Main Dzieje jednego pistoletu

Dzieje jednego pistoletu

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Akcja powieści "milicyjnej" Jerzego Edigeya „Dzieje jednego pistoletu” rozgrywa się na warszawskich Bielanach. To tu właśnie dochodzi do napadu na załogę furgonetki dostarczającej utarg ze sklepów na pocztę przy al. Zjednoczenia.

Książka ma 192 strony.

Year:
1976
Publisher:
Krajowa Agencja Wydawnicza
Language:
polish
ISBN:
290dc731-14d5-45fb-930d-266f742ab5e7
File:
EPUB, 729 KB
Download (epub, 729 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Nagła śmierć kibica

Year:
1978
Language:
polish
File:
EPUB, 549 KB
0 / 0
2

Dwie twarze Krystyny

Year:
1976
Language:
polish
File:
EPUB, 182 KB
0 / 0
W jesiennym deszczu

Deszcz padał ciągle. Zaczął już przed południem i z każdą

godziną wzmagał się, aby teraz, o dziesiątej wieczorem, przejść

w prawdziwą ulewę. Latarnie elektryczne, rozmieszczone

rzadko i to jedynie na głównych ulicach Zygmuntowa, jednego

z licznych podwarszawskich osiedli, nie rozpraszały ciemności

listopadowej nocy. Nawet silna lampa, zawieszona nad

drzwiami miejscowego posterunku milicji, widziana z

odległości kilkunastu metrów była tylko niewielkim, żółtym

punktem.

Wewnątrz, w budynku mieszczącym posterunek MO, było

ciepło i jasno. W sporym pomieszczeniu znajdowało się dwóch

ludzi w mundurach. Jeden z nich, z dystynkcjami kaprala,

siedział przy stole i robił notatki w dużej książce o twardych,

czarnych okładkach. Drugi, starszy od kaprala i wiekiem i

stopniem — sierżant Stefan Kalisiak — obciągał właśnie płaszcz

i zakładał nań pas z kaburą pistoletu.

— Ależ leje — zauważył kapral.

Potoki deszczu, gnane wiatrem wprost w okno, uderzały o

szyby i spływały równymi strugami.

— Przynajmniej będziecie mieli spokojną noc.

W taką pogodę nawet najgorszy złodziej siedzi pod pierzyną

— zauważył sierżant.

— Jeszcze utopisz się w błocie, zanim dojdziesz do domu.

— Jakoś się trafi. Najgorzej na Wiśniowej. Tam wczoraj

grzęzło się do kostek. Dalej lepiej, bo nie taka glina. A u

mnie pod górką zawsze sucho, bo piasek.

— Weź pelerynę porucznika — doradzał kapral — zostawił

w szafie. Nieprzemakalna.

— Dojdę i tak... Jutro do południa mam wolne, a

porucznikowi mogłaby być potrzebna. Nie chce mi się z

samego rana jej odnosić. Może lać tak samo jak dzisiaj.

— Na pewno będzie padało. Zanosi się na trzy- dniówkę.

— Wiadomo — listopad. No to cześć!

— Cześć!

— A nie zapomnijcie — sierżant odwrócił się już od drzwi

— żeby po powrocie z patrolu Wierzbicki i Figiel wyszli

jeszcze na ostatni elektryczny. Ten o O48. Chuligani lubią

wtedy rozrabiać.

— Na taki deszcz?

— Wraca łobuzeria ostatnim pociągiem z Warszawy i

rozrabia. Im wszystko jedno jaka pogoda, a w deszcz mogą

licz; yć na bezkarność. Niech patrol przejdzie się po stacji i

po głównej ulicy.

— Dobrze. Wyślę ich. Co powiedzieć porucznikowi?

— Ze jutro będę dopiero po czternastej. Rano jadę do

Warszawy. Cześć!

— Cześć! Ale pamiętaj, nie utop się na Wiśniowej!

Drzwi zamknęły się za wychodzącym sierżantem.

Po godzinie wrócił patrol — Wierzbicki i Figiel. Zdjęli

podgumowane peleryny i powiesili je na wieszakach. Pod

okryciami natychmiast zaczęła się tworzyć kałuża wody. Obaj

milicjanci zapalili papierosa.

— W osiedlu spokój informowali kaprala — na ulicach

żywego ducha. Tylko deszcz leje coraz większy.

— Kalisiak przykazał — powiedział kapral — żebyście

wyszli na ostatni pociąg, a później przeszli się po głównych

ulicach.

Wierzbicki skrzywił się.

— Znowu utytłamy się w błocie. Buty już mam zupełnie

przemoczone.

— Trudno, trzeba wyjść. Przedwczoraj w tym pociągu

jakiejś kobiecie wyrwano torebkę. A kiedy zerwała się, by

gonić złodzieja, inni podstawili jej nogę, tak że upadła i

potłukła się.

— Nie meldowała — zauważył kapral.

— Ale tak było. Mówił mi koleś, który wracał o tej porze.

— To pewnie znowu sprawka Kamińszczaka i jego

kompanii.

— A pewnie, pewnie.

— Jak się jeszcze bardziej rozzuchwalą, to gotowi wziąć

się za noże.

— Ja bym ich wszystkich przymknął.

— Masz dowody, że to oni? Nikt doniesienia nie złoży, bo

wszyscy w strachu. Kiedy w zeszłym roku złapaliśmy

Kamińszczaka na gorącym uczynku bójki w gospodzie, to co

z tego wyszło?

— Dali mu osiemset złotych grzywny w kolegium

orzekającym.

— No i co dla takiego osiemset złotych? Jakby

przyfasowali mu przynajmniej pół roku w „pośpie-

szniaku”, to może by trochę pomogło.

Milicjanci posiedzieli, odpoczęli i ogrzali się, po czym znowu

naciągnęli peleryny i poszli w kierunku stacji. Wrócili po

dwóch godzinach. W całym osiedlu panował spokój. Nasilenie

deszczu nieco się zmniejszyło. Już tak nie lało, padał tylko

miarowo drobny „kapuśniaczek”.

Kapral dyżurował przy telefonie. Dwaj milicjanci przeszli do

sąsiedniego pomieszczenia. Zjedli coś, podsuszyli się trochę,

odpoczęli godzinę i wyszli z posterunku. Przed szóstą rano

musieli znowu patrolować okolicę stacji kolejowej, aby

pilnować porządku wśród tłumu oczekujących na pociągi

dowożące ludzi do Warszawy, do pracy.

Nieco po siódmej zjawił się na posterunku komendant,

porucznik Jan Panas. Odebrał od kaprala meldunek

stwierdzający, że noc przeszła w całkowitym spokoju.

W kilka minut później wbiegła do budynku starsza, bardzo

wzburzona kobieta. Długo łapała oddech, zanim wykrztusiła:

— Zabity leży! Sierżant Kalisiak! W moim ogródku!

— Kto zabity? Co pani opowiada?

— Wyszłam rano z domu, aby kupić mleka i chleba —

kobieta mówiła nieco spokojniej. — Otworzyłam drzwi i idę

ścieżką do furtki. Było jeszcze zupełnie ciemno, więc z

daleka nic nie widziałam. Podchodzę bliżej, a pod

żywopłotem, przy samej furtce leży jakiś człowiek.

Myślałam, że pijany, ale nie! Mundur milicyjny. Leży bez

ruchu. Czapka zsunęła mu się nieco z głowy, a*na włosach

pełno krwi. Na ziemi koło głowy też ślady krwi. Poznałam,

że to nasz sierżant. Przecież znam go dobrze. Nieraz

zachodził do nas z różnymi sprawami.

— Gdzie pani mieszka? Daleko? — pytał zdenerwowanym

głosem porucznik.

— Nie. Tu zaraz. Na Kwiatowej, nie dochodząc do

Wiśniowej.

Porucznik zerwał się zza stołu.

— Chodźmy!

Inni milicjanci również się poderwali.

— Niech panowie przynajmniej płaszcze włożą, bo ciągle

pada. Jemu tam, biedakowi, już nie pomożecie. Całkiem

martwy...

— Kapralu! — porucznik odzyskał spokój — wy

zostaniecie, a Wierzbicki i Figiel pójdą ze mną.

Po przejściu kilkuset metrów milicjanci doszli do posesji

ogrodzonej siatką. Za siatką rósł gęsty, pozbawiony o tej porze

liści żywopłot. Pośrodku ogrodzenia znajdowała się furtka, od

której prowadził do stojącego w głębi ogrodu domu betonowy

chodniczek. Kobieta otworzyła furtkę i weszła do środka.

Milicjanci za nią.

Nieznajoma nie kłamała. Tuż za furtką, równolegle do

żywopłotu, spoczywało ciało mężczyzny w milicyjnym płaszczu.

Zabity leżał na brzuchu, z szeroko rozrzuconymi rękoma.

Głowę miał zwróconą w prawą stronę. Ziemia koło głowy nosiła

ślady krwi, częściowo już rozmyte deszczem. Krew zlepiała

również włosy widoczne spod przekrzywionej czapki. Nie

ulegało wątpliwości. To był sierżant Stefan Kalisiak.

Milicjanci pochylili się nad ciałem kolegi. Nie żył chyba od

wielu godzin. Rysy twarzy wyrażały zupełny spokój. Na ziemi

nie było jakichkolwiek śladów walki. Widocznie morderca

zaskoczył milicjanta znienacka i jednym uderzeniem pozbawił

życia.

— Brak pistoletu w kaburze — zauważył Figiel pokazując

rozpięty, pusty futerał po broni — nie ma też zapasowego

magazynka z amunicją.

— Trzeba natychmiast zawiadomić Komendę Wojewódzką

— powiedział porucznik prostując się. — Wierzbicki!

Zostaniecie przy zwłokach. A panią poprosimy na

posterunek, bo musimy spisać protokół.

Oficer milicji starał się mówić spokojnym głosem. Jednak

lekkie drżenie rąk zdradzało, jakim wielkim wysiłkiem

uzyskiwał ten pozorny spokój.

— Trzeba jeszcze kogoś przysłać — dorzucił Figiel — jeśli

w osiedlu rozniesie się wiadomość o zamordowaniu

Kalisiaka, sam Wierzbicki nie da rady. Zleci się gapiów i

żądnych sensacji z parę setek.

— Słusznie — zgodził się porucznik — przyślemy mu

dwóch ludzi do pomocy. Przypuszczam, że z komendy

przyjadą najdalej w ciągu dwóch godzin.

Ale nie minęła i godzina, gdy przed budynkiem posterunku

MO zatrzymały się trzy samochody. W dwóch znajdowała się

ekipa śledcza z Komendy Wojewódzkiej, w trzecim major

Stanisław Makowski z Komendy Głównej MO. Po wstępnych

czynnościach ekipy dalsze śledztwo miał przejąć major Ma-

kowski.

Kilka minut zajęły skąpe informacje o ustalonych do tej pory

szczegółach zbrodni, po czym samochody pojechały na

Kwiatową. Ekipa śledcza zabrała się do roboty.

Major Makowski stał nieco z boku. Dla niego sprawa była

jasna. Nie pierwszy to milicjant ginął w czasie pełnienia służby,

ponieważ jego pistolet potrzebny był bandycie do popełnienia

dalszych zbrodni. Nie ruszono niczego więcej, nie rozpięto

nawet płaszcza. Świadczyło to wyraźnie o tym, że mordercy

chodziło wyłącznie o zdobycie broni. W jaki sposób dokonano

zbrodni? To również major mógł wyobrazić sobie dokładnie.

Korzystając z deszczu i ciemności, napastnik podszedł

niepostrzeżenie do milicjanta i jakimś ciężkim narzędziem

zadał mu silne uderzenie w tył głowy.

— Zbadajcie ulicę na całej długości siatki — polecił major.

— Wygląda na to, że ciało zostało przyniesione i rzucone

tutaj, a zbrodnię popełniono gdzie indziej.

Na ulicy zebrał się już spory tłumek gapiów. Teraz, na

polecenie milicji, ludzie ci cofnęli się na drugą stronę jezdni.

Milicjanci szczegółowo badali metr po metrze chodnik

biegnący wzdłuż ogrodzenia.

— Nic nie znajdą — powątpiewał porucznik — całą noc

padało. Poza tym ludzie rozdeptali. Rano, zaraz po

znalezieniu Kalisiaka, też niczego nie było widać.

— No, dobrze. Ale przecież na pewno sierżant nie wszedł

za furtkę. Bo i po co?

— Patrzcie, tutaj siatka jest nieco wgięta — zauważył

jeden z członków ekipy — i to w taki sposób, jakby leżało na

niej coś ciężkiego.

— Major zbliżył się do ogrodzenia.

— Tu jest jakiś rdzawy ślad — powiedział pokazując

grudkę ziemi nieco innego koloru — weźcie próbkę i

zbadajcie. Może to krew?

— O, tu drugi! Na pewno krew — pokazywał inny

milicjant. — Ciągnęli go w stronę furtki.

Lekarz milicyjny stwierdził, że zgon nastąpił prawie

natychmiast po uderzeniu w potylicę, zadanym tępym, ciężkim

narzędziem. Cios był tak silny, że zdruzgotał kości czaszki i

wgniótł je do mózgu. Sądząc po stanie zwłok, śmierć nastąpiła

między dziewiątą a dwunastą wieczorem poprzedniego dnia.

— To by się zgadzało — potwierdził porucznik. — Kalisiak

wyszedł z posterunku nieco po dziesiątej. Mieszkał na

Grzybowej — to taka mała uliczka pod lasem. Tędy było mu

najbliżej do domu.

Praca ekipy śledczej nie przyniosła wielkich rewelacji. Jeśli

nawet morderca pozostawił ślady, to zmył je deszcz, który

padał przez całą noc.

W trzy dni później przyjaciele, koledzy i grupka znajomych

odprowadzali sierżanta Stefana Kalisiaka na cmentarz.

Niesiono kilka wieńców — od miejscowego społeczeństwa,

od kolegów, komendanta wojewódzkiego i Komendy

Głównej MO. Na małym, wiejskim cmentarzu ktoś

przemawiał nad otwartą mogiłą. Mówił o „śmierci na

posterunku” i o „pełnieniu obowiązków aż do końca”.

Major Stanisław Makowski prowadził pod rękę zapłakaną

kobietę w grubym, czarnym welonie. Przed nimi szło dwoje

dzieci. Były jeszcze zbyt małe, żeby zdawać sobie sprawę z

tragedii tych chwil.

Z głuchym łoskotem uderzały o trumnę bryły ziemi rzucane

najpierw rękoma przyjaciół i bliskich, później wprawnymi

ruchami łopat grabarzy. Tylko major nie schylił się i nie

dopełnił tradycyjnego ceremoniału pogrzebowego. Stał

wyprostowany i patrząc na mogiłę człowieka, tak pełnego życia

i energii jeszcze przed czterema dniami, powtarzał w myśli

twarde przyrzeczenie:

— Znajdę cię. Znajdę i zaprowadzę na szubienicę!

Sierżant Stefan Kalisiak został zamordowany w listopadzie

1965 roku.

Uderzenie w próżnię

Nowa zbrodnia i to zbrodnia popełniona na milicjancie

wzburzyła społeczeństwo. Opinia społeczna domagała się

zastosowania surowszych kar niż te, które zapadały w sądach

na rozprawach przeciwko rozwydrzonym wyrostkom,

grasującym głównie na przedmieściach Warszawy i w

miejscowościach podmiejskich.

Toteż major, który objął śledztwo w sprawie zabójstwa

sierżanta, bez trudu uzyskał potrzebne środki i ludzi dla

przeprowadzenia akcji tropienia przestępcy. Ponieważ nie

znaleziono żadnych śladów, nie było najmniejszej nawet

poszlaki, w jakich kręgach można by było szukać mordercy.

Wobec tego major doszedł do wniosku, że tylko wzmożenie

akcji milicji przeciwko podmiejskim mętom przyniesie jakieś

korzyści. Liczył na to, że trafi na tę przysłowiową nitikę, po

której będzie można dojść do kłębka.

