Main Walizka z milionami

Walizka z milionami

0 / 0
How much do you like this book?
What’s the quality of the file?
Download the book for quality assessment
What’s the quality of the downloaded files?

Jeden z napastników zatrzymał się przy wejściu. Drugi szybko przeszedł, a właściwie przebiegł przez salę i stanął w drzwiach skarbca. Trzebi brodacz wybrał miejsce na środku sali. Podniósł pistolet i dwukrotnie strzelił w sufit.

- Wszyscy wstać! Ręce do góry!- zakomenderował.

Wybuchła panika. Jedna z urzędniczek zaczęła krzyczeć. Napastnik skierował lufę swej broni w jej kierunku.

- Cisza! Bo strzelam - powiedział dobitnie.




Year:
1975
Publisher:
Czytelnik
Language:
polish
ISBN:
21511
File:
EPUB, 236 KB
Download (epub, 236 KB)
0 comments
 

To post a review, please sign in or sign up
You can write a book review and share your experiences. Other readers will always be interested in your opinion of the books you've read. Whether you've loved the book or not, if you give your honest and detailed thoughts then people will find new books that are right for them.
1

Dwie twarze Krystyny

Year:
1976
Language:
polish
File:
EPUB, 182 KB
0 / 0
2

Bretagne - Bildatlas

Year:
2021
Language:
german
File:
PDF, 61.60 MB
0 / 0
JERZY EDIGEY

WALIZKA Z MILIONAMI





ROZDZIAŁ I

Bank zamknięty



Deszcz ciągle padał. Właściwie nie deszcz, mżawka. Taka, przed którą nie ochroni ani parasol, ani płaszcz. To już drugi dzień podłej pogody. Jak gdyby nie rozpoczynał się wrzesień, lecz kończył listopad. Ludzie śpieszący do pracy czy też na dworzec, a większość mieszkańców Łowicza pracuje w stolicy, całą swoją uwagę skupili na ostrożnym wymijaniu wielkich kałuż na chodnikach i na jezdniach ulic.

Nikt więc nie zwracał uwagi na człowieka w granatowym płaszczu i o identycznym kolorze czapce-maciejówce ze znaczkiem błyskawicy, obarczonego brązową, zniszczoną torbą, zawieszoną paskiem na ramieniu. Ot, zwykły pracownik centrali telefonicznej lub elektrowni, który udaje się na obchód swojego rejonu albo idzie usunąć jakieś uszkodzenie na linii.

Mężczyzna w granatowym płaszczu spojrzał na zegarek. Wskazówki jego „Rakiety” ustawiły się: duża na dziewiątej, mniejsza nieco niżej. Za kwadrans ósma! Mężczyzna podszedł do pobliskiego transformatora elektrycznego, otworzył go wyjętym z torby kluczem i zaczął manipulować wewnątrz.

To trwało bardzo krótko. Najwyżej minutę. Człowiek w granatowym płaszczu starannie zamknął stalowe drzwiczki transformatora i z kolei skierował się do skrzynki z łączami telefonicznymi, Miał klucz i do niej. Tutaj także szybkimi, ale pewnymi i zdecydowanymi ruchami, wyciągnął z gniazdek kilka wtyczek, a potem starannie zamknął metalowe pudło.

Teraz mężczyzna bez pośpiechu skręcił w jedną z odchodzących od łowickiego rynku bocznych uliczek. Tutaj, niedaleko zakrętu, tuż za wysokim murem, opatrzonym solidną bramą i furtką stał jasny fiat. Przy bramie człowiek w granatowym płaszczu jeszcze raz sięgnął do swojej torby. Wydobył trzeci klucz i włożył go do dziurki zamka furtki. Rygiel odskoczył z cichym szczękiem, drzwi uchyliły się na kilka centymetrów.

Już nie z torby, lecz z kieszeni płaszcza mężczyzna wyjął kółko z kluczami samochodowymi. Rozejrzał się uważnie. Nikt go nie obserwował, więc otworzył kluczem drzwi auta i wślizn; ął się cło środka. Tutaj ściągnął z siebie mokry płaszcz i zdjął maciejówkę. Został w eleganckim ciemnym garniturze. Biała koszula, do tego dobrze dobrany, spokojny krawat. Biała chusteczka w górnej kieszonce marynarki dopełniała kompletu.

Silnik od razu zaskoczył. Ale kierowca nie uruchamiał wozu. Trzymał go „na luzie”. Swój granatowy płaszcz i skórzaną torbę wraz czapką wsunął pod siedzenie tak, że nie było ich w ogóle widać. Czekał.

A tymczasem w momencie, kiedy człowiek w granatowym płaszczu wyłączał prąd elektryczny w tej części rynku, na schody Spółdzielczego Banku Ludowego wchodziło trzech mężczyzn w jasnych prochowcach. Wszyscy hołdowali modzie wąsów. Gęsty zarost pokrywał nie tylko ich brody, ale także i policzki. Każdy z tej trójki miał na głowie albo cyklistówkę, albo kapelusz z dużym rondem.

Spółdzielczy Bank Ludowy w Łowiczu mieści się w niewielkim dwupiętrowym domu na rynku miasta. Z boku kamieniczki jest brama i schody prowadzące na piętra zamieszkane przez różnych lokatorów. Cały parter zajmuje dość duża salka operacyjna, gdzie pracuje większość urzędników. Poza tym jest tu jeszcze gabinet dyrektora i pokój, gdzie urzęduje księgowość, oraz pomieszczenie bez okien, szumnie zwane „skarbcem”, gdyż stoją tu pod ścianą trzy duże kasy pancerne. Skarbiec dzielą od sali operacyjnej masywne dębowe drzwi obite stalową blachą oraz nie mniej solidna krata zamykana na wielką kłódkę.

Spółdzielczy Bank - Ludowy w Łowiczu jest bardzo ważną placówką przede wszystkim dla rolników, mieszkańców powiatu. Tutaj otrzymują oni kredyty inwestycyjne. Tutaj też inkasują wszelkie należności za dostawy zboża i za kontraktację żywca. A wrzesień to dla rolników dobry miesiąc. Odstawia się zboże. Na stacji kolejowej w Łowiczu i w innych pobliskich miejscowościach tegoż powiatu kolejarze codziennie doczepiają do pociągów kilka lub nawet kilkanaście wagonów z trzodą chlewną i bydłem. A potem hodowca zgłasza się z kwitem do banku, aby zainkasować należną mu gotówkę.

Aby usprawnić załatwianie spraw klienteli bank rozpoczynał pracę o godzinie siódmej rano, a punktualnie o ósmej woźny otwierał z klucza frontowe wejście do banku. Kasy rozpoczynały wypłaty. Już pół godziny przedtem na chodniku zwykle stała spora grupka czekających na tę chwilę. Ale dzisiaj nie było nikogo. W taką pogodę nikt z samego rana nie kwapił się z wyprawą do banku.

Kiedy brodacze znaleźli się przed jego drzwiami, woźny poinformował ich przez małe okienko:

Bank jeszcze zamknięty. Otwieramy o ósmej. Za kwadrans.

My do dyrektora Drzewieckiego. Jesteśmy umówieni. Z Warszawy, z Centrali Rolno-Spożywczej - to mówiąc jeden z trójki pokazał przez szybkę legitymację w brązowej okładce.

Gdyby przybysze podali jakiś błahy powód odwiedzin banku przed jego otwarciem, woźny na pewno by ich nie wpuścił. A przynajmniej poszedłby do dyrektora Stanisława Drzewieckiego z pytaniem o dyrektywy. Ale nawet w Łowiczu, choć to tak blisko stolicy, działa magia słów „My z Warszawy” i do tego „z Centrali”. Woźny nie wahając się więc ani chwili przekręcił klucz w zamku i trzech mężczyzn znalazło się wewnątrz. W niewielkim przedpokoju, spełniającym rolę zarówno dyżurki, jak i szatni.

Teraz wypadki potoczyły się błyskawicznie.

