Main Nagła śmierć kibica

Nagła śmierć kibica

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Seria z jamnikiem

Year:
1978
Language:
polish
File:
EPUB, 549 KB
Download (epub, 549 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Sprawa dla jednego

Year:
1978
Language:
polish
File:
EPUB, 594 KB
0 / 0
2

Dzieje jednego pistoletu

Year:
1976
Language:
polish
File:
EPUB, 729 KB
0 / 0
	Jerzy Edigey





	Nagła śmierć kibica





	By ESKEL





	Rozdział I



	Wielki szlem



	Grano przy dwóch stolikach. Spotkania brydżowo–towarzyskie u państwa Wojciechowskich miały już swoją tradycję. Znany chemik, profesor Zygmunt Wojciechowski, nie był namiętnym brydżystą, ale lubił bardzo przyjmować u siebie małe grono przyjaciół. Pretekstem do takich spotkań był właśnie zielony stolik i dwie talie kart. Raz, najwyżej dwa razy w miesiącu zapraszano trzy, najwyżej cztery osoby. Zazwyczaj w sobotę, na piątą po południu.

	Najpierw podawano czarną kawę z tortem lub szarlotką upieczoną przez panią domu. Do tego bogata kolekcja koniaków i likierów stojąca opodal na małym barku na kółkach. Rozmowa trwała jakąś godzinkę. Później czwórka zasiadała do kart, zaś Elżbieta Wojciechowska, zachowując jako gospodyni przywilej pierwszej „wychodzącej”, uprzątała naczynia i robiła ostatnie przygotowania do kolacji. Tę podawano około ósmej wieczorem. Pani domu starała się zawsze olśnić zaproszone kobiety „dankiem”, którego nikt nie znał.

	Grano o bardzo niskie stawki. „Po gazetce”, czyli dawniej po 50 groszy punkt. Kiedy ceny gazet podskoczyły do złotówki, i u profesorostwa Wojciechowskich podniesiono stawkę. Pomimo tak niskich „bodźców materialnych” brydżowe boje były nieraz zacięte i dochodziło nawet do dość ostrej wymiany słów. Wiadomo, jak to przy brydżu. Zwłaszcza, jeżeli grał przyjaciel profesora, mecenas Leonard Poturycki. Adwokat, choć dobry gracz, nigdy nie chciał się przyznać do własnych błędów. Zawsze wyszukiwał je u partnera. Pod tym względem niewiele lepszy był i doktor Witold Jasieńczak. Panie grały znacznie spokojniej i z wyrozumiałością traktowały wyskoki partnerów, przede wszystkim własnych mężów.

	Wszyscy tu znali się doskonale. O każdym partnerze wiedziano, co jest jego mocną, a co słabą stroną. Gdy Elżbieta Wojciechowska licytowała bez atu, wiadomo, że ma bombę w kartach, bo przecież czuje się pewniejsza przy rozgrywaniu gry „kolorowej”. Kiedy zaś doktor Jasieńczak zgłaszał jakiś kolor i po poparci; u przez partnera nagle przerzucał się na bez atu, także wszyscy wiedzieli, że odezwał się z vicerenonsu albo najwyżej z dwoma blotkami.

	Ale dzisiejszy brydż był nieco inny. Tak się złożyło, że z Anglii przyjechał do Warszawy znany tamtejszy fizyk, doktor Henryk Lepato, zresztą Polak. Uczony miał wygłosić dwa odczyty na Politechnice Warszawskiej i rektor tej uczelni prosił profesora Wojciechowskiego, aby „holował” fizyka w stolicy Polski, gdyż poznał go już uprzednio na jakimś kongresie w Londynie. Jednocześnie do Zakładu Chemii Tworzyw Sztucznych, na którego czele stał właśnie Wojciechowski, przyjechał kolega, profesor z Gliwic, Andrzej Badowicz.

	W tej sytuacji państwo Wojciechowscy uznali, że najlepiej będzie zaprosić obu uczonych na swojego sobotniego brydża, a listę gości uzupełnić do dziesiątki, tak żeby złożyły się dwa pełne stoliki. Poza mecenasem Poturyckim i jego żoną Janiną oraz doktorem Jasieńczakiem i panią Krysią Jasieńczakową w dzisiejszym brydżu uczestniczyli Mariola Boweri, młoda przystojna aktorka filmowa, ciągle jeszcze czekająca na swoją wielką rolę i nosząca w dowodzie osobistym bardziej prozaiczne nazwisko – Maria Skowronek, a także pan docent Stanisław Lechnowicz. Wszyscy prócz Anglika i Ślązaka wiedzieli, że Mariola Boweri jest nową „narzeczoną” docenta.

	Grano w dwóch pokojach połączonych rozsuwaną ścianą. Jedno z tych pomieszczeń służyło jako „living–room”. Drugie pełniło funkcję pokoju bibliotecznego. Ściany obudowane były regałami dźwigającymi przynajmniej dwa tysiące książek. Przeważnie różnojęzyczne dzieła z zakresu chemii. Wojciechowscy mieszkali w Warszawie przy ulicy Prezydenckiej we własnej, wygodnie urządzonej willi. W suterenie znajdował się garaż oraz pracownia chemiczna. Parter to właśnie wymienione przed chwilą dwa pomieszczenia plus kuchnia i łazienka. Pierwsze piętro mieściło trzy pokoje: pani Elżbiety, profesora i ich sześcioletniego synka Michała Sebastiana. Dlaczego Sebastiana? Tego nikt, nawet Wojciechowski, nie umiał wytłumaczyć, bo wcale nie był zwolennikiem Bacha.

	Przed kolacją gra toczyła się jakoś niemrawie. Zwykle tak bywa, kiedy grają ludzie, którzy zobaczyli się pierwszy raz w życiu i od razu zasiedli do kart. Ale po smacznej i dość obficie podlanej alkoholami kolacji brydż znacznie się ożywił. Zaczęły „chodzić” wysokie gry. Profesor Wojciechowski aż dwa razy licytował szlemika, co prawda bez powodzenia, ale dlatego że dwukrotnie trafił na wybitnie złośliwy rozkład. W pokoju stołowym grała piątka: doktor z Anglikiem przeciwko pani Boweri z mecenasem. Elżbieta Wojciechowska właśnie była „wychodzącą”. W bibliotece walczyli panowie przeciwko paniom. To znaczy, że profesor Wojciechowski grał ze swoim kolegą z Gliwic, zaś Janeczka Poturycka miała za partnerkę Krysię Jasieńczakową. Przy tym stoliku na razie pauzował docent Lechnowicz.

	Pani Boweri rozdała karty.

	Obie strony były po partii. Pani Mariola spasowała. Anglik po krótkim namyśle zgłosił kiery. Mecenas Poturycki, któremu ten kolor u przeciwników wybitnie odpowiadał, skwapliwie spasował. Doktor mając renons w kiery szybko przeniósł na piki. Pani Boweri ponownie spasowała. Teraz pan Lepato odpowiedział trzy piki. Mecenas krótko: pas. Doktor pokazał następny kolor i zgłosił cztery karo. Licytacja toczyła się teraz tylko pomiędzy Jasieńczakiem a Lepato, bo pani Boweri i mecenas Poturycki stale pasowali. Anglik na cztery karo odpowiedział pięcioma treflami. Doktor przeszedł ponownie na piki, a wtedy Lepato zgłosił szlemika w tym kolorze. Doktorowi Jasieńczakowi aż pot wystąpił na czoło. Chwilę się namyślał i wreszcie ogłosił donośnym, chociaż nieco drżącym głosem:

	– Wielki szlem w piki.

	– Kontra! – zgłosiła Mariola mając trzecią damę atutową i króla karo za ręką.

	Jeszcze trzy kolejne: pas, pas, pas i pani Boweri położyła na stole ósemkę trefl.

	W obu pomieszczeniach zapanowała cisza. Nawet ci grający w bibliotece, przy drugim stoliku, przerwali grę. Licytowanie szlema, zwłaszcza w takich „amatorskich” rozgrywkach, nieczęsto się przecież zdarza. Nie grający – Elżbieta Wojciechowska i docent Lechnowicz – znaleźli się za plecami doktora.

	Pan Lepato, usiłując zachować spokój, wykładał karty na stół.

	Jasieńczak namyślał się, jak zagrać. Czy przypadkiem pani Boweri nie wyszła spod króla? Wiedział, że gracze nieraz robią takie zmyłkowe pociągnięcia. A przecież od tej decyzji zależało, czy szlem wyjdzie.

	– Trzeba bić asem – podpowiedział Lechnowicz.

	– Wypraszam sobie – zawołał mecenas Poturycki. – Pan widział karty!

	– Sam potrafię grać – zaznaczył doktor, jednakże przebił ósemkę treflową asem ze stołu.

	– Ja nie gram – Poturycki demonstracyjnie rzucił karty.

	– Ależ panowie! – Elżbieta Wojciechowska próbowała interweniować.

	– To nie fair play – stwierdził Anglik. – Kibic musi być cichy i bezwonny.

	– Zawsze bym położył asa i bez cudzych głupich uwag – bronił się Jasieńczak.

	– Sam pan jest głupi. Przecież widziałem, jak pan już sięgał po waleta – roześmiał się Lechnowicz. – Tu trzeba grać zdecydowanie. Inaczej się nie wygra. Mariola kontrowała, więc należy impasować piki w tamtą stronę.

	– Czytałeś powieść „Nagła śmierć kibica”? – Mariola także była już wściekła na swojego przyjaciela.

	– Po impasie – docent tak się zachowywał, jak gdyby pragnął wywołać wielką awanturę – trzeba tak grać, żeby mecenas znalazł się w przymusie i zrzucił albo karo, albo kiery. Wtedy przebitkami doktor wyrobi sobie jeden z tych kolorów.

	– Tego już trochę za dużo – protestował Jasieńczak.

	– Co się pan dziwi, doktorze – głos Poturyckiego drżał hamowaną wściekłością – donosiciel zawsze zostanie donosicielem.

	– A szmatława adwokacina szmatławą adwokaciną – odciął się Lechnowicz.

	Mecenas zerwał się z miejsca, z hałasem odsuwając fotel. Docent z zaciśniętymi pięściami ruszył w jego stronę.

	Na szczęście Elżbieta Wojciechowska znalazła się pomiędzy mężczyznami.

	– Co robicie, głupie koguty. Opanujcie się. Jak wam nie wstyd!

	– Bo on… – Poturycki urwał w pół zdania.

	– Nie pozwolę się obrażać – Lechnowicz poczerwieniał na twarzy.

	– Muszę stwierdzić – dorzucił Anglik – że docent zachował się w sposób wysoce nietaktowny.

	– Po co się wtrąca do cudzej gry – Jasieńczak dodał swoje trzy grosze. – Nie od dzisiaj gram w brydża.

	Jeszcze chwila, a kłótnia przybrałaby większe rozmiary. Do rękoczynów było już bardzo blisko. Profesor Zygmunt Wojciechowski uznał za stosowne przyjść z pomocą żonie.

	– Panowie, dajcie spokój. O życie gracie? Doprawdy zachowujecie się jak dwunastoletni chłopcy. Co się takiego stało? Przecież widać, że szlem jest do wygrania i tak znakomity gracz, jak doktor, nie mógłby spartolić tej rozgrywki. A tobie, Stachu, bardzo się dziwię. Zawsze taki opanowany…

	– Stasio – wtrąciła pani Boweri – ostatnio źle się czuje. Już parę razy radziłam mu, żebyśmy gdzieś wyjechali, choćby na krótki odpoczynek.

	– Co z ciebie za adwokat – Wojciechowski nadal usiłował zbagatelizować to przykre zajście – jeżeli jedna uwaga kibica wyprowadza cię z równowagi? Siadaj na swoje miejsce.

	Poturycki posłusznie zastosował się do polecenia pana domu.

	– Bardzo przepraszam za swoje odezwanie – pan Lepato, choć warszawianin z pochodzenia, podkreślił swoje nienagannie angielskie wychowanie. – Proszę mi wybaczyć.

	– Zaraz dam wam po koniaku na uspokojenie nerwów – zaofiarował się profesor. – Jakie macie kolory?

	Na barku na kółkach, stojącym w pobliżu, znajdowała się cała bateria trunków. Tam też grający stawiali kieliszki. Żeby się nie pomieszały, każdy miał inną, kolorową, okrągłą podstawkę z papieru. Goście musieli jedynie zapamiętać swój kolor. To było bardzo praktyczne.

	– Mój czerwony – stwierdził Jasieńczak.

	– Ja jak zwykle na zielonym – przyznał mecenas.

	– Mój biały i pamiętam, że pana Lepato był brązowy – informowała Mariola.

	Profesor Wojciechowski sprawnie serwował napitki gościom. Napięcie zostało rozładowane.

	– A twój, Stachu? – Elżbieta zapytała docenta.

	– Niebieski – odpowiedział Lechnowicz.

	Podeszła do barku i za chwilę trzymając w rękach dwa kieliszki podała jeden z nich docentowi. Ujmując go za ramię, lekko odciągnęła mężczyznę od stolika z grającymi.

	– Zachowałeś się jak barbarzyńca – powiedziała cicho. – Wstyd mi za ciebie.

	– Bardzo cię przepraszam – docent pocałował panią domu w rękę – ale naprawdę ostatnio trochę źle się czuję. Sam nie wiem, co mi jest.

	To mówiąc Lechnowicz jednym haustem wychylił kieliszek koniaku. Aż się skrzywił przełykając mocny płyn. Chwilę stał bez ruchu z półotwartymi ustami i coraz większym grymasem bólu na twarzy. Usiłował ręką sięgnąć do serca. Z drugiej kieliszek wypadł mu na dywan. Docent zatoczył się i padając zawadził o stojącą w pobliżu kanapę. Znieruchomiał w pozie półleżącej, z głową opartą o siedzenie kanapy, z oczami szeroko otwartymi.

	Obecni w pokoju zerwali się ze swoich miejsc.

	Doktor Jasieńczak pierwszy podbiegł do leżącego. Pochylił się nad nim. Wziął za rękę.

	– Pomóżcie – powiedział. – Musimy go położyć na kanapie.

	Wojciechowski z Lepato dźwignęli Lechnowicza i ułożyli go według wskazań lekarza. Doktor rozluźnił mu krawat, rozpiął koszulę i badał chorego.

	– On umiera – stwierdził z przerażeniem. – Trzeba natychmiast wezwać pogotowie! Niech przysyłają karetkę reanimacyjną.

	– Ja zatelefonuję – zaofiarowała się Elżbieta.

	– Lepiej, jeżeli ja sam to zrobię – Jasieńczak przeszedł do biblioteki, gdzie na biurku stał telefon. Za chwilę usłyszano jego głos.

	– Tu doktor Jasieńczak – mówił. – Dzwonię z ulicy Prezydenckiej pięćdziesiąt pięć. Boczna od Filtrowej. W mieszkaniu profesora Wojciechowskiego zachorował Stanisław Lechnowicz. Przypuszczalnie zawał serca. Stan bardzo ciężki. Potrzebna natychmiast karetka reanimacyjna. Dziękuję, czekamy.

	Lekarz wrócił do chorego. Znowu pochylił się nad nim.

	– Nie żyje – powiedział głuchym głosem. – Z wielką przykrością…

	– To niemożliwe! – zaprotestowała pani Boweri.

	– Niestety, to prawda.

	– Trzeba go ratować! – zawołała Janina Poturycka.

	– Obawiam się, że tu już żaden ratunek nie pomoże.

	Elżbieta Wojciechowska wybuchnęła histerycznym śmiechem. Z trudem zdołała się opanować. Mariola Boweri płakała cicho. Pozostali zbili się w gromadkę koło kanapy. Spoczywał na niej zmarły. Człowiek, który jeszcze przed pięciu minutami był w gronie żywych.

	– Może sztuczne oddychanie? – zauważył Anglik.

	– Tu nic nie pomoże.