Już na drugi dzień po pogrzebie Kalisiaka major siedział w

pokoju komendanta posterunku MO i kierował wielką obławą.

W osiedlu i w sąsiednich miejscowościach dokonano szeregu

przeszukań. W rezultacie zatrzymano kilkadziesiąt osób.

Nie można powiedzieć, aby ta akcja poszła na marne.

Znaleziono wiele towarów pochodzących z różnych, nie

ujawnionych przedtem kradzieży. Ludzie, uwolnieni od bandy

Kamińszczaka i innych, podobnych grup przestępczych,

odzyskali odwagę i śmielej występowali przeciwko chuliganom.

Słusznie mówi się, że „wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi”. Dzięki

temu można była skierować kilkanaście spraw do prokuratury.

Skonfiskowano poza tym kilkadziesiąt kastetów, noży

sprężynowych, a nawet dwa „obrzynki” czyli karabiny z

obciętymi lufami, jeden pistolet i jeden rewolwer — stary

„nagan”. Blady strach padł na wszystkich obwiesiów w okolicy

mających coś na sumieniu.

I tylko tyle. Pomimo niesłychanej energii majora, pomimo

pomocy okazywanej w czasie trwania akcji przez

społeczeństwo, nie znaleziono niczego, co miałoby chociaż

najmniejszy związek z morderstwem przy ulicy Kwiatowej.

Mocne uderzenie majora Makowskiego trafiło w próżnię.

Po kilku dniach major był zmuszony przerwać obławę.

Ujawnione przestępstwa przekazano miejscowej milicji lub

prokuraturze. Morderca pozostał nieznany.

Major wrócił do Warszawy i z kwaśną miną zdawał swojemu

zwierzchnikowi sprawę z uzyskanych rezultatów.

— Byłem przekonany — powiedział pułkownik, naczelnik

służby kryminalnej — że to się tak skończy. Cóż właściwie

mógł pan znaleźć? Pistolet? Do tego byłaby potrzebna nie

ekipa śledcza a ekipa jasnowidzów. Odnalezienie takiego

małego przedmiotu jest wprost .niepodobieństwem, tym

bardziej że nie wiedzieliście, gdzie go szukać.

— A jednak znaleźliśmy sporo różnej broni — bronił się

major — w tym cztery sztuki broni palnej.

— Bo nikt się nie spodziewał, że będziecie jej szukać.

Natomiast morderca Kalisiaka dobrze wiedział, że

będziemy poszukiwać przede wszystkim pistoletu. To

jedyna poszlaka, która mogłaby doprowadzić do

przestępcy. Zbrodnia była dokonana w sposób bardzo

zręczny i na pewno ją szczegółowo przygotowano. To nie

był zwykły chuligański wybryk, ale morderstwo na zimno, z

pełną premedytacją. Mamy do czynienia z przebiegłym

przeciwnikiem. Taki już dobrze wiedział, jak schować pisto-

let. Może nawet byliście u niego w domu i szukali ście, a on

stał obok i w duchu naśmiewał się z waszej nieporadności.

— Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni!

— No, no. To na razie czcze słowa. A zamiary?

— Zajmę się przesłuchiwaniem kilku typów na1-

poważniej obciążonych. Najpierw tych, u których

znaleziono broń. Jeżeli coś wiedzą o zabójstwie Kalisiaka,

to będą sypać, żeby ratować własną skórę.

— Tak. Jeżeli wiedzą.

— Zabójca na pewno mieszka w osiedlu. Nie przyjechał

przecież z innej miejscowości. Niewątpliwie rekrutuje się z

miejscowych mętów. Mógł zdradzić się ze swoimi

zamiarami dokonywania napadów z bronią w ręku. Zresztą

w tych kołach, jeśli nie wiedzą kto, to w każdym razie mogą

się tego domyślać.

— Rozumowanie słuszne, pod warunkiem że zabójcą jest

rzeczywiście ktoś z miejscowego środowiska przestępczego.

A jeśli nie?

— Przecież nie może być inaczej. Porządni ludzie nie

zabijają milicjantów dla zdobycia pistoletu.

— Porządni nie, ale mogą być tacy, którzy tylko uchodzą

za porządnych.

— Więc co mi pułkownik radzi?

— Próbować wszystkiego. Szukać nie tylko między

mieszkańcami osiedla. Uważać niemal na wszystko, co

dzieje się w całym kraju. Morderca potrzebował broni na

pewno nie dla ćwiczenia się w strzelaniu sportowym. Przy

zdobyciu pistoletu poszedł na całego, ale też nie zrobił

żadnego błędu, nie pozostawił żadnego śladu. Obawiam się,

że teraz, kiedy ma już broń, wkrótce się nią posłuży.

Miejmy nadzieję, że przedtem popełni jakiś błąd, który

pozwoli go zdemaskować.

— Pistolet Kalisiaka był przestrzelany i mamy w

archiwum zarówno łuski, jak i fotografie śladów, jakie

karby tego pistoletu pozostawiają na płaszczu pocisku.

Gdziekolwiek byłaby ta broń użyta, będziemy natychmiast

o tym wiedzieli.

— Tak, ale za jaką cenę?

Na to pytanie major nie umiał odpowiedzieć.

W ciągu następnych dni major „ugniatał” zatrzymanych. Nie

szczędził ani gróźb, ani rozmaitych obietnic, aby tylko

rozwiązać oporne języki. Wszyscy przesłuchiwani zgodnie

twierdzili, że nigdy nie słyszeli o jakichkolwiek planach

zamachu na Kalisiaka. Nawet nie potrafią wskazać

podejrzanego. A Jan Kamiński, nazywany w swoim

środowisku ,,Kamińszczakiem”, powiedział otwarcie:

— Panie majorze, jakbym wiedział, to sam bym

przyprowadził do was tego drania i jeszcze bym mu dobrze

w ślepia zasunął. Żaden z chłopaków też by go nie

oszczędzał. Ile ludzi siedzi teraz przez tego łobuza.

— Tylko ci, którzy nie byli w porządku.

— Byli czy nie byli, ale jakoś wszyscy żyli na wolności. A

tak leżymy.

— Nikogo nie podejrzewacie?

— To nikt z naszych.

— No przecież nikt obcy nie przyjechałby do osiedla i nie

zamordował Kalisiaka. Musiał to być ktoś z mieszkańców.

Ktoś, kto dobrze znał milicjanta, wiedział, kiedy kończy

służbę, gdzie mieszka, jakimi ulicami wraca do domu.

— To by się może zgadzało — przytaknął Kamiński — ale

nikt z naszych tego nie zrobił.

Milicja znanymi sobie sposobami usiłowała dowiedzieć się w

sposób półoficjalny czegoś o osobie mordercy. Niestety, te

drogi również zawiodły.

Major Makowski rozważał także hipotezę zamordowania

sierżanta Kalisiaka przez zemstę. Kradzież pistoletu byłaby w

takim przypadku albo fałszywym tropem, albo ubocznym

motywem zbrodni. Po zamordowaniu milicjanta morderca

uznał po prostu, że pistolet może mu się przydać i wyjął go z

kabury ofiary.

Przeprowadzono więc dokładny wywiad z ostatnich lat życia

sierżanta. Zastępca komendanta posterunku MO miał

oczywiście wielu wrogów. Niejeden z tych, którzy wpadli i

poszli siedzieć na skutek dochodzenia prowadzonego przez

Kalisiaka, odgrażał się, jego zdaniem, zbyt gorliwemu milicjan-

towi. Ale nigdy nie grożono mu morderstwem. Obiecywano

wprawdzie zastępcy komendanta „dać dobre manto”, takie aby

„ruski miesiąc” popamiętał, nie próbowano jednak zrealizować

tych pogróżek.

Mimo to u wszystkich, którzy mogli mieć do sierżanta

pretensje, major dokonał szczegółowego przeszukania, a także

zbadał ich alibi w dniu zbrodni. I ta akcja również nie

naprowadziła na ślad.

Mijały dnie, tygodnie i miesiące. Teczka zatytułowana krótko

„Kalisiak” zdążyła się rozrosnąć w opasły tom akt. Były tu

dziesiątki protokołów rewizji, setki protokołów przesłuchań

rozmaitych osób i ... nic więcej.

Po pół roku major przyznał na odprawie, że śledztwo nie

zrobiło najmniejszych postępów i o zbrodni nie dowiedział się

niczego ponad to, co było wiadome już wtedy, gdy właścicielka

posesji meldowała na posterunku o znalezieniu zwłok sierżanta

Stefana Kalisiaka.

Dochodzenia jednak nie umorzono. Major Makowski

zajmował się nim nadal. Teraz oczywiście nie było to już

jego główne zadanie, niemniej jeśli w Polsce użyto gdzieś

pistoletu, natychmiast prosił o zbadanie łusek i kul, aby

stwierdzić, czy przypadkiem nie pochodziły z broni po

zabitym milicjancie.

Co pewien czas przeprowadzano nowe akcje w osiedlu,

dokonywano przeszukań w mieszkaniach tych ludzi, których

zarówno miejscowe społeczeństwo, jak milicja, uważały za

najbardziej podejrzanych. Często przeprowadzano obławy i

rewidowano zatrzymanych. Miejscowa ludność bardzo sobie

chwaliła te poczynania milicji. Dzięki nim Zygmuntowo stało

się najspokojniejszą miejscowością pod Warszawą. Chuliga-

neria przywarowała albo wyniosła się w lepsze dla niej strony.

Jedynym rezultatem tych wszelkich akcji był plik

dokumentów, które dołączano do coraz grubszych akt sprawy.

Na trop mordercy nie natrafiono. Nie ujawnił się też

zrabowany zabitemu sierżantowi pistolet.

W ten sposób minęło prawie dziesięć miesięcy.





Poczta na Bielanach

Na wprost wejścia na zielone tereny Akademii Wychowania

Fizycznego biegnie piękna, szeroka ulica — aleja Zjednoczenia.

Na rogu jej skrzyżowania z Marymoncką mieści się popularna

kawiarnia — już chyba od kilku pokoleń miejsce randek

studentów AWF. Naprzeciwko znajduje się spory budynek

straży pożarnej. Idąc aleją Zjednoczenia w stronę ulicy Stefana

Żeromskiego, mija się po obu jej stronach czteropiętrowe

budynki mieszkalne.

Na rogu alei Zjednoczenia i Jana Kasprowicza znajduje się

postój taksówek. Tam też jest przystanek autobusowy. Po

przeciwnej, nieparzystej stronie ulicy, wyrasta dom wyższy od

innych. Prawie ..drapacz .chmur”. Tuż za nim stoi dwupiętrowy

budynek oznaczony numerem dziewiętnastym. Użytkują go

wspólnie i zgodnie dwie instytucje: poczta i biblioteka

publiczna. Prawą część domu zajmuje poczta, do której

prowadzi osobne wejście. Wisi tu duża, czerwona tablica z

napisem: „Urząd Pocztowy, Warszawa 45”. Mniejszy szyld

głosi, że w tym budynku można również skorzystać z usług.

PKO. Całą lewą stronę gmachu zajmują okna wystawowe,

ozdobione barwnymi okładkami książek. Wejście do biblioteki

publicznej i do czytelni znajduje się, podobnie jak wejście do

poczty, od strony alei Zjednoczenia.

Budynek numer dziewiętnasty jest domem nazywanym w

nomenklaturze fachowej „wolnostojącym”. Pomiędzy nim a

„drapaczem” z kwiaciarnią i garmażerią na parterze jest kilka

metrów nie zabudowanej przestrzeni. Taka sama odległość

dzieli gmach poczty od długiego budynku mieszkalnego,

mającego aż potrójną numerację — 13/15/17. Wprawdzie dom

ten ma wejście od alei, ale większość jego mieszkańców

korzysta z wygodniejszego dla nich przejścia między

budynkiem a pocztą i tędy dostaje się na tyły posesji. Tu też są

wejścia do wszystkich klatek schodowych. Nieco w głębi stoi

okopcony kwadratowy budynek ciepłowni osiedlowej. Obecnie

już nieczynnej, gdyż Bielany otrzymują gorącą wodę z

Elektrowni Żerańskiej, znajdującej się wprawdzie niedaleko,

ale jednak po drugiej stronie Wisły.

Wewnętrzna uliczka, prowadząca do budynku

mieszkalnego wzdłuż kotłowni, dochodzi do sąsiedniej ulicy

— Lipińskiej. W przeciwieństwie do alei Zjednoczenia nie

ma ona charakteru wielkomiejskiego. Jest spokojna i cicha,

zabudowana jednopiętrowymi i parterowymi domkami

jednorodzinnymi.

Aleja Zjednoczenia miała być w założeniu wielkomiejską,

arterią Bielan. Niestety, budowano ją w tym okresie, kiedy

architekci nie liczyli się z potrzebami mieszkańców. Na całej

długiej ulicy są zaledwie trzy czy cztery sklepy. Poza studencką

kawiarnią — żadnego lokalu rozrywkowego. Przecinająca aleję

ulica Jana Kasprowicza, budowana w parę lat później, miała

więcej szczęścia: jest na niej sporo sklepów, a nawet duży

bar—restauracja. Toteż ulica Kasprowicza jest teraz główną

ulicą na Bielanach. W alei Zjednoczenia nie istnieje prawie

ruch kołowy i pieszy. Jest ona tylko miejscem, w którym się

mieszka i do którego wraca wieczorem lub nocą. Nawet

dzieciom nie przypadła do gustu, gdyż częściej bawią się

dalej na północ, w mizernych pozostałościach tej części

Lasku Bielańskiego.

Tylko poczta nie narzeka na brak ruchu. W 1966 roku jest to

chyba jedyny urząd pocztowy w tej ludnej i rozwijającej się

ciągle dzielnicy. Dlatego od rana aż do wieczora ludziska ciągną

do budynku z szarej cegły. Nadają listy polecone i telegramy,

zamawiają rozmowy zamiejscowe, a przede wszystkim

podnoszą i wpłacają pieniądze na książeczki PKO. Tutaj też

każdego popołudnia wpłacają swoje utargi miejscowe sklepy i

zakłady przemysłowe oraz instytucje i biura. Dzięki temu

dzienne obroty bielańskiego urzędu pocztowego sięgają

wysokich sum, a po pierwszym i piętnastym — dniach wypłat —

przekraczają nawet milion złotych.

Budynek poczty zabezpieczony jest przed różnymi

niespodziankami. Wszystkie okna są okratowane. Dzwonki nie

tylko uruchamiają syrenę i alarmują najbliższą komendę

milicji, lecz równocześnie powodują zamknięcie jedynego

wejścia do budynku. Poza tym nad pieniędzmi znajdującymi

się w urzędzie czuwa uzbrojony strażnik. Niezależnie od tego

kasjerzy są wyposażeni w krótką broń. Pieniądze są więc tutaj

dobrze zabezpieczone i nawet najbardziej zuchwały napad nie

ma najmniejszych szans powodzenia.

W porozumieniu z dyrekcją poczty milicja parokrotnie

fingowała napad na ten obiekt. Przebieg ćwiczeń był zawsze

jednakowy. Rozlegał się głuchy dźwięk syreny, a ciężka, stalowa

żaluzja spadała na dół, odcinając od wyjścia wszystkich

znajdujących się wewnątrz. Nawet nie każdy bank w Polsce ma

tak dobrze zorganizowaną ochronę przed napadem.

Mimo to nie pozostawiano na noc w urzędzie większych sum.