Siedzący w dyżurce wartownik właśnie przeglądał gazetę, którą kupił idąc do pracy. Nagle i on, i woźny zobaczyli w rękach interesantów wymierzone w siebie pistolety.

- Spokojnie! Nie ruszać się. Bo strzelę.

W głosie mówiącego wyczuwało się pewność, że bez namysłu spełni swoją groźbę.

A tymczasem drugi z napastników zabrał wartownikowi karabin stojący koło krzesła, a trzeci umocował na zewnętrznej ścianie drzwi duży napis:

BANK DZIŚ OTWARTY OD GODZINY DZIEWIĄTEJ. PRZEPRASZAMY.

Klucz tkwił w drzwiach. Napastnicy nie mieli zatem żadnych trudności z ich zamknięciem. Od zewnątrz nic im na razie nie groziło. Trzymając pistolety w pogotowiu, polecili swoim dwóm więźniom:

- Idziemy na salę. Tylko bez głupstw.

Woźnemu i wartownikowi nie pozostało nic innego, jak usłuchać tego rozkazu.

Ukazanie się tej grupki na sali operacyjnej początkowo nie wzbudziło niczyjego zainteresowania. Urzędnicy siedzieli przy okienkach i przy biurkach, szykując się do codziennej bankowej „młocki”. Kasjer i „dyrektor oraz jeden z urzędników znajdowali się właśnie w skarbcu. Stali przy otwartej kasie pancernej i wyjmowali z niej pieniądze do walizki, którą codziennym zwyczajem przenoszono potem do boksu kasjera.

Jeden z napastników zatrzymał się przy wejściu. Drugi szybko przeszedł, a właściwie przebiegł przez salę i stanął w drzwiach skarbca. Trzeci brodacz wybrał miejsce na środku sali. Podniósł pistolet i dwukrotnie strzelił w sufit.

- Wszyscy wstać! Ręce do góry! - zakomenderował.

Wybuchła mała panika. Jedna z urzędniczek zaczęła krzyczeć. Napastnik skierował lufę swojej broni w jej kierunku.

- Cisza! Bo strzelam - powiedział dobitnie.

Kobieta zamilkła.

Tymczasem jeden z pracowników banku, ten, który znajdował się obok boksu kasowego i do którego należało przyjmowanie i sprawdzanie czeków oraz innych poleceń wypłaty, nie stracił zimnej krwi. Nacisnął nogą znajdujący się pod biurkiem guzik alarmowy. Ale głos syreny nie rozległ się. Również w niedalekiej komendzie milicji nie zapaliło się czerwone światło alarmu. Także zamki elektryczne, mające w tym momencie zablokować wszystkie wyjścia z budynku, nie drgnęły. W tej części miasta prąd elektryczny był wyłączony.

Pracownicy banku wstawali ze swoich miejsc i podnosili ręce do góry. Ludzie w skarbcu zamarli z przerażenia widząc naprzeciwko siebie lufę pistoletu.

Wszyscy do pokoju dyrektora! - zakomenderował napastnik znajdujący się na środku sali. - Prędko i bez żadnych figli.

Wy też - uzupełnił brodacz stojący na progu skarbca. - Ruszać się!

Pokój dyrektora Drzewieckiego był obszerny. Prócz biurka znajdował się tu długi stół pokryty zielonym suknem i kilkanaście krzeseł. Tutaj odbywały się narady bankowe i tutaj też przyjmowano tych interesantów, którzy chcieli bez świadków rozmawiać z kierownictwem. Teraz w pomieszczeniu z dwoma oknami wychodzącymi na podwórze zrobiło się tłoczno. W progu stanął jeden z napastników:

- Wszyscy siadać - polecił. - Na krzesłach lub na podłodze.

Ten rozkaz również wykonano bez sprzeciwu.

Pozostali dwaj mężczyźni weszli do skarbca. Z leżącej na podłodze walizki wyrzucili paczki z banknotami po dwadzieścia i po pięćdziesiąt złotych oraz woreczki z bilonem. W zamian ładowali w nią najpierw znajdujące się na górnej półce kasy pancernej banknoty tysiączłotowe, paczkowane po sto sztuk. Gdy już tych zabrakło, opróżnili kasę z pięćsetek i uzupełnili zawartość starej walizki setkami. Kiedy była pełna, jeden z bandytów zamknął ją i przewiązał paskiem wyjętym z kieszeni płaszcza.

Cholera, jakie to ciężkie - syknął próbując unieść łup.

Dziwisz się.? - roześmiał się drugi z brodaczy. - W tej walizeczce jest, tak na oko licząc, ponad cztery miliony złotych.

No to spływamy.

Spokojnie. Idź najpierw do drzwi i zobacz, czy nikogo nie ma. Ja wezmę walizkę.

Obaj wyszli ze skarbca. Jeden skierował się do drzwi, drugi wraz z łupem podszedł do napastnika pilnującego ludzi stłoczonych w pokoju dyrektora.

No proszę - roześmiał się - jak sobie grzecznie siedzą. My już gotowi - dodał zwracając się do kolegi.

Droga wolna - meldował trzeci spod drzwi.

Macie tu spokojnie siedzieć przez pół godziny. Jeżeli przez ten czas ktoś podniesie alarm, wrzucę przez okno granat - to mówiąc podniósł do góry owalny czarny przedmiot, aby żaden z pracowników banku nie miał wątpliwości, co im grozi. Czy to był naprawdę granat? Nikt mu się dokładnie nie przyglądał.

Drzwi gabinetu dyrektora Zostały zamknięte na klucz. Ludzie znajdujący się wewnątrz usłyszeli szybkie kroki przez salę operacyjną, a następnie odgłos otwieranych i zamykanych drzwi od ulicy. Siedzący najbliżej okien zerwali się z podłogi i rzucili do krat, żeby podnieść alarm. Ale natychmiast musieli wrócić na swoje miejsca. Na podwórzu, tuż przy jednym z okien, stał ten sam brodacz, który ich pilnował.

- Spokój - warknął. - Co mówiłem?

Sterroryzowani granatem, odskoczyli od okna i przywarowali na podłodze.

Upłynęło kilka minut, długich jak wieczność. Dyrektor Drzewiecki, który siedział przy biurku, zerknął w kierunku okna. Sylwetka napastnika zniknęła, więc delikatnie zdjął słuchawkę telefonu z widełek. Sygnału jednak nie było. Nie pomogło naciskanie widełek. Telefon milczał.

- Pewnie przecięli druty - szepnął jeden z młodszych pracowników banku, siedzący na podłodze obok biurka. - Wyjrzę. Może już poszli?

Chwilę obserwował podwórko, ale nikogo tam nie dostrzegł.

- Już tych drani nie ma - zauważył i otworzył okno.

Wszyscy zerwali się ze swoich miejsc. Ktoś naiwny nacisnął klamkę drzwi. Naturalnie bez oczekiwanego skutku. Ktoś inny naparł na drzwi całym ciałem, aby utorować drogę do wolności. Ale masywne dębowe deski, obite na dodatek dźwiękoszczelną dermą, ani drgnęły.

- Nie poradzimy - zaopiniował kasjer. - Trzeba przez okno wezwać pomocy.

Mało było jednak nadziei na szybką odsiecz. Mieszkańcy lokali na wyższych piętrach opuścili dom udając się do pracy, do szkół lub po zakupy. Krzyki przez dłuższy czas nikogo nie zaalarmowały. Wreszcie na podwórze zajrzał jakiś klient banku, który przeczytawszy tabliczkę o późniejszym otwarciu kasy przechodził koło bramy, wiodącej na podwórko i posłyszał wołanie o pomoc.

- Co się tu dzieje? - zapytał zdziwiony widząc tyle twarzy w dwóch oknach.

- Napad na bank - wyjaśnił dyrektor Drzewiecki. - Jesteśmy zamknięci. Proszę natychmiast zawiadomić milicję.