	– Co za straszne nieszczęście – Krystyna Jasieńczakowa ogromnie przejęła się tragicznym wypadkiem. – Co teraz zrobimy?

	– Mam nadzieję, że uda mi się namówić lekarza z pogotowia, aby zabrał zmarłego ze sobą. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Inaczej Zygmunt nie uniknie wielu najrozmaitszych kłopotów.

	– O czym mówisz?

	– Nagły zgon w obcym domu automatycznie powoduje wszczęcie dochodzenia milicyjnego ze wszystkimi jego konsekwencjami, a więc przesłuchiwaniem obecnych, sekcją zwłok, decyzją prokuratora na wydanie ciała rodzinie i zezwolenie na pogrzeb. Sam byłem przez wiele lat lekarzem milicyjnym i możecie mi wierzyć, te formalności nie są przyjemne dla rodziny, a tym bardziej dla kogoś, u kogo zdarzył się wypadek. Milicja traktuje takiego człowieka jako podejrzanego.

	– Co za straszny wypadek! – jęknął Wojciechowski.

	– Bądź przygotowany, że jeżeli nie uda mi się sprawy załatwić z pogotowiem, będziesz miał wiele przykrości dodatkowych. Ale takie są przepisy prawa.

	W tej chwili rozległ się sygnał karetki pogotowia zatrzymującej się przed willą profesora. Za minutę do pokoju wszedł lekarz. Młody człowiek miał płaszcz narzucony na biały kitel. W ręku trzymał walizeczkę.

	– Gdzie chory? – zapytał nie tracąc czasu na jakiekolwiek formalności czy też powitania.

	Nie musiał czekać na odpowiedź, bo w tej samej chwili dostrzegł Lechnowicza leżącego na kanapie.

	– Panie kolego – doktor Jasieńczak skierował się w stronę przybyłego – obawiam się, że pańska interwencja jest spóźniona. Docent Stanisław Lechnowicz zmarł na minutę przed przyjazdem pogotowia.

	– Pan… – młody lekarz spojrzał ze zdziwieniem na mówiącego.

	– Przepraszam. Jestem Witold Jasieńczak – doktor wyciągnął rękę do młodszego kolegi.

	– Żałuję, że w tak smutnych okolicznościach przyszło mi poznać pana doktora – młodemu lekarzowi nazwisko Jasieńczaka, bodaj najsławniejszego w Polsce kardiologa, mówiło bardzo wiele. Z całym więc szacunkiem uścisnął podaną mu dłoń, a potem zbliżył się do kanapy. Pochylił się nad leżącym.

	– Tak – potwierdził diagnozę Jasieńczaka. – Fakt zgonu nie ulega żadnej wątpliwości.

	– Klasyczny zawał o gwałtownym przebiegu – wyjaśnił Jasieńczak. – Od razu obawiałem się, że wszelka pomoc przyjdzie za późno.

	– Niestety – potwierdził lekarz pogotowia.

	– Elżbietko – Jasieńczak zwrócił się do Wojciechowskiej – gdzie moglibyśmy spokojnie porozmawiać?

	– Przejdźcie do pokoju Zygmunta. Znasz przecież drogę.

	Obaj lekarze skierowali się na pierwsze piętro.





	Rozdział II

	Nietaktowny młody lekarz



	Pokój profesora umeblowany był nad wyraz skromnie. Pod ścianą stał tapczan nakryty wzorzystą materią. Tutaj także jedną ścianę zajmowały półki z książkami. Poza nimi w pokoju znajdowało się wielkie biurko, całe zawalone papierami, oraz wygodny fotel obrotowy i przed biurkiem dwa foteliki z małym stoliczkiem. Tutaj właśnie zaprosił doktor Jasieńczak młodszego kolegę, jednocześnie wyciągając w jego kierunku paczkę amerykańskich papierosów.

	– Dziękuję, nie palę – odmówił lekarz.

	– Ja nie mogę tego powiedzieć o sobie. Wiem, jak mi szkodzą papierosy, a jednak nie mogę się powstrzymać. Parę razy próbowałem rzucić palenie. Nic z tego nie wyszło. Ale naturalnie nie po to zaprosiłem pana kolegę, aby rozmawiać o szkodliwości tytoniu, kiedy trup znajduje się w pokoju pod nami.

	– Przykra sprawa – zauważył młody człowiek.

	– Bardzo przykra. Przyjęcie, dom pełen gości. Gra w karty. Mała sprzeczka przy brydżu, jak to zwykle bywa, i nagle człowiek łapie się za serce. Ledwie go ułożyliśmy na kanapie, już zakończył życie.

	– Na to nie ma rady. Przypuszczam, że gdybyśmy nawet byli na miejscu w momencie zawału, także nie zdołalibyśmy mu pomóc.

	– To na pewno. Ale co teraz robić? – martwił się doktor Jasieńczak.

	– Nic tu po mnie. Zawiadomię milicję i wracam na Hożą.

	– Właśnie o tym chciałem z panem kolegą porozmawiać.

	– O czym? – młody człowiek wyraźnie zesztywniał.

	– Sam pan rozumie. Taki skandal dla profesora Wojciechowskiego.

	– To ten sławny chemik? – zainteresował się lekarz pogotowia.

	– Właśnie on. Ten szpakowaty wysoki pan, który otworzył wam drzwi.

	– No tak – zgodził się młody człowiek. – Dla właściciela mieszkania nie jest to rzeczywiście przyjemne. Dom pełny milicji, przesłuchania i tak dalej… Ale nic na to nie mogę poradzić.

	– Chciałbym tego wszystkiego oszczędzić profesorowi Wojciechowskiemu. Rozgłos tej sprawy mógłby mu zaszkodzić. Pan zapewne słyszał, że kandydaturę profesora wysuwa się do Nagrody Nobla?

	– Aż tak? – zdziwił się lekarz. – Nie słyszałem, chociaż wiem, że profesor Wojciechowski jest uczonym o światowej sławie. Jednym z największych specjalistów od tworzyw sztucznych.

	– Dlatego też uważam, że powinniśmy temu człowiekowi oszczędzić niepotrzebnych, nie zawinionych przez niego przykrości. Bo czy to jego wina, że gość zaproszony na brydża umiera podczas rozgrywania szlema w piki?

	– Na pewno nie wina Wojciechowskiego – zgodził się lekarz pogotowia – ale sam pan doktor wie, jakie są przepisy.

	– Doskonale je znam – roześmiał się Jasieńczak. – Przecież także, jak każdy młody lekarz, dorabiałem w swoim czasie dyżurami w pogotowiu. Razem z doktorem Chrabąszczem, dzisiejszym dyrektorem tej instytucji. Byłem także kilka lat lekarzem milicyjnym.

	– Więc pan doktor rozumie…

	– Rozumieć rozumiem. Znam przepisy prawa. Ale prawo jest prawem, a życie życiem. Trzeba te sprawy umieć wyważać. Primum non nocere, przede wszystkim nie szkodzić, to naczelna zasada zawodu lekarskiego.

	– Nieboszczykowi już w niczym nie zaszkodzimy ani nie pomożemy.

	– Ale pozostałym należy pomóc.

	– W jaki sposób?

	– To proste. Gdybyście przyjechali choć pięć minut wcześniej, docent Lechnowicz umarłby nie na kanapie w pokoju profesora Wojciechowskiego, a w karetce pogotowia. Nie byłoby żadnego problemu. W akcie zgonu zaznaczono by śmierć na zawał w czasie ratowania chorego w pogotowiu. Jako miejsce śmierci podano by wasz szpital na Hożej.

	– Pan mi proponuje?…

	– Chyba pan nie wątpi, panie kolego – głos doktora Jasieńczaka zabrzmiał dość ostro – że się nie pomyliłem informując pana, że Lechnowicz zmarł na zawał serca. Bądź co bądź mam te kilkanaście lat praktyki i trochę orientuję się w dziedzinie kardiologii.

	Młody człowiek miał niewyraźną minę.

	– Ależ tak, panie doktorze – potwierdził – nawet studenci pierwszego roku medycyny wiedzą, jakim wybitnym fachowcem jest doktor Jasieńczak. Ekspert krajowy w sprawach kardiologii. Jeden z najsławniejszych lekarzy w Europie.

	– No, może trochę kolega przesadził – łaskawie zgodził się Jasieńczak, który jak każdy zresztą człowiek lubił słuchać pochwał.

	Zapadło krótkie milczenie.

	– Zatem sprawa załatwiona – zadecydował kardiolog – zabiera pan truposza do karetki i odjeżdżacie. A przy okazji porozmawiam o tym wypadku z moim przyjacielem, doktorem Chrabąszczem.

	Młody człowiek spuścił głowę:

	– Pan wybaczy, doktorze, ale nie mogę.

	– Jak to pan nie może? Jeżeli ja panu mówię, że to zawał!

	– Naprawdę nie mogę. Przecież to wbrew przepisom. Mnie nie wolno ich łamać.

	– Niech się pan niczego nie obawia. Noszowy i kierowca nawet się nie zorientują. Będą myśleli, że chory jest nieprzytomny. Żeby ich do reszty wprowadzić w błąd, zrobię przy nich zastrzyk Lechnowiczowi. Jemu to nie zaszkodzi, a ich przekona, że docent żyje, lecz znajduje się w stanie głębokiej zapaści. Sam pan dobrze wie, kim jest profesor Wojciechowski.

	– Nie o to chodzi.

	– A o co?

	– Ja nie mogę. Naprawdę nie mogę.

	– Jeżeli pan się tak boi, pojadę razem z wami karetką i sam podpiszę akt zgonu. Nie wiedziałem, że dzisiaj młodzi lekarze są tacy bojaźliwi. Czyżby o posadę w pogotowiu było tak trudno?

	– Nie o to chodzi – młody lekarz po raz pierwszy podniósł głos. Mówił zdecydowanym tonem: – Poszedłem na medycynę i skończyłem ją, żeby cierpiącym nieść ulgę, a nie żeby brać udział w jakichś machlojkach. Nawet jeśli te machlojki miałyby się przydać komuś do otrzymania Nagrody Nobla.

	– Nie żadne machlojki, a koleżeńska przysługa jednego lekarza drugiemu.

	– Nie widzę tu żadnej koleżeńskiej przysługi. W ogóle dziwię się, że pan, lekarz o światowej sławie i o nieskazitelnej opinii zawodowej, wystąpił z taką propozycją. Kategorycznie ją odrzucam. Jako lekarz pogotowia stwierdziłem wypadek nagłego zgonu. Przyczyny tego zgonu nie można ustalić pobieżnym zbadaniem zmarłego. Przepisy prawa są tutaj bardzo wyraźne i rygorystyczne. Potrzebne jest dochodzenie i sekcja zwłok przez organy do tego powołane. A więc milicji i lekarza milicyjnego. Moim pierwszym obowiązkiem jest zawiadomić te władze o wypadku.

	– A oni natychmiast aresztują wszystkich zebranych pod zarzutem morderstwa – ironizował doktor Jasieńczak.

	– Co zrobią władze, ich sprawa. Ja muszę spełnić swój obowiązek.

	– Tak pan uważa?

	– Nic innego nie mogę zrobić.

	– To pańskie ostatnie słowo?

	– Ogromnie mi przykro – młody lekarz podniósł się z fotela dając tym do zrozumienia, że dalszą rozmowę uważa za zbyteczną.

	Doktor także wstał.

	– Trudno – powiedział. – Zapamiętam to sobie.

	Witold Jasieńczak nie umiał przegrywać. Ani w brydżu, ani w życiu.

	Obaj mężczyźni w milczeniu zeszli ze schodów na dole Goście zebrali się w bibliotece. Przy zmarłym siedziała tylko Mariola Boweri, ale już nie płakała. Elżbieta Wojciechowska przyniosła jej filiżankę mocnej herbaty. Wszyscy pytająco spojrzeli na dwóch lekarzy.

	– Kolega z pogotowia – wyjaśnił Jasieńczak – uznał, że o wypadku należy zawiadomić milicję.

	– Jest mi bardzo przykro, ale to mój obowiązek – tłumaczył się młody lekarz. – Przepisy prawa są w tym wypadku jednoznaczne.

	– Rozumiem – zgodził się profesor Wojciechowski. Pan będzie łaskaw, doktorze – profesor wskazał stojący na biurku aparat telefoniczny.

	– Chwileczkę – zaoponował mecenas Poturycki. Młody lekarz, który już sięgał po słuchawkę, cofnął rękę,

	– Jestem adwokat Leonard Poturycki – wyjaśniał mecenas. – Znam doskonale wymogi prawa i rozumiem, że milicja musi być natychmiast zawiadomiona, chociaż powody śmierci naszego przyjaciela są dla nas najzupełniej jasne i oczywiste. Dura lex, sed lex. Pozwoli więc pan, że ja za niego spełnię ten obowiązek?

	Lekarz pogotowia uśmiechnął się. Młody człowiek obawiał się, że znowu będą go namawiali, aby postąpił wbrew obowiązkowi, a tymczasem znalazł w osobie sympatycznego mecenasa człowieka, który go nie tylko rozumiał, ale jeszcze ofiarował się wyręczyć w tej przykrej czynności. Dzięki temu nawet konflikt ze znanym kardiologiem został załagodzony.

	– Proszę bardzo – powiedział młody człowiek i szybko, jak gdyby obawiał się, że adwokat się rozmyśli, podał mu słuchawkę. – Mnie jest wszystko jedno, kto zawiadomi milicję, byleby tej zasadzie stało się zadość.

	Poturycki z pamięci nakręcił numer.

	– Mógłbym mówić z pułkownikiem Adamem Niemirochem? – zapytał. – O przepraszam, nie poznałem pani pułkownikowej. Mówi Leonard. Czy zastałem męża? Dziękuję.

	– Adasiu, musisz mnie poratować. Znaleźliśmy się w nieprzyjemnej sytuacji. Dzwonię z mieszkania profesora Wojciechowskiego. Tak, tego sławnego chemika. To mój stary przyjaciel. Wyobraź sobie, jakie nieszczęście. Graliśmy w brydża i nagle jeden z partnerów dostał zawału serca i zmarł. Docent Stanisław Lechnowicz… Jakbyś zgadł. Właśnie przy licytacji wielkiego szlema. Tak się tym widać, biedak, przejął, że serce nie wytrzymało… Ratunek był na miejscu, bo grał z nami doktor Jasieńczak, ten kardiolog. Pogotowie spisało się na medal, bo natychmiast zareagowało na wezwanie. Nie zmienia to faktu, że docent zmarł… Rozumiesz chyba, jakie to straszne przeżycie dla państwa domu, profesorostwa Wojciechowskich… Wiem, że pewnych formalności nie da się uniknąć, ale chciałem cię prosić, aby to załatwić bez rozgłosu i jak najbardziej taktownie… Właśnie o to chciałem cię prosić… Tak, już oddaję mu słuchawkę.

	Adwokat przerwał rozmowę telefoniczną i zwrócił się do Jasieńczaka:

	– Pułkownik Niemiroch chce z doktorem rozmawiać.

	– Witold Jasieńczak… Cieszę się, że pan pułkownik jeszcze mnie pamięta. Dawnego lekarza milicyjnego… Przesada, przesada, panie pułkowniku. To pan jest sławnym pogromcą przestępców, naczelnikiem Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej MO. Najważniejszą osobą w tej komendzie. A ja pozostałem nadal skromnym lekarzem, któremu czasami coś się udaje… A co do tego wypadku, to nie ulega najmniejszej wątpliwości, że mamy dc czynienia z zawałem, który nastąpił wskutek wielkiego napięcia nerwowego… Tak czasem bywa z namiętnymi brydżystami… Jest tu kolega z pogotowia, on także może poświadczyć, że to zawał…

	Lekarz pogotowia w tym momencie miał niepewną minę, ale na szczęście oficer milicji nie chciał z nim rozmawiać i zadowolił się zapewnieniami słynnego kardiologa, bo doktor Jasieńczak podał słuchawkę Poturyckiemu, informując:

	– Pułkownik chce jeszcze mówić z mecenasem.