Gdy około piątej po południu ruch na poczcie słabł i tylko w

dwóch okienkach przyjmowano utargi sklepowe, pracownicy

poczty w osobnym, zamkniętym pomieszczeniu liczyli i paczko-

wali pliki banknotów. Ładowano je do worków oznaczonych

niebieskim pasem. Kiedy worek był już dość dobrze

wypełniony, zaszywano go i plombowano. Do takiego worka

wchodziło przeciętnie około trzystu tysięcy złotych. Mniejsze

woreczki napełniano bilonem: osobno pięćdziesięciogroszówki,

złotówki i dwuzłotówki, osobno piątki i dziesiątki. Każdy

woreczek zawierał tysiąc sztuk monet. Również i te woreczki

były plombowane. Cały ten skarb pozostawiano w oczekiwaniu

na transport, którym przewożono cenny ładunek do

śródmieścia Warszawy, do skarbca Narodowego Banku

Polskiego. W urzędzie zostawały jedynie sumy, które wpłynęły

już po wyekspediowaniu całodziennego utargu. W stosunku do

obrotów dziennych poczty były one nieznaczne, zawsze jednak

sięgały kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Ponieważ wpływy bielańskiego urzędu pocztowego wydatnie

przewyższały rozchody, poczta obywała się bez pobierania z

banku sum niezbędnych dla normalnego funkcjonowania

urzędu. Po prostu pozostawiona z dnia poprzedniego drobna

część „utargu” wystarczała na pierwsze poranne wypłaty. W

godzinach późniejszych nad wypłatami przeważały sumy

pochodzące z wpłat.

Codziennie, kilka minut po godzinie szóstej wieczorem, przed

budynkiem poczty zatrzymywała się ciemnozielona furgo-

netka z napisem „Łączność”. Nią to właśnie przyjeżdżano

po odbiór pieniędzy. Obsługę furgonetki stanowili kierowca

oraz uzbrojony strażnik. Korzystając z szerokiego chodnika

karetka podjeżdżała prawie do samych schodów i stawała

tyłem do drzwi wejściowych. Potem strażnik otwierał

podwójne drzwiczki pakamery furgonetki, a z budynku

poczty wychodził jeszcze jeden, pełniący tam służbę

miejscowy strażnik. Konwojowany przez nich pracownik

urzędu przenosił worki z pieniędzmi, najpierw te większe, z

banknotami, następnie mniejsze, ale za to cięższe, z bilo-

nem.

Cała ta operacja była zorganizowana bardzo sprawnie. W

ciągu najwyżej pięciu do siedmiu minut drogocenny ładunek

znajdował się już wewnątrz wozu. Następnie konwojent

zamykał drzwi samochodu i kwitował liczbę odebranych

worków. Strażnik zabierał specyfikację, siadał koło kierowcy i

furgonetka szybko wykręcała, by następnie ulicą Kasprowicza i

Podczaszyńskiego wyjechać na Marymoncką i dalej —

Słowackiego, Mickiewicza i Nowotki — dojechać do

śródmieścia, do Narodowego Banku Polskiego. Tutaj

pozbywano się ładunku i jechano po pieniądze do innego

urzędu pocztowego.

Ten pamiętny sierpniowy dzień niczym nie przypominał

upalnego lata. Pobliski, bo mieszczący się również na

Bielanach,

Państwowy

Instytut

Hydrologiczno-

Meteorologiczny, tłumaczył ten fakt w zawiły sposób różnymi

wyżami i nadciąganiem polar- no-atlantyckiego powietrza.

Dość, że było chłodno, a ostry wiatr niósł niskie, ciemne

chmury, z których padał niemiły, zimny deszcz. Przy takiej

pogodzie aleja Zjednoczenia świeciła pustkami. Nawet okna w

domach mieszkalnych były pozamykane.

Urząd pocztowy Warszawa 45 pracował normalnie, mimo że

przy licznych okienkach nie było wielkiego ruchu. Tylko przy

punktach wpłat utworzyły się malutkie kolejki osób z teczkami

i torbami w rękach. To kasjerzy i kasjerki z okolicznych

sklepów jak zwykle przynieśli całodzienny utarg swoich firm.

W małym, okratowanym pokoiku policzono już pieniądze,

włożono je do worków i oczekiwano pojawienia się furgonetki.

Przyjechała o normalnej porze — około dziesięciu minut po

szóstej — i ustawiła się na swoim miejscu. Już jej drzwi zostały

otwarte. Już dwaj strażnicy stanęli z boku, pilnując załadunku

worków z pieniędzmi. Już w drzwiach prowadzących do bu-

dynku poczty ukazał się pracownik, niosący w ręku wypełniony

do połowy worek z niebieskim pasem. Skierował się w stronę

furgonetki, nie zdążył jednak zrobić trzech kroków i nie doszedł

jeszcze do schodków, gdy nagle rozległa się seria wystrzałów

rewolwerowych. W tym samym momencie z garmażerii,

znajdującej się w pobliskim „drapaczu”, wychodziła jakaś

kobieta. Usłyszawszy huk zwróciła głowę w kierunku hałasu.

Zobaczyła człowieka w czapce i w jasnym prochowcu, który z

małej odległości, prawie przystawiając pistolet do pleców,

strzelił do stojącego przed nim konwojenta, a następnie oddał

serię strzałów do drugiego strażnika i do pracownika poczty

trzymającego worek.

Wszyscy trzej, trafieni kulami, upadli na płyty posadzki,

którymi jest wybrukowany mały taras przed wejściem do

budynku. Wtedy mężczyzna, trzymając pistolet w prawej ręce,

podbiegł do leżącego worka z pieniędzmi, chwycił go lewą ręką

i ciągle z pistoletem w dłoni przebiegł pod oknami biblioteki

publicznej, a potem wąskim przejściem przeszedł na tyły

sąsiedniej posesji — domu mieszkalnego oznaczonego „aleja

Zjednoczenia — 13/15/ /17”. Tu znikł kobiecie z oczu.

Wszystko to stało się tak szybko, że przygodna obserwatorka

nie zdążyła nawet krzyknąć. Zaś kierowca furgonetki, siedzący

cały czas przy kierownicy, nim .na odgłos strzałów zdążył

otworzyć drzwiczki i wyskoczyć z samochodu, nie zobaczył nic,

poza trzema leżącymi.

W budynku poczty strzały odebrano jako niezbyt głośne

trzaski. Nikt więc stamtąd nie wyjrzał. Dopiero zaalarmowani

przez kierowcę urzędnicy i interesanci wybiegli na dwór.

Początkowo powstało niesłychane zamieszanie. Nikt nie

wiedział, co robić. Kilka osób podbiegło do leżących na płytach.

Drzwiczki furgonetki były nadal szeroko otwarte, a wewnątrz

można było dostrzec liczne worki z pieniędzmi podjętymi w

innych urzędach pocztowych, do których samochód zajeżdżał

po drodze na Bielany.

Pierwszy odzyskał panowanie zastępca naczelnika urzędu

pocztowego.

— Nie tłoczcie się nad nimi — krzyknął. — Przenieść ich na

salę i położyć na kocach! Niech no który zadzwoni do milicji i

do Pogotowia Ratunkowego! Zamknąć furgonetkę!

Dopiero teraz kierowca samochodu zauważył, że pieniądze

ułożone w jego wozie pozostają bez żadnego zabezpieczenia.

Podskoczył i zatrzasnął drzwiczki.

— Nie ma kluczy, panie naczelniku! Miał je Wiśniewski.

— Niech pan pilnuje drzwi, a ja zaraz znajdę klucze. Panie

Zbrożek! Proszę również zostać przy samochodzie.

Tymczasem reszta pracowników poczty przenosiła ofiary

bandyckiego napadu do budynku. Adam Wiśniewski,

konwojent samochodu, nie dawał żadnych znaków życia.

Natomiast Ryszard Ceglarz, strażnik pracujący w urzędzie

pocztowym, zaczął jęczeć przy podnoszeniu go z ziemi.

Urzędnik pocztowy, Władysław Okuniewicz, był nawet

przytomny. Usiłował podnieść się sam, ale nie mógł, skarżył się

na ból nogi. Jego spodnie na wysokości uda zabarwione były

krwią.

Rannych ułożono na kocach w sali operacyjnej poczty. Urząd

został natychmiast zamknięty. Wewnątrz pozostali tylko

pracownicy poczty, kilku kasjerów, którzy nie zdążyli jeszcze

wpłacić swoich utargów i kobieta, która obserwowała cały

przebieg napadu. Była ona jedynym naocznym świadkiem.

Odnalazły się klucze od furgonetki. Konwojent Wiśniewski

trzymał je w ręce w chwili napadu. Upadając wypuścił klucze i

przykrył je swoim ciałem. Samochód zamknięto, ale na

polecenie zastępcy naczelnika urzędu nie odjechał, lecz

pozostał na miejscu, czekając na przybycie milicji. Pilnował go

kierowca i jeden z funkcjonariuszy poczty uzbrojony w pistolet.

Pierwsza nadjechała milicyjna Warszawa — lotny patrol

skierowany drogą radiową z Komendy Dzielnicy na miejsce

wypadku. Z kolei przybyła ekipa z Dzielnicy, a dwie minuty po

niej grupa z Komendy Stołecznej MO. Tuż za nimi nadjechało

pogotowie.

Rozpoczęły się normalne czynności śledcze. Fotograf zrobił

serię zdjęć. Znaleziono i pieczołowicie schowano pięć łusek

rewolwerowych. Wszyscy przesłuchiwani zgodnie twierdzili, że

słyszeli pięć trzasków, a więc właśnie tyle, ile strzałów oddał

napastnik do swoich ofiar. Józefa Bielakowa, jedyny naoczny

świadek napadu, zrelacjonowała jeszcze raz to, co widziała

wychodząc z garmażerii. Kierowca samochodu niewiele miał do

powiedzenia. Usłyszawszy strzały, wyskoczył z wozu, ale wtedy

już nikogo nie było. Złożył również zeznania Okuniewicz —

pracownik poczty, który niósł worek z pieniędzmi. Wychodząc

na ulicę widział po swoje prawej ręce strażnika i stojącego obok

niego konwojenta. Nie zwracając na nich uwagi szedł w stronę

samochodu. Wtedy usłyszał kilka następujących po sobie

huków i poczuł silne uderzenie w nogę, tak że upadł na ziemię.

Co się dalej stało, nie wie. Człowieka, który strzelał, nie widział.

Nie pamięta, kiedy wyrwano mu z ręki worek z pieniędzmi.

Niczego nie zauważył. Ból był tak silny, że stracił przytomność.

Lekarze pogotowia — przyjechały aż dwie karetki —

zakomunikowali smutną wiadomość. Konwojent, Adam

Wiśniewski, dostał postrzał w plecy, w okolicy serca.

Prawdopodobnie, choć ustali to dopiero sekcja zwłok, kula

przebiła lewą komorę. Śmierć nastąpiła prawie natychmiast.

Gdy konwojenta przenoszono do budynku poczty, był już

martwy.

Strażnik, Ryszard Ceglarz, miał więcej szczęścia. W

momencie kiedy padł pierwszy strzał, odwrócił się nieco.

Dlatego pierwszy skierowany do niego pocisk przeszedł na skos

pod łopatką i utkwił gdzieś między żebrami. Drugi trafił go w

prawe ramię. Strażnikowi nie grozi więc utrata życia, ale mimo

to należy go jak najprędzej przewieźć do szpitala. Konieczna

jest operacja, gdyż nastąpił duży wylew krwi i zachodzi obawa

uszkodzenia płuc.

Natomiast Okuniewicz jest ranny w udo. Kula przeszła przez

mięśnie, uderzała w kość goleniową i tam utkwiła. Kość na

szczęście nie jest zmiażdżona, gdyż pocisk wystrzelony ze zbyt

małej odległości nie miał odpowiedniej siły. Lekarz nie

wyklucza jednak miejscowego pęknięcia. Okuniewicz również

musi być poddany natychmiastowej operacji w celu wydobycia

kuli. Jego rana jest nie tyle groźna, co bardzo bolesna.

— Kiedy będzie można przesłuchać strażnika? — pytał

oficer milicji kierujący ekipą śledczą.

— Za jakieś trzy, cztery dni, jeżeli nie nastąpią

komplikacje pooperacyjne, których zresztą nie przewiduję.

— Dobrze. Niech pan ich, doktorze, zabiera do szpitala.

Karetki pogotowia odjechały. Jedna do szpitala pełniącego

ostry dyżur, druga, niestety, z ciałem zabitego konwojenta do

Zakładu Medycyny Sądowej. Milicja uprzedziła lekarzy, że

potrzebne są jej pociski wyjęte z ciał rannych. W szpitalach

często się zdarza, że lekarz operujący postrzały po prostu wy-

rzuca kule do kubła. Tego zastrzeżenia nie polecono przekazać

Zakładowi Medycyny Sądowej. Wiadomo, że tam przy sekcji

zwłok zrobią wszystko, aby pocisk wydobyć i przekazać go do

Zakładu Kryminalistyki do dalszej analizy.

Kierując się zeznaniami pani Bielakowej milicjanci

odtworzyli drogę ucieczki bandyty. Między budynkiem poczty a

sąsiednim domem była nie zabudowana przestrzeń, licząca

około dziesięciu metrów. Przechodziło się tędy na tyły bloku

mieszkalnego. Tutaj biegł chodnik z betonowych płyt przez całą

długość posesji. Pięć klatek schodowych prowadziło do wnętrza

domu. Inny chodnik, biegnący wzdłuż stojącej za gmachem

mieszkalnym kotłowni, wychodził na sąsiednią ulicę —

Lipińską. Ani na podwórzu, ani na Lipińskiej żadnych śladów

nie znaleziono. Zresztą nie spodziewano się tego.

— Nikt go nie gonił — komentował jeden z milicjantów —

wystarczyło, że dobiegł do węgła poczty, aby stracono go z

oczu. Później spokojnie przeszedł do Lipińskiej, a stamtąd

dokąd chciał. Może nawet mieszka w którymś z tych domów i

teraz siedzi przy stole i liczy pieniądze?

— Musiał wszystko dokładnie zbadać, zanim zrobił ten

skok.

— A jaką dobrą pogodę wybrał! Na ulicy pusto, bo na to

zimno i deszcz nikt z domu nosa nie wychyla. Normalnie na

tym podwórzu zawsze bawi się dużo dzieci, przechodzi

sporo dorosłych. Przecież tutaj mieszka kilkaset osób —

informował dzielnicowy, który na wiadomość o napadzie

zjawił się w budynku poczty.

Na podstawie specyfikacji ustalono, że w zrabowanym przez

bandytę worku znajdowało się trzysta dwadzieścia siedem

tysięcy sześćset osiemdziesiąt złotych we wszystkich rodzajach

banknotów.

Rysopis napastnika, a widziała go jedynie pani Bielakowa, był

bardzo niedokładny. Kobieta zdążyła zauważyć tylko, że nosił

jasny prochowiec, a na głowie miał jakieś nakrycie. Chyba

czapkę, cyklistówkę. Bielakowa stwierdziła także, że był wysoki,

wyższy nawet od strażników, do których strzelał. Wiadomo zaś,

że Ryszard Ceglarz ma około metra osiemdziesięciu

centymetrów wzrostu. Bielakowa stała zbyt daleko, aby

rozróżnić rysy twarzy napastnika. Zresztą przebieg wypadków

był tak błyskawiczny i zaskakujący, że nie miałaby na to czasu.

Przesłuchano wszystkich urzędników i interesantów,

przebywających w czasie napadu w budynku poczty. Nikt nie

zauważył niczego podejrzanego. Dzień był dżdżysty, prawie

każdy nosił jakiś płaszcz. Jedni ortalionowe, inni gabardynowe,

przeważały tanie, jasne prochowce. Wśród klientów byli zarów-

no ludzie wysocy, jak i niskiego wzrostu. Kto by tam zresztą

miał czas i ochotę przypatrywać się mężczyznom stojącym w

kolejce, kiedy tyle roboty czeka? W dwóch okienkach, w

których odbierano utargi, kasjerzy zajęci byli liczeniem

pieniędzy. Skupiali uwagę wyłącznie na tym, aby się nie

pomylić, bo pobierane od klienteli pliki banknotów były nieraz

bardzo zużyte. W takim przypadku latwo zrobić jakiś błąd w

obrachunkach. Urzędnicy i urzędniczki z innych okienek, przy

których nie było takiego ruchu albo które były już zamknięte,

również zajęci byli zliczaniem kontrolek i sprawdzaniem

dokumentów. Nikt więc nie zauważył wysokiego mężczyzny w

jasnym prochowcu, który by kręcił się po budynku lub w

pobliżu poczty.