- Napad? - zdziwił się rolnik. - A gdzie napastnicy? - Już uciekli. Zamknęli nas w jednym pokoju. Wezwijcie milicję. Jak najprędzej.

- Naprawdę? - rolnik obawiał się, że ktoś z niego kpi.

- Panie Marchlewski - kasjer znał tego interesanta. - Niech pan biegnie po milicję. Każda chwila jest droga.

Dopiero teraz Marchlewski zdecydował się usłuchać prośby.

Tymczasem trzej napastnicy, po zamknięciu wszystkich urzędników w gabinecie Drzewieckiego, spokojnie opuścili bank wraz ze swoim cennym łupem. Starannie zamknęli za sobą drzwi wejściowe, przeszli chodnikiem rynku kilka metrów i skręcili w podwórze starej kamieniczki. Tutaj jeden z brodaczy skutecznie przeszkodził przedwczesnemu; jego zdaniem, wszczęciu alarmu przez więźniów. Chwilę jeszcze stał przed oknem, czekając, aż jego towarzysze przejdą przez podwórko i z cenną walizką przedostaną się furtką w murze na boczną uliczkę, biegnącą od rynku. Tu kilka metrów za bramą stał jasny fiat. Walizkę wrzucono do bagażnika. Dwaj brodacze zajęli miejsca na tylnym siedzeniu, prawe przednie drzwi pozostawili otwarte. Potem do grupki dołączył pozostały bandyta i usiadł obok kierowcy. Samochód ruszył.

- Tak im popędziłem kota, że przynajmniej przez dziesięć minut żaden nosa za okno nie wystawi - roześmiał się.

Kierowca nic nie odpowiedział. Chwilę kręcił po uliczkach Łowicza, wreszcie skierował wóz najkrótszą drogą w stronę stacji kolejowe, W pewnym miejscu zatrzymał.

- Wysiadać - polecił.

Trzej mężczyźni posłusznie wysiedli i szybkim krokiem poszli na dworzec, gdzie zmieszali się z małym tłumkiem ludzi oczekujących na peronach. Jasny fiat pojechał dalej, do przejazdu kolejowego. Przejazd był otwarty i wkrótce samochód nabrał prędkości. Jechał szosą warszawską, w stronę stolicy.

Zaalarmowana milicja przybyła w ciągu kilku minut. Ale milicjanci nie mogli się dostać do wewnątrz. Trzeba było sprowadzić specjalistę, aby otworzył drzwi wejściowe, a później dobrał wytrych dla uwolnienia pracowników banku, zamkniętych w pokoju od podwórza. Wreszcie bladzi i zemocjonowani urzędnicy mogli opuścić swoje więzienie.

Akcją milicyjną kierował porucznik Mikołaj Stolarczyk, Z Warszawy, z Komendy Wojewódzkiej MO, przyjechała w niecałą godzinę później liczna ekipa dochodzeniowa z majorem Witoldem Potapowiczem na czele. Porucznik, orientując się, że Warszawa obejmie dochodzenie, nie przeprowadzał przesłuchań, a jedynie starał się zabezpieczyć wszelkie ślady i ustalić stan faktyczny. Jeden z milicjantów zażądał drabiny i stojąc prawie na jej wierzchołku wydłubał dwa pociski wystrzelone przez bandytę i tkwiące w suficie.

Po przybyciu majora Potapowicza rozpoczęły się przesłuchiwania świadków. Zaczęto od woźnego i wartownika. Później zaproszono na rozmowę dyrektora, kasjera i urzędnika, który był w skarbcu. Z kolei pozostali pracownicy banku opowiedzieli oficerowi milicji, w jaki sposób przebiegała akcja napadu i co charakterystycznego zauważyli. Ekipa daktyloskopowa zbierała odciski palców. Wezwani monterzy szybko znaleźli przyczynę niedziałania telefonów i brak prądu elektrycznego.

Dochodzenie na miejscu w banku przeciągnęło się do późnych godzin wieczornych. Na rynku przed Spółdzielczym Bankiem Ludowym stale gromadziły się tłumy gapiów. Wieść o zuchwałym napadzie rozeszła się w mgnieniu oka po całym mieście. Dwóch mundurowych milicjantów na próżno przepędzało ciekawskich. Jedni odchodzili, żeby zaraz wrócić, inni trzymali się trochę dalej budynku bankowego, ale także nie myśleli o opuszczeniu punktu obserwacyjnego.

Wreszcie gdzieś po ósmej wieczorem drzwi wejściowe otworzyły się i pracownicy bankowi grupkami opuszczali budynek, w którym przeżyli dziś takie emocje. W pomieszczeniach pozostali tylko milicjanci, dyrektor Drzewiecki oraz wartownik z nocnej zmiany.

Może pan major zostawiłby na noc któregoś ze swoich ludzi? - zaproponował dyrektor.

Po co? - uśmiechnął się oficer milicji. - Nie ma obawy, drugi raz już nie przyjdą. Wiedzą, że nie macie, forsy.

Czy jutro otwieramy?

Co mieliśmy do zrobienia na miejscu, zostało zrobione - wyjaśnił major. - Skończyliśmy naszą robotę w banku. A co do jego otwarcia, decydujcie sami albo niech o tym postanowią władze zwierzchnie. Mnie się wydaje, że bank powinien być otwarty jak najszybciej.

Naturalnie - zgodził się porucznik Stolarczyk. - Wasi klienci mają zbyt wiele roboty w polu, aby na próżno przyjeżdżać po swoje pieniądze.

Porozumiem się z Warszawą - zadecydował Drzewiecki.

Wychodzimy - postanowił major.

Oficerowie milicji pożegnali się z dyrektorem i poszli do Komendy Powiatowej MO. Tutaj major Potapowicz, porucznik Stolarczyk i komendant powiatowy pułkownik Leśniewski odbyli pierwszą naradę. Oficerowie milicji nie mieli zbyt zadowolonych min. Wyniki pierwszego dochodzenia były więcej niż skąpe.

Porucznik Stolarczyk zreferował swojemu szefowi przebieg napadu:

Napastnicy doskonale orientowali się w rozkładzie budynku i w zwyczajach panujących w banku. Działali bezbłędnie. Cały napad trwał niewiele ponad dziesięć minut. Uciekli przez podwórze na boczną uliczkę, gdzie, jak zdołaliśmy ustalić, czekał na nich samochód, jasny fiat. Niestety, padał cały czas deszcz, przechodniów było mało, zresztą ani oni, ani mieszkańcy sąsiednich domów nie interesowali się wozem i jego kierowcą. Urządzenia alarmowe banku były w największym porządku. Nie działały dlatego, że bandyci wyłączyli elektryczność w tej dzielnicy Łowicza. To samo dotyczy telefonów. Wykonali to fachowo. Jedna z ekspedientek sklepu spożywczego przypomina sobie, że widziała jakiegoś osobnika w ciemnym płaszczu i w czapce, jak manipulował przy transformatorze. Wtedy zgasło światło w pokoju na zapleczu sklepu.

Czy rola tego woźnego, który otworzył drzwi bandytom, i strażnika pozwalającego się rozbroić nie budzą waszych podejrzeń? - zapytał pułkownik.

Ja bym ich obu na wszelki wypadek, przymknął - stwierdził porucznik.

Sądzę, że nie należy tego robić - zaoponował major Potapowicz. - Dotychczasowy materiał dochodzenia nie, daje najmniejszych podstaw do zatrzymania tych ludzi. Bandyci wykazali dużo sprytu, ponieważ liczyli się z faktem, że woźny nie zechce ich” wpuścić. Ubezpieczyli się przed tą ewentualnością. Dyrektor Drzewiecki zeznał, są na to też inni świadkowie, że wczoraj telefonowano do niego z Warszawy, rzekomo z Centrali Rolno-Spożywczej, zapowiadając na dzisiaj przyjazd trzech pracowników Centrali. Gdyby więc nawet woźny nie od razu wpuścił przybyłych, a poszedł zapytać dyrektora, Drzewiecki na pewno poleciłby mu otworzyć drzwi. A wtedy sprawy potoczyłyby się takim samym biegiem. Strażnik dał się zaskoczyć, to fakt, ale sądzę, że każdy z nas na jego miejscu nie byłby bardziej ostrożny. Zresztą strażnik uzbrojony był w karabin, a ta długa broń jest całkowicie nieprzydatna do służby w zamkniętym pomieszczeniu. Nawet gdyby karabin nie stał oparty o krzesło, ale znajdował się w ręku właściciela, skutek byłby ten sam.