	– Tak, tu jeszcze ja… No to bardzo ci dziękuję, stary… naturalnie będziemy czekać na przybycie milicji… Nie, niczego nie ruszaliśmy. Tylko chorego, kiedy nastąpił atak, przenieśliśmy na kanapę stojącą w tym samym pokoju… Właśnie tam umarł… Jeszcze raz dziękuję.

	Adwokat odłożył słuchawkę na widełki i zwrócił się do zebranych:

	– Jak państwo słyszeli, załatwiłem sprawę bezpośrednio z pułkownikiem Niemirochem, moim starym przyjacielem, obecnie naczelnikiem Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej MO. Pułkownik obiecał mi, że wkrótce przyjedzie tutaj ekipa milicyjna, która możliwie szybko i bez większych komplikacji postara się załatwić formalności. Pułkownik prosił, aby aż do przybycia milicji niczego nie ruszać i pozostać na swoich miejscach. Czy pan zadowolony, doktorze? – te ostatnie słowa Poturycki skierował do lekarza pogotowia.

	– Bardzo dziękuję, panie mecenasie. A państwa bardzo przepraszam, ale doprawdy musiałem tak postąpić. Trzeba było zawiadomić milicję.

	– Ależ panie doktorze – odpowiedział profesor Wojciechowski – doskonale to rozumiemy. Żałujemy, niestety, że przyjazd pogotowia nic już nie mógł naszemu biednemu przyjacielowi pomóc.

	Profesor odprowadził lekarza do wyjścia i serdecznie się z nim pożegnał. A następnie powrócił na swoje miejsce w bibliotece. Zgromadzeni tu goście w milczeniu oczekiwali dalszego rozwoju wypadków.





	Rozdział III

	Bardzo taktowny młody porucznik MO



	Tym razem samochody podjechały nie na sygnale. Fiat nie miał żadnego napisu, który wskazywałby na wóz milicyjny. Karetka miała tylko znak czerwonego krzyża. Z fiata wysiadło czterech mężczyzn w cywilnych ubraniach. Z karetki lekarz naturalnie w białym kitlu. Szybko weszli do willi profesora Wojciechowskiego.

	– Jestem porucznik Roman Mierzejewski – przedstawił się jeden z młodych ludzi. – Z Komendy Stołecznej MO.

	– Zygmunt Wojciechowski, właściciel mieszkania – profesor przywitał się z oficerem milicji. – Czekaliśmy właśnie na pana przyjazd.

	– Pan pułkownik Niemiroch zawiadomił mnie o wypadku i poinformował, że wśród państwa obecny jest mecenas Poturycki. Który to z panów?

	– To ja – adwokat również przywitał się z porucznikiem.

	– Pułkownik zapewnił mnie, że mecenas będzie mi mógł udzielić wyjaśnień i pomocy na miejscu. Co tu się stało?

	Poturycki wskazał na sąsiedni pokój. Tam na widocznej z tego miejsca kanapie leżał nieżywy człowiek.

	– Jak pan widzi, poruczniku, graliśmy w karty. Ściśle mówiąc w brydża. Docent Stanisław Lechnowicz nagle dostał zawału serca i zmarł, pomimo że mamy w swoim gronie lekarza i pomoc była na miejscu.

	– A wzywano pogotowie? – zapytał lekarz milicyjny.

	– Tak – wyjaśniał Wojciechowski. – Wezwaliśmy pogotowie, które szybko przyjechało. Zresztą pierwszej pomocy usiłował od razu udzielić choremu pan doktor Witold Jasieńczak, który tu stoi obok.

	– Przepraszam, doktorze, że nie zauważyłem pana, ale nie przyglądałem się żywym – tłumaczył się lekarz poznając słynnego kardiologa. – Można obejrzeć ciało?

	– Proszę bardzo…

	– Chwileczkę – przerwał porucznik. – Czy docent dostał ataku tam, na kanapie?

	– Nie – wyjaśniał adwokat. – Nagle stracił przytomność. Złapał się za serce i przewrócił na dywan. Przenieśliśmy chorego na kanapę, próbując go ratować.

	– Nie żyje? – dla pewności zapytał Mierzejewski.

	– To nie ulega wątpliwości.

	– W takim razie i lekarz milicyjny nic mu nie pomoże. Najpierw więc dokonamy zdjęć.

	Porucznik dał sygnał swoim ludziom. Fotograf milicyjny w ciągu kilku minut obfotografował cały pokój.

	– Badań daktyloskopijnych nie będziemy przeprowadzać – zadecydował porucznik. – A teraz pan doktor zajmie się swoim klientem.

	Lekarz pochylił się nad leżącym. Badał krótko, potem wyprostował się.

	– Mogę tylko stwierdzić, że zgon nastąpił przed jakąś godziną. Najwcześniej przed dwoma. Na ciele nie znać żadnych obrażeń świadczących o gwałtownej śmierci. Naturalnie nie kwestionuję zdania mojego sławnego kolegi, doktora Jasieńczaka, że powodem zgonu jest zawał serca, ale będę to mógł ściśle stwierdzić dopiero po przeprowadzeniu sekcji zwłok. Na razie nie widzę żadnych przeszkód, aby zabrać ciało do prosektorium.

	– Zgoda – przytaknął Mierzejewski. – Niech go doktor zabiera. Wy także – zwrócił się do członków swojej ekipy – już nie macie tu nic do roboty. Ja jeszcze zostanę, żeby porozmawiać z państwem.

	Przywołani przez lekarza ludzie przynieśli nosze, ułożyli zmarłego, przykryli kocem i w milczeniu wyszli z mieszkania. Razem z nimi opuścili willę milicjanci z ekipy dochodzeniowej. Porucznik wyjął notes:

	– Chciałbym – tłumaczył się – jak najszybciej załatwić przykre formalności. Sprawa jest jasna, ale przepisom musi się stać zadość. Proszę mi opowiedzieć, jak to się stało? Może pan, mecenasie?

	Poturycki dokładnie opisał, kto grał przy jakim stoliku, i wspomniał, że podczas licytowania szlema w piki, a właściwie nieco później, bo przy rozpoczęciu rozgrywki tegoż szlema powstał spór pomiędzy graczami a, ich zdaniem, zbyt natrętnym kibicem, którym był właśnie docent Lechnowicz. Adwokat nie ukrywał, że w tym sporze brał niepośredni udział i że omal nie doszło do rękoczynów pomiędzy nim a docentem.

	– Ale nikt nikogo nie uderzył? – zainteresował się porucznik.

	– Skądże! – zaprzeczył mecenas. – Do tego na pewno by nie doszło, ale na wszelki wypadek pani domu interweniowała i załagodziła całą sprawę. Zajęliśmy swoje miejsca, łyknęli trochę koniaku i właśnie mieliśmy kontynuować przerwaną rozgrywkę, kiedy nagle Lechnowicz zachorował. Stał w tym miejscu, w takiej pozycji – Poturycki zademonstrował, gdzie wtedy znajdował się docent – i nagle widzimy, że otwiera usta, usiłuje jak ryba wyciągnięta z wody złapać powietrze, łapie się za serce i wali na dywan. Pan sobie wyobraża, poruczniku, jakie to na nas wywarło wrażenie?

	– Przykry wypadek.

	– Natychmiast rzuciłem się na ratunek – włączył się Jasieńczak. – Położyliśmy chorego na kanapie. Rozpiąłem mu koszulę, słucham: arytmia serca, uderzenia ledwie wyczuwalne. Chory kona. Nie miałem przy sobie żadnych leków. Zatelefonowałem więc natychmiast do pogotowia, aby przysłali karetkę reanimacyjną. Przyjechała bardzo szybko. Niestety, dla chorego za późno.

	– Czy ktoś z państwa mógłby jeszcze coś dodać do tych słów? – zapytał oficer.

	– Chyba nic – za wszystkich odpowiedział profesor. Wojciechowski.

	– Mógłbym dodać – zabrał głos pan Lepato – że kiedy przenosiliśmy docenta na kanapę, odruchowo spojrzałem na zegarek na ręku. Była równo dziesiąta i siedemnaście minut. Tę godzinę można przyjąć za czas zgonu.

	– Tak – zgodził się Jasieńczak. – Lechnowicz zmarł najwyżej w minutę później.

	Porucznik zapisywał w notesie uwagi mówiących.

	– Czy zmarły miał jakąś rodzinę? Kogoś, kogo należy zawiadomić o wypadku?

	– O ile wiem – wyjaśnił profesor Wojciechowski – nikogo poza obecną tutaj jego narzeczoną, panią Mariolą Boweri.,

	– Mieliśmy się pobrać w początku przyszłego miesiąca – piękna pani znowu musiała ocierać oczy.

	– Pani lub ktoś, kto się będzie chciał zająć pogrzebem – wyjaśnił porucznik – musi uzyskać pozwolenie prokuratora. Jest to tylko formalność, ale z obowiązku przypominam państwu o tym.

	– Ja się tym zajmę – zadeklarował profesor Wojciechowski. – Zmarły był moim uczniem i przyjacielem. Najzdolniejszym ze wszystkich, jakich kiedykolwiek miałem. Sądziłem, że to on mnie pochowa i przejmie moją pracę. Niestety, przeznaczenie zrządziło inaczej.

	– Chciałbym jak najszybciej uwolnić państwa od swojej obecności – powiedział porucznik Mierzejewski. – Rozumiem doskonale, że wizyty składane w takich okolicznościach nie mogą budzić entuzjazmu. Niemniej poproszę państwa o podanie swoich personaliów.

	– Pan nas będzie przesłuchiwał? – zapytał mecenas.

	– Tego nie uda się uniknąć.

	– To trochę śmieszne. Piętnaście lat jestem adwokatem i nigdy nie byłem przesłuchiwany. Ani w charakterze świadka, ani jako podejrzany. Tym razem jednak widzę, że nie wymigam się z tego.

	– Chyba nie, mecenasie – potaknął porucznik – ale teraz państwo są zbyt przejęci wypadkiem i zbyt zdenerwowani, żeby dopełnić tej niezbyt przyjemnej formalności. Sądzę, że najlepiej będzie, jeżeli dzisiaj wynotuję nazwiska i adresy tu obecnych i następnie z każdym umówię się na jutro w Pałacu Mostowskich. Od dziewiątej rano do drugiej po południu będę w Komendzie Stołecznej MO. Najchętniej zrezygnowałbym z tych przesłuchań, ale przesyłając sprawę do prokuratora, a tylko on ją może umorzyć, musimy mieć podkładki. To naprawdę zajmie każdemu z państwa nie więcej niż piętnaście minut.

	– Zawsze jesteśmy do pańskiej dyspozycji, poruczniku – zapewnił Wojciechowski. – Jeśli pan pozwoli, zjawię się w Pałacu Mostowskich o dziewiątej rano.

	– Czy mogę przyjechać razem z mężem? – zapytała pani Elżbieta.

	– Oczywiście.

	– Ja mam jutro w sądzie dwa terminy. Jeden o dziewiątej, drugi o jedenastej. Nie będę mógł przyjechać do porucznika wcześniej niż dopiero przed samą drugą – wyjaśnił Poturycki. – A jeśli sprawa się przeciągnie, to co robić?

	– To proszę przyjechać do Komendy pojutrze albo jutro bez względu na godzinę zgłosić się do oficera dyżurnego. Uprzedzę go, o co chodzi, i on sporządzi krótki protokół przesłuchania świadka, ponieważ będziecie państwo przesłuchiwani w charakterze świadków.

	W swoim notesie Mierzejewski zanotował nazwiska i adresy domowe uczestników brydża oraz ustalił, kiedy kto zgłosi się na przesłuchanie. Zamknął notes, schował go do kieszeni i kłaniając się pani Wojciechowskiej powiedział:

	– Przede wszystkim współczuję pani profesorowej, gospodyni domu, w którym się zdarzył tak tragiczny wypadek, a także pani Boweri jako narzeczonej zmarłego. Przepraszam też, że zmuszony byłem do przybycia tutaj, ale to mój obowiązek. Bardzo mi przykro.

	Odprowadzony przez gospodarza oficer milicji opuścił willę.

	– Jaki to sympatyczny młody człowiek – zauważyła Janina Poturycka po wyjściu milicjanta. – A jaki taktowny.

	– Z żalem przyznaję, że młodzi oficerowie milicji na głowę biją dobrym wychowaniem i taktem młodych lekarzy. Zwłaszcza tych z pogotowia ratunkowego – doktor Jasieńczak nie mógł najwidoczniej darować młodszemu koledze z pogotowia jego nieustępliwości.

	– Sądzę, że trochę dobrej mocnej kawy dobrze nam zrobi – powiedziała Wojciechowska. – A może po tych wszystkich strasznych przeżyciach jesteście głodni? Mam doskonały bigos, zaraz go odgrzeję.

	– Dziękuję ci, Elżuniu, ale taka jestem zdenerwowana, że nie potrafiłabym niczego przełknąć – zaprotestowała Krysia Jasieńczakowa. – Chyba pójdziemy już.

	– Tak, Elu – panią Krystynę poparła Janina Poturycka. – Im prędzej się rozejdziemy, tym lepiej. Przecież widzę, że ledwie się na nogach trzymasz. Profesor także przybladł.

	– Po takich przeżyciach – dorzucił Andrzej Badowicz. – Ja także uważam, że nam wszystkim należy się wypoczynek. Jutro znowu musimy wrócić do tych ciężkich zdarzeń dzisiejszego wieczoru.

	Gospodarze nie zatrzymywali gości. Tylko pani Marioli Boweri zaproponowali u siebie nocleg. Artystka filmowa jednak odmówiła, zaś przybysz z Anglii ofiarował się odwieźć ją do domu.

	Żegnano się w milczeniu. Każdy ciągle jeszcze przeżywał tragedię, która się wydarzyła zaledwie przed trzema godzinami. Tylko doktor Jasieńczak, już w palcie stojąc w przedpokoju, zauważył z wisielczym humorem:

	– Psiakrew! Raz w życiu zalicytowałem wielkiego szlema i to nie mogłem go rozegrać.



	Rozdział IV

	Wszyscy kłamią



	W dwa dni później w gabinecie pułkownika Niemirocha, w Komendzie Stołecznej MO, rozległ się sygnał telefonu. Pułkownik wysłuchał krótkiego raportu i polecił:

	– Przyślijcie mi to na piśmie, jak tylko będziecie mieli gotowe. Bezpośrednio na moje nazwisko.

	Niemiroch odłożył słuchawkę i wezwał sekretarkę, pannę Krysię.

	– Niech tu zaraz przyjdzie porucznik Mierzejewski z aktami sprawy Lechnowicza.

	Nie upłynęło i pięć minut, kiedy porucznik meldował się w gabinecie zwierzchnika z szarą teczką w ręku.

	– Jak tam sprawa, poruczniku?

	– Mam wszystko gotowe – pochwalił się Mierzejewski. – Zdjęcia, oględziny miejsca wypadku, protokoły przesłuchania świadków. Czekam na wyniki sekcji zwłok, aby przekazać akta prokuratorowi z wnioskiem o umorzenie śledztwa.

	– Pokażcie te akta. Chodzi mi głównie o zeznania świadków.

	Porucznik położył teczkę na biurku, otworzył ją i podsunął pułkownikowi plik kartek. Każda z nich wypełniona była maszynowym pismem, a w jej nagłówku figurowały słowa „Protokół przesłuchania świadka”.

	Niemiroch czytał te protokoły w kolejności ich ułożenia. Na samym wierzchu znajdowały się zeznania profesora Wojciechowskiego.

	„… Docenta habilitowanego, Stanisława Lechnowicza, znałem od 1961 roku, to jest od pierwszego roku jego studiów. Już wtedy zwróciłem uwagę na nieprzeciętne zdolności młodego studenta. Później Lechnowicz był moim asystentem. U mnie także robił pracę magisterską, a następnie doktorat”.