— Może siedział w garmażerii oczekując na furgonetkę

przyjeżdżającą po odbiór pieniędzy? Mógł zamówić coś do

jedzenia, wziąć butelkę piwa i w ten sposób doczekać

przybycia samochodu — zauważył jeden z milicjantów.

Kierowniczka garmażerii i jej pracownice stanowczo

wykluczyły istnienie takiej możliwości. Żaden wysoki

mężczyzna w jasnym płaszczu nie wchodził do ich sklepu przed

szóstą ani później. Ruch w tym dniu i o tej porze był niewielki.

Głównie przychodziły kobiety, żeby kupić coś na kolację.

Ponieważ było chłodno i padał deszcz, męskiej klienteli, przy-

chodzącej zwykle na piwo, prawie wcale nie było.

Napad na pocztę zdarzył się w dniu 23 sierpnia 1966 roku.

Zabity konwojent, Adam Wiśniewski, miał trzydzieści cztery

lata, osierocił żonę i troje małych dzieci.





Czarny wartburg

Nazajutrz po napadzie na pocztę na Bielanach major

Stanisław Makowski z Komendy Głównej MO miał telefon z

Zakładu Kryminalistyki. Dzwonił jeden z pracowników działu

rusznikarskiego. W świetle pierwszych, niedokładnych jeszcze

badań, znalezione przed budynkiem poczty łuski pocisków,

którymi bandyta strzelał do swoich ofiar, wskazują, że strzały

oddane były z pistoletu stanowiącego niegdyś własność

sierżanta MO — Stefana Kalisiaka — zamordowanego w

listopadzie 1965 roku.

— Czy jesteście tego całkowicie pewni? — dopytywał się

major.

— Na razie jeszcze nie. Nie mamy dotąd kul. Dopiero

kiedy je dostaniemy, będziemy mogli ustalić, czy ślady

karbów na metalowych płaszczach są identyczne ze.

śladami pozostawionymi przez lufę pistoletu Kalisiaka. Ale

już przy badaniu łusek zauważono bardzo

charakterystyczną cechę: iglica w pistolecie Kalisiaka była

trochę uszkodzona i takie samo uszkodzenie występuje na

spłonkach. Miejsce uderzenia iglicy w spłonkę jest również

identyczne. Znaleźliśmy też podobieństwo’ w śladzie, jaki

pozostawiał na gilzach pazur do wyrzucania łuski po

strzale.

— Kiedy dostaniecie pociski?

— Ten- z Zakładu Medycyny Sądowej mają przysłać

natychmiast po zakończeniu sekcji zwłok zabitego

konwojenta karetki pocztowej, Adama Wiśniewskiego.

Powinniśmy więc mieć dzisiaj. Na naboje, którymi zostali

ranieni dwaj pocztowcy, musimy poczekać, aż lekarze

wyjmą kule z ran. Na polecenie Komendy Stołecznej MO

dowiadywaliśmy się, kiedy to nastąpi. Lekarz dyżurny

oświadczył, że stan zdrowia strażnika, Ryszarda Ceglarza, jest

nadal poważny i w tej sytuacji lekarze nie decydują się na

natychmiastową operację. To może odwlec się parę dni.

Natomiast urzędnik pocztowy, Władysław Okuniewicz, będzie

operowany dzisiaj wieczorem. Co prawda chirurg twierdzi, że

nie będziemy mieli wielkiej pociechy z tego pocisku, bo, jak

wykazał rentgen, uderzył on w kość udową rannego i częściowo

w niej utkwił. Prawdopodobnie więc jest uszkodzony.

— Proszę natychmiast dać mi znać, jeśli dowiecie się

czegoś nowego.

— Tak jest, panie majorze!

Po tej rozmowie major Makowski udał się do swojego

zwierzchnika, szefa służby kryminalnej KG MO. Pułkownik

wysłuchał go uważnie.

— Mówiłem wam majorze, że pistolet znajdzie się i bez

waszych poszukiwań. Niestety, cena jaką zapłaciliśmy za tę

wiadomość, jest bardzo wysoka — jeden zabity i dwóch

rannych. Mam już szczegółowe raporty z Pałacu

Mostowskich o wynikach śledztwa. Są one właściwie żadne.

Przestępca, podobnie jak przy zabójstwie Kalisiaka, nie

zostawił śladów, jeżeli nie liczyć łusek rewolwerowych i kul

w ciałach ofiar.

— Napad był bardzo sprawnie wykonany, a miejsce tak

wybrane, że pozwalało na bezkarną ucieczkę z łupem.

— Napad był niewątpliwie bardzo drobiazgowo

wystudiowany i przygotowywany przez dłuższy czas. A

zatem potwierdza się moja teoria, że ten, kto zabił sierżanta

Kalisiaka i zrabował pistolet, nie był zwykłym chuliganem.

Jest to człowiek inteligentny, zdecydowany na wszystko,

dobry taktyk. Przecież nawet nie próbował terroryzować

bronią pocztowców lub ich zranić, ale od razu zaczął strzelać.

Celował tak, żeby zabić. Tylko dzięki przypadkowi strażnik

Ceglarz żyje. Gdyby nie odwrócił się albo gdyby odwracał się

nieco wolniej, pocisk nie poszedłby ukosem, lecz trafił w plecy

na wysokości serca. Tak, jak to się stało z konwojentem

Wiśniewskim.

— Swoją drogą obaj, strażnik i konwojent, popełnili

zasadniczy błąd — zauważył major. — Stanęli obok siebie.

W ten sposób bandyta mógł nie zauważony podejść do nich

zupełnie blisko. Gdyby strażnik stał po jednej stronie

drzwi, a konwojent po drugiej, zaskoczenie nie byłoby

możliwe. Jeden asekurowałby drugiego.

— Przypuszczam, że napad i tak by się udał, chociaż byłby

dużo trudniejszy do przeprowadzenia. Zresztą tego rodzaju

akcja zdarzyła się w Warszawie po raz pierwszy. Sądzę

nawet, że po raz pierwszy w Polsce. Zarówno strażnik, jak

konwojent uważali, że nie grozi im żadne

niebezpieczeństwo, a ochrona jest tylko formalnością.

Strażnik trzymał wprawdzie w ręce karabin, ale nie był on

przygotowany do strzału. Konwojent był uzbrojony w broń

krótką, spokojnie spoczywającą w kaburze. W tej sytuacji

morderca, który przecież robił wrażenie zwykłego

przechodnia kierującego się do budynku poczty, zdołał

zaskoczyć i wyprzedzić swoimi strzałami obydwu.

— No, tak. Zaskoczenie było kompletne — zgodził się

major.

— Ponieważ pistolet łączy prowadzoną przez was sprawę

zabójstwa Kalisiaka z tą nową zbrodnią, obejmiecie całość

dochodzenia — zdecydował pułkownik. — Będziecie je

prowadzili przy pomocy Komendy Stołecznej. Zaraz wydam

odpowiednie zarządzenie. Wy, nie czekając na nie, jedźcie

od razu do Pałacu Mostowskich i dokładnie przestudiujcie

przebieg wypadków.

Pułkownik miał rację. Po zapoznaniu się w Komendzie

Stołecznej z dotychczasowymi wynikami śledztwa major

Makowski przyznał, że na razie nie dysponuje żadnymi

dowodami. Tylko zeznania Bielakowej, która w dodatku

widziała bandytę z daleka, pozwalały nakreślić jego bardzo

niedokładny rysopis. Ona też wskazała drogę ucieczki

mordercy z cennym łupem.

— Powiedzcie mi, poruczniku — zapytał major po

przewertowaniu całości materiałów śledztwa — co się stało

z pociskami wystrzelonymi z pistoletu bandyty? Mamy

przecież pięć łusek. Natomiast wiemy jedynie o trzech

kulach. Jedną został zabity Wiśniewski. Druga tkwi w ranie

strażnika, a trzecia w udzie rannego urzędnika.

— Strażnika raniono dwiema kulami. Jedną w płuca,

drugą w przedramię.

— To się zgadza z protokołem. Trzeba jednak sprawdzić,

czy w ciele Ceglarza tkwią dwa pociski.

Zatelefonowano do szpitala, gdzie leżał ranny strażnik.

Lekarz oświadczył, że wprawdzie Ceglarz ma dwie rany, ale

druga, ta w przedramieniu, jest zupełnie niegroźna. Kula

przebiła jedynie warstwę mięśni, nie uszkadzając ani nerwów,

ani naczyń krwionośnych.

— Ale co się stało z kulą? — dopytywał się major.

— Z kulą? -— zdziwił się chirurg. — A co mnie obchodzi

kula? Dla mnie ważny jest stan zdrowia rannego. Po

przebiciu ręki kula gdzieś sobie poleciała.

— W ranie jej nie ma?

— Nie. Są za to dwie dziury. Mniejsza to wlot, a większa —

wylot.

— A jak się czuje ranny?

— Odzyskał przytomność, ale nadal jest osłabiony. Duży

upływ krwi. Dostał transfuzję. Jeżeli nie będzie

komplikacji, jutro go zoperujemy.

— Nie zapomnijcie zabezpieczyć kul!

— Dobrze, dobrze. O te głupie kule było już parę

telefonów, a nawet pismo z milicji. Wam chyba bardziej

chodzi o kulę niż o człowieka — złościł się lekarz.

— Ależ nie, doktorze — przerwał major — wiemy, iż w

walce o życie człowieka zrobicie wszystko, co do was

należy. O to jesteśmy zupełnie spokojni. Natomiast kula

zupełnie was nie interesuje, a dla nas stanowi bardzo

ważny dowód, który może doprowadzić do ujęcia zabójcy.

Przypominamy dlatego, że w praktyce różnie bywa.

Przecież po zabójstwie prezydenta USA — Kennedy’ego —

operujący lekarze zapomnieli o zabezpieczeniu pocisków.

Zaginęły one w tajemniczy sposób.

— Dobrze, dobrze. Tu nie Ameryka. Jutro będzie-*- cie

mieli ten swój pocisk.

— A więc — powiedział major odkładając słuchawkę —

miałem rację. Mamy na razie tylko trzy kule, a morderca

oddał pięć strzałów. Jedna kula w ogóle chybiła. Druga, po

przebiciu ramienia strażnika, również poszła w nieznanym

kierunku. Czy wyjaśniliście tę kwestię?

— Jeszcze nie.

— W takim razie pojedziemy na Bielany i poszukamy tych

pocisków. Poza tym chciałbym obejrzeć miejsce zbrodni.

Przed pocztą było jak zwykle pusto. Major z zadowoleniem

zauważył, że dyżurny strażnik trzyma broń w pogotowiu,

dobrze że chociaż „mądry Polak po szkodzie”. Jedną kulę

znaleźli prawie od razu. Była to prawdopodobnie ta, która

przebiła ramię strażnika. Tkwiła o jakieś dwa metry na prawo

od wejściowych drzwi poczty, w warstwie tynku między

cegłami. Widocznie po przebiciu przeszkody jaką stanowiły

ubranie i mięśnie człowieka, pocisk miał już tylko tyle impetu,

aby zaczepić się w murze. Jeden z milicjantów towarzyszących

majorowi wydłubał go przy pomocy zwykłego, kieszonkowego

scyzoryka. Pocisk był prawie nie uszkodzony.

Znalezienie śladów drugiej kuli nie było takie łatwe.

Najdokładniejsze oględziny muru nie przyniosły żadnych-

rezultatów. W końcu jeden z milicjantów zwrócił uwagę na

świeże zadrapanie farby, widoczne na metalowej oprawie

ciężkich drzwi prowadzących do wnętrza poczty. Przyniesiono

drabinę i major obejrzał dokładnie to miejsce. Nie ulegało wąt-

pliwości, że malutkie zagłębienie w stalowej płycie pochodzi od

pocisku rewolwerowego. Zapewne kula poszła rykoszetem i

upadła gdzieś z boku. O tym, żeby ją odnaleźć, nie było nawet

mowy.

Major prześledził również przypuszczalną drogę ucieczki

bandyty. Przyznał, że ten człowiek, kimkolwiek był, działał nie

tylko z wielką odwagą, ale również i rozwagą. Miejsce dla

dokonania napadu wybrano wyjątkowo dobrze — szeroka,

wiecznie pusta ulica, stojący w oddaleniu budynek poczty. W

sąsiednich domach strzały rewolwerowe musiały być słyszalne

tylko jako słabe -trzaski, podobne do tych, jakie nieraz wydaje

źle wyregulowany gaźnik samochodowy. Gdyby przypadkowy

przechodzień znalazł się w chwili napadu po przeciwnej stronie

szerokiej arterii, po prostu nie zwróciłby na te dźwięki uwagi.

Również doskonale była obmyślona droga ucieczki. Po

przebiegnięciu wzdłuż budynku, pod oknami biblioteki,

przestępca ginął za węgłem domu i stawał się niewidoczny dla

obserwatorów napadu. Jeszcze dziesięć metrów — i znajdował

się na podwórzu wielkiego, zamieszkanego przez kilkaset osób

bloku. A tutaj widok człowieka niosącego coś w ręce, choćby i

worek, nikogo nie dziwił i nie przyciągał niczyjego wzroku.

Dalej wygodne przejście prowadziło do ulicy Lipińskiej. Stały

tu niskie, jednorodzinne domki z ogródkami. Major stwierdził,

że z każdego prawie ogródka można się przedostać do

sąsiednich parcel, a z nich na następną uliczkę, Płatniczą, która

prowadziła do Kleczewskiej i dalej, do Przybyszewskiego.

W tych warunkach bandyta dotarłszy do Lipińskiej ginął jak

kropla wody w morzu. Niewiele było szans, aby

zrekonstruować jego dalszą trasę.

Mimo to major był zadowolony z oględzin terenu I

napadu. Cenną zdobyczą był prawie nie uszkodzony pocisk

wyjęty z tynku pokrywającego budynek poczty. Po powrocie

z Bielan kulę natychmiast posłano do ekspertyzy. W

oczekiwaniu na jej wyniki major zastanawiał się nad

dalszym tokiem śledztwa. Doszedł do wniosku, że trzeba

próbować szczęścia: może jednak któryś z mieszkańców

wielkiego gmachu przy alei Zjednoczenia — 13/15/17 —

widział uciekającego przestępcę? Aby to sprawdzić trzeba

wysłać wywiadowców, by wędrując od mieszkania do

mieszkania, pytali wszystkich, czy nie widzieli w ,

krytycznym momencie człowieka z workiem w ręce

przebiegającego lub przechodzącego przez podwórze i i

kierującego się w stronę ulicy Lipińskiej. Tę akcję major

postanowił przeprowadzić w godzinach wieczornych, kiedy

mieszkańców najłatwiej zastać w domu.

i

Już nazajutrz okazało się, że pomysł majora Makowskiego był

dobry. Dwunastoletni uczeń, Janek Myśliwiec, i pani Zofia

Liskowska, urzędniczka jednego z ministerstw, mieli pewne

spostrzeżenia, które mogły być interesujące.

Zaproszona do Pałacu Mostowskich pani Liskowska zeznała,

że po godzinie szóstej wieczorem, w dniu napadu, podlewała

kwiaty stojące na parapecie. Dodała też, że jej mieszkanie

znajduje się na drugim piętrze, przy piątej klatce schodowej, a

więc w części budynku położonej blisko poczty. Kiedy stała

przy oknie, usłyszała kilka trzasków. Nie skojarzyła ich jednak

ze strzałami rewolwerowymi. Przypuszczała, że to chłopcy

bawią się gdzieś w pobliżu w wojnę i strzelają z „korkowców”.

Tego rodzaju zabawa jest ostatnio bardzo modna wśród

młodzieży na Bielanach.