Czy ja wiem? - pułkownik zastanawiał się nad słowami Potapowicza.

Nie twierdzę bezwzględnie, że woźny i strażnik nie mieli przedtem kontaktów z napastnikami, ale uważam to za mało prawdopodobne - bronił swojego stanowiska major. - Jeżeli któryś z nich jest winnym, to na razie dałbym im spokój i nie zatrzymywałbym żadnego z nich. Lepiej poddać ich bacznej obserwacji. Może w ten sposób doprowadzą nas do głównych sprawców napadu?

Bandyci musieli mieć wspólnika na terenie banku - upierał się porucznik. - Skąd by tak dobrze znali rozkład pomieszczeń? Skąd by wiedzieli, że „urzędnicy zaczynają pracę o siódmej rano, a kasy otwiera się godzinę później? Wreszcie klucz do furtki na podwórzu. Tamtędy napastnicy uciekli. Przecież furtka jest stale zamknięta.

Major uśmiechnął się.

- Drogi kolego - powiedział - podejmuję się ten zamek otworzyć w ciągu dwóch minut przy pomocy zwykłego gwoździa odpowiednio zagiętego. A ludzi, którzy planują taką akcję, na pewno stać było na bardziej precyzyjny wytrych. Łatwo też poznać rozkład pomieszczeń bankowych. Wystarczyło złożyć w tym lokalu choć jedną wizytę, aby być doskonale zorientowanym. Przecież poza salą operacyjną i szatnią jest tam jeszcze tylko pięć innych pokoi. Zwyczaje panujące w banku nie są dla nikogo tajemnicą. Godziny otwarcia kas są podane na drzwiach wejściowych. A wiadomo, jeśli kasy otwiera się o ósmej, to pracownicy banku muszą przyjść przynajmniej pół godziny przedtem. Co zaś do pieniędzy, trzeba je wyjąć ze skarbca i dostarczyć do okienek kasowych przed wejściem pierwszych klientów. Jestem przekonany, że bandyci przez pewien czas dokładnie obserwowali bank i zebrali wszelkie potrzebne im informacją Żeby je uzyskać, nie musieli szukać wspólnika wewnątrz, chociaż nie można wykluczyć, że go mają.

A wyłączenie światła i telefonów? - upierał się porucznik Stolarczyk.

Tak - przyznał Potapowicz. - Tutaj sprawa jest bardziej skomplikowana. Człowiek, który to zrobił, albo ma odpowiednie wykształcenie techniczne, albo wieloletnią praktykę. To zresztą, jak dotychczas, jedyna wskazówka dotycząca personaliów jednego z bandytów.

- Jeszcze jasny fiat - mruknął pułkownik.

- Na pewno skradziony - odparował major. - A jeśli nie skradziony, to odnalezienie wozu i tak nie będzie łatwe. Identycznych jest w Polsce co najmniej kilka tysięcy. Pójdziemy tym śladem, ale wątpię w sukces.

- A daktyloskopia?

- Będziemy mieli wyniki w ciągu jutrzejszego dnia.

Technicy zebrali dużo materiału i wzięli też odciski wszystkich pracowników banku. Ale świadkowie, którzy stali bliżej napastników, twierdzą, że nosili rękawiczki. Tak więc i tutaj - powiedział major - nie należy liczyć na zbyt wiele.

Co z rysopisami napastników? - nadal dopytywał pułkownik.

Opisano ich dość dokładnie: wszyscy noszą duży zarost i ciemne okulary. U jednego ten zarost jest rudawy, u dwóch pozostałych ciemny. Głowy mieli przykryte bądź czapką, bądź kapeluszem. Wzrost jednego powyżej średniego. Tak około stu osiemdziesięciu centymetrów albo więcej.- Dwaj inni: wzrost średni. Tyle zdołaliśmy ustalić.

Tyle co nic. Zarost to najlepszy sposób zamaskowania twarzy. Na pewno do tej pory po tych bakach i brodach nie pozostało ani śladu. A okulary wyrzucone. A zatem - podsumował szef Komendy Powiatowej MO - właściwie nie dysponujemy w tej chwili niczym konkretnym, co mogłoby nam ułatwić wykrycie sprawców napadu.

Niestety, nie mamy - potwierdził major.

- Komenda Wojewódzka przejmie dochodzenie?

- Przypuszczam, że tak. Naturalnie przy waszej czynnej pomocy.

- Oczywiście. Postaramy się przeprowadzić najszerszy wywiad miejscowy. Może znajdziemy jakiś ślad. Jestem jednak przekonany, że napastnicy są z Warszawy.

Na razie bawimy się w zgadywankę - odpowiedział major. Ja najbardziej jednak liczę na to, że bandyci zrobią teraz jakiś błąd.

Jak można teraz zrobić błąd? - zdziwił się porucznik. Przecież nie zostawili żadnych śladów. Bank nie zapisywał numerów banknotów.

- Tak, ale zrabowano przeszło cztery miliony złotych. Nie każdy potrafi spokojnie siedzieć w domu, pracować w fabryce albo w biurze z pensją dwóch lub trzech tysięcy złotych miesięcznie, mając w szafie walizkę z taką fortuną. Bandyci nie przemogą w sobie chęci wydawania zdobytych pieniędzy. I to jest nasza największa szansa.



ROZDZIAŁ II

Tajemnica Lasku Bielańskiego



Nazajutrz deszcz już nie padał, ale nadal było zimno i ciężkie ołowiane chmury wisiały tuż nad ziemią. Pogoda nie sprzyjała spacerom. A pomimo to w Lasku Bielańskim ścieżką wzdłuż wysokiego brzegu Wisły przechadzał się jakiś mężczyzna. Najwidoczniej umówił się z kimś na spotkanie, bo często i nerwowo spoglądał na zegarek. Dochodziła czwarta po południu.

Wreszcie od strony ulicy Dewajtis ukazała się sylwetka drugiego człowieka. Szedł ostrożnie coraz to oglądając się na wszystkie strony, jak gdyby obawiał się, że jest śledzony. Podszedł do czekającego. Przywitali się.

- Czekam prawie pół godziny.

- Sam jesteś? - zdziwił się przybyły.

- Panowie hrabiowie nie grzeszą punktualnością. Byliśmy umówieni na wpół do czwartej - zauważył pierwszy z mężczyzn.

- Spóźniłem się, ale musiałem się przesiadać z tramwaju do taksówki i później znowu do autobusu. Zdawało mi się, że ktoś lezie za mną.

Wyższy z mężczyzn wzruszył ramionami.

Strach cię obleciał! Kto by miał ciebie śledzić? Zwariowałeś?!

Być może, myliłem się, ale czy to dziwne, że po tym wszystkim mam trochę nerwy rozdygotane? Gdyby nas nakryli? Nie daj Boże nawet pomyśleć.

Nie bój się, nie nakryją.

Czytałeś dzisiejsze gazety?

- Pewnie, że czytałem. Ale narobili krzyku. To nic, popiszą i przestaną.

- Jeden z dzienników podał, że „milicja jest na tropie zuchwałych bandytów - zacytował niższy.

- Nie bądź frajer. Zawsze tak piszą. Dla fasonu i żeby się MO przypodobać. Przecież nie mogą rąbać „milicja nie znalazła żadnych śladów i nie wie, co dalej robić”. No nie?

Niby racja, rozumiem, ale mimo to trochę się boję.

Włos nam z głowy nie spadnie. Teraz tylko przywarować jakiś czas i cicho siedzieć, dopóki się nie uspokoi.