	Niemiroch nadal przeglądał zeznania profesora.

	„… Lechnowicz habilitował się w Instytucie Chemii Organicznej w Polskiej Akademii Nauk, gdyż w tym czasie zainteresowały go problemy wodorowania węgla. Na skutek tego straciłem z nim bezpośredni kontakt naukowy, chociaż nadal utrzymywałem z nim przyjacielskie stosunki i traktowaliśmy go oboje z żoną jak członka rodziny. Z reguły bywał u nas na każdym przyjęciu czy tradycyjnie urządzanych w naszym domu brydżach.

	… samego zajścia, jeśli w ogóle można mówić o zajściu, nie śledziłem. Grałem w brydża w sąsiednim pokoju. Wprawdzie słyszałem, że doktor Jasieńczak zalicytował szlema w piki i zaraz potem nastąpiły jakieś starcia słowne pomiędzy nim, mecenasem Poturyckim i Lechnowiczem, ale co było powodem tej sprzeczki i jakich słów używano, nie słyszałem, względnie nie pamiętam. W pewnym momencie jednak przeszedłem do drugiego pokoju, aby interweniować, bo starcie stawało się zbyt ostre. Ale burzę szybko zażegnano. W brydżu podobne sprzeczki są na porządku dziennym. Wszystkich siedzących przy stoliku poczęstowałem koniakiem. Każdemu podawałem jego kieliszek, tak jak stały na kolorowych serwetkach. Niektóre kieliszki były pełne, puste uzupełniłem koniakiem. O ile sobie przypominam, nalewałem «Martella».

	… widząc, że gra wróciła do normy, skierowałem się do swojego stolika, kiedy usłyszałem odgłos padającego ciała i jednocześnie krzyk przestrachu mojej żony. Gdy się odwróciłem, Lechnowicz leżał na podłodze z głową opartą na kanapie. Rękę trzymał na sercu i robił wrażenie człowieka, który nie może zaczerpnąć powietrza. Doktor Jasieńczak rzucił się na pomoc leżącemu. Nie zauważyłem, kto jeszcze pomagał w przeniesieniu chorego na kanapę. Doktor, stwierdziwszy ciężki stan chorego, wezwał pogotowie. Lechnowicz zmarł przed przybyciem karetki reanimacyjnej. Docent Lechnowicz ostatnio niejednokrotnie skarżył się na zły stan zdrowia. Nawet wybierał się do lekarza. Jego nagła śmierć to prawdziwy cios dla naszej nauki, gdyż straciła ona znakomicie zapowiadającego się młodego uczonego. Dla mnie to także ciężkie przeżycie, strata przyjaciela i ucznia, z którego byłem tak dumny”.

	– Hm – mruknął pułkownik Niemiroch i zaczął czytać następny protokół. Zeznawała Elżbieta Wojciechowska.

	Wśród odpowiedzi wyjaśniających personalia przesłuchiwanej znalazła się także informacja, że kobieta ta jest inżynierem doktorem chemii i pracuje obecnie w Instytucie Chemii na Żoliborzu jako pracownik naukowy. Następnie Wojciechowska wyjaśniała, że Stanisława Lechnowicza zna jeszcze ze studiów na Politechnice Warszawskiej, kiedy ona była na pierwszym roku, przyszły docent właśnie kończył pracę dyplomową i wkrótce został asystentem. Był bardzo lubiany przez młodszych kolegów, gdyż zawsze otaczał ich opieką. Jako asystent nie ograniczał się tylko do prowadzenia ćwiczeń i zaliczania kolokwiów, ale stawiał sobie ambitne zadania, aby wszyscy jego „podopieczni” naprawdę dobrze opanowali prowadzone przez niego przedmioty. Nieraz służył pomocą także z zakresu innych specjalności.

	Doktorat Lechnowicza – czytał dalej pułkownik – stał się prawdziwym wydarzeniem na politechnice. Była to i odkrywcza praca, którą następnie opublikowały najbardziej znane pisma fachowe w Stanach Zjednoczonych, Francji i Związku Radzieckim.

	W tym mniej więcej czasie Elżbieta została żoną profesora Zygmunta Wojciechowskiego. Znajomość z asystentem przerodziła się teraz w prawdziwą przyjaźń z ukochanym uczniem męża. Ta niczym nie zmącona przyjaźń całej trójki przetrwała aż do tragicznej śmierci docenta. W sobotnim brydżu miała uczestniczyć początkowo piątka graczy, Poturycki z żoną i Krystyna Jasieńczakowa oraz dwoje gospodarzy. Doktor wybierał się bowiem na jakieś ważne spotkanie naukowe. Gdy jednak sytuacja wymagała zaproszenia dwóch dalszych partnerów: Anglika i profesora z Gliwic, Wojciechowscy postanowili uzupełnić liczbę gości przynajmniej do dziesiątki. Wtedy udało się profesorowi namówić Lechnowicza do przyjścia z narzeczoną, chociaż oni planowali spędzić ten wieczór inaczej! Ale uczynny jak zwykle docent i tym razem chętnie przyj stał na prośbę przyjaciela. Piękna pani Boweri miała być dodatkową atrakcją wieczoru, zwłaszcza dla Anglika.

	Sprzeczka, jaka wybuchła przy kartach, była, zdaniem Elżbiety Wojciechowskiej, czymś normalnym. Mecenasa Poturyckiego znano z tego, że zawsze przy brydżu kłóci się ze swymi partnerami, a najmniejszy gest kibica doprowadza go do białej gorączki. Ale wszyscy partnerzy doskonale się znali i nikt się tym nigdy nie przejmował, gdyż adwokat szybko ochłonąwszy z gniewu stawał się znowu czarującym kompanem. To zajście było podobne do wielu poprzednich.

	Elżbieta Wojciechowska wiedziała, że docent Lechnowicz ostatnio dużo pracował i zdrowie mu nie dopisywało. Skarżył się często na jakieś bóle w okolicy serca. Przyjaciele namawiali go na wizytę u lekarza i przeprowadzenie dłuższej kuracji, ale docent bardziej kochał swoją pracę niż samego siebie. Zawsze tę kurację odkładał.

	Tylko złym samopoczuciem pani Wojciechowska tłumaczyła fakt, że podczas nieporozumienia przy kartach Lechnowicz okazał się tak zapalczywy i swoimi odezwaniami jakby prowokował Poturyckiego, znanego przecież z tego, że jest wielkim nerwusem. Pani domu musiała w pewnej chwili interweniować i odciągnęła docenta w drugi koniec pokoju. Jej gość po paru chwilach uspokoił się, nawet przeprosił gospodynię i pocałował ją w rękę. Wojciechowska jednak zauważyła, że miał zmienioną twarz. To ona podała docentowi kieliszek koniaku. Kieliszek stał na barku na kółkach, na niebieskiej podstawce. Rozmawiając z Lechnowiczem nagle zauważyła, że ten zamilkł, zakrztusił się, zachwiał i osunął na podłogę tuż koło jej nóg. Nachyliła się, aby go podnieść, ale już na pomoc skoczyli mężczyźni. Przede wszystkim doktor Jasieńczak. Jeszcze tylko przypomina sobie słowa lekarza „on umiera” i potem nie pamięta niczego. Odzyskała świadomość, kiedy ktoś jej podawał lekarstwo z wodą. Jako pani domu Elżbieta Wojciechowska robi sobie wyrzuty, że zaprosili Lechnowicza. Gdyby tego nie uczynili, może docent żyłby dłużej? Niestety, jak pozostali przyjaciele, nie orientowali się, że ze zdrowiem młodego uczonego jest aż tak źle.



	Następną kartą w aktach sprawy były zeznania obywatela angielskiego Henryka Lepato. Wyjaśniał on:

	„… nazywam się obecnie Henryk Lepato, jednakże urodziłem się w Warszawie i nazywałem aż do wyjazdu do Anglii «Lepatowicz». Za granicą skróciłem to niewymawialne przez Anglików nazwisko. W czasie okupacji mieszkałem w Warszawie i brałem udział w konspiracji w Szarych Szeregach. W 1943 roku zostałem aresztowany przez gestapo i po pobycie na Pawiaku wywieziony do obozu koncentracyjnego w Mauthausen. Po oswobodzeniu obozu wstąpiłem do angielskich «kompanii wartowniczych» a następnie znalazłem się w Anglii. Tam kończyłem Wydział Fizyczny na uniwersytecie w Edynburgu. Obecnie jestem profesorem fizyki prądów w Cambridge. Poznałem profesora Zygmunta Wojciechowskiego w czasie kontaktów naukowych angielsko–polskich. Profesor wygłasza w Londynie cykl odczytów o osiągnięciach polskiej chemii! Jako Polak z pochodzenia zainteresowałem się tymi odczytami, chociaż chemia nie jest moją specjalnością. Doskonale się orientowałem, że w tej dziedzinie nauki Wojciechowski reprezentuje najwyższe osiągnięcia światowej Toteż skorzystałem z okazji, aby go poznać osobiście! Kiedy zaproponowano mi dwa odczyty na Politechniki Warszawskiej, zgodziłem się z wielką radością. To mól pierwszy przyjazd do kraju rodzinnego. Wśród witających mnie był profesor Wojciechowski, który bardzo serdecznie się mną zaopiekował w Warszawie. Zaproszenie do jego domu uważałem za prawdziwy zaszczyt.

	… w brydża gram raczej słabo, ale jakoś sobie radziłem chyba w ogólnym obrachunku byłem parę punktów wygrany. Utarczki słowne przy kartach wcale mnie nie dziwiły. Wbrew panującej opinii o zimnych i zawsze opanowanych Anglikach, oni podczas brydża kłócą się dużo goręcej niż to robiło towarzystwo zebrane u profesora. W ostatniej sprzeczce nie brałem udziału, bo szlema zalicytował mój partner i on też miał go rozgrywać. Ja tylko wyłożyłem swoje karty na stół.

	… pana docenta Stanisława Lechnowicza nie znałem osobiście. Pierwszy raz zobaczyłem go w domu przy ulicy Prezydenckiej. Jednakże w angielskich publikacjach naukowych spotykałem to nazwisko i wiedziałem, że jest to wschodząca gwiazda polskiej chemii. Uczony zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Siedzieliśmy obok siebie podczas kolacji i prowadziliśmy interesującą rozmowę o najnowszych osiągnięciach i perspektywach nauki. Byłem nawet zaskoczony, że ten chemik tak doskonale orientuje się w mojej dziedzinie fizyki wielkich prądów.

	… to ostatnie nieporozumienie było większe niż poprzednie karciane utarczki. Wywołał je pan Lechnowicz swoimi pouczeniami, w jaki sposób doktor Jasieńczak ma rozgrywać szlema w piki. Uwagi były merytorycznie słuszne, ale musiały zdenerwować kontrpartnerów lekarza, bo odbierały im szanse wygrania. Nie były także miłe panu Jasieńczakowi, gdyż uważał się on za doskonałego gracza, który sam potrafi rozwiązać ten zresztą niezbyt skomplikowany problem. Przysłuchiwałem się temu starciu nie interweniując. Przecież byłem tu człowiekiem obcym. Za to interweniował pan domu i pani Elżbieta. Ona odciągnęła od stolika pana Lechnowicza. O czymś rozmawiali i chyba docent przeprosił panią domu, bo całował ją w rękę. Lechnowicz już wtedy musiał się źle czuć. Widziałem, że kiedy podnosił do ust pełny kieliszek, który mu podawała pani Wojciechowska, to tak mu ręka drżała, że aż parę kropel płynu spadło na dywan. Tego nie można wytłumaczyć jedynie zdenerwowaniem sprzeczką karcianą. Koniak wypił jednym haustem, jak gdyby to była woda czy wódka, a nie szlachetny płyn rodem z Francji. A przecież taki człowiek, jak Lechnowicz, musiał wiedzieć, jak się pije koniak.

	… tak, to ja przenosiłem chorego na kanapę. Lechnowicz był nieprzytomny i chyba już nie oddychał. Nie wiem, czy wtedy jeszcze żył, bo nie jestem lekarzem. Proponowałem, że zrobię choremu sztuczne oddychanie, ale pan Jasieńczak wyjaśnił, że to niepotrzebne, bo umarłemu nic pomóc nie może.

	… wszyscy byliśmy niesłychanie przybici tym tragicznym wypadkiem. Pani domu prawie dostała ataku nerwowego, również inne kobiety, a przede wszystkim narzeczona docenta, pani Boweri, wymagały pomocy lekarskiej. Na szczęście doktor Jasieńczak znalazł w domowej apteczce jakieś środki uspokajające.

	… pamiętam, że po przyjeździe do Warszawy wyraziłem profesorowi Wojciechowskiemu życzenie, aby mi umożliwił poznanie docenta Lechnowicza. Zapewne też moja prośba była powodem zorganizowania tego brydża w domu profesora. Jest mi ogromnie przykro, że w tak pośredni sposób przyczyniłem się do tragicznych wydarzeń tamtego wieczoru”.

	– Hmra – chrząknął znowu pułkownik Niemiroch i wziął się za studiowanie zeznań pięknej aktorki filmowej.

	„… Stanisława Lechnowicza poznałam przed pięcioma miesiącami. To była obustronna miłość od pierwszego wejrzenia. Te pięć miesięcy to najszczęśliwszy okres mojego życia. Śmierć Stacha załamała mnie zupełnie. Nie wiem, czy zdołam się kiedy opamiętać. Ciągle nie mogę się pogodzić z faktem, że go nie ma wśród żywych. Nigdy nie spotkałam bardziej szlachetnego i uczynnego człowieka. Nie dbał o siebie, o swoją karierę naukową, a zwłaszcza o swoje zdrowie. A przecież nieraz twarz wykrzywiał mu grymas bólu i chwytał się za serce. Błagałam go, żeby poszedł do lekarza.

	… to sobotnie popołudnie mieliśmy spędzić spokojnie, we dwójkę, w mieszkaniu Stacha. Ale kiedy zatelefonował profesor Wojciechowski i zwierzył się Stachowi z kłopotu, jaki ma z nagłymi gośćmi z Anglii i ze Śląska, Lechnowicz bez wahania postanowił przyjść z pomocą swojemu kochanemu mistrzowi. Tak zawsze nazywał profesora Wojciechowskiego. Nie znałam bliżej ani jego, ani pani Elżbiety, przedtem spotkaliśmy się raz w teatrze. Profesor proponował później pójście na kolację, ale Stach odmówił. Już wtedy źle się czuł…

	… mężczyźni przy brydżu zawsze się kłócą, jakby od wygranej zależały dalsze losy świata, ale byłam zdziwiona, że tym razem sprzeczka przybrała tak gwałtowny charakter. To najlepiej świadczyło, że Stach bardzo źle się czuł. On zazwyczaj panował nad sobą, a teraz wprost prowokował awanturę. Nawet mu zwróciłam uwagę. Sądziłam, że po interwencji profesora i jego żony wszystko się uspokoiło. Stach odszedł z panią Elżbietą w głąb pokoju. Byłam do nich odwrócona plecami i jedynie usłyszałam krzyk kobiecy i hałas padającego ciała. Kiedy spojrzałam, Stach już leżał na dywanie. Potem długo nie mogłam się uspokoić. Takie straszne przeżycie. Nadal chodzę jak nieprzytomna…”

	– No tak – zauważył pułkownik Niemiroch – właśnie takich zeznań spodziewałem się, ale idziemy dalej.

	To mówiąc oficer milicji ujął kolejny protokół zeznania adwokata Leonarda Poturyckiego.