W chwilę po tych „trzaskach” zza węgła budynku wybiegł

jakiś mężczyzna, obejrzał się do tyłu, zwolnił trochę i szybkim

krokiem poszedł w stronę Lipińskiej. Wprawdzie przygodna

obserwatorka zauważyła, że trzymał w ręce coś w rodzaju

paczki, ale nie potrafiła powiedzieć, czy to był worek. Mężczyz-

na miał na sobie rozpięty płaszcz jasnego koloru i schował tę

paczkę pod połę płaszcza, jak to zwykle ludzie robią, kiedy pada

deszcz. Tylko, że właśnie wtedy deszcz przestał padać, chociaż

w dalszym ciągu było pochmurno.

— Więc widziała pani, że ten osobnik zdjął czapkę. Czy był

wysoki?

— Chyba tak. Trudno mi jednak powiedzieć coś

konkretnego na ten temat. Widziałam go z góry, i drugiego

piętra, kiedy przechodził pod moim oknem. Tego rodzaju

kąt patrzenia bardzo skraca wysokość człowieka. Robił

jednak wrażenie wyższego niż przeciętny Polak.

— A jakie miał włosy?

— Ciemne, krótko ostrzyżone i zaczesane do góry. Tego

jestem pewna.

— Co może pani powiedzieć o rysach jego twarzy?

— Nic nie mogę powiedzieć. Patrzyłam z góry. Zresztą

specjalnie nie zwróciłam uwagi. Wiele ludzi mieszka w

naszym domu, przychodzą do nich goście. Jeszcze więcej

osób korzysta ze skrótu prowadzącego do Lipińskiej.

Dopiero kiedy wczoraj wieczorem przybyli do mnie

milicjanci i zaczęli wypytywać, przypomniałam sobie, że

widziałam tego człowieka, a chwilę przedtem słyszałam

trzaski. Gdyby nie milicja — nigdy bym nie skojarzyła tych

dwóch faktów.

— Czy ten człowiek poszedł w stronę Lipińskiej?

— Tak. Na pewno. Widziałam go jeszcze na rogu tej ulicy.

— Dokąd się skierował?

— Zniknął mi z oczu, bo dalej kotłownia zasłania

widoczność.

— A więc poszedł w kierunku zachodnim?

— Zachodnim? — zastanawiała się pani Liskowska.

— To znaczy w kierunku skrzyżowania Lipińskiej z

Efraima Schroegera.

— No tak — zgodziła się przesłuchiwana — w stronę

Schroegera. Ale to nie na zachód. Raczej na południe.

Lipińska biegnie skosem. Raczej między południem a

zachodem.

— Zgódźmy się na południowy zachód. Czy niczego więcej

pani nie zauważyła?

— Ten człowiek często się oglądał.

— A jakie miał ubranie? Buty?

— Ach, tak. Odniosłam wrażenie, że ten człowiek ma

przyciasne buty, zwłaszcza prawy. Tak, trochę dziwnie

szedł.

Niestety, pani Liskowska niczego więcej nie spostrzegła.

Trzeba było poprzestać na tych skromnych informacjach i

zakończyć przesłuchanie.

Z kolei na krześle stojącym przed biurkiem majora

Makowskiego usiadł dwunastoletni chłopiec, Janek Myśliwiec,

uczeń jednej ze szkół bielańskich. Był bardzo przejęty i dumny

z roli, jaka mu przypadła. Od razu zastrzegł:

— Ale pan major mnie usprawiedliwi, jeśli spóźnię się do

domu? Miałem być o jedenastej, a w tej chwili jest już po

pierwszej. Mama będzie myślała, że włóczę się gdzieś po

Warszawie.

— Oczywiście — z całą powagą zgodził się oficer — napiszę

ci karteczkę do rodziców, że przesłuchanie trochę się

przeciągnęło. Cóż więc kolega widział?

— Wracałem od przyjaciela, który mieszka na Reymonta.

Szedłem ulicą Schroegera. Tam na ogół nie ma żadnego

ruchu samochodowego. Kiedy przechodziłem ulicę w

poprzek, między Płatniczą a Lipińską, z Płatniczej wyjechał

samochód. Dojechał do dużego domu na rogu Lipińskiej i

Schroegera, tego po nieparzystej stronie ulicy, tam, gdzie

na parterze jest spółdzielnia dziewiarska.

— Cóż to był za wóz?

— Nie zwróciłem uwagi.

— Przypomnij sobie. Może „Warszawa”? Jakiego koloru?

— Nie, mniejszy, ale chyba nie „Syrena”. Nie

przyglądałem się, ale zdaje się, że ciemny.

— No i co dalej z tym samochodem?

— Podjechał, panie majorze, pod ten dom i zatrzymał się

akurat przy spółdzielni. Stał tam tak długo, aż zdążyłem

dojść do Lipińskiej. Wtedy wyszedł z tej ulicy jakiś człowiek

w jasnym płaszczu. W ręce niósł worek. Szary worek z

jakimś kolorowym pasem. Właśnie na ten pas patrzyłem,

bo zwykłe worki takich nie mają. Drzwi samochodu otwo-

rzyły się, ten człowiek wrzucił worek do wnętrza i sam

wsiadł. Samochód natychmiast ruszył.

— Czy mężczyzna, który niósł worek, usiadł koło

kierowcy?

— Nie — zaprzeczył mały świadek — samochód przecież

jechał od Płatniczej. Zatrzymał się przy chodniku po prawej

stronie Schroegera. Żeby usiąść koło kierowcy, mężczyzna z

workiem musiałby obejść wóz od tyłu lub od przodu. A on

tego nie zrobił. Kierowca otworzył tylne drzwi i ten

człowiek od razu wsiadł. Samochód stał z pracującym silni-

kiem i natychmiast ruszył.

— Widziałeś dokąd pojechali?

— Nie, bo skręciłem w Lipińską. Spieszyłem się do domu.

— Jak wyglądał mężczyzna z workiem?

— Wysoki, w jasnym płaszczu.

— Miał coś na głowie?

— Nie. Zauważyłem, że miał ciemne włosy.

— Byłeś blisko niego?

— Parę metrów. Tyle, co szerokość jezdni, bo mijaliśmy

się na przeciwległych chodnikach.. Ja wchodziłem w

Lipińską, a on z niej właśnie wyszedł.

— Widziałeś jego twarz?

— Tak. Był opalony. Nie miał ani wąsów, ani brody. Nos

dość duży, chyba prosty. Płaszcz miał rozpięty, a pod nim

brązową marynarkę i popielate spodnie.

— A ten w samochodzie?

— Nie widziałem go. Spostrzegłem tylko, że był

w czapce.

— A może zauważyłeś numer samochodu?

— Nie. Na samochód w ogóle nie patrzyłem. Zwróciłem na

niego uwagę dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem dobiegają-

cego do niego tego faceta z kolorowym workiem.

Zainteresowało mnie też i to, że drzwiczki od razu się

otwarły. Ten pan wskoczył do auta, a kierowca ruszył.

— Gdyby ci pokazać tego mężczyznę z workiem albo jego

fotografię, poznałbyś go?

Młody człowiek zastanawiał się:

— Bo ja wiem?

Na polecenie majora przyniesiono album przestępców. Janek

Myśliwiec przeglądał zdjęcia i przecząco kiwał głową:

— Nie, na pewno żaden z tych.

— A przed chwilą mówiłeś, że nie wiesz, czy potrafiłbyś go

poznać.

— Gdyby było kilka zdjęć podobnych do tego pana, nie

wiedziałbym które wybrać. Ale ci tutaj to zupełnie inni

faceci.

I to było wszystko, czego major zdołał się dowiedzieć od

Janka. Napisał więc kartkę z usprawiedliwieniem, że młody

człowiek został dłużej zatrzymany w komendzie milicji i że nie

ze swojej winy spóźni się trochę do domu. Janek podziękował,

szurnął na pożegnanie nogami i odprowadzony przez dy-

żurnego milicjanta, który pokazywał chłopcu drogę do wyjścia,

opuścił Pałac Mostowskich.

Zdobyte informacje potwierdzały zeznania pani Liskowskiej

co do drogi ucieczki bandy ty. i co do tego, że był to człowiek

wysokiego wzrostu. Pozwalały też ustalić, że przestępca miał

ciemne, krótko ostrzyżone i zaczesane do góry włosy oraz

prosty nos. Szczegół dotyczący ubrania — brązowej marynarki i

popielatych spodni — nie miał znaczenia. Natychmiast po

napadzie bandyta mógł zniszczyć ubranie lub je wyrzucić.

Natomiast niezmiernie ważne było stwierdzenie, że bandyta

miał wspólnika dysponującego samochodem. A zatem —

podsumował major swoje dotychczasowe rozumowanie — nie

jest to pojedynczy „desperat”, lecz cała organizacja przestępcza.

Ale jak liczna była ta banda? Czy w jej skład wchodziły tylko

dwie osoby? Czy też byli jeszcze jacyś wspólnicy? Te pytania

nadal pozostawały zagadką, jednak major przypuszczał, że

prócz „asekuracji z samochodu” bandyta miał jeszcze innych

wspólników, którzy znajdowali się w pobliżu, aby

interweniować w razie niepomyślnego dla przestępcy przebiegu

wydarzeń. Była to na razie luźna hipoteza, nie poparta żadnymi

dowodami.

Następne dwa dni gorączkowego śledztwa nie przyniosły

rezultatów. Przesłuchano masę ludzi. Nikt nic nie widział i nie

słyszał. Dopiero trzeciego dnia zgłosił się do milicji student

AWF, Adam Żebrowski. Jego zeznania rzuciły nowe światło na

całą sprawę.

— Wyszedłem z Akademii razem z koleżanką. Ona

mieszka na Bielanach, na Żeromskiego. Odprowadzałem ją

do domu. Szliśmy wolno aleją Zjednoczenia, a później

skręciliśmy w Kasprowicza. Tam, na rogu, jest postój

taksówek. Wtedy jednak nie było żadnej, tylko nieco dalej

stał czarny samochód. Koleżanka oglądała wystawę jednego

ze sklepów i przypadkowo zatrzymaliśmy się prawie obok

tego auta. Zdziwiło mnie, że samochód jest na gazie, a

kierowca w czapce. Ten szczegół specjalnie utkwił mi w

pamięci, bo rzadko kto prowadzi zakryty samochód w

czapce lub kapeluszu. Czapka była duża, tak że twarzy

kierowcy nie widziałem.

— A samochód?

— To był czarny wartburg.

— Co dalej?

— W tym samym momencie usłyszałem jakieś trzaski.

Doszły mnie one od strony budynku poczty. Teraz wiem, że

to były strzały rewolwerowe, ale wtedy nic szczególnego nie

dostrzegłem. Przed pocztą stała zielona karetka pocztowa,

myślałem, że ona była źródłem tych hałasów. Natomiast

czarny wartburg ruszył natychmiast, kiedy tylko rozległy

się strzały. I to od razu z wielką szybkością.

— W Stronę poczty?

— Nie. Przeciął aleję Zjednoczenia i pojechał dalej ulicą

Kasprowicza. Skręcił w pierwszą, nie, w drugą przecznicę.

Jechał bardzo szybko i brał wiraż prawie nie zwalniając. Z

daleka słyszałem pisk opon i widziałem, jak zatańczył na

mokrej jezdni.

— A potem?

— Potem już nic. Przecież nie mogliśmy się domyślić, że

to napad na pocztę. Poszliśmy dalej ulicą Kasprowicza w

stronę domu, w którym mieszka moja koleżanka.

— Czy nie zauważył pan jakiejś charakterystycznej cechy

tego auta?

— Jedynie to, że czarny i że wartburg.

— Jedno czy dwukolorowy? Są takie i takie wartburgi.

— Jednokolorowy. Cały czarny.

— Mnie chodzi o jakieś znaki szczególne. Na przykład

jakaś rysa czy wgniecenie, albo małe uszkodzenie błotnika,

— Nie. Nic takiego nie zauważyłem, mimo że

przyglądałem się temu autu. Dziwiło mnie, że stoi z

pracującym silnikiem i że kierowca nosi czapkę. Mogę

powiedzieć tylko tyle, że to nie był najnowszy wóz. Miał na

pewno dwa, trzy lata. Nie błyszczał, jak to zwykle nowy.

— Dlaczego pan zgłosił się do nas tak późno? To już

przecież pięć dni po napadzie. Trzeba było przyjść

nazajutrz. O zabójstwie przed pocztą pisała cała prasa.

Więc już na drugi dzień mógł pan się domyślić, że słyszane

przez niego „trzaski” to śmiercionośne strzały, które

bandyta kierował do swoich ofiar.

Student zmieszał się lekko.

— Nie sądziłem, że strzały mogą mieć -związek z

samochodem. Zresztą i teraz nie jestem tego pewien.

— A jednak teraz pan przyszedł.

— Rozmawiałem z kilkoma kolegami i z tą koleżanką. Oni

uznali, że powinienem zgłosić się do milicji.

— Nie zauważył pan numeru samochodu?

— Nie zwróciłem na to uwagi. Zaczynał się na „W”. Chyba

wśród cyfr były czwórka i siódemka.

— Poproszę jeszcze o podanie nam imienia, nazwiska i

adresu pańskiej koleżanki.

Adam Żebrowski wymienił nazwisko.

Major przesłuchiwał tę dziewczynę nazajutrz. Potwierdziła

zeznania swojego partnera, z tym, że zajęta oglądaniem

wystawy, w ogóle nie zwróciła uwagi ani na samochód, ani na

strzały.

Tak więc w czasie śledztwa ustalono, że bandyta używał

pistoletu zamordowanego milicjanta, Stefana Kalisiaka

(ekspertyza pocisków — tego znalezionego w murze budynku

poczty, jak i wyjętych z ciała zabitego i z ran postrzelonych

pocztowców — potwierdziła to ponad wszelką wątpliwość).

Stwierdzono też, że morderca jest wysoki, ma ciemne włosy i

wydatny, prosty nos, a napad nie jest dziełem jednostki, lecz

kilku osób. Poza tym — banda rozporządza samochodem marki

„Wartburg”.

Czy rzeczywiście czarnym? Samochód był na pewno przed

napadem odpowiednio przygotowywany, może go

przemalowano... Co do numeru, major nie przywiązywał

najmniejszej wagi do danych udzielonych mu przez

Żebrowskiego. Numer na pewno był fałszywy. Poza tym

czarnych wartburgów i trabantów przecież w ogóle się nie

produkuje. Jak głosi żartobliwa plotka, dlatego żeby się nie

myliły z mercedesami.

Milicja sprawdziła, że w samej tylko Warszawie znajduje się

dwa tysiące osiemset siedemdziesiąt sześć wartburgów!

Właścicieli tych, które miały w numerze „czwórki” i „siódemki”

poddano dodatkowym badaniom. Wszyscy oni mieli niczym

niepodważalne alibi na czas trwania napadu. Sprawdzono

drobiazgowo, czy ostatnio nie majstrowano przy tablicach

rejestracyjnych tych wozów. Przy takiej operacji na śrubach i

na lakierze mogły pozostać ślady. To także nie dało rezultatów.

Mijały tygodnie. Akta sprawy rozrosły się w kilka opasłych

tomów. A skutek — żaden! Śledztwo utknęło w martwym

punkcie.

Znowu ginie człowiek

Zaplecze Nowego Światu to najmilsze chyba zakątki

Warszawy. Na miejscu dawnych, przedwojennych kamienic z

podwórzami — studniami powstały tu malownicze uliczki

tonące w zieleni. Po prawej stronie Nowego Światu biegnie

uliczka Gałczyńskiego. Po lewej są aż trzy: Baczyńskiego,

Tuwima i Kubusia Puchatka. Cichy, senny spokój tych

zakątków przyjemnie kontrastuje z Nowym Światem, wiecznie

zatłoczonym pojazdami i zapchanym tłumem przechodniów.

Ruchliwa arteria wielkomiejska — Nowy Świat — i jej

najbliższe okolice stanowią naprawdę dwa odmienne światy.