Zza drzew wyszedł trzeci spacerowicz.

Kazika jeszcze nie ma? - zdziwił się witając z kolegami. - Myślałem, że tylko na mnie czekacie.

Ty też punktualnie przyszedłeś! - usłyszał w odpowiedzi wymówkę. - Czekając tu na was można dostać lumbago. Sterczę nad wodą przeszło pół godziny.

To ci się, bratku, dobrze opłaci - ostatni z przybyszów był w doskonałym humorze. - Czytaliście chyba prasę? Cztery miliony sto siedemdziesiąt trzy tysiące złotych. Po milioniku dla każdego, na rączkę. Starczy na samochód, porządne „mieszkanie i dobrą zabawę. Dziesięć minut strachu i spokój do końca życia. Trzeba przyznać, że Kazik wszystko zorganizował na medal.

Ale co się z nim dzieje? Dlaczego go nie ma? - denerwował się ten najbardziej przestraszony.

Pewnie pieniążki liczy i pakuje w paczki. Paczuszka dla każdego. Elegancko przewiązana sznureczkiem, a w środku tysiąc „nalepek”. Małe to, poręczne, a jakie miłe. Kochana paczuszka. Już widzę, jak ją targam do chałupy.

Gdzieś daleko trzasnęła łamana gałązka. Jeden z mężczyzn podskoczył na ten odgłos. Pozostali, widząc przerażenie swojego towarzysza, aż się roześmieli.

- Ależ ty, Zygmunt, jesteś nerwowy.

- Co zrobić? Nie mogę się opanować. Całą noc nie spałem.

- A oto Kazik!

Tak długo oczekiwany Kazik zbliżył się i przywitał z przyjaciółmi.

- Co tam, chłopcy? Jak samopoczucie? Pięknie jesteście ogoleni i ostrzyżeni. Widzę, że śladu nie zostało z tych wąsików i bród. Cacy, cacy!

- To nie było za mądre - zaoponował Zygmunt.- Prasa pisała o trzech brodaczach, a teraz każdy z mojego otoczenia będzie się dziwił, że raptem chodzę bez wąsów i brody. Akurat na drugi dzień po napadzie. Może wydać się podejrzane.

Kazik ręką machnął.

Przecież dlatego kazałem wam wziąć urlopy. Przedtem mieliście mniejsze zarosty. Nikt się nie zdziwi, jak wrócicie bez nich. Nikt nie zwróci uwagi, że zgoliliście brody.

Zygmunt w ogóle robi w portki ze strachu - zaśmiał się jeden z czwórki.

- Nie ma powodu. Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Wszystko zostało zapięte na ostatni guzik. Nie darmo myślałem nad tą akcją przeszło dwa lata. Przewidziałem wszelkie warianty sprawy. Wymierzyłem

stoperem jak najdokładniej czas każdej czynności. Kiedy jechaliśmy wozem na dworzec kolejowy i potem wysiedliście, wiedziałem co do minuty, o jakiej porze dojdziecie do stacji i powrócicie do Warszawy. Zaplanowałem także, z jaką szybkością wracać do miasta, aby mnie jakiś przypadkowy patrol nie zatrzymał na drodze i nie zajrzał do bagażnika.

A forsa?

Na nią także przygotowałem schowek. Cała milicja, choćby stanęła na głowie, będzie szukała tej walizki do końca świata. Nawet diabeł nie znajdzie tych ciaćków. Tak je schowałem. A wiadomo, gdyby kogoś z nas podejrzewali o udział w robocie, jak długo nie dojdą do pieniędzy, włos nam z głowy nie spadnie.

Ja tam sobie postanowiłem - wtrącił Tadeusz - że gdyby mnie przyskrzynili, będę wszystkiemu zaprzeczał. Bez dowodów winy jesteśmy całkowicie kryci. W razie wsypy, trzeba twardo się zapierać.

Nie będzie żadnej wsypy. Nie myślcie o tym. Zygmunt niepotrzebnie się denerwuje. Forsę mamy dobrze zabezpieczoną, plan udał się ha sto dwa.

Najlepiej - uzupełnił Andrzej - prowadzić normalny tryb życia i jeżeli w naszej obecności ktoś zacznie mówić o napadzie, brać udział w tej rozmowie, wyrażając przekonanie, że w najbliższym czasie milicja znajdzie i przymknie całą szajkę.

Diabła zjedzą, zanim nas znajdą - roześmiał się Kazik. - Zygmunt może być spokojny. Nikt go nie śledzi. To tylko urojenia chorych nerwów. Trzeba się wziąć w garść, bo inaczej naprawdę można narobić głupstw. Spokój i tylko spokój.

To samo i ja temu durniowi tłumaczę.

Ja to rozumiem, ale nie mogę się opanować.

- Na dzisiejsze spotkanie jechał tramwajem i taksówką, bo mu się przywidziało, że go śledzą.

- Ostrożność nigdy nie zawadzi, ale zbyt wielka także może wzbudzić podejrzenia. A ty, Tadek, w przeciwieństwie do Zygmunta, jesteś za bardzo pewny siebie.

Co możesz mi zarzucić?

Mówiłem, że każdy z was ma się pozbyć nie tylko brody i wąsów, ale również czapki i płaszcza. A ty w nich nadal paradujesz, jak gdyby nic.

- Ja swój zaraz wczoraj spaliłem - pochwalił się Zygmunt.

Takich płaszczy i czapek jest w Warszawie najmarniej dziesięć tysięcy.

Może nawet i dwadzieścia - Kazimierz nie był przekonany - ale twój ma plamę na rękawie. Jeżeli któryś z urzędników zauważył ten drobny szczegół, milicja już szuka takiego płaszcza. Wolałbym, żeby go nie znalazła na twoim karku.

Ty idioto głupi - oburzył się pozostały z uczestników rozmowy - masz milion, a żal ci starego łacha za stówę?

Nie żal, ale chłodno jest i zanosi się stale na deszcz, to w czym miałem przyjść? - tłumaczył się Tadeusz. - Innego nie mam.

To sobie kup - krótko uciął Kazik. - Żebym cię więcej w tym nie oglądał.

Dobrze, już dobrze, nie marudź. A ty, Andrzej, tak nie podskakuj. Za niski jesteś.

Nie kłóćcie się - uspokajał Zygmunt.

Przyniosłeś pieniądze? - zapytał Tadeusz.

W czym? - roześmiał się Kazik. - Miałem walizę do lasu taskać? Nie bójcie się. Każdy swoją dolę dostanie. Ale nie za prędko.

- Jak to? - oburzył się Andrzej.

Tak to. Już ja was dobrze znam. Dać wam dzisiaj po te pół miliona, za dwa dni już by was milicja kupiła. Zaraz by się zaczęło szastanie forsą. Knajpy, samochody, dziewczynki. Musicie nareszcie zrozumieć, że oni nie mają żadnych śladów, żadnego punktu zaczepienia. Jedynie wasze własne błędy mogą ich naprowadzić na trop. Teraz trzeba siedzieć cicho jak mysz pod miotłą. Idę o zakład, że wywiadowcy MO zaczęli węszyć w każdej restauracji, kto i za Jakie pieniądze się bawi. Będą też sprawdzali, kto w najbliższym czasie kupi auto lub mieszkanie. Pamiętacie napad na Narodowy Bank Polski w Wołowie? Tam zabrali jedenaście milionów złotych. A wpadli tylko dlatego, że nie umieli przywarować. Żonie jednego z nich zachciało się kupić dywan czy kilim. To ich zgubiło.

Bo płaciła banknotami, których numery były wynotowane przez bank.

I tak ją już w Wołowie mieli na oku, że babka w ciągu tygodnia zrobiła różnych zakupów na kilkanaście tysięcy złotych, a to od razu rzuciło się w oczy. Nasze bezpieczeństwo zależy od nas samych i od tego, czy potrafimy zachować spokój.