	„… Stanisław Lechnowicz był moim kolegą szkolnym. Jeszcze sprzed wojny, z gimnazjum im. Mikołaja Reja. Później, w czasie okupacji, razem chodziliśmy na komplety. Maturę zdawaliśmy po wojnie. Chociaż studiowaliśmy na innych uczelniach, ja na prawie, on na politechnice, szkolna przyjaźń nie uległa rozluźnieniu. Zawsze podziwiałem błyskotliwość i głęboką wiedzę przyjaciela. Był urodzonym naukowcem i dlatego wybrał ten rodzaj kariery, chociaż po ukończeniu politechniki miał ciekawe propozycje z przemysłu. Dużo lepiej płatne niż pensja starszego asystenta. Stach jednak bez wahania odrzucił te oferty. Wcale mnie nie dziwiła błyskawiczna kariera naukowa Lechnowicza. Gdyby nie ta bezsensowna i okrutna śmierć, niewątpliwie ten człowiek zostałby luminarzem światowej chemii. Poza tym był to człowiek bardzo uczynny i bardzo skromny. Najlepszym tego dowodem jest jego stosunek do profesora Wojciechowskiego, którego szanował jak ojca i uważał za swojego mistrza, chociaż obecnie osiągnięcia naukowe Lechnowicza dorównywały dorobkowi Wojciechowskiego.

	… lubię grę w brydża i przyznaję, często się przy tej grze niepotrzebnie unoszę. Ale przyjaciele znają moje wady i niewiele sobie z nich zawsze robili. Nieraz pomiędzy mną a Stachem dochodziło do dużo ostrzejszych spięć. W naszych młodzieńczych latach czasami jeden drugiemu rozbił nos pięścią, co wcale nie szkodziło naszej przyjaźni.

	… przyznaję, że na uwagi Lechnowicza zareagowałem ostro. Kibic przecież nie ma prawa wtrącać się do rozgrywki. Tym bardziej kiedy gra toczy się o wielkiego szlema. Jestem zupełnie przekonany, że doktor Jasieńczak, który jest raczej słabym brydżystą, przegrałby tę grę, gdyby nie pomoc docenta. Doktor niby to się gniewał, ale w gruncie rzeczy był zadowolony, że ktoś lepszy mu pomaga. W takiej sytuacji straciłem panowanie nad sobą i powiedziałem Stachowi parę słów. Nie pamiętam, jakich wtedy użyłem sformułowań. Nie mogły one jednak tak dotknąć Stacha, aby to spowodowało nagły atak serca, chociaż wiedzieliśmy, że ostatnio ze zdrowiem Lechnowicza było nietęgo. Martwiliśmy się tym i namawialiśmy go do poddania się kuracji.

	… zajście zostało załagodzone na skutek interwencji profesora Wojciechowskiego, który przemówił nam do rozumu. Usieliśmy z powrotem przy stoliku i rozgrywka miała się zacząć na nowo. Pani Elżbieta odeszła razem ze Stachem w głąb pokoju. Profesor podał nam po kieliszku koniaku na uspokojenie nerwów. Doskonale widziałem Wojciechowską ze Stachem. Chyba Stach przepraszał ją za swoje nietaktowne zachowanie, bo pocałował panią Elżbietę w rękę. Ona mu podała kieliszek koniaku. Kryzys nastąpił nagle, jak gdyby piorun w Stacha strzelił. Chwycił się za serce, otworzył usta, chciał widocznie coś powiedzieć i jak podcięte drzewo zwalił się na dywan. Sądzę, że kiedy go kładliśmy na kanapie, już nie żył.

	… nie mogę sobie darować, że zareagowałem na uwagi Stacha. Gdybym milczał, może nie doszłoby do kryzysu. To zdenerwowanie mogło być przysłowiową ostatnią kroplą, która przelała czarę”.

	– Bardzo ładnie to ujął mecenas Poturycki – pułkownik skomentował zeznania także i swojego przyjaciela – ale ciekawe, co na ten temat ma do powiedzenia Witold Jasieńczak.

	„… Stanisława Lechnowicza znam od wielu lat. Nie pamiętam, przy jakiej okazji poznaliśmy się. Najprawdopodobniej było to w domu profesora Wojciechowskiego, który jest moim starszym kolegą szkolnym. Przyznaję, że Lechnowicza ceniłem jako młodego, wybijającego się ponad przeciętność uczonego. Spotykałem się z nim u Wojciechowskich i w innych zaprzyjaźnionych domach. Często także grywaliśmy w brydża. Jak to bywa przy zielonym stoliku, nieraz dochodziło pomiędzy nami do małych utarczek. Zwłaszcza jeśli któryś z nas spartolił wysoką grę. Lechnowicz był dobrym graczem, ale należał do tego typu brydżystów, którzy partnera uważają za przyrząd do trzymania trzynastu kart, a zawsze sami chcą rozgrywać.

	… kilka razy docent skarżył się, że go «serce boli». Prosił nawet o zapisanie mu «jakichś kropelek». Powiedziałem, że chętnie wezmę go do swojej kliniki i tam przeprowadzimy szczegółowe badanie oraz ewentualnie zastosujemy odpowiednią kurację. Lechnowicz w zasadzie z tym się zgadzał, ale stale odwlekał chwilę zjawienia się u mnie. To się ciągnęło przeszło rok. Nie zdawałem sobie sprawy, że stan zdrowia docenta jest aż tak poważny…

	…Cały incydent przy brydżu nie miał większego znaczenia. Układ kart był taki, że nawet początkujący gracz dałby sobie z tym radę. Był tylko jeden sposób wygrania] gry. Bez względu na to, co powiedział Lechnowicz, musiałbym tak grać. Poturycki jest znany ze swojego nieopanowania przy kartach, więc wcale się nie dziwiłem, że zaczął się awanturować. Natomiast dziwne dla mnie, jako dla lekarza, było zachowanie Lechnowicza. On umiał nad sobą panować i należał do ludzi dobrze wychowanych. Tym razem docent wykazywał nienaturalne podniecenie. Takie zachowanie się chorego jest często spotykane przy stanie przedzawałowym. Napięcie nerwowe, nadnormalna pobudliwość jeszcze przyspieszają nadejście kryzysu.

	…To, że Lechnowicz nigdy przedtem nie miał zawału o niczym nie świadczy. Nierzadko pierwszy zawał bywa i ostatnim. To tylko legenda rozpowszechniona wśród laików, że trzeci zawał jest najgroźniejszy i kto go przeżył, już mu nic nie grozi. Każdy atak choroby serca należy traktować indywidualnie. Każdy może się skończyć tragicznie. Na to nie ma żadnych reguł.

	…nawet gdybym miał wszystkie leki i aparaturę reanimacyjną i gdybym się spodziewał, że Lechnowicz ulegnie atakowi, nie udałoby się chorego uratować. Akcja serca ustała zupełnie i od rozpoczęcia ataku do zgonu na pewno upłynęło najwyżej kilkadziesiąt sekund…

	…jestem absolutnie przekonany i jako kardiolog mogę to udowodnić całą moją praktyką lekarską, że w tym stanie zdrowia, w jakim znajdował się Lechnowicz, zawał i tak by nastąpił w najbliższym czasie. Nawet bez żadnej kłótni czy zdenerwowania docenta. Mogło go to równie dobrze spotkać w mieszkaniu Wojciechowskich czy w parę godzin później na ulicy lub we własnym łóżku…

	…czy zawał, gdyby nastąpił w innym czasie i w inny miejscu, byłby także tak gwałtowny i śmiertelny w skutku.

	Nie jestem wróżbitą, tylko lekarzem, dlatego na to pytanie nie znajduję ścisłej odpowiedzi.

	…po stwierdzeniu zgonu Lechnowicza, było to jeszcze przed przyjazdem pogotowia, zająłem się udzieleniem pomocy paniom obecnym w domu Wojciechowskich. Zwłaszcza pani Boweri, która po nagłej śmierci narzeczonego przeszła poważny kryzys nerwowy, jak też i Elżbiecie Wojciechowskiej ciężko przeżywającej tragiczny zgon jej gościa”.

	– No tak – pułkownik odłożył przeczytany protokół – pięknie to pan doktor Jasieńczak wytłumaczył. Zwłaszcza uwaga lekarza, że zawał i tak by nastąpił, jest bardzo cenna. Zobaczymy, co mówią pozostali goście profesora.

	„…jestem profesorem nadzwyczajnym na Politechnice Śląskiej – zeznawał Andrzej Badowicz po złożeniu swoich personaliów. – Do Warszawy przyjechałem specjalnie na konsultacje z profesorem Wojciechowskim, gdyż opracowuję pewien temat naukowy z dziedziny, w której Wojciechowski jest bodaj największym w Polsce specjalistą. Mój pobyt, obliczony na trzy dni, przeciągnął się i musiałem zostać w stolicy na sobotę i niedzielę. Dlatego też chętnie skorzystałem z zaproszenia na brydża…

	…towarzystwa zgromadzonego u Wojciechowskich w ogóle nie znałem, z wyjątkiem docenta Lechnowicza. Z nim kilka razy kontaktowałem się na różnych zjazdach naukowych. Byłem rad ze spotkania z Lechnowiczem i nawet umówiliśmy się na rozmowę w poniedziałek po południu. Spotkanie to, niestety, nie doszło do skutku. Lechnowicz miał duże osiągnięcia w chemii i rokowano mu wielką przyszłość. Ja osobiście najbardziej podziwiałem jego stosunek do profesora Wojciechowskiego i odwrotnie. Profesor traktował go jak ukochanego syna, docent, już samodzielny przecież pracownik naukowy, zatrudniony gdzie indziej niż Wojciechowski, nadal uważał się za ucznia profesora i utrzymywał z nim stałą więź naukową, dzieląc się ze swoim «mistrzem», jak go zawsze nazywał, nie tylko wszelkimi kłopotami, ale także i osiągnięciami. Rzadko się spotyka takie stosunki między profesorami i asystentami, więc tym bardziej budzi to wielki szacunek dla obu uczonych.

	…grałem przy innym stoliku i w innej partii, stąd całość sprzeczki uszła mojej uwagi. Naturalnie słyszałem zapowiedź szlema w piki, co było ogólną sensacją, bo nieczęsto zdarza się taka odzywka. Potem właśnie ja rozgrywałem i tylko dobiegały mnie jakieś podniesione głosy z sąsiedniego pomieszczenia. W pewnym momencie profesor Wojciechowski, który grał ze mną i właśnie rozłożył karty na stole, powiedział «muszę rozdzielić tych kogutów», wstał i przeszedł do drugiego stolika. Rzeczywiście tam sprzeczka zaraz ucichła. Właśnie kończyłem rozgrywkę, kiedy usłyszałem krzyk kobiecy i zobaczyłem, że wszyscy się zrywają od sąsiedniego stolika. Myśmy też przerwali grę. Kiedy znalazłem się w drugim pokoju, pan doktor Jasieńczak podniósł się znad kanapy, na której leżał docent Lechnowicz, i powiedział «umarł» czy też «on nie żyje». Nie pamiętam, kto zaalarmował pogotowie, bo sam byłem zdenerwowany i przejęty tragiczną śmiercią docenta. Natomiast milicję wezwał mecenas, nazwiska nie pamiętam. Z jego żoną Janiną grałem w jednej partii”.

	– No tak – pułkownik Niemiroch uśmiechnął się ironicznie. – Pan profesor z Gliwic także znalazł piękne słowa dla swojego gospodarza i dla zmarłego. A co powiedziały dwie pozostałe panie?

	Obie niewiasty zeznawały krótko i prawie identycznie. Obie stwierdziły, że znają Stanisława Lechnowicza od wielu lat. Spotykały się z nim wyłącznie na gruncie towarzyskim. W ich domach docent nie bywał. Po prostu mają bliższych znajomych i przyjaciół. O Lechnowiczu słyszały zawsze wiele dobrego. Zwłaszcza o jego wielkich osiągnięciach naukowych. Wiedziały, że Wojciechowskich łączą z docentem uczucia prawdziwej, głębokiej przyjaźni. Obie panie grały właśnie z sobą przeciwko Wojciechowskiemu i Badowiczowi. Słyszały, że przy sąsiednim stoliku doktor Jasieńczak zalicytował szlema w piki. Słyszały też jakąś sprzeczkę pomiędzy adwokatem, docentem i doktorem, ale zajęte własną rozgrywką nie zwracały szczególnej uwagi na to, co się dzieje w drugim pokoju. Pamiętały, że” profesor, który wtedy był wychodzącym, wstał, aby załagodzić sprzeczkę. Dopiero krzyk pani Elżbiety i odgłos padającego ciała zaalarmował wszystkich obecnych w mieszkaniu profesorostwa. Kiedy weszły do living–roomu, docent Lechnowicz nie żył. Panie zajęły się Mariolą Boweri i Elżbietą Wojciechowską, obydwie uległy szokowi nerwowemu.

	– Bardzo piękne – stwierdził pułkownik Niemiroch – te opowiadanka.

	Porucznik Mierzejewski był również zadowolony z zeznań przesłuchiwanych brydżystów.

	– Tak, jak pan pułkownik zalecił – wyjaśnił – starałem się postępować delikatnie, aby nikogo nie urazić i całą sprawę przeprowadzić bez zbytniej sensacji. Udało nam się to w zupełności. W kołach związanych z Politechniką Warszawską śmierć uczonego wywołała pewne wrażenie, ale nikt jej nie wiąże z profesorem Wojciechowskim, a tym bardziej z przebiegiem brydża w willi profesora. Mecenas Poturycki bardzo mi dopomógł w czasie mojej wizyty na Prezydenckiej. Teraz dołączymy do tych akt świadectwo sekcji zwłok i skończymy z tą historią. Bez rozgłosu, szybko i sprawnie.

	– Tak – zgodził się Niemiroch. – Wszyscy spisali się na medal. My dwaj jako milicjanci, pozostała dziewiątka jako świadkowie. Jest jednak do naprawienia jeden maleńki błąd. Po prostu drobiazg!

	– Jaki?

	– Przed chwilą telefonował z prosektorium doktor Maliniak. Powiedział mi krótko, ale dobitnie: „pański chemik jest tak nafaszerowany cyjankiem potasu, że wystarczyłoby go do wytrucia świń we wszystkich pegeerach w całym województwie albo, jeśli pan woli, ta dawka mogłaby uśmiercić z połowę ludności Ochoty. Nie pożałowano jej docentowi”. Oficjalny protokół Maliniak prześle mi jutro z rana.

	– Cooo? – porucznikowi zabrakło słów.

	– Zgodnie ze wszelkimi prawidłami sztuki Lechnowicz został uśmiercony cyjankiem potasu podanym mu w kieliszku koniaku. Przy tak wielkiej dawce śmierć nastąpiła natychmiast. A co do świadków, wszyscy kłamią. Nie tylko zabójca, ale wszyscy, jak jeden mąż i jak jedna żona.

	– Co teraz zrobimy?

	– Nawarzyliśmy sobie piwa. A właściwie ja nawarzyłem. Dałem się, stary bałwan, podejść temu krętaczowi Poturyckiemu.

	– Nie wiadomo, czy Poturycki jest w to zamieszany. Mógł działać w dobrej wierze.

	– Szyję daję – przerwał pułkownik – że każdy z obecnych w willi Wojciechowskiego zdawał sobie sprawę, że z tą śmiercią jest coś nie w porządku. Stąd te tak doskonale wyważone zeznania, pełne wzajemnego obsypywania się komplementami i wychwalające pod niebiosa nieboszczyka, który nie miał nawet najmniejszej wady i był chodzącą cnotą. Aniołem, który zstąpił na ziemię, żeby grać w brydża i pomagać upadłym duszyczkom.

	Porucznik wolał zwierzchnikowi nie przerywać.

	– Dałem się nabrać, ale tylko do czasu. Z tą chwilą zaczynamy prowadzić normalne dochodzenie o morderstwo. Żadnych względów dla nikogo. Przestępca musi być jak najszybciej wykryty. Jako najbardziej winny zaniedbania służbowego sam obejmę dochodzenie, a wy, poruczniku, będziecie mi pomagać. Jeszcze się to towarzystwo przekona, że Niemiroch nie jest taki naiwny, za jakiego go biorą. Czego się śmiejecie, poruczniku – huknął nagle pułkownik. – Ze mnie czy z siebie?