Najmilszą z tych małych, spokojnych uliczek jest Juliana

Tuwima. Bierze swój początek od ulicy Górskiego i kończy się

po pięćdziesięciu metrach placykiem bez nazwy, łączącym się z

ulicą Warecką. Charakterystyczną cechą tego placyku jest dom

z wieżyczką, zbudowany na kształt dawnych ratuszy czy też

jurydyk miejskich. Część tego domu została zajęta przez żłobek

miejski. Dom z wieżyczką z jednej strony przytyka do ulicy

Juliana Tuwima, z drugiej zaś wychodzi na podwórka

kamieniczek, stojących już bezpośrednio przy Nowym Świecie.

Toteż z placyku bez nazwy można dojść wąskim przejściem do

podwórek tych domów i jedną z wielu bram wyjść na ulicę

Nowy Świat, omijając w ten sposób prostopadłą do niego ulicę

Warecką.

Sama uliczka Juliana Tuwima składa się tylko z dwóch

długich bloków, wybudowanych naprzeciwko siebie. Bloki te

mają rozległe podcienia i dlatego łatwo określić czas ich

powstania — jest to z pewnością epoka budowy MDM —

Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej — lata 1949—1953.

Bloki noszą bowiem cechy tej samej, modnej wówczas ar-

chitektury.

Na parterach obu domów przy ulicy Juliana Tuwima

mieszczą się lokale usługowe. Między innymi znajduje się tu

duża spółdzielnia „Pomiar”, produkującą skomplikowaną

aparaturę dla potrzeb przemysłu precyzyjnego. Spółdzielnia

zatrudnia kilkudziesięciu wysoko wykwalifikowanych

specjalistów. Korzysta też w dużej mierze z pracy chałupników.

Ulica Juliana Tuwima jest prawie zawsze pusta. Czasem ktoś

przejdzie podcieniami. Czasem ktoś inny zaparkuje tutaj swój

samochód, bo zatrzymywanie pojazdów na Nowym Świecie jest

zabronione i grozi milicyjnym mandatem. Również na małym

placyku bez nazwy, położonym u wylotu ulicy Tuwima, nie ma

zbyt wielkiego ruchu. Gdy pogoda dopisuje, bawią się tu dzieci.

Niekiedy usiądzie na ławeczce młoda para. Zdarza się, że ktoś

starszy — zapewne emeryt — przyjdzie z książką lub gazetą, by

na słoneczku wygrzać stare kości.

Spółdzielnia „Pomiar” dwa razy w miesiącu rozlicza się ze

swoimi pracownikami i chałupnikami. Te dnie wypłat od

dawna ustalono na dziesiątego i dwudziestego piątego.

Kasjerka, pani Helena Jaskólska, zaczyna zwykle około godziny

dwunastej wypłacać pieniądze chałupnikom, zaś o drugiej

stałym pracownikom spółdzielni. Oczywiście, przedtem

przygotowuje się do tej wypłaty. Otrzymuje od zarządu

spółdzielni czek na potrzebną' sumę, realizuje go w banku, a

potem zgodnie z listą płacy wkłada odpowiednie kwoty do

kopert opatrzonych nazwiskami zatrudnionych. W ten sposób

wypłata przebiega sprawnie i szybko, a kasjerka ma pewność,

że w pośpiechu nie omyli się i nie będzie musiała potem do-

kładać z własnej kieszeni.

„Pomiar”, jako spółdzielnia produkująca instrumenty bardzo

cenne i precyzyjne, zatrudnia wielu inżynierów, techników i

wykwalifikowanych majstrów. Zarobki są tu wyższe, niż gdzie

indziej, a zatem ogólna suma każdej wypłaty sięga wysokich

kwot. Toteż na każdą „Matkę Boską Pieniężną” podnosi się z

banku ponad trzysta tysięcy złotych.

W bliskim sąsiedztwie spółdzielni znajduje się kilka banków.

Niedaleko stąd mieści się Oddział Narodowego Banku

Polskiego w znanym ogólnie gmachu na rogu Jasnej i Zgody,

tak zwany „Bank pod Orłami”. Nieco dalej ma swą siedzibę

centrala PKO w budynku, który ze względu na oryginalną

architekturę warszawiacy złośliwie ochrzcili „Pod sedesami”.

Najbliżej jest jednak ze spółdzielni do Oddziału Narodowego

Banku Polskiego mieszczącego się w ogromnym bloku,

stojącym między Warecką a Świętokrzyską. Tam też „Pomiar”

ma swój rachunek czekowy i spółdzielnia korzysta z usług tego

Oddziału.

Droga do Oddziału NBP wynosi mniej niż dosłownie dwieście

kroków. Trzeba tylko przejść kawałek ulicy Juliana Tuwima,

wyjść na placyk bez nazwy, dojść nim do ulicy Wareckiej,

przeciąć ją i już się jest na podwórzu ogromnego budynku

bankowego. Tutaj, wśród różnych biur centrali NBP, mieści się

również VI Oddział Miejski.

Technika podnoszenia pieniędzy była następująca: o

dziewiątej rano w dniu wypłaty pani Jaskólska

otrzymywała czek i zaraz potem wychodziła do banku.

Towarzyszył jej zazwyczaj jeden z urzędników księgowości

lub po prostu woźny. Kasjerka miała dużą teczkę — torbę,

w której umieszczała pieniądze. Wprawdzie spółdzielnia

dysponowała aż dwiema furgonetkami typu „Nysa” dla

rozwożenia towaru chałupnikom i dla potrzeb własnego

transportu, ale ponieważ do banku było zaledwie około stu

metrów, pani Jaskólska chodziła po pieniądze pieszo i

otrzymawszy przy okienku gotówkę, zamykała torbę na

kłódkę i trzymając ją w ręce, ciągle w towarzystwie jednego

z pracowników spółdzielni, wracała na ulicę Juliana

Tuwima.

Tego dnia — dziesiątego maja 1968 roku — kasjerka, jak

zwykle w pół godziny po dziewiątej, wyszła z lokalu spółdzielni.

Miała w ręce swoją torbę. Towarzyszył jej Bogdan Pokora,

młody człowiek, liczący sobie zaledwie dziewiętnaście lat. Pan

Pokora był jednym z najmłodszych pracowników spółdzielni.

Zaczął pracować w „Pomiarze” zaledwie w ubiegłym roku,

bezpośrednio po skończeniu technikum.

W banku pani Jaskólska podała czek urzędnikowi. Tym

razem opiewał on na wyższą, niż zazwyczaj kwotę, bo aż na

czterysta dwanaście tysięcy złotych.

Spółdzielnia miała ostatnio wiele pilnych zamówień. Trzeba

było poszerzyć krąg chałupników, a także pracować w

godzinach nadliczbowych. W związku z tym poważnie wzrosły

dwutygodniowe należności.

Pracownik w okienku czekowym zamienił z kasjerką parę

słów. Znali się od lat. Zaryzykował nawet jakiś żart na temat

wysokiej sumy podejmowanej przez panią Jaskólską. Szybko

wydał jej numerek, a czek odesłał do kontroli. Czekając na wy-

płatę dwoje ludzi usiadło na krzesłach sali operacyjnej i po

cichu gawędziło. Nie upłynęło piętnaście minut, gdy wywołano

numerek. Pani Helena podeszła do okienka kasowego. Stary,

doświadczony kasjer sprawnie wykładał paczki pięćsetek.

Wiedząc, że to pieniądze na wypłatę, zapytał ile wydać drob-

niejszymi banknotami, a ile bilonem.

Jaskólska sprawdziła otrzymaną sumę i ułożyła pieniądze w

torbie. Jak zwykle zamknęła ją na kłódkę. Pożegnała się z

kasjerem i skierowała do wyjścia.

— Dobrze byłoby wskoczyć na kawę — zaproponował

młody człowiek towarzyszący pani Jaskólskiej — „Nowy

Świat” o parę kroków.

— Czy pan zwariował, panie Bogdanie? Z taką sumą do

kawiarni?

— A cóż to szkodzi? Wypijemy po małej kawie i zaraz

wrócimy. Nie potrwa to dłużej niż kwadrans.

— Mowy nie ma — stanowczo zaoponowała kasjerka. —

wracamy!

— No trudno, wracamy. A taką mam straszną ochotę na

'filiżankę kawy.

Ale pani Jaskólska nie słyszała albo udawała, że nie słyszy

słów technika. Energicznie skręciła w stronę Wareckiej. Za

chwilę oboje przecięli jezdnię i weszli na placyk bez nazwy.

Tu, chodnikiem ułożonym z drobnej kostki, przecinającym

plac w poprzek, poszli w kierunku podcieni ulicy Juliana Tu-

wima.

Dzień był pochmurny i zimny, więc na placu nie było

bawiących się tu zazwyczaj dzieci. Tylko piętnastoletnia

dziewczyna prowadziła na smyczy ładnego, czarnego spaniela o

uszach dotykających prawie ziemi. W drzwiach domu, którego

front wychodzi na Warecką i w którym mieszczą się biura „Mo-

dy Polskiej”, właśnie ukazała się jakaś kobieta,

prawdopodobnie urzędniczka tego przedsiębiorstwa.

Tuż przy pierwszym filarze podcieni stał jakiś mężczyzna.

Gdy Jaskólska i Pokora minęli go, kierując się do siedziby

spółdzielni, szybko wyjął z kieszeni pistolet i strzelił do

młodego technika. Bogdan Pokora zrobił jeszcze dwa kroki

usiłując się odwrócić i upadł na chodnik, prawie dotykając

głową filaru podcieni.

Na odgłos strzału Helena Jaskólska, idąca pół kroku przed

technikiem, obejrzała się. Zobaczyła wycelowany w siebie

pistolet. Zdążyła wykrzyknąć:

— Nie zabijaj!

Padł strzał. Kobieta upuściła trzymaną w ręce teczkę i miękko

osunęła się na ziemię.

Napastnik jednym susem doskoczył do leżącej. Chwycił torbę

z pieniędzmi, rozejrzał się, a nie widząc nikogo, prócz

dziewczyny i skamieniałej w drzwiach dość odległego domu

„Mody Polskiej” kobiety, schował pistolet do kieszeni i rzucił

się do ucieczki. Biegł przez placyk wzdłuż domu, w którym

mieści się żłobek miejski. Skręcił za węgieł tego budynku i znikł

z oczu przerażonej dziewczyny.

Obie kobiety — i ta młodsza z psem i ta z „Mody Polskiej” —

dopiero teraz odzyskały przytomność. Z krzykiem rzuciły się na

pomoc leżącym bez ruchu na chodniku. Ich krzyki zaalarmo-

wały dwóch przechodniów z ulicy Wareckiej oraz klientów i

sprzedawców ze sklepu spożywczego, znajdującego się w

podcieniach jednego z bloków ulicy Juliana Tuwima. Ktoś dał

znać o tym, co się stało do spółdzielni „Pomiar”. Wybiegła

stamtąd grupa pracowników.

Tłumek gapiów gęstniał z każdą minutą. Na szczęście któryś z

pracowników spółdzielni nie stracił głowy.

— Lekarza — zawołał — jak najprędzej lekarza! Dzwonić

po pogotowie i po milicję!

— Na Kubusia Puchatka jest przychodnia dentystyczna —

zauważył jeden z gapiów. — Lekarz dentysta też umie

udzielić pomocy w nagłych wypadkach. Pobiegnę tam.

Nie upłynęły dwie minuty, kiedy pojawił się mężczyzna w

białym kitlu. Pochylił się nad nieruchomymi ciałami.

— Przede wszystkim trzeba ich stąd zabrać — powiedział

— czy pogotowie już wezwane? Ja niestety niewiele mogę

pomóc. Należy ich jak najszybciej przewieźć do szpitala.

Pod kierownictwem lekarza stomatologa przeniesiono

rannych do lokalu spółdzielni. Tu lekarz próbował opatrzyć

rany.

— Kobieta dostała postrzał w prawą pierś — stwierdził —

obawiam się wewnętrznego krwotoku. Mężczyznę również

postrzelono w płuca, ale z tyłu. Mogę jedynie założyć

prowizoryczny opatrunek.

Pierwsza zjawiła się milicja. Karetka pogotowia przyjechała

dopiero po dwudziestu minutach. Zwykle na godziny

przedpołudniowe przypada nasilenie liczby wypadków, jakie

codziennie zdarzają się w wielkim mieście i dyspozytor nie miał

wcześniej żadnego wolnego wozu.

Lekarz pogotowia potwierdził diagnozę swojego kolegi

stomatologa i zarządził przewiezienie obojga rannych do

szpitala.

— Czy jest jakaś nadzieja, panie doktorze? — wypytywali

lekarza koledzy obydwojga.

— Zawsze należy mieć nadzieję. Oboje żyją, ale rany są

bardzo ciężkie.

Karetka pogotowia odjechała ,,na sygnale” w kierunku

najbliższego szpitala pełniącego ostry dyżur chirurgiczny.

Tymczasem milicja przystąpiła do zwykłych czynności

dochodzeniowych, mających na celu zabezpieczenie śladów

przestępstwa. Fotograf dokonywał zdjęć, a oficer milicji

przesłuchiwał w lokalu spółdzielni jedynych świadków napadu:

Alinę Chrzanowską i Wandę Danielak. Obie zeznały, że bandy-

ta uciekał w kierunku Nowego Światu.

Milicjanci odtworzyli drogę ucieczki przestępcy. Chodnik

wzdłuż domu, w którym mieści się żłobek, wychodził na tyły

Nowego Światu. Stąd parę schodków prowadziło na podwórze

domu przy Nowym Świecie oznaczonego numerem

czterdziestym siódmym. Niestety, to podwórze łączyło się z

trzema sąsiednimi i każdą z czterech bram można było wyjść

na ulicę i zniknąć bez śladu.

Przesłuchano pracowników sąsiedniego sklepu spożywczego.

Czy przypadkiem nie zauważyli czegoś podejrzanego? Czy po

ulicy nie kręcił się od rana jakiś nieznajomy mężczyzna?

Pytano o to również pracowników spółdzielni i chałupników,

którzy w tym czasie odnosili wykonane zamówienia. Nikt nie

spostrzegł niczego podejrzanego. Wywiad w biurach sąsiedniej

instytucji — Ligi Kobiet — również nie dał żadnego rezultatu.

Co gorsza, obie kobiety — jedyni naoczni świadkowie zajścia

— tak były przerażone rozgrywającą się przed nimi sceną, że

nie zauważyły żadnych szczegółów dotyczących bandyty. Nie

wiedziały, czy mężczyzna ten był wysoki, czy niski. Czy miał go-

ła głowę, czy nosił jakieś nakrycie? Jak był ubrany?

Pani Wanda Danielak, urzędniczka „Mody Polskiej” nie dała

odpowiedzi na żadne z tych pytań. Alina Chrzanowska,

uczennica jednego z liceów warszawskich, zapamiętała jedynie,

że napastnik nosił popielate spodnie.

Więcej szczęścia miała milicja na sąsiedniej uliczce —

Krzysztofa Baczyńskiego. Jest ona równoległa do ulicy Juliana

Tuwima, lecz nieco dłuższa. Dochodzi aż do Wareckiej i także

przecina placyk bez nazwy, na którym zdarzył się napad. Na

rogu Baczyńskiego i Wareckiej mieści się zakład garmażeryjny

z dwoma dużymi wystawami: jedną od Wareckiej, drugą od

Baczyńskiego.

Janina Orkisz, kierowniczka zakładu, zeznała, że wdziała

dwóch mężczyzn, którzy od godziny dziewiątej rano kręcili się

po Wareckiej i po Baczyńskiego. Mężczyzn tych widywała

również w dniach poprzednich. Przychodzili do jej sklepu i

kupowali coś do jedzenia.

Pani Orkisz nie widziała napadu. Z okien garmażerii nie

widać tego fragmentu placu. Nie zwróciła uwagi na strzały.

Wydaje się jej tylko, że mężczyźni rozdzielili się i w czasie

napadu jeden z nich znajdował się na ulicy. Ten wyższy. Co

stało się z drugim, dokąd poszedł — tego sklepowa nie

zauważyła.