- Kazik ma rację - przytaknął Zygmunt. - Trzeba siedzieć cicho.

Wcale nie miałem zamiaru kupienia samochodu - bronił się Andrzej.

Nie dalej jak przed piętnastoma minutami mówiłeś - przypominał Zygmunt - że kupisz mieszkanie, samochód i dobrze się zabawisz.

Ale nie mówiłem, że to zrobię natychmiast po dostaniu forsy do ręki. Sam rozumiem, że trzeba trochę poczekać. To kiedy nam dasz po tym milionie?

Po milionie? Zwariowałeś.

- A po ile?! - ten okrzyk wyrwał się każdemu z pozostałej trójki.

- Zabraliśmy do walizki, sam liczyłem - uzupełnił Zygmunt - grubo ponad cztery miliony. Zresztą dzisiejsze dzienniki podają, że cztery miliony sto siedemdziesiąt tysięcy złotych.

- Zgadza się - spokojnie przytaknął Kazimierz.

- Więc na każdego z nas przypada po milionie i jeszcze po czterdzieści trzy tysiące dwieście pięćdziesiąt złotych - Zygmunt szybko podzielił całą sumę na cztery.- Tak mi się zdaje.

To się wam tak zdawało, i źle zdawało.

Co ty opowiadasz? - zaperzył się Andrzej.

Czy wy myślicie, że mnie wszystko z nieba spadło?- Kazimierz usiłował zachować spokój. - Sprawna organizacja całej akcji była rezultatem drobiazgowych przygotowań. A spluwy, które wam dałem, nie kosztowały? A to, że tak łatwo weszliście do banku i wiedzieliście co gdzie się znajduje, to święty Mikołaj mi objawił? Skąd wziąłem klucz do transformatora? Kto mnie nauczył, jak się wyłącza prąd w budynku bankowym? Kto mnie w ogóle nauczył, jakie tam są systemy alarmowe i że przerwanie dopływu prądu wyłącza ten cały system? A telefony?. Skrzynki rozdzielczej także nie otworzyłem palcem. Płaszcz mundurowy, czapkę i torbę z narzędziami znalazłem pod płotem albo dobry wujaszek pożyczył mi ten ekwipunek? Przygotowania kosztowały, każdemu z pomocników obiecałem jego dolę. Sam powiedz, Andrzej, czyj był pomysł? Kto wszystko zorganizował od początku do końca? Nawet bilety kolejowe z Warszawy do Łowicza i z powrotem dostaliście do rączki. Wyście pracowali tylko piętnaście minut. Ja tę akcję przygotowywałem przez przeszło pół roku. A teraz przychodzicie i wołacie „dawaj milion”. Ucho od śledzia!

Zawsze mówiliśmy - przypomniał Tadeusz - za całą dolę dzielimy po równi.

Nieprawda.

- Sam tak mówiłeś - Zygmunt poparł Tadeusza.

- Nigdy tego nie powiedziałem. Mówiłem, że każdy dostanie tyle pieniędzy, ile mu się będzie, należało..

- Nie kręć! - warknął Andrzej.

Nic nie kręcę. Ja zorganizowałem tę akcję. Ją najwięcej ryzykowałem.

Nic nie ryzykowałeś. Zaledwie przekręciłeś jeden wyłącznik elektryczny i wyjąłeś jedną wtyczkę telefoniczną. My z bronią w ręku nadstawialiśmy karku.

- Przygotowałem całą akcję tak, aby nie było żadnego ryzyka.

Dla ciebie. Bo siedziałeś w samochodzie z włączonym silnikiem. W razie czego nacisnąłbyś pedał i goń wiatr w polu!

Skończcie to głupie gadanie. Każdy z was dostanie ode mnie po pół miliona złotych. Od dziś za trzy miesiące Ani dnia wcześniej, ani grosza więcej.

To jest świństwo - oburzył się Zygmunt.

Dasz równo po milionie - rzucił Andrzej. - Tc reszta aż nadto pokryje te twoje wyimaginowane koszty.

To ja kłamię? - rzucił się Kazimierz.

Pewnie, że kłamiesz. Nie tylko kłamiesz, ale jeszcze chcesz nas okraść.

Panowie, spokój - Tadeusz usiłował interweniować. - Powiedz, Kazik, jakie miałeś wydatki i ile komu się należy. Mnie się zdaje, że coś za wysoko oceniasz tych swoich pomocników. Jeżeli każdy z nich dostanie po kilkadziesiąt tysięcy, to aż nadto.

Nie będę się wam tłumaczył - Kazimierz znowu się postawił wspólnikom. - Chcecie po pół miliona, to dobrze. A nie, to nie.

Dasz równo po milionie - Andrzej tracił panowanie nad sobą. - Bo cię...

Nie bądź taki groźny, mnie nie przestraszysz.

Dasz milion - Andrzej gwałtownie podskoczył do Kazika. Podniósł rękę do uderzenia.

Napadnięty odparował ten atak i cofnął się krok do tyłu. Stanął na samym brzegu urwiska opadającego stromo do Wisły. Deszcze padały przedtem przez trzy dni bez przerwy. Teraz więc cały kawał podmokłej ziemi obsunął się wraz ze stojącym na, niej człowiekiem. Kazimierz usiłował w ostatniej chwili odskoczyć, zamachał rękoma i z okrzykiem przerażenia runął w dół. Ciało zrobiło w powietrzu pół obrotu i ciężko legło na kamienistym brzegu rzeki.

O Jezu! - jęknął Zygmunt. Leżący w dole człowiek nie ruszał się.

Nie żyje! - przestraszył się Tadeusz.

- Nic mu nie jest. Pajacuje, jak zwykle - uspokajał towarzyszy Andrzej. - Przecież go nie dotknąłem.

Ale leżący na brzegu rzeki człowiek ani drgnął.

Trzeba go ratować - denerwował się Zygmunt.

Zostańcie tutaj - zadecydował Tadeusz. - Ja zejdę niżej. Szybko pobiegł ścieżką w kierunku północnym.. Tam, kilkanaście metrów dalej, urwisko przechodziło w łagodnie spadającą do rzeki skarpę, po której można było zejść na brzeg bez trudności. Podbiegł do leżącego i pochylił się nad nim. Usiłował go doprowadzić do przytomności. Bezskutecznie.

- Chyba jednak nie żyje - powiedział prostując się. - Uderzył tyłem głowy o kamień.

Po tych słowach stojący na skarpie mężczyźni natychmiast zeszli na dół. Niestety, i ich usiłowania ocuceniai kolegi także nie odniosły skutku.

Nie żyje - stwierdził Zygmunt.

Co robić?

Przede wszystkim wiać. Bo jak nas tu ktoś nakryje, wtedy leżymy jak neptki.

Zygmunt nerwowo rozejrzał się naokoło. Ale nikogo nie zobaczył.

- Uciekajmy - Tadeusz był nie mniej przerażony od Zygmunta.

- Chwileczkę - zatrzymał ich Andrzej. Przykląkł przy trupie i szybko wyjmował z kieszeni zabitego całą ich zawartość: portfel, dokumenty, portmonetkę, pęk kluczy na metalowym kółku, papierosy, zapałki, chustkę do nosa. Potem przedmioty te schował do kieszeni swojego jasnego płaszcza. Kiedy skończył, zakomenderował: - Teraz wy dwaj przez las do tramwaju. Ja pójdę do ulicy Dewajtis. Spotkamy się za godzinę u mnie w mieszkaniu.

Żaden nie zaprotestował. Na brzegu Wisły zostało jedynie ciało człowieka, który kilka minut przedtem był posiadaczem czterech milionów stu siedemdziesięciu tysięcy złotych.

Umierając, ten człowiek zabrał do grobu tajemnicę. Chwalił się niedawno, że cenny skarb został tak ukryty, iż „nawet diabeł go nie znajdzie”. Czy były to przechwałki zuchwałego szefa bandy, czy też prawda?