	– Przepraszam, ale po prostu cieszę się, że będę pracował pod bezpośrednim kierunkiem obywatela pułkownika. To się rzadko zdarza młodym oficerom.

	– Żebyście tego nie pożałowali.

	– Na pewno nie.

	– No, dobrze, dobrze – Niemiroch machnął ręką, jakby dawał znać, że uważa incydent za zlikwidowany.

	– Co mam teraz robić? – zapytał porucznik.

	– Zbierzcie mi to całe towarzystwo wzajemnej adoracji jutro na godzinę dziesiątą. Już ja z nimi porozmawiam. Odechce im się kłamstw. Zobaczycie, że zaczną inaczej śpiewać. Wszyscy mają przyjść. Żadnych wykrętów, że egzaminy, prace naukowe czy terminy w sądzie lub w szpitalu. W razie czego doprowadzić.

	– Tak jest, obywatelu pułkowniku – porucznik szybko wycofał się z gabinetu zwierzchnika. Obawiał się, że przy takim humorze pułkownika i podwładnemu może się dobrze oberwać.



	Rozdział V

	Dziewięciu podejrzanych, jeden morderca



	Stawili się wszyscy. Nikt nie próbował się wykręcić. Co dziwniejsze, nikt nawet nie zapytał, co znaczy ten nagły alarm zarządzony w dwa dni po pierwszym przesłuchaniu przez milicję. Przyszli punktualnie. Niektórzy na piętnaście minut przed wyznaczonym terminem. Siedzieli w poczekalni milcząc. Tylko wymienili między sobą krótkie pozdrowienia. To zebranie niczym nie przypominało wesołego zgromadzenia w sobotnie popołudnie w zacisznej willi profesora Wojciechowskiego; miłego wieczoru tak tragicznie zakończonego.

	O godzinie dziesiątej do pokoju wszedł porucznik Roman Mierzejewski. Dzisiaj był w mundurze. Skłonił się lekko zebranym i oznajmił:

	– Pułkownik Adam Niemiroch, Naczelnik Wydziału Zabójstw, oczekuje państwa w swoim gabinecie. Proszę ze mną.

	Droga wiodła po schodach na pierwsze piętro. Potem drzwi, malutki pokój z biurkiem sekretarki i licznymi telefonami. Drugie drzwi obite dźwiękochłonnym materiałem i następnie obszerny gabinet. W nim za biurkiem mężczyzna w wieku dobiegającym sześćdziesiątki. Szpakowate włosy, pociągła twarz, czoło przecięte jakąś starą blizną, szare, zimne oczy, wąskie, zaciśnięte usta i nieco wystający podbródek. Nos dość duży, lekko zadarty.

	Przed biurkiem ustawiono dziewięć krzeseł. Dziesiąte stało z boku, pod ścianą.

	Na widok wchodzących pułkownik podniósł się zza biurka. Lekkim skinieniem głowy pozdrowił swoich gości i ręką wskazał im miejsca naprzeciwko siebie. Następnie zagaił:

	– Uznałem za stosowne zebrać państwa, aby im zakomunikować pewne ważne ustalenia śledztwa. Przede wszystkim najważniejsze: sekcja zwłok stwierdziła, że Stanisław Lechnowicz został otruty cyjankiem potasu podanym mu w alkoholu. Dawka była tak silna, że śmierć nastąpiła natychmiast.

	– Niemożliwe! – wykrzyknął mecenas Poturycki.

	– Protokół sekcji zwłok podpisany przez lekarza milicyjnego leży na moim biurku. O żadnej omyłce nie może być mowy. Gdyby było inaczej, nie wzywałbym państwa.

	Nikt nie zabrał głosu, nikt się nawet nie poruszył, porucznik Roman Mierzejewski, obserwujący obecnych z boku, nie dostrzegł na żadnej twarzy ani wzruszenia, ani większego zdziwienia. Dla oficera milicji pozostały nieprzeniknioną maską. Pułkownik ciągnął dalej:

	– Nie muszę wam tłumaczyć, że w całej willi profesora Wojciechowskiego znajdowało się w sobotę razem z panem domu dziesięć osób. Każda i tylko każda z tych dziesięciu osób mogła wsypać truciznę do kieliszka z koniakiem. A ponieważ samobójstwo docenta Lechnowicza możemy raczej wykluczyć, liczba podejrzanych zmniejsza się do dziewięciu. Właśnie państwa. Spośród was jeden jest mordercą. Mówię „jeden”, chociaż nie wykluczam, że to może być także i jedna.

	– Ja podałam ten kieliszek koniaku – przerwała Elżbieta Wojciechowska. – Czy pan mnie oskarża o zabójstwo?

	– W tej chwili imiennie nie oskarżam. Wprawdzie dochodzenie zrobiło już pewne postępy, ale na wysuwanie konkretnych zarzutów jeszcze nie czas. Natomiast wszyscy jesteście podejrzani. Z tego tytułu wypływają pewne ograniczenia. Nikt z państwa nie może opuścić Warszawy bez zgody milicji. Nie ukrywam, że będziecie nieraz wzywani na przesłuchania.

	– Przecież ja jestem z Gliwic, zauważył profesor Badowicz.

	– A ja z Cambridge – dodał Henryk Lepato.

	– Nic mnie to nie obchodzi – odpowiedział pułkownik. – Wyjedziecie z Warszawy dopiero wtenczas, kiedy to nie będzie kolidowało z dobrem śledztwa.

	– A co ustaliło dotychczasowe dochodzenie? – zapytał mecenas Poturycki.

	– Przede wszystkim to, że każdy ze składających zeznania nakłamał tyle, ile tylko się zmieści.

	– Wypraszam sobie! – żachnął się adwokat.

	– Z panem mecenasem porozmawiamy sobie przy okazji – Niemiroch powiedział te słowa takim tonem, że Poturyckiemu aż ciarki przeszły po plecach. – Może trochę niedokładnie się wyraziłem. W tych zeznaniach są i pewne prawdy, zwłaszcza dotyczące faktów, które nie ulegały wątpliwości. Natomiast w każdym z tych zeznań jest bardzo wiele kłamstw albo po prostu przemilczeń. Byliście uprzedzeni o obowiązku mówienia prawdy i że składanie fałszywych zeznań jest karane przez prawo. Mimo to kłamaliście.

	Tym razem Poturycki nie zaprotestował.

	– Mógłbym – ciągnął dalej Niemiroch – wasze zeznania przekazać prokuratorowi z wnioskiem wszczęcia spraw karnych. Tym razem postanowiłem jednak puścić to w nie pamięć. Oczywiście pod warunkiem, że następne wasze zeznania będą bardziej zbliżone do prawdy obiektywnej. Powiedzmy, będą prawdą subiektywną. Nie spodziewam się, żeby morderca znajdujący się wśród was wyznał mi prawdę, ale osiem prawdziwych zeznań powinno przyczynić się do pełnego wyświetlenia sprawy.

	Porucznik Mierzejewski z napięciem obserwował twarze ludzi siedzących przed pułkownikiem. Znowu musiał się przyznać do porażki. Z tych twarzy nie mógł nic wyczytać. Były jak kamienne maski.

	– Zdaję sobie z tego sprawę, że morderca decydując się na popełnienie zbrodni miał jakieś poważne motywy popychające go do tego kroku. Motywy może znane nie wyłącznie jemu samemu. Uprzedzam, że kierowanie się litością, poczuciem solidarności czy innymi względami stawia tego kogoś w pozycji wspólnika przestępcy. Może go zaprowadzić na ławę oskarżenia. Dlatego też wymagam i proszę tych, którzy nie zamordowali Stanisława Lechnowicza, aby działając zresztą w swoim własnym interesie, nie starali się niczego ukrywać. Nawet najdrobniejszy szczegół, pozornie wydający się komuś bez znaczenia, może okazać się ważny dla dochodzenia. Stanowić przysłowiową nitkę, która doprowadzi do kłębka. Mam nadzieję, że państwo mnie dobrze zrozumieli?

	Nikt nie odpowiedział. Mecenas Poturycki próbował się uśmiechnąć, ale wyszedł mu jakiś grymas. Reszta słuchała oficera milicji bez drgnięcia powieką.

	– Każdy z państwa w najbliższym czasie otrzyma wezwanie na przesłuchanie. Przesłuchania będę prowadził osobiście albo obecny tutaj porucznik Roman Mierzejewski. W dochodzeniu jest on moim zastępcą. To nie znaczy bynajmniej, że musicie czekać na otrzymanie wezwania. Ktokolwiek z was będzie miał nam coś do zakomunikowania, może się zgłosić o każdej godzinie dnia i nocy. Albo zatelefonować na numer centrali Komendy Stołecznej MO i poprosić o połączenie ze mną lub z porucznikiem Mierzejewskim. Obaj będziemy do waszej dyspozycji. Proszę sobie zapisać numery telefonów.

	Wszyscy posłusznie wyjęli z kieszeni lub torebek długopisy, kartki papieru, notesiki, pilnie notując podane im cyfry.

	– Tyle miałem państwu do powiedzenia. Już skończyłem. Dodam jeszcze, że dla zabójcy Stanisława Lechnowicza byłoby lepiej, aby sam się zgłosił i przyznał do zbrodni. I tak go odnajdziemy. Ale wtedy o żadnych okolicznościach łagodzących nie będzie mowy. Pozostanie artykuł kodeksu karnego przewidujący karę śmierci lub karę więzienia do dwudziestu pięciu lat za morderstwo. Niech to sobie ten wśród was, który zamordował Lechnowicza, dobrze rozważy, dopóki nie jest za późno.

	I teraz nikt się nie poruszył, nie zmienił wyrazu twarzy.

	– Jesteście państwo wolni. Na razie! Żałuję, ale nie mogę na pożegnanie podać wam ręki. Mordercom ręki się nie podaje.

	Zebrani wstali z krzesełek, aby kolejno wyjść z gabinetu. Potem szli w milczeniu korytarzem i schodami, by wreszcie znaleźć się przed Pałacem Mostowskich. Tutaj, jak to zaobserwował wywiadowca, któremu wydano stosowne polecenie, ta grupa przyjaciół i dobrych znajomych żegnała się także bez podawania sobie rąk. Wojciechowscy wsiedli do czekającego przed pałacem mercedesa. Anglik przywołał przejeżdżającą taksówkę. Poturyccy odjechali czerwonym fiatem. Badowicz wsiadł do tramwaju. Jasieńczakowie poszli w stronę Marszałkowskiej.

	– No i co? – zapytał pułkownik Mierzejewskiego, kiedy zostali sami w gabinecie. – Zauważyłeś coś?

	– Twardziochy. Nikomu twarz nie drgnęła, kiedy pułkownik im oznajmił, że Lechnowicz został zamordowany. Nikt się nie zdziwił słuchając tych słów. Potem także żaden z nich farby nie puścił. Siedzieli jak gipsowe posągi.

	– Byłem tego pewien. Mordercy moje oświadczenie nie zaskoczyło, bo dobrze wiedział, co oznacza wezwanie do komendy. Inni domyślali się powodu.

	– Trzymali się w ryzach, ale pan pułkownik dobrze im kota popędził.

	– Tak myślisz?

	– Podziwiałem pana pułkownika, jak do nich strzelał. Każde słowo w samą dziesiątkę.

	– Ty mi baki nie świeć – w gruncie rzeczy Niemiroch był zadowolony z pochwały młodego człowieka. Sam zresztą uważał swój występ za udany.

	– Kiedy ja prawdę mówię. Żebym był na miejscu tych dziewięciu, włosy by mi ze strachu dęba stanęły. A najlepsze było zakończenie. To o podawaniu ręki. Przecież kiedy wyszli na ulicę, to też nikt drugiemu piątki nie zafundował. Udało się panu pułkownikowi podważyć solidarność tej grupy.

	– Może mi się i udało…

	– Na pewno. Teraz każdy z nich będzie myślał o ratowaniu własnej skóry. O tym, aby go nie wzięto za wspólnika lub za pomocnika w przestępstwie.

	– Chciałbym, żebyście mieli rację.

	– Idę o zakład, panie pułkowniku, że większość z nich nie będzie czekała na oficjalne wezwania, lecz po cichutku, jeden bez wiedzy drugiego, zamelduje się u nas. A najbardziej chyba mecenas Poturycki. Ale pan go zmiażdżył! Tylko jeden człowiek w pewnej chwili tak się przestraszył, że to się odmalowało na jego twarzy. Właśnie mecenas, kiedy pan wspomniał, że jeszcze z nim porozmawia.

	– Pewnie że porozmawiam. W konia mnie zrobił. Doprowadził do tego, że ja, stary wyjadacz, wydałem polecenie, aby tuszować dochodzenie. On mnie popamięta!

	– Trzymam zakład, że mecenas jeszcze dzisiaj się zgłosi – twierdził porucznik.

	Do zakładu nie doszło. Na szczęście dla Romana Mierzejewskiego, bo przegrałby z kretesem. Adwokat zjawił się w Komendzie Stołecznej MO wiele dni później, dopiero po otrzymaniu oficjalnego wezwania.,

	Natomiast w godzinę po zakończeniu konferencji w gabinecie pułkownika do komendy zatelefonowała Janina Poturycka i poprosiła o połączenie z porucznikiem. Oświadczyła oficerowi milicji, że chciałaby uzupełnić swoje uprzednie zeznania, gdyż przypomniała sobie pewien szczegół, który może mieć istotne znaczenie dla sprawy. Mecenasowa zaznaczyła, że dzwoni z sąsiedniej kawiarni i za kilka minut może się stawić w komendzie.



	Rozdział VI.

	Gadatliwy świadek



	Porucznik Roman Mierzejewski rozmawiając telefonicznie z Janiną Poturycka wyznaczył jej spotkanie za pół godziny, po odłożeniu słuchawki natychmiast zameldował się u pułkownika Adama Niemirocha.

	– Jedna już pękła – roześmiał się. – Za pół godziny będzie tutaj żona mecenasa. Sądziłem jednak, że to sam adwokat uzna za wskazane pospieszyć do nas.

	– Może być przysłana przez męża.

	– Czy pułkownik sam chce z nią rozmawiać?

	– To byłoby niewskazane. Moja rola ograniczyła się do postraszenia tej grupki. Teraz oni będą uważali was za kogoś lepszego ode mnie i możecie się spodziewać ich wizyt – pułkownik zwykle zwracał się do młodych oficerów swojego wydziału przez „wy”, ale często w zapale dyskusji przechodził na „ty”, czego nikt z podwładnych nie brał mu za złe. – Ja będę przesłuchiwał jedynie tych, którzy wyraźnie zażądają widzenia się ze mną. Ale zaraz po rozmowie z Janiną Poturycką chciałbym znać treść zeznań.

	– Tak jest, obywatelu pułkowniku.

	– Uważaj jeszcze na to, co ci powiem – ciągnął pułkownik – to są ludzie, jak na nasze stosunki, zamożni. Mający wyrobioną pozycję w społeczeństwie czy w świecie naukowym, znają się od lat. Oczywiście z wyjątkiem Anglika i profesora z Gliwic. Reszta to zgrana „paka” powiązana najrozmaitszymi układami. Tacy ludzie nie popełniają zbrodni bez bardzo ważnych dla siebie powodów. Nie będą ryzykowali zmarnowania całej obecnej i przyszłej kariery. A jeśli robią to dla pieniędzy, to już naprawdę bardzo dużych pieniędzy, i to nie w naszej walucie. Mówię to przykładowo, bo nie sądzę, żeby docent miał takie pieniądze.

	– Nawet samochodu nie miał.

	– To o niczym nie świadczy. Znam ludzi na pewno bogatszych od docenta, którzy także wolą jeździć taksówkami niż narażać swoje nerwy na kontakty z warsztatami naprawczymi i sklepami „Polmozbytu”.