Kierowniczka sklepu zapamiętała dość dobrze wygląd obu

mężczyzn. Jeden z nich był wysoki, liczył sobie ponad sto

osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. Nosił brązowy płaszcz

ortalionowy. Był z gołą głową, miał ciemne włosy, nos dość

wydatny, prosty, twarz pociągłą. Palił papierosy.

Drugi mężczyzna był jakby negatywem pierwszego: sięgał mu

zaledwie do ramienia, a więc miał wzrostu najwyżej około stu

sześćdziesięciu pięciu centymetrów. Jak na mężczyznę — raczej

niski. Ubrany był w jasną, półsportową kurtkę, przepasaną

paskiem nieco powyżej bioder. Na głowie miał czapkę tego

samego koloru co kurtka. Nosił popielate spodnie. Rysów jego

twarzy pani Orkisz nie zapamiętała zbyt dobrze, przypomina

sobie tylko, że twarz miał okrągłą i małe, niezbyt ciemne

wąsiki.

— Nie zauważyła pani u tych ludzi jakichś cech

charakterystycznych? — zapytał oficer milicji. — Może

któryś miał szramę na twarzy czy brodawkę albo coś

podobnego? Jak się trzymali? Prosto, czy też byli nieco

przygarbieni?

— Trzymali się prosto. A jeśli chodzi o twarze, nie

przypominam sobie, żeby mieli jakieś znaki szczególne

Tylko te wąsy u jednego z nich.

— A jak by pani określiła ich wiek? Który był starszy?

— Bo ja wiem? Wyglądali na mężczyzn w jednym wieku,

tak około trzydziestu pięciu łat. Może ten niższy był nieco

młodszy.

— Pani mówi, że byli u niej w sklepie. Słyszała pani ich

głosy?

— Dzisiaj nie wstępowali. A przedtem parę razy kupowali,

zdaje się, szynkę. Pamiętam, że to było zawsze w godzinach

porannych. Tylko wtedy mam szynkę. Właśnie dlatego, że

znałam ich jako klientów, dzisiaj zwróciłam na nich uwagę.

A jakim głosem mówili? Normalnym... Raczej po cichu.

— Czy poznałaby ich pani, gdybym pokazał fotografię?

— Przypuszczam, że tak. A nawet jestem pewna, że ich

poznam.

— Od dawna widywała pani tych ludzi w okolicach

garmażerii? I jak często?

— Chyba od paru tygodni... Nie przyglądałam się im

specjalnie, ale to aż biło w oczy, że jeden taki wysoki, a drugi

taki niski. Jak Pat i Patachon. Zawsze widywałam ich rano.

Albo spacerowali po Baczyńskiego, albo siedzieli na ławce,

na placyku.

— Dwudziestego piątego kwietnia zauważyła ich pani?

Kierowniczka sklepu zastanawiała się chwilę. Zajrzała do

jakichś notatek.

— Już wiem — powiedziała. W tym dniu dostarczyli mi

duży transport towaru. Dostałam także ładną szynkę i

polędwicę. Tłoku w sklepie nie było, jak to zwykle w

tygodniu po świętach wielkanocnych. Ci dwaj byli wtedy w

garmażerii. Dziwiłam się nawet, bo jeden z nich wziął całą

polędwicę. Miała przeszło półtora kilograma. Obaj też kupili

po pół kilograma szynki. Jak na ten dzień, to były duże za-

kupy i dlatego zapamiętałam. Później już tylko przychodzili

urzędnicy z banku i kupowali po dziesięć czy piętnaście deka

wędliny i bułeczki.

— Czy ci dwaj zawsze przychodzili razem?

— Nie. Czasem widywałam ich samych. Ale najczęściej

jednak razem.

— Nie zauważyła pani, czy podjeżdżali samochodem?

— Nie. Albo spacerowali, albo siedzieli na ławce. Sądziłam,

że mieszkają w pobliżu lub pracują, albo mają jakieś sprawy

do załatwienia w banku. Kiedy jest ładna pogoda, to ludzie

nie czekają w urzędzie, wychodzą na dwór pospacerować.

— Czy był z nimi kiedyś ktoś trzeci?

— Nie — kategorycznie zaprzeczyła pani Orkisz.

Oficer milicji odwiedził również sąsiedni duży lokal,

zajmowany przez pewną spółdzielnię usługową. Tam jeden z

pracowników przypomniał sobie, że często, ale zawsze tylko w

godzinach porannych, widywał w ostatnich tygodniach dwóch

mężczyzn. Wysokiego i niskiego. Spacerowali po ulicy, siedzieli

na jednej z ławek. Czasem czytali gazety. Pracownik ten nie

zainteresował się jednak przechodniami i na temat ich wyglądu

nie umiał nic powiedzieć. Nie mógł także odpowiedzieć na

pytanie, czy ci mężczyźni kręcili się w pobliżu spółdzielni w

dniu dzisiejszym. Miał dużo pracy i nie zwracał uwagi na to, co

się wokół niego działo.

Strzałów w tej spółdzielni nie słyszano, o napadzie

dowiedziano się po fakcie, od jednego z klientów. I chociaż z

okien spółdzielni usługowej miejsce napadu jest doskonale

widoczne, tak się złożyło, że żaden z pracowników nie patrzył

przez okno i dlatego nikt nie mógł uzupełnić śledztwa

dodatkowymi spostrzeżeniami.

Gdy prowadzący dochodzenie wrócili do Pałacu

Mostowskich, zastali tu smutną wiadomość: Bogdan Pokora,

niestety, nie wypije już nigdy tej filiżanki kawy, na którą miał

taką ochotę i na którą bezskutecznie starał się namówić

kasjerkę spółdzielni „Pomiar”, panią Helenę Jaskólską. Zmarł

w drodze do szpitala.





Popielata skoda

Jadąc rano do pracy na Ksawerów, major Stanisław

Makowski czytał jak zwykle jeden z porannych dzienników. Na

pierwszej stronie zauważył niewielką wiadomość wybitą

tłustym drukiem:

ZUCHWAŁY NAPAD BANDYCKI

Wczoraj około godziny dziewiątej rano nieznany

dotychczas sprawca dokonał zuchwałego napadu

bandyckiego na ulicy Juliana Tuwima. Dwoje

pracowników spółdzielni „Pomiar” — Helena

Jaskólska i Bogdan Pokora — wracali z banku,

gdzie podjęli poważną sumę przeznaczoną na

wypłatę. W pewnej chwili podbiegł do nich jakiś

mężczyzna i oddał dwa strzały rewolwerowe.

Następnie pochwycił torbę z pieniędzmi i zbiegł.

Bogdan Pokora zmarł w drodze do szpitala, druga

ofiara napadu — Jaskólska — walczy ze śmiercią.

Milicja prowadzi energiczne śledztwo.

Nie znając nawet aktualnych ustaleń śledztwa, Makowski był

przekonany, że napad jest dziełem tych samych ludzi, którzy

przed trzema laty zamordowali sierżanta milicji, Stefana

Kalisiaka, a w 1966 roku dokonali zuchwałego rabunku na

pocztę na Bielanach. Wtedy to zginął od kuli rewolwerowej

konwojent Adam Wiśniewski.

Te dwie sprawy prowadzone przez majora Makowskiego

kosztowały go dużo zdrowia i nerwów. W całej, prawie

dwudziestoletniej karierze oficera milicji nie zdarzyło się, aby

tak poważne zabójstwo nie zostało wykryte. A cóż dopiero dwa,

następujące po sobie w krótkim odstępie czasu morderstwa. Co

gorzej, przyznawał to sam Makowski, a jego przełożeni byli

identycznego zdania, nic nie wskazywało na możliwość

ujawnienia sprawców tych napadów. Chyba, żeby jakiś

przypadek przyszedł z pomocą.

Toteż Makowski przeczytał krótką wiadomość o

zuchwałym napadzie bandyckim z mieszanymi uczuciami:

żal mu było niewinnych ofiar tak podle i podstępnie

zamordowanych przez ludzi, dla których pieniądze są więcej

warte od cudzego życia, a jednocześnie ucieszył się, że

tajemnicza banda znowu dała znać o sobie. Może tym razem

popełniła jakiś błąd? Może wreszcie ta trzyletnia walka skończy

się zwycięstwem sprawiedliwości?

Stanisław Makowski pamiętał o swojej przysiędze, złożonej

nad grobem zamordowanego milicjanta. Prowadził obie

sprawy z całą wiedzą i sumiennością, na jaką go było stać. W

śledztwie brało udział wielu funkcjonariuszy milicji. Mimo

dotychczasowych niepowodzeń obie sprawy nie zostały

umorzone. Ich akta stały w metalowej szafie w pokoju majora.

Nie było bodaj miesiąca, żeby do nich nie wracał, nie

odczytywał nie wiadomo po raz który wszystkich dokumentów i

zeznań oraz nie podejmował poszukiwań, mogących

doprowadzić do wyjaśnienia tajemnicy.

Oficer milicji przyznawał sam przed sobą, że nie tylko jego

honor i ambicja były tu zaangażowane. Cała jego dalsza, tak

pięknie rozpoczęta kariera, w dużej mierze zależała od

przebiegu tego śledztwa. Makowskiego ominął awans na

podpułkownika, chociaż właściwie powinien był go dostać i ze

względu na wysługę lat i za zasługi w pracy oficera do-

chodzeniowego. Nikt mu nigdy nie powiedział, że przyczyną

tego pominięcia były „dwa niewypały”. Jasne jednak, że tylko

taki mógł być powód tego, że nazwisko majora nie znalazło się

na liście awansów. Stanisław Makowski odniósł już kilka

błyskotliwych sukcesów. Między innymi udało mu się zde-

maskować międzynarodową bandę handlarzy narkotykami,

przewożącą przez Polskę na zachód opium z Bliskiego

Wschodu, niemniej major zdawał sobie sprawę, że te dwa nie

wykryte morderstwa będą „ciemną plamą” na jego karierze.

Takie niepowodzenia zawsze ciągną się za człowiekiem. Nawet

po latach „życzliwi”, a tych nigdzie nie brak, potrafią się do

nich dogrzebać.

Ani szef służby kryminalnej, ani inni przełożeni majora nigdy

nie czynili mu żadnych wymówek. Wiedzieli, że w dochodzeniu

nie zaniedbano żadnych kroków dla znalezienia sprawcy

napadów. Akta sprawy studiowane były przez „najtęższe

głowy”. Wszyscy specjaliści musieli przyznać, że major nie

przeoczył żadnej możliwości. Mimo to dochodzenie zawierało

zbyt małą ilość danych, aby mogło doprowadzić do jakichś

pozytywnych ustaleń. Z drugiej strony przeciwnik nie popełnił

ani jednego podstawowego błędu, jaki zwykle bywa

następstwem udanego napadu i zdobycia pokaźnego łupu. W

całym kraju milicja obserwowała, czy któryś ze średnioza-

możnych obywateli nie zmienia nagle trybu życia i nie zaczyna

bawić się i szastać pieniędzmi. Dzięki tym obserwacjom

wykryto szereg poważnych przestępstw o charakterze

gospodarczym. Ale w sprawie obydwu napadów i ten środek

zawiódł.

Ledwie major Makowski dotarł do gmachu Komendy,

wezwano go do szefa. Zamiast powitania pułkownik zapytał;

— Wiecie już, majorze?

— Napad na Tuwima?

— Mam raport z Komendy Stołecznej.

— Przypuszczam, że to ci sami.

— Tak. Na to wskazywałaby technika napadu. Również

strzał z tyłu. Ta sama bezwzględność. Napastnikowi nie

chodziło tylko o rabunek pieniędzy. Do tego wystarczyłoby

po prostu strzelanie w nogi ofiarom. A ten zabija z

premedytacją, żeby pozbyć się świadków, żeby nie zostawić

najmniejszych śladów.

— Ale przecież ci świadkowie i tak niewiele by powiedzieli.

Cóż mógł widzieć zabity na Bielanach Adam Wiśniewski?

Albo Pokora, do którego, jak pan pułkownik powiedział,

strzelano z tyłu.

— Tego się nigdy nie dowiemy. Może jeden z tych ludzi

znał bandytę i ten obawiał się, że zostanie zdemaskowany?

— Raczej nie. Strażnik pocztowy, który zdołał wylizać się z

ciężkiego postrzału zeznał, że nie znał napastnika. Mimo to

strzały były kierowane na wysokość piersi, a więc z intencją

śmiertelnego skutku.

— Tak... To samo właściwie można powiedzieć i o drugiej

ofierze napadu na ulicy Tuwima. Przestępca również celował

w pierś. Stan tej kobiety jest ciągle bardzo poważny. Nie

odzyskała przytomności. Lekarze twierdzą, że jeśli nawet

wyżyje, nie będzie można jej przesłuchać wcześniej niż za

dziesięć dni.

— Czy znaleziono łuski rewolwerowe?

— Nie! I to pomimo wielogodzinnych poszukiwań. To

bardzo dziwne. Wprawdzie po obu stronach stosunkowo

wąskiego chodnika ciągnie się trawnik, ale gdyby tam

upadły, nie uszłyby naszej uwagi.

— Może podniósł je ktoś z tłumu, który zbiegł się na odgłos

strzałów, i wziął „na pamiątkę”?

— Nie sądzę. Przypuszczam raczej, że załatwił to wspólnik.

Nie wiecie o nim, bo nie znacie jeszcze materiałów śledztwa,

ale ujawniono, że bandyta miał wspólnika. Właśnie ten

drugi, korzystając z zamieszania, z rozmysłem usunął obie

gilzy.

— Bardzo ryzykowny krok.

— No, nie tak bardzo. Nikt tego drugiego nie znał. Mógł z

powodzeniem udawać przypadkowego przechodnia.. Na

miejsce zbrodni milicja przybyła bardzo szybko, jednak do

tego momentu musiało upłynąć kilkanaście minut. Było

dostatecznie dużo czasu, żeby bez zwracania na siebie uwagi

nieznacznie się schylić i podnieść dwie małe mosiężne rurki.

Przecież wszyscy zajęci byli ratowaniem rannych lub po prostu

gapieniem się na nich.

— Ale kule nie zginęły?

— W południe będzie znany wynik ekspertyzy pocisku

wyjętego z ciała zabitego. Już teraz nie ulega dla mnie

wątpliwości, że spotkaliśmy starych znajomych. Mogli

zdobyć inny pistolet, natomiast nie zmienili techniki.

Rysopis jednego z bandytów, tym razem wspólnika

mordercy z ulicy Tuwima, wskazuje wyraźnie, że jest to ten

sam człowiek, który dwa lata temu zabił Wiśniewskiego.

— Teraz strzelał inny?

— Tak. Tym razem bronią operował inny członek bandy.

Niski. Wysoki był w obstawie, o jakieś dwadzieścia metrów

od miejsca napadu, na ulicy Baczyńskiego. Widocznie w

bandzie panuje zasada równej odpowiedzialności wszystkich

jej członków. Jeżeli każdy będzie miał krew na rękach i

pewność, że w razie wpadki czeka go kara śmierci, jeden

drugiego nie zdradzi i nie będzie sypał w śledztwie. Stara

zasada, stosowana we wszystkich bandach specjalizujących

się w „mokrej robocie”.

— Czy pułkownik pozwoli mi objąć prowadzenie całości

śledztwa?

— I bez waszej prośby, majorze, wam bym je powierzył.

Pijcie już swoje piwo do końca. Dałem znać do Stołecznej

Komendy, że będziecie z naszego ramienia koordynować

śledztwo. Jedźcie do nich od razu.

W Komendzie Stołecznej MO nie próżnowano. Najlepsi

wywiadowcy zajęci byli ustalaniem drogi ucieczki bandyty. Do

Pałacu Mostowskich wezwano tych, którzy widzieli przebieg

napadu lub w parę chwil po napadzie znaleźli się przy leżących

na ziemi ofiarach. Kiedy major przyjechał, przesłuchiwano

ponownie jedynych naocznych świadków — urzędniczkę z

„Mody Polskiej” i uczennicę, która spacerowała po skwerku z

pieskiem. Obie nie mogły zresztą niczego dodać do swoich

wczorajszych zeznań.