Rankiem następnego dnia dwaj wędkarze spostrzegli mężczyznę leżącego nad brzegiem rzeki. Gdy podeszli bliżej, z przerażeniem stwierdzili, że mają przed sobą nieboszczyka. Pobiegli do pobliskiego klasztoru, skąd zaalarmowano milicję. Wkrótce zjawił się radiowóz. Po nim przyjechała ekipa dochodzeniowa, lekarz i karetka pogotowia. Wezwano także prokuratora.

Zaczęły się normalne czynności śledcze: fotografowanie zwłok, rewizja ubrania zmarłego, przesłuchanie tych, którzy pierwsi zauważyli wypadek. Nikt bowiem nie wątpił, że to był nieszczęśliwy wypadek. Świadczyło o tym najlepiej wielkie osuwisko ziemi oderwanej z wysokiego brzegu wiślanej skarpy. Lekarz na miejscu przeprowadził pierwsze badanie.

Sprawa prosta - oświadczył. - Facet stał nad samym brzegiem. W pewnej chwili ziemia się osunęła i on runął wraz z nią. Osuwająca się ziemia unieruchomiła mu nogi, wskutek czego ciało wykonało łuk. Uderzył plecami o ten półokrągły duży kamień. Nastąpiło złamanie kręgosłupa i prawdopodobnie zerwanie rdzenia pacierzowego. Przypuszczam, że na wysokości kręgów szyi. Momentalna śmierć. Przyczynę zgonu ustali się ściśle dopiero po sekcji, ale nie przypuszczam, abym się mylił.

Kiedy nastąpił zgon? - zapytał prokurator.

Co najmniej przed dwunastoma godzinami, a może nawet nieco wcześniej.

- Dziwne, że dopiero teraz go odnaleziono. - Wczoraj było chłodno. Przed wieczorem znowu zaczął padać deszcz. Pogoda nie zachęcała do spacerów.

Zresztą, jeżeli ktoś szedł górą, to mógł nie dostrzec ciała leżącego pod stromym urwiskiem. Na górze wyraźnie widać, że ziemia się osuwa, nikt więc nie ryzykował podchodzenia na sam skraj skarpy - tłumaczył jeden z wędkarzy. - Co innego my, szliśmy samym brzegiem Wisły i musieliśmy się natknąć na zwłoki.

A jednak, panie prokuratorze, ktoś już przedtem znalazł tego człowieka - zauważył jeden z członków ekipy dochodzeniowej MO. - Jestem tego całkowicie pewien.

Skąd ta pewność?

Przy tym nieszczęśniku nie znalazłem niczego. Ani chusteczki do nosa, ani choćby zużytego biletu tramwajowego.

- Może mieszkał w pobliżu Lasku Bielańskiego?. - A wybierając się na spacer, specjalnie opróżni kieszenie?

- To nieprawdopodobne - zgodził się prokurator.

Dlatego właśnie twierdzę, że ktoś już przed nami znalazł ciało i okradł zmarłego.

Może to samobójstwo? - zauważył wędkarz. - Czytałem, że samobójcy nieraz tak postępują, aby utrudnić ich identyfikację.

Zdarza się - przyznał porucznik MO, który kierował ekipą dochodzeniową. - Ale w tym przypadku samobójstwo jest wykluczone.

Naturalnie - zgodził się prokurator.

A zatem trzeba przypuszczać, jak to zauważy słusznie Jóźwiak, że tego faceta okradziono. Już po śmierci.

Co za ohyda! - wzdrygnął się jeden z wędkarzy.

Dziwny to złodziej, który tak dokładnie wypatroszył kieszenie nieboszczyka prokurator zastanowił sic.

- Widzę - zauważył w końcu - że sprawa się komplikuje. Początkowo sądziłem, że to zwykły nieszczęśliwy wypadek, ale teraz już nie jestem o tym przekonany.

- Obawiam się - wtrącił wywiadowca Jóźwiak - że z tym gościem będziemy mieli jeszcze sporo kłopotów.

Przede wszystkim trzeba ustalić jego tożsamość. A także odszukać tego czy tych, którzy okradli trupa - postanowił prokurator.

To drugie nie będzie takie proste. Mało to się włóczy po Lasku Bielańskim najrozmaitszej chuliganerii - porucznik dobrze znał tę dzielnicę, teren swojej pracy.

To co, panie prokuratorze? - zapytał lekarz. - Można go zabierać?

- Oczywiście. Tu nie mamy już nic do roboty.

Niedługo potem karetka ruszyła, zabierając zwłoki człowieka, który jeszcze poprzedniego dnia sądził, że dopiął celu i że w dalszym długim życiu, a w to nie wątpił, czekają go tylko same przyjemne zdarzenia.

Ekipa dochodzeniowa ładowała się do swojego radiowozu, prokurator odjechał służbową warszawą. Na brzegu rzeki pozostał jedynie mały kopczyk żółtobrązowego piasku, część oberwanego stromego urwiska skarpy.





ROZDZIAŁ III

Gdzie jest ta walizka?



Punktualnie w godzinę po tragicznym wypadku w Lasku Bielańskim dwaj mężczyźni zadzwonili do drzwi pewnego małego mieszkania przy jednej z ulic Mokotowa. Otworzył natychmiast gospodarz, Andrzej Doberski. Zaprosił gości do środka.

- Rozgośćcie się - powiedział wskazując stół na środku pokoju. - Żonę z dziećmi wysłałem do teściowej. Jesteśmy sami. Możemy mówić bez skrępowania.

Na stole stała butelka wódki i zakąski. Gospodarz nalał do trzech kieliszków.

- Dobrze nam zrobi po tym wszystkim - powiedział podnosząc szkło w górę.

Nie potrzebował nikogo namawiać. Kiedy butelka pokazała dno, Andrzej Doberski zaczął:

- Co się stało, nie odstanie i nie ma co wałkować tej sprawy. Kazik okazał się skończonym łobuzem. Słusznie też Opatrzność go ukarała. Próbował oszukać przyjaciół. Do tej pory krew mnie zalewa. Powtarzam, ja go palcem nie tknąłem.

- Ale co dalej? - płaczliwie zapytał Zygmunt Lipień!

Właśnie po to się zebraliśmy. Trzeba znaleźć walizka z pieniędzmi.

On powiedział, że nawet diabeł jej nie znajdzie!

Ot, tak klepał jęzorem, żeby nas postraszyć i zmiękczyć. Żebyśmy się zgodzili na jego warunki. Na pewno pieniądze, są w jego mieszkaniu albo w piwnicy.

Nawet nie wiem, gdzie on mieszka. Zawsze dzwoniłem do niego do warsztatu.

Ale ja wiem, bo znalazłem adres w jego dowodzie osobistym - z triumfem wyjaśnił Andrzej. Miałem nosa, że opróżniłem mu kieszenie. Ma kawalerkę na Solca. W tych blokach przy Moście Poniatowskiego.

To co z tego? - Zygmunt był pesymistą. - Przecież nie pójdziemy tam, żeby się nadziać na milicję, która nas wybierze jak raki z sieci.

A właśnie, że pójdziemy - oświadczył Andrzej.

Dziękuję, beze mnie.

- To znaczy, że rezygnujesz ze swojej doli?

Ja mam zrezygnować?!

W walizce jest cztery miliony sto siedemdziesiąt tysięcy. Teraz na każdego z nas przypada nie milion, ale prawie czterysta tysięcy więcej, bo jeden wysiadł z gry. Zostaliśmy jego spadkobiercami.

A tamci jego wspólnicy, którzy udzielili mu pomocy iv banku?

Nie ma” obawy - roześmiał się Andrzej. - Nie? zgłoszą się do nas ani nie podadzą nas do sądu. Będą siedzieli cicho. Zresztą nic o nas nie wiedzą. Najwyżej znali Kazika. Ale i w to wątpię. Był z niego kawał drania, ale trzeba mu przyznać, że łeb miał. Na pewno tak się urządził, że nie znają ani jego nazwiska, ani adresu. Za ostrożny był.