	– To prawda – roześmiał się porucznik.

	– Tak więc pomiędzy docentem a kimś z pozostałej dziewiątki musiały istnieć tak silne napięcia uczuciowe czy konflikty materialne, że doprowadziły do zbrodni. Tego nie znajdziemy badając układy panujące dzisiaj w tej grupce. Trzeba sięgnąć w przeszłość. Może nawet głęboko w przeszłość. Niezależnie od przesłuchiwania podejrzanych trzeba zainteresować się życiorysami tych ludzi. Dotyczy to także Lechnowicza. Wszyscy, nie wyłączając Anglika i Ślązaka, wystawili mu posąg ze złota. Niepokalany człowiek, uczynny kolega, wdzięczny uczeń, przyszła sława naukowa. I taki ideał zostaje poczęstowany cyjankiem potasu, wsypanym do kieliszka przez najbliższych przyjaciół. Trzeba zbadać, czy ten posąg był rzeczywiście ulany z najszlachetniejszego kruszcu, czy też cieniutka pozłotka okrywała glinę lub nawet zwykłe błoto. Początki konfliktu pomiędzy mordercą a jego ofiarą mogą sięgać wielu lat, dziesiątków lat wstecz. Nam, ludziom stojącym z boku, mogą się wydawać dziwne czy nieważne. Ale nikt jeszcze nie zbadał, jak w czyimś sercu procentuje nienawiść, strach lub upokorzenie.

	– Panie pułkowniku, instrukcje są jasne. Ściśle się do nich zastosuję. Prosiłbym tylko o protokół sekcji zwłok. Powinien znajdować się w aktach sprawy. Zresztą nie znam jego treści.

	– Racja – przytaknął Niemiroch. – Zapomniałem o tym protokole. Zaraz go wam dam – to mówiąc pułkownik otworzył jedną szufladę biurka i po krótkich poszukiwaniach wyciągnął odpowiedni dokument. – Doktor Maliniak jak zwykle jest ostrożny. Stwierdził, że przyczyną zgonu była bardzo silna dawka cyjanku potasu podana najprawdopodobniej w jakimś alkoholu. Jednocześnie pisze w protokole, że stan serca denata był zły, i nie wyklucza, że groził mu zawał. To by trochę usprawiedliwiało Jasieńczaka, że nie potrafił odróżnić zawału serca od działania trucizny. Co prawda Maliniak i Jasieńczak to kumple. Nie jestem więc pewien, czy nasz doktorek specjalnie nie napisał tego, żeby ratować opinię przyjaciela.

	– To ja się odmeldowuję. Poturycka zapewne czeka.

	– Chwileczkę. Pamiętaj, Romku, że ludzie więcej i chętniej mówią, jeśli nie zeznają do protokołu, a udzielają wiadomości „poufnie”. Nam przede wszystkim chodzi o wykrycie zabójcy Lechnowicza, a nie o ścisłe przestrzeganie przepisów. Dlatego też, jeśli to okaże się konieczne, idź na małe kompromisy z przesłuchiwanymi. Ale wówczas, kiedy okoliczności będą tego wymagać.

	Mierzejewski wrócił do swojego pokoju, a wkrótce znalazła się tam Janina Poturycka. Młody oficer przywitał ją uprzejmie, pocałował w rękę, jak gdyby dając tym do zrozumienia wytwornej pani, że nie uważa jej za zbrodniarkę. Usadził wygodnie na fotelu i poczęstował papierosem.

	– Dziękuję, nie palę.

	Zapadło milczenie. Porucznik celowo go nie przerywał. Czekał, aż kobieta zdecyduje się sama.

	– Trudno mi zacząć – tłumaczyła się Poturycka – wtedy… wtedy, kiedy ostatnio rozmawiałam z panem, nie wszystko powiedziałam.

	– Och, to drobiazg. Zdarza się, że świadek czegoś zapomina i później uzupełnia swoje zeznania.

	– Kiedy właśnie – zająknęła się mecenasowa – nie chciałabym, aby to, co powiem, a zwłaszcza pewna część tego, co powiem, była traktowana jako moje zeznania. No… Po prostu żeby tego nie zapisywano. Wiadomo, akta sprawy prędzej czy później będą dostępne oskarżonemu – Poturycka jako żona adwokata znała procedurę prawną – obrońcy i sędziom. To są koła, w których się obracamy. Chyba nie ma większych plotkarzy niż adwokaci.

	– Rozumiem panią – Mierzejewski pospieszył kobiecie na ratunek. – Wolałaby pani udzielić nam pewnych informacji ściśle poufnie.

	– Właśnie o to mi chodzi. Bardzo trafnie pan to ujął: ściśle poufnie.

	– Doskonale. Zatem porozmawiamy sobie bez żadnych notatek.

	– Dziękuję panu – Poturycka odetchnęła z ulgą. – Sądzę, że moje spostrzeżenia zainteresują panów. Może nawet wskażą mordercę.

	– O to mi tylko chodzi – szczerze przyznał Mierzejewski.

	– To było tak – zaczęła mecenasowa – jak pan wie, mieszkamy na Żoliborzu, zaś Wojciechowscy na Ochocie. Mamy samochód. Polski fiat 132. Bardzo dobrze się sprawuje. Mąż jest z tego wozu zadowolony. Przedtem mieliśmy skodę. Także nie można było narzekać. Ale fiat 132 to zupełnie co innego. Jaki komfort jazdy! A przyspieszenie!

	Porucznik nie przerywał. Niech się niewiasta wygada. Może w tym rozpędzie powie nawet i to, co pierwotnie chciała przemilczeć?

	– Do Wojciechowskich nie było sensu jechać samochodem. Tam zawsze podają dobre trunki. A i jedzenie też pierwszorzędne. Zygmunt nie jest skąpy i lubi częstować gości, zaś Ela jest gospodynią, jakich mało. Tak więc wybraliśmy się tramwajem. Wiedzieliśmy, że na brydżu będą Jasieńczakowie. Wojciechowski telefonując do nas i zapraszając na sobotę wyraźnie zaznaczył, że będziemy tylko my i doktorostwo.

	– Przepraszam – przerwał Mierzejewski. – Kiedy pan Wojciechowski was zapraszał?

	– To było jakieś osiem dni przedtem. W piątek czy też jeszcze w czwartek poprzedniego tygodnia. Dostatecznie wcześnie, żebyśmy mogli mieć tę sobotę wolną dla nich. Pan rozumie, adwokat nie zawsze jest panem siebie i o jego wziętości decydują w dużej mierze stosunki osobiste. Dlatego musimy dużo bywać i sami często przyjmujemy. Nie zawsze tych, których bym najbardziej chciała.

	– Rozumiem – przytaknął. – Proszę, niech pani mówi dalej.

	– Otóż, jak zaznaczyłam, pojechaliśmy na Ochotę tramwajem. Kiedy wysiedliśmy na Filtrowej i szliśmy w stron Prezydenckiej, zauważyłam, że przed nami idzie Lechnowicz w towarzystwie jakiegoś pana. Byliśmy tym nie tyle zdziwieni, co wręcz zaskoczeni. Gdybyśmy wiedzieli, że docent będzie u Wojciechowskich, nigdy byśmy tam nie poszli.

	– Dlaczego?

	– Pan nie zna tego człowieka. To urodzony intrygant i plotkarz. Mąż nigdy się o nim inaczej nie wyrażał jak: kanalia.

	– Przecież to koledzy szkolni.

	– Tak. Ale ich przyjaźń skończyła się już dawno. Narobił mężowi wiele świństw. Składał na niego donosy. Mąż miał masę kłopotów, żeby się oczyścić z błota, którym go Lechnowicz obrzucił. Nie znam tych spraw, bo większość ich zdarzyła się przed moim małżeństwem, ale zawsze unikaliśmy spotkań z tym panem. U Wojciechowskich on także od lat nie bywał przyjmowany.

	– Dlaczego? Przecież to ukochany uczeń profesora. Wszyscy tak zeznali.

	– A co mieli mówić? Myśleliśmy, że to naprawdę zawał serca. Wiadomo, o zmarłym należy mówić dobrze. Co zaś do tego ukochanego ucznia, to może Lechnowicz nim i był, ale bardzo dawno. Później narobił takich plotek, że Wojciechowscy nie tylko zamknęli przed nim drzwi, ale musiał się on wynosić z Politechniki Warszawskiej. Gdyby profesor był bardziej mściwy, to mógłby go i z Warszawy wykurzyć.

	– Flirtował z panią Elżbietą? Rozpowiadał, że się puszcza? – dopytywał porucznik.

	– Może by się i puściła, biedula – Poturycka nie byłaby kobietą, gdyby nie przypięła łatki przyjaciółce – gdyby była ładniejsza. Ale kto na taką poleci? Twarz jak księżyc w nowiu, nóżki jak w stole do bilardu. A mąż co najmniej o dwadzieścia pięć lat starszy, nie bardzo jej chyba może wygodzić.

	Porucznik w myśli porównywał słowa mecenasowej z obrazem żony profesora, jaki mu pozostał w pamięci. Ten sąd był niesprawiedliwy. Pani Wojciechowska rzeczywiście nie była pięknością, ale miała sympatyczny uśmiech, dużo wdzięku kobiecego, zgrabną figurę. Nogi były rzeczywiście ciut, ciut grube, ale do bilardowych było im bardzo daleko.

	– Lechnowicz obszczekał zarówno Elżbietę, jak i profesora. To się oparło o senat politechniki. Zygmunt miał ogromne kłopoty. Cała jego dalsza kariera naukowa wisiała na włosku. Jakoś się jednak z tego wywinął. Z niego także dobry gracz. Ale przyjaźń z Lechnowiczem definitywnie się skończyła.

	– Ciekawe!

	– Byliśmy tak zaskoczeni widokiem Lechnowicza idącego w stronę willi Wojciechowskich, że Loniek chciał po prostu zawrócić. Ledwie mu wytłumaczyłam, żeby tego nie robił. Ostatecznie jeden wieczór można w większym towarzystwie spędzić z człowiekiem, którego się nie lubi. Natomiast nie wypadało robić afrontu profesorostwu. Wojciechowski to bardzo ustosunkowany człowiek. Przebąkuje się w kołach znajomych, że nawet celuje do Nagrody Nobla. Na szczęście umiem Lońkowi pewne sprawy przetłumaczyć.

	– Nie wątpię o tym – szczerze przyznał Mierzejewski.

	– Tak więc szliśmy za Lechnowiczem i tym drugim mężczyzną. Jak się później dowiedziałam, Anglikiem, profesorem z Cambridge. Oni nas nie zauważyli, chociaż byliśmy oddaleni od nich o trzy metry.

	– Rozmawiali ze sobą?

	– Właśnie. Nie lubię podsłuchiwać, ale chcąc nie chcąc musiało coś dojść do moich uszu. Zwłaszcza że Anglik jest chyba trochę głuchawy, bo ma zwyczaj głośnego mówienia. Słyszałam, jak Lepato powiedział: „Nie spodziewałem się, że od razu po przyjeździe spotkam ciebie”. Mówił „ciebie”, a więc musieli się dobrze znać przedtem. Dlatego zdziwiło mnie bardzo, że kiedy wszyscy spotkaliśmy się przed drzwiami willi Wojciechowskich, Lechnowicz zaznaczył, że gość z Anglii, szukając ulicy Prezydenckiej, miał szczęście i właśnie jego o tę ulicę zapytał. Później obaj panowie zwracali się do siebie zawsze per „pan”.

	– A co odpowiedział docent na uwagę Anglika?

	– Nie dosłyszałam. Ale nie miał zbyt uszczęśliwionej miny. Cały wieczór głowiłam się, dlaczego ci dwaj ukrywają przed nami dawną znajomość. Nie wyjaśniłam jednak tego. Później nastąpił ten tragiczny wypadek i wszystko inne zatarło się w mojej pamięci. Dopiero dzisiaj przypomniałam sobie ten incydent i pomyślałam, że to może być ważne dla panów.

	– Informacja jest rzeczywiście interesująca i może mieć duże znaczenie przy dalszym prowadzeniu dochodzenia.

	– Już nic więcej nie wiem – stwierdziła Poturycka.

	Mierzejewski wyczuł, że teraz chciałaby najprędzej opuścić ten pokój i Pałac Mostowskich, ale powiedział:

	– Chciałbym panią prosić o jedną małą przysługę.

	– Zawsze chętnie służę pomocą.

	– Pani jest tak dobrze wprowadzona w zwyczaje panujące w domu Wojciechowskich. Niech mi pani wytłumaczy, jak to było z tymi kieliszkami?

	Poturycka uśmiechnęła się.

	– Wojciechowski lubi mieć w domu dużo dobrych trunków. Może nawet trochę się tym popisuje. Toteż zawsze w czasie przyjęć brydżowych grający mają do swojej dyspozycji barek na kółkach, a na nim pełno najrozmaitszych kolorowych butelek. Koniaki, rumy, likiery. Poza tym słone paluszki, jakieś orzeszki czy migdałki i czekoladki. Zaraz po przybyciu na brydża goście częstowani są kawą. Do kawy domowe ciasto i od razu różne napitki. Sam profesor każdemu nalewa i kieliszek stawia przed gościem na kolorowej okrągłej papierowej serwetce, która pozwala zawsze odróżnić własny kieliszek. Po rozmowie i wypiciu kawy każdy z gości przenosi swój kieliszek razem z własną serwetką na barek. W czasie brydża, jeżeli ktoś chce się czegoś napić, wstaje, podchodzi do barku, wybiera butelki i nalewa do swojego kieliszka. Kiedy już się kończy i goście zabierają się do wyjścia, każdy wysusza do końca swój kieliszek, „żeby szlachetny trunek nie zmarnował się”, jak zawsze mówi doktor Jasieńczak. Z tymi kolorowymi serwetkami to praktyczny pomysł. Zygmunt podpatrzył go gdzieś za granicą i stamtąd przywiózł te serwetki. Przyznaję, że skopiowałam to od Wojciechowskich.

	– Z pani słów wynika, że każdy z gości mógł znaleźć się sam przed barkiem i spokojnie wrzucić truciznę do kieliszka Lechnowicza, wiedząc, na jakiej serwetce stoi ten kieliszek?

	– Naturalnie, że mógł. Przez te pięć czy sześć godzin każdy przynajmniej raz podszedł do barku. A przecież nikt nikomu nie patrzył na ręce.

	– Tak więc, zdaniem pani, każdy mógł wsypać Lechnowiczowi do kieliszka truciznę i spokojnie czekać na skutek. Wiedział, że najpóźniej przy wyjściu kieliszki będą opróżnione przy „strzemiennym”.

	– Przypuszczam – Poturycka była bystrą i inteligentną kobietą – że tego zwyczaju picia strzemiennego nie znali profesor ze Śląska i Anglik. Oni w tym domu na pewno byli po raz pierwszy.

	– Tak pani sądzi?

	– Jestem tego zupełnie pewna. Jeżeli siedzi się w obcym domu przez sześć godzin, a do tego sporo je i pije, sam pan rozumie, trzeba czasami iść do łazienki. Obaj panowie nie znali rozkładu mieszkania i Zygmunt musiał im pokazać drogę.

	– Tak – uśmiechnął się porucznik. – Pani byłaby dobrym detektywem.

	– Wszyscy zawsze podkreślają, ze jestem bardzo spostrzegawcza – do licznych zalet pani Poturyckiej należała także i skromność. – Ale to nie wyklucza – szybko dodała mecenasowa – że jeden z tych dwóch zabił Lechnowicza. Mogli od razu zauważyć, że docent lubi pociągnąć z kieliszka. Jeszcze przed kolacją kilkakrotnie podchodził do barku. Była więc pewność, że zrobi to i później.

	– Pani pomoc jest po prostu nieoceniona – porucznik kadził babce, chcąc z niej wyciągnąć jak najwięcej wiadomości. – W milicji z takimi zdolnościami zrobiłaby pani piękną karierę.

