjściu na ulicę Powązkowską Kowalski podszedł do zaparkowanego tutaj wartburga. Oficerowie zbliżyli się i porucznik Ciesielski zaproponował: – Może by pan nas podrzucił do miasta?

Kowalski spojrzał na nieznajomych nieco zdziwiony. Ale musiał ich zauważyć w grupie żałobników, bo odpowiedział grzecznie: – Proszę bardzo. Zaraz otworzę drzwi. A dokąd panów podwieźć? Bo ja jadę na Tamkę.



– Do Pałacu Mostowskich.

Po twarzy inżyniera przebiegł cień, ale szybko się opanował. – Rozumiem. Jestem aresztowany?

– Broń Boże – odpowiedział porucznik Ciesielski. – Po prostu chcieliśmy z panem porozmawiać, a uważamy, że lepiej będzie nie wzbudzać ciekawości przysyłaniem panu wezwania do biura lub do domu. A sam pan rozumie, że prowadząc dochodzenie w sprawie o morderstwo nie mogliśmy pominąć i pańskiej osoby.

Henryk Kowalski nie uczynił żadnej uwagi. Otworzył przednie lewe drzwi auta, następnie zwolnił zamek prawych tylnych, usiadł za kierownicą i uruchomił silnik. Obaj oficerowie zajęli miejsca z tyłu wozu. Samochód szybko przebył niezbyt wielką odległość dzielącą cmentarz od Stołecznej Komendy MO.





Bez alibi



Tym razem porucznik Andrzej Ciesielski postanowił przesłuchać inżyniera Henryka Kowalskiego zgodnie ze wszystkimi wymogami prawa. Z uprzedzeniem o obowiązku mówienia prawdy, o tym, że fałszywe zeznania są surowo karane, a także z pisaniem protokołu. Przy maszynie zasiadł podporucznik Antoni Szymanek. Kiedy ustalono personalia świadka,] padło pytanie:

– Jak długo znał pan Zygmunta Stojanowskiego?

– Poznałem go jeszcze na Politechnice. Byłem wprawdzie starszy od niego i skończyłem studia trzy lata przed nim, ale razem wiosłowaliśmy w AZS-ie. Nawet w jednej osadzie w wyścigu ósemek Politechnika – Uniwersytet Do tej pory mam gdzieś dyplom za wygranie tego tradycyjnego biegu.

– Przyjaźniliście się?



– To chyba za mocne słowo. – Kowalski zeznawał spokojnie i nie zdradzał większego zdenerwowania. – Po prostu byliśmy dobrymi kolegami. Po skończeniu studiów zaczepiłem się w spółdzielni „Pomoc Budowlanym”. Dość szybko awansowałem. Kiedy Zygmunt skończył „polibudę”, ściągnąłem go do siebie. Postarałem się, aby dostał jak najlepsze warunki pracy, a także namówiłem go na ciekawą robotę – ulepszenie płynu do smarowania form przy betonowaniu.

– To wiksil jest wynalazkiem Stojanowski