— Niech pani sobie przypomni — major zwrócił się do pani

Wandy Danielak — zaraz po strzałach i ucieczce napastnika

podbiegłyście panie do rannych. Wkrótce zbiegło się tam

sporo osób. Czy wśród nich nie było przypadkiem wysokiego

mężczyzny w brązowym,- ortalionowym płaszczu?

— Nie wiem. Zbyt byłam przerażona. Ale chyba bym

zauważyła.

Na to samo pytanie uczennica, Alina Chrzanowska,

odpowiedziała, że w stale rosnącej grupce było kilku mężczyzn

w ciemnych płaszczach. Co drugi mężczyzna nosi przecież

podobne okrycie.

Lekarz stomatolog, Józef Narkowski, który przyszedł

rannym z pierwszą pomocą, twierdził, że widział podobnie

ubranego mężczyznę. Czy jednak był on niski, czy też wysoki

— nie zauważył. Nie zapamiętał też rysów jego twarzy.

Pracownicy spółdzielni „Pomiar”, którzy przybiegli na

miejsce wypadku, a potem przenosili rannych, również

twierdzili, że w zebranym tłumie było kilku mężczyzn w

brązowych płaszczach. Ale i oni nie umieli podać żadnego

rysopisu. Nie zauważyli, żeby ktoś się schylał lub podnosił coś z

ziemi. Uwagę ich absorbowali przede wszystkim ranni koledzy,

a poza tym brak torby z pieniędzmi.

Również i pani Orkisz nie zmieniła swych zeznań. Wyjaśniła,

że samego momentu napadu nie widziała, nie słyszała też

strzałów albo też nie zareagowała na dwa, niezbyt głośne

trzaski. Zresztą, może po prostu była zajęta obsługiwaniem

klientów.

— Czy bezpośrednio po napadzie lub dzisiaj nie widziała

pani tych dwóch mężczyzn?

— Nie. Nie było ich. Ale oni i przedtem nie codziennie

przychodzili.

— Poznałaby ich pani?

— Z całą pewnością. Nieraz przebywali w moim sklepie.

Na polecenie majora panią Orkisz poproszono do pustego

pokoju. Dano jej do przejrzenia około dwustu zdjęć. Były wśród

nich fotografie groźnych przestępców, były zdjęcia dostarczone

przez wydział personalny MO oraz fotografie artystów,

dziennikarzy, polityków, a także ludzi ubiegających się o

paszport zagraniczny. Wszystkie zdjęcia były dokładnie prze-

mieszane.

— Bardzo proszę, aby pani bez pośpiechu przejrzała te

wszystkie fotki — powiedział major. — Proszę odkładać na

bok te, które wykazują choć najmniejsze podobieństwo do

jednego lub do drugiego z interesujących nas ludzi. Tylko,

uprzedzam, uważnie i nie spieszyć się. Kiedy pani z tym się

upora, znajdzie mnie w sąsiednim pokoju.

Nie upłynęło pół godziny, gdy pani Orkisz wróciła do

pomieszczenia, w którym urzędował major. Była wyraźnie

podniecona, w ręce trzymała dwie fotografie.

— Znalazłam ich! — zawołała z triumfem. — Oto bandyci!

Major popatrzył na pokazane mu fotografie.

— Jest tego pani pewna?

— Jak najbardziej. Niech ja skonam...

— A w innych fotkach nie znalazła pani żadnego

podobieństwa?

— Przejrzałam wszystkie zdjęcia. Owszem, jest kilka

podobnych, ale to na pewno ci. Nie mylę się. Przyjrzałam się

im dobrze. Od razu poznałam.

— Dziękujemy pani — powiedział major — i dla porządku

sporządzimy protokół.

Kierowniczka garmażerii podpisała podane jej oświadczenie.

Stwierdzało ono, że spośród okazanych jej przez milicję zdjęć

kierowniczka sklepu wybrała dwa. Przedstawiają one ponad

wszelką wątpliwość ludzi, którzy od paru tygodni kręcili się w

miejscu napadu, a w dniu wczorajszym, między godziną dzie-

wiątą a dziesiątą rano, spacerowali po ulicy Baczyńskiego.

Oficer milicji podziękował pani Orkisz za przysługę

wyświadczoną milicji, za cenne informacje, przepraszając

jednocześnie za stratę czasu i fatygowanie do Pałacu

Mostowskich.

Po wyjściu major sięgnął do telefonu, by połączyć się z

Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Poprosił do telefonu

dyrektora protokołu dyplomatycznego.

— Mówi major Makowski z KG MO. Chciałbym uzyskać z

MSZ pewne informacje.

— Czym możemy majorowi służyć?

— Czy pan Jan Kowalski jest nadal ambasadorem Polski w

Wenezueli?

— Tak jest.

— Czy obecnie przebywa w kraju?

— Nie, jest na swojej placówce. Nie dalej jak wczoraj

rozmawiałem z nim przez telefon.

— Bardzo dziękuję panu dyrektorowi — major odwiesił

słuchawkę.

Z kolei major uzyskał połączenie z Wojewódzką Komendą

MO w Zielonej Górze. Teraz Makowski zadał tylko jedno

pytanie:

— Czy zastępca komendanta wojewódzkiego, pułkownik

Wyganowski, był wczoraj rano w komendzie?

Komendant Wojewódzki był nieco zaskoczony tym nieco-

dziennym zainteresowaniem Komendy Głównej.

— Co tak troszczycie się o Wyganowskiego? Wprawdzie

trochę narzeka na lumbago, ale jakoś się obaj trzymamy.

Oczywiście, że był w komendzie.

— Bardzo dziękuję i bardzo przepraszam, pułkowniku —

major po raz drugi odłożył słuchawkę.

Oto, ile warte są spostrzeżenia naocznych świadków. Pani

Orkisz, zeznająca z taką stanowczością i pewnością siebie, na

wskazanych jej zdjęciach rozpoznała ni mniej, ni więcej tylko

ambasadora Polski w Wenezueli i ... zastępcę komendanta

wojewódzkiego MO w Zielonej Górze. Dobrze, że nikogo in-

nego, kto miałby większy kłopot z udowodnieniem swojego

alibi. Major nie podejrzewał energicznej niewiasty o złą wolę

lub chęć wprowadzenia milicji w błąd. Po prostu ludzie są

omylni. Na usprawiedliwienie pani Orkisz należy zanotować, że

istotnie ambasador miał dość wydatny, prosty nos, zaś puł-

kownik Wyganowski okrągłą twarz z niewielkimi wąsikami.

Natomiast na pochwałę majora zasłużył jeden z

wywiadowców. Przyprowadził on do Pałacu Mostowskich

dwoje ludzi: Zygmunta Janicę i Olgę Miętus. Zdaniem

wywiadowcy te dwie osoby miały pewne ciekawe spostrzeżenia.

Makowski najpierw poprosił do swojego pokoju, a raczej do

pokoju, w którym aktualnie urzędował w Stołecznej Komendzie

MO, panią Miętus. Kobieta była nieco wystraszona i chyba

właśnie dlatego zalała go potokiem słów:

— Tak nas ganiacie! Co w tym złego, że sprzedaję kwiaty

czy włoszczyznę albo kawałek kurki? Jak trzeba, płacę

mandat. Przecież muszę z czegoś żyć. Żeby zaraz brać do

Pałacu! Żeby powiedział, że jest z milicji też bym zapłaciła

mandat. Dzielnicowy przyświadczy, że zawsze płaciłam...

— Płaciłam, jeśli nie zdążyłam uciec — roześmiał się major

— a potem znowu wracałam handlować. Chociaż dobrze pani

wie, że tego nie wolno robić w bramach na Nowym Świecie

— Co to komu szkodzi, że parę groszy zarobię i ludzie mają

wygodę? Nie muszą tłoczyć się w sklepie. To ile mam zapłacić?

— Może się dogadamy, pani Miętus — zaproponował

Makowski — i tym razem obejdzie się bez mandatu. Jeśli

pani powie nam szczerą prawdę i pomoże...

— Ja zawsze! Naszej kochanej milicji... Jakżeby! —

zapewniała stara handlara.

— Pani wczoraj także stała na Nowym Świecie i

sprzedawała kwiaty?

Olga Miętus nie wiedziała, czy się przyznać. Wreszcie

odpowiedziała dyplomatycznie.

— Na Nowym Świecie byłam, ale żadnego towaru przy

sobie nie miałam. Nawet kiedy pan dzielnicowy mnie

zobaczył, to dziwił się. Może przyświadczyć.

— Mnie nie chodzi o towar. Niech pani sobie przypomni,

co pani widziała o dziesiątej rano, najwyżej kwadrans po

dziesiątej. Czy zauważyła pani, że z bramy Nowego Światu

czterdzieści trzy, czterdzieści pięć albo czterdzieści siedem

wyszedł niewysoki mężczyzna z teczką w ręce?

— Wyszedł, panie majorze. Jak bym teraz widziała. Taki

mały, w kurtce przed kolana. Stałam pod czterdziestym

piątym. A on z tej bramy wyskoczył. Bardzo mu się

śpieszyło. Ale kiedy już wybiegł na chodnik, to przystanął i

rozglądał się. W ręce miał torbę. Była zamknięta na

kłódeczkę.

— Właśnie, właśnie — ucieszył się major — o tego faceta

nam chodzi. Co on dalej zrobił?

— Nic nie zrobił panie majorze. Stanął na chodniku przy

samej jezdni i rozglądał się. Najpierw w prawo, później w

lewo. Zaraz też podjechał samochód i ten pan wsiadł. Nawet

nie czekał, aż samochód całkiem stanie. Otworzył drzwiczki

prawie w biegu, wskoczył i pojechali. Tylem go widziała.

— W stronę Alej Jerozolimskich?

— No pewnie. Inaczej nie mogliby jechać — pani Miętus

pouczyła majora, że na Nowym Świecie panuje ruch

prawostronny.

— Pamięta pani twarz tego małego?

— Nie przyglądałam się. Przebiegł koło mnie szybko.

Zdziwiło mnie tylko, że torba na kłódkę zamknięta. I dlatego

tak mi to w głowie utkwiło.

— Jakie miał włosy? Czy miał czapkę?

— Nie. Czapki nie miał. A włosy? Chyba blond... Ale nie

przysięgnę.

— A ten, który siedział w samochodzie?

— Wcale go nie widziałam, bo ino przyhamował i już

odjechali.

— Jaki to był wóz?

— Taki zwykły. Dużo takich chodzi po Warszawie. Mały.

— „Syrena”, „Trabant”, „Skoda”, „Moskwicz” — major

wymieniał najbardziej popularne marki.

— Ja tam się na tym nie znam. Mój wnuczek, choć ma

dopiero dziewięć latek, każdy samochód nazwie. Taki

zmyślny.

— A może pani zauważyła kolor auta?

— Jasny, taki bardziej popielaty.

Z kolei major poprosił na przesłuchanie Zygmunta Janicę,

zamiatacza ulic. Na pytanie, czy zauważył ubiegłego dnia

człowieka o podanym mu rysopisie, pan Janica wyjaśnił:

— Tego dnia, panie majorze, zacząłem pracę później. Bo to

było dziesiątego maja. A dwa dni przedtem wypada

Stanisława. Stasiów jest dużo, więc jedni obchodzili ósmego,

drudzy dziewiątego. Tak się złożyło, że do pracy przyszło się

nie jak zwykle. Pan major chyba rozumie?

Major z całą powagą skinął głową, a Janica uspokojony

ciągnął dalej:

— Rejon mam duży, więc jeszcze o dziesiątej pracowałem.

Właśnie sprzątałem ulicę, jak stoją domy czterdzieści

siedem, czterdzieści dziewięć i pięćdziesiąt jeden. Przed tą

księgarnią sowiecką zatrzymało się auto i częściowo

wjechało na chodnik. Ale nikt z niego nie wysiadł. Byłem od

tego samochodu o parę metrów. On stoi i stoi. A przecież na

Nowiku parkować nie wolno, ten zaś trzyma wóz cały czas

na gazie. Myślę sobie, przyjdzie glin... o, przepraszam pana

majora. Myślę sobie, przyjdzie milicjant, to jak nic gość

zapłaci dziesięć dych. Tak stał, nie skłamię, chyba z pół

godziny. Miał szczęście. Żaden milicjant go nie przykapował.

— Co było dalej?

— Dalej to zamiatałem chodnik najpierw przy domu

czterdzieści siedem, a potem czterdzieści pięć. Nagle z tego

domu wybiegł jakiś facet. Wtedy ten samochód szybko

podjechał, facet wskoczył do auta i polecieli do Alej. Kiedy

za jakieś pół godziny dowiedziałem się, co było na ulicy

Tuwima, od razu pomyślałem, że jedno się łączy z drugim.

— To dlaczego nie przyszedł pan do nas?

— Po co miałem chodzić? Milicja sama do mnie przyszła.

Nawet prędzej bym nie zdążył... Od razu, panie majorze,

odjechali. Całym gazem.

— Widział pan tego, który wyszedł z bramy?

— Nie przyglądałem się specjalnie. Niski, w kurtce. Miał

coś w ręce. Pani Miętusowa mówiła, że miał torbę zamkniętą

na kłódkę.

— O tym nam pani Miętus sama powiedziała. Mnie chodzi

o to, co pan widział?

— Nie przyglądałem się. Wiem, że niewysoki. Niższy ode

mnie.

— A ten z samochodu?

— A bo ja wiem? Siedział w czapce na głowie. Ani się

wychylił z wozu.

— Jaki to był samochód?

— Popielata skoda.

— Na pewno?

— A cóż to, nie znam się na wozach? — oburzył się pan

Janica. — Każdy odróżnię. Mój syn jest kierowcą. Jeździ na

taksie.

Dzięki zeznaniom pani Miętus i pana Janicy śledztwo

wzbogaciło się o nowe dowody. Najważniejszym było ustalenie,

że banda składała się przynajmniej z trzech osób. Bezpośredni

udział w napadzie brały dwie. Wysoki, znany już z akcji na

Bielanach zabójca konwojenta Wiśniewskiego, tym razem był w

obstawie i przyglądał się wszystkiemu z bezpiecznej odległości.

Później, być może, usunął łuski. Niski, którego rysopis ustaliła

pani Orkisz, działał z pistoletem w ręce. Wprawdzie

kierowniczka sklepu fatalnie spudłowała przy okazanych jej

fotografiach, ale można było przyjąć za pewnik, że bandyta ma

wzrostu najwyżej sto sześćdziesiąt pięć centymetrów i okrągłą

twarz. Co do wąsików, major był przekonany, że natychmiast

po napadzie zostały zgolone. Fabrykowanie tego rodzaju łatwo

usuwalnych znaków szczególnych jest bardzo częste w świecie

przestępczym i służy do wprowadzenia w błąd świadków.

Następnym ważnym ustaleniem śledztwa był fakt, że banda

obecnie posłużyła się popielatą skodą. Rozporządzą więc

dwoma wozami: czarnym wartburgiem i popielatą skodą.

Trzeci członek bandy pełnił funkcję kierowcy. Czy to on

prowadził czarnego wartburga w czasie bielańskiego

napadu? Czy też w bandzie obowiązuje system pełnej rotacji

i w każdej akcji każdy członek ma zawsze inną rolę? Te

pytania pozostały na razie bez odpowiedzi.

Niestety, te ustalenia pozostały jedynymi sukcesami

śledztwa. W ciągu następnych dni i tygodni podejmowano

różne akcje i badania. Sprawdzono nawet, czy któryś z

posiadaczy czarnego wartburga nie sprzedał swojego wozu

bądź nie zamienił go na popielatą skodę. Ale i ta gigantyczna

praca nic nie dała. Tylko analiza kul potwierdziła, że zostały

one wystrzelone z pistoletu zrabowanego zamordowanemu

sierżantowi Kalisiakowi. Wprawdzie usiłowano jakimś

twardym przedmiotem uszkodzić lufę tak, aby zniekształcić

dotychczasowe karby, mimo to według ekspertów nie ulegało

wątpliwości, że bandy