	– Starych bab tam nie przyjmują – krygowała się Poturycka.

	– Gdyby wszystkie były takie stare i takie przystojne – Mierzejewski nie żałował komplementów.

	– Nie wiedziałam, że milicjanci potrafią być tak uroczy – zrewanżowała się pani Janina. – Zupełnie pan jest niepodobny do tego gburowatego pułkownika.

	– Niech mi pani powie szczerze, oczywiście najzupełniej prywatnie, czy którąś z pań łączyło coś bliższego z Lechnowiczem?

	– Kochanką jego była ta artystka dla ubogich, Mariola Boweri, ale jak słyszałam, to już się kończyło. Lechnowicz miał duże zmartwienie, jak się pozbyć baby z mieszkania, bo władowała się tam z zamiarem zarzucenia kotwicy na dłużej.

	– Artystka filmowa bez własnego mieszkania?

	– Mieszka z rodzicami, chociaż trzydziestka na karku. Jaka ona tam artystka! Oglądała więcej sufitów w mieszkaniach różnych pseudo reżyserów i kierowników produkcji niż filmów, w których grała rólki pokojówek lub striptizerek. Na nic więcej się nie nadawała.

	– A doktorowa? To także niebrzydka babka. Mogła się Lechnowiczowi podobać. Słyszałem, że nie stronił od płci pięknej.

	– To był po prostu babiarz. Obrzydliwy babiarz. Podobno dawniej, kiedy był asystentem na politechnice, to studentki zaliczały kolokwia w jego łóżku.

	– Mógł polecieć i na przystojną doktorową?

	Janina Poturycka zaczęła się śmiać.

	– Pan naprawdę nie wie?

	– Co mam wiedzieć?

	– Że Krysia była pierwszą żoną Lechnowicza? Dopiero kiedy ją rzucił, zawinęła się koło Jasieńczaka. Wprawdzie grubo starszego, ale lekarza z pozycją i niezłą forsą.

	– Co pani powie? A to dopiero rewelację mi pani wyjawiła.

	– Swego czasu był to jeden z największych skandali w towarzyskim światku stolicy. Wszyscy pasjonowali się tą sprawą. Lechnowicz ośmieszył Jasieńczaka.

	– Niech się pani nie dziwi mojej ignorancji, spędziłem cztery lata w szkole oficerskiej na głębokiej prowincji. Później także nie od razu wróciłem do rodzinnej Warszawy, lecz obijałem się w małych komendach różnych miast. Nie jestem więc au courant stołecznych wydarzeń.

	– Lechnowicz rozstał się z Krysią podobno z dnia na dzień. Wywołał kłótnię i po prostu wyrzucił żonę na ulicę. Lechnowiczowa miała dyplom pielęgniarki i rada nierada powróciła do zawodu, żeby z czegoś żyć. Trafiła do kliniki Jasieńczaka, który także lubił ładne młode kobietki. Zaczął więc pocieszać opuszczoną żonę. Z tak dobrym skutkiem, że zaszła w ciążę. Doktor chcąc nie chcąc musiał się żenić. Skandal mógłby zaszkodzić pięknie zapowiadającej się karierze kardiologa. Właśnie wtedy Jasieńczak zabiegał o mianowanie go ekspertem przy ONZ. Dziecko urodziło się zaledwie w kilka miesięcy po ślubie.

	– To się często zdarza – roześmiał się porucznik.

	– Tak. Ale dalszy ciąg był sensacyjny. Lechnowicz wystąpił do sądu z wnioskiem o zaprzeczenie ojcostwa Jasieńczaka. Dowodził, że w okresie koncepcyjnym Krysia była jeszcze jego żoną, a zatem dziecko jest jego.

	– A naprawdę?

	– A naprawdę to on ją rzucił. Na dwa lata przed urodzeniem się dziecka, lecz nie mieli formalnego rozwodu. Ale Lechnowiczowi nie chodziło o dziecko, a jedynie o wywołanie skandalu wokół Jasieńczaka. Na rozprawie w sądzie Lechnowicz argumentował, że Jasieńczak jest starym, zużytym mężczyzną i na pewno jest impotentem, który nie może mieć dzieci. Co innego on, Lechnowicz, młody człowiek pełen wigoru. Proces stał się sensacją „Warszawki”. Wprawdzie toczył się przy drzwiach zamkniętych, ale na korytarzu sądowym czekało kilkaset osób. Zresztą w czasie przerw w rozprawie Lechnowicz szeroko opowiadał o tym, co się działo na sali sądowej i jakie to przemówienia on wygłaszał oraz jakie wnioski składał. A złożył między innymi wniosek o zbadanie Jasieńczaka celem potwierdzenia tezy, że doktor jest impotentem. Ośmieszył kardiologa na długi czas.

	– Proces naturalnie przegrał?

	– Oczywiście. Przegrał i musiał zapłacić koszty sądowe i adwokackie. Ale największe przedstawienie odegrał później, na oczach wszystkich zgromadzonych.

	– Co zrobił?

	– Kiedy wychodzili z gmachu sądu, Lechnowicz tak celował, aby w drzwiach wyjściowych znaleźć się razem z Jasieńczakiem. Żaden z panów nie myślał ustąpić drugiemu. Przepychali się wspólnie przez dość wąskie drzwi. Wtedy Lechnowicz upadł na ziemię i zaczął krzyczeć „Ratunku! Milicja! Biją mnie!” Nadbiegł milicjant, Jasieńczak zdenerwowany zwymyślał nie tylko Lechnowicza, ale i bogu ducha winnego kaprala. Skończyło się tym, że kardiolog w asyście milicji powędrował do Komendy Dzielnicowej MO i później na kolegium musiał zapłacić grubą grzywnę. Podobno aż pięć tysięcy złotych. Ale gorsze od pieniędzy było pośmiewisko, na które go Lechnowicz wystawił.

	– Dlaczego to zrobił?

	– W tym był cały Lechnowicz. Zrobić komuś świństwo. Ośmieszyć bez powodu. To nawet nie bezinteresowna zawiść. To po prostu była bezinteresowna świnia. Szeroko komentowano numer, jaki zrobił profesorowi Strzałeckiemu z politechniki…

	– I tego też nie znam – przyznał Mierzejewski.

	– Strzałecki starał się o paszport na wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Wtedy, przed kilkunastu laty, ani o paszport, ani o wizę nie było łatwo. Urzędnik z biura paszportów przyszedł do rektoratu politechniki, żeby upewnić się, czy ten wyjazd jest tak konieczny. Natknął się na Lechnowicza i między innymi zapytał go, czy aby profesor nie „wybierze wolności”. Asystent Lechnowicz był wtedy starszym asystentem, bez wahania odpowiedział, że Strzałecki jedynie dlatego chce wyjechać i „nie będzie taki głupi, żeby wracać”. Pan rozumie, co wtedy znaczyło takie zeznanie? A Lechnowicz wezwany do wytłumaczenia się, dlaczego rzucił cień na opinię profesora, beztrosko odparł, że sobie żartował.

	– A jak się zachowywał na przyjęciu u Wojciechowskich?

	– Aż do tej kłótni był czarujący. Obsypywał komplementami panie, Zygmuntowi, jak mógł, tak się podlizywał. Nazywał go „swoim mistrzem”. W rozmowie z Anglikiem podkreślał, że wszystko, do czego doszedł, zawdzięcza profesorowi. Słowem, nie ten człowiek, co dawniej: Dopiero później, po kolacji, kiedy już sobie dobrze podpił, nie zdzierżył i wywołał karczemną awanturę.

	– Nie zauważyła pani czegoś nienaturalnego w zachowaniu się innych osób obecnych na brydżu? Pani jest taka spostrzegawcza.

	I tym razem komplement wywołał uśmiech zadowolenia na twarzy Janiny Poturyckiej.

	– To zrozumiałe, że my i Jasieńczakowie trochę boczyliśmy się na Lechnowicza. Wojciechowski przy okazji wyjaśnił mężowi, że nagle zwaliło mu się dwóch obcych ludzi na kark i musiał doprosić tę parę. Pani Boweri była nienaturalnie wesoła i rozchichotana. Wyraźnie zaginała parol na Anglika. Ale co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to wrogi stosunek profesora z Gliwic do Lechnowicza. Prawie demonstracyjnie wymówił się od gry przy jednym stoliku z docentem i parę razy w rozmowie bardzo ostro mu przyciął.

	– A Lechnowicz?

	– Schował to do kieszeni. Nawet nie próbował reagować. Jak na niego, to było bardzo dziwne.

	– Jak pani przypuszcza, kto go mógł sprzątnąć?

	– Niech pan, poruczniku, nie wymaga ode mnie, abym rzuciła podejrzenia na przyjaciół.

	– Ależ pani Janino – porucznik pocałował mecenasową w rączkę – nic podobnego. Po prostu chcę wykorzystać pani spostrzegawczość i nieprzeciętną intuicję. Nic więcej.

	– No, dobrze. Powiem więc, kto na pewno nie otruł Lechnowicza.

	– Zamieniam się w słuch.

	– Przede wszystkim nie ja. Poza drobnymi plotkami, Lechnowicz mi się nie naraził. Po drugie mój mąż. Nie dlatego, aby nie miał powodu. Lechnowicz go bardzo skrzywdził. Ale to zdarzyło się wiele lat temu. Loniek nie jest aż tak pamiętliwy. A poza tym, żeby kogoś zabić, trzeba mieć samemu silny charakter. O, ja bym się na to zdobyła, ale nie mój mąż. Na pewno nie.

	– Pani stoi poza wszelkimi podejrzeniami. Inaczej przecież nie przyszłaby tu pani i nie udzieliła nam tak cennych informacji.

	– Nie zabił na pewno i Wojciechowski. On jest na to za dobrym człowiekiem. Zresztą te intrygi Lechnowicza dawno przestały go boleć. Od tamtych chwil zbyt wysoko poszedł w górę. Z jakiego powodu miałby ryzykować karierę? Z zemsty?

	– Tak, to racja.

	– Można także wykluczyć Elżbietę Wojciechowską. Jest zbyt mądra na to, aby wsypać do kieliszka truciznę i samej podać ją swojej ofierze. Gdyby ona truła, czekałaby, aż Lechnowicz sięgnie po koniak, albo w inny sposób sprowokowałaby gości do picia. Dla pani domu wyszukanie takiej okazji nie przedstawiało trudności. Wystarczyło powiedzieć docentowi: „Stachu, obsłuż swoich partnerów”. On zaniósłby grającym kieliszki z koniakiem, a przy okazji i sam by łyknął. A Ela w tym czasie siedziałaby z kartami w ręku. Tak jak to zrobił morderca. Poza tą czwórką, którą wymieniłam, każdy może być przestępcą.

	– Pozostaje jeszcze pięć osób. To bardzo dużo. A szukamy tylko jednej. Nie znamy także powodu zbrodni.

	– Oprócz mnie, to chyba wszyscy – roześmiała się mecenasowa – mieli powody, aby go zabić. A i ja nieraz miałam na to chętkę.

	Nie szczędząc mecenasowej komplementów, Mierzejewski podziękował jej za „rozmowę”. Wytworna pani była tak zachwycona młodym oficerem milicji, że nawet coś wspominała o spotkaniu na neutralnym gruncie. Obiecywała, że gdyby coś sobie przypomniała, to zatelefonuje i umówi się.

	Po wyjściu Poturyckiej Mierzejewski streścił na kartce rozmowę, która na pewno nie była bez znaczenia dla sprawy. Rzucała nowe światło na znane już fakty.

	Pułkownika Niemirocha ogromnie ciekawiło, z czym przyszła do Pałacu Mostowskich żona adwokata, bo wkrótce wezwał porucznika do swojego gabinetu.





	Rozdział VII

	Dwa słowa honoru



	– Widzę, że zrobiliście konkietę – roześmiał się pułkownik po zapoznaniu się z zeznaniami Poturyckiej. – Mój podwładny postanowił w dość szczególny sposób pomścić starego pułkownika, którego pewien adwokat szpetnie nabrał. Przyznaję, że Poturycka warta grzechu.

	– Ależ panie pułkowniku – zastrzegał się Mierzejewski – ja wyłącznie dla dobra sprawy zawracałem głowę tej kobiecie.

	– Żarty żartami, ale dzięki mecenasowej dowiedzieliśmy się o ciekawych sprawach. Jak przypuszczałem, posąg ze szlachetnego złota okazał się zwykłym gipsem. W opisie Poturyckiej postać Lechnowicza maluje się raczej w ciemnych barwach.

	– Nie wiadomo, czy powiedziała prawdę.

	– Na pewno powiedziała prawdę. Tylko pytanie, czy całą prawdę i co przemilczała, a co odpowiednio podkoloryzowała? O tym słynnym procesie o zaprzeczenie ojcostwa naturalnie słyszałem. Cała Warszawa miała wtedy dobrą zabawę. Zupełnie zapomniałem, że to chodziło o Jasieńczaka i Lechnowicza. Ta historia jest na pewno prawdziwa.

	– A inne uwagi? Co pan pułkownik o tym sądzi?

	– Będziemy sprawdzać. Ale dzięki mecenasowej mamy pewien punkt zaczepienia. To już coś znaczy.

	– Moim skromnym zdaniem, najciekawsza jest informacja, że Lechnowicz i ten Anglik znali się od dawna, i to nawet tak dobrze, że byli ze sobą na „ty”. Interesujące, dlaczego ukrywali to przed resztą gości? W swoich zeznaniach Anglik wyraźnie powiedział, że Lechnowicza nie znał osobiście, ale prosił Wojciechowskiego, aby ten skontaktował go z docentem. To jest zagadkowe. Przecież pan Lepato nic nie ryzykował przyznając się, że przy jakiejś okazji poznał Lechnowicza. Wiem, że docent kilkakrotnie wyjeżdżał za granicę. Między innymi do Wielkiej Brytanii. A jednak Anglik uważał za stosowne ukryć przed nami tę znajomość.

	– Pan Lepato – wyjaśnił pułkownik – przed godziną dzwonił do mnie prosząc o rozmowę. Będziemy mieli okazję zapytać o ten ciekawy szczegół.

	– Kiedy przyjdzie?

	– Zaproponowałem mu spotkanie o godzinie drugiej – tu pułkownik spojrzał na zegarek. – Nasz gość powinien zjawić się za jakieś dziesięć minut.

	– Pan pułkownik porozmawia z nim w cztery oczy?

	– Nie. Chcę, żebyś był przy tym. Jako protokolant. Wprawdzie to Polak z pochodzenia, ale przywykł do zwyczajów angielskich. Tam własnoręczny podpis pod zeznaniami ma zasadnicze znaczenie. Fałszywe zeznania są surowo karane. Dużo surowiej, niż przewiduje nasz kodeks karny. On się boi, bo już raz zełgał do protokołu. Nie zaryzykuje powtórnego kłamstwa.

	Henryk Lepato zjawił się w gabinecie Niemirocha z punktualnością zegarka. Nie żądał rozmowy w cztery oczy, nie zdziwił go widok porucznika siedzącego przy maszynie do pisania ani też magnetofonu stojącego na biurku. Zachowywał się grzecznie, ale ze spokojem człowieka niewinnego. Pewnym głosem podyktował swoje personalia. Następnie umilkł oczekując na pytania.

	– Usiłował pan nas wprowadzić w błąd – z żalem powiedział pułkownik Niemiroch.

	Anglik roześmiał się:

	– Wszyscy kłamali, każdy następny chciał prześcignąć poprzedniego. Już tam na miejscu, w willi Wojciechowskiego. A ja miałbym być tym jedynym naiwniaczkiem, który mówi prawdę i naraża się zarówno milicji, jak i współtowarzyszom niedoli?

	– A co było nieprawdą? Nie byłem na Prezydenckiej, znam jedynie protokoły przesłuchań sporządzone nazajutrz.

	– Wszyscy