Ale najpierw trzeba znaleźć walizkę - martwił się Tadeusz.

Moja w tym głowa - Andrzej nie tracił pewności

siebie. - Widzę, że będę musiał objąć dowództwo naszej małej grupki. Znacie mnie, jestem człowiekiem uczciwym, więc żadnego kantu nikomu nie wytnę. Szukamy pieniędzy razem lub osobno. Bez względu na to, który z nas i w jakich okolicznościach znajdzie walizkę, pieniądze podzielimy pomiędzy siebie po równo. Gdyby były naprawdę jakieś koszty, to najpierw uzgadniamy. Zgoda?

- Zgoda! - przytaknęli Zygmunt i Tadeusz.

- Naturalnie - ciągnął Andrzej Doberski - jesteśmy zobowiązani do wzajemnego pomagania sobie i do działania z wolą i wiedzą naszej trójki.

- To zupełnie zrozumiałe - zgodził się Lipień.

Jestem przekonany, że pieniądze znajdziemy. Może jeszcze dzisiaj.

Naprawdę chcesz iść do niego do domu? To cholerne ryzyko. Tam już milicja może czekać na nas.

Nie czeka, nie czeka. Przestań wreszcie być takim obrzydliwym tchórzem. Od wypadku minęły zaledwie dwie godziny. Deszcz znowu pada, jest ciemno. Kto o takiej porze włóczy się po Lasku Bielańskim lub nad brzegiem Wisły? W najlepszym razie znajdą ciało jutro rano. Zanim przyjedzie milicja, prokurator, zanim rozpoczną dochodzenie, upłynie sporo czasu. A dochodzenie utknie na samym wstępie, ponieważ przy zabitym niczego nie znajdą. Zrewidowałem go dokładnie i zabrałem wszystko, co miał w kieszeniach. Nie zostawiłem najmniejszego drobiazgu. W takiej sytuacji niełatwo będzie zidentyfikować zmarłego.

Na pewno go rozpoznają.

- I ja w to nie wątpię. Ale to musi potrwać. A przecież warunkiem naszego powodzenia jest wygranie wyścigu z czasem. - Dopóki milicja nie ustali danych personalnych ofiary wypadku, mamy swobodę działania.

Ale potem mogą się nam dobrać do skóry - na Zygmuncie ta skóra ciągle cierpła.

Nie kracz! Kiedy już zidentyfikują naszego przyjaciela, i tak go nikt nie posądzi o udział w napadzie. Z oględzin miejsca śmierci i z sekcji zwłok wynika, zresztą zgodnie z prawdą, że to był nieszczęśliwy wypadek. A takich zdarza się w Warszawie sporo każdego miesiąca. Tym torem pójdzie śledztwo.

- Jeżeli zrobią rewizję w domu Strzelczyka, mogą znaleźć jakieś dowody jego udziału w napadzie.

Nie znajdą, bo my będziemy pierwsi.

Naprawdę chcesz tam iść?

- To jest konieczne. Zarówno dla naszego bezpieczeństwa, jak i dla znalezienia pieniędzy. Pójdziemy wszyscy. Tadek i ja wejdziemy do mieszkania. Zygmunt zostanie „na świecy”.

Zgadzam się - potwierdził Tadeusz Majewski.

To straszne niebezpieczeństwo - Zygmunt starał się powstrzymać kolegów.

Dla ciebie najmniejsze. Będziesz spokojnie spacerował po ulicy i rozglądał się. Gdyby przyjechała Alicja, dasz nam znać.

W jaki sposób?

To ustalimy na miejscu, na Solcu. Przecież nawet nie wiem, jak ten dom wygląda, na jakim piętrze jest kawalerka Kazika i na którą stronę wychodzą okna tego mieszkania. Ale wymyślimy jakiś sposób komunikowania się, aby MO nas nie zaskoczyła, chociaż wątpię, żeby doszło do takiej ewentualności.

Na pewno nie dojdzie - Tadek podzielał przekonanie dowódcy.

Boję się.

Wolna droga - rozzłościł się Doberski. - Mam juz dosyć słuchania tego twojego „boję się. Nikt ci nie broni wycofać się z interesu. Wystarczy, że wyjdziesz z mojego mieszkania i zamkniesz za sobą drzwi. Nie będę cię gonił, a żaden z nas nie będzie miał do ciebie najmniejszej pretensji. Na twojej rezygnacji zarobimy po siedemset tysięcy. Wybieraj, wóz albo przewóz. Idziesz z nami?

Na twarzy Zygmunta Lipienia odbił się wyraz rozpaczliwej walki, jaka toczyła się w nim między strachem a chciwością. Aż spotniał.

Idę - zadecydował.

Myślałem - roześmiał się Doberski - że jako dobry kolega zrobisz nam piękny prezent z siedmiuset nalepek. No, ale komu w drogę, temu czas.

Dom na Solcu okazał się dużą, ośmiopiętrową kamienicą. Jeden rzut oka na tablicę z nazwiskami lokatorów przekonał trzech poszukiwaczy skarbów, że mieszkania Kazimierza Strzelczyka znajduje się na szóstym piętrze. Na jaką stronę wychodziły okna tego mieszkania, trudno było zgadnąć. Natomiast klatka schodowa miała wielką szklaną ścianę. Można więc było obserwować ze schodów zarówno wejście do budynku, jak też i spory kawał ulicy. Idealne miejsce obserwacyjne.

Ty, Zygmunt - rozkazał Doberski - staniesz przy oknie i dajesz baczenie na ulicę. Jeżeli zobaczysz radiowóz, po prostu trzy razy zadzwonisz do drzwi mieszkał na Kazika. Sam możesz spływać.

To przecież nadzieję się na milicjantów - Zygmunt nie grzeszył odwagą.

Nie nadziejesz, się, bo nie będą się drapali na szóste piętro, lecz pojadą windą, a ty zejdziesz spokojnie po schodach. O nas się nie martw.

A my co zrobimy? - zaniepokoił się Tadeusz.

Przede wszystkim spróbujemy sprawdzić, czy nie jest to fałszywy alarm. Jak znam Zygmunta, to narobi hałasu na widok pojedynczego milicjanta idącego z dziewczyną pod rękę.

A jeżeli alarm będzie prawdziwy?

Zawsze zdążymy wyjść z mieszkania, zamknąć je i albo zejść na dół, albo wejść dwa piętra wyżej, tam ściągnąć windę i zjechać nią na dół. Przecież oni nie zrobią blokady domu. Jeżeli w końcu zidentyfikują zwłoki, to znajdą i adres. Zapewne zechcą dostać się do kawalerki Kazika. Będą tym tak zaabsorbowani i tyle im to zabierze czasu, że zdążymy się wycofać. Jasne?

Jasne! - zgodzili się dwaj wspólnicy.

No to jedziemy - Andrzej włożył klucz i otworzył, windę.

Pojechali na szóste piętro. Kawalerka Strzelczyka znajdowała się na wprost klatki schodowej. W dwie strony biegł długi korytarz. Z niego wiele drzwi prowadziło do sąsiednich mieszkań.

Andrzej wydobył z kieszeni pęk kluczy. Obejrzał zamki w drzwiach kawalerki i przypatrując się kluczom, starał się ustalić, które z nich pasują do zamka „yale” oraz do zasuwy na dole drzwi. Najłatwiej odgadł klucz do zamka pod klamką. Był okrągły, zakończony gwiazdką. Takie urządzenie zakłada się do zwykłych „cuhałtów”, żeby utrudnić złodziejowi włamanie się do środka.

- To będzie ten i ten długi - powiedział Doberski. - Pilnuj, Zygmunt, a my wchodzimy.

Zasuwa, dała się od razu otworzyć, ale drugi klucz, właśnie do „yale”, nie pasował. Zamek ustąpił dopiero wtedy, kiedy Andrzej wsunął weń inny, płaski klucz, znajdujący się również na kółku wyjętym z kieszeni zmarłego.

Kawalerka Kazimierza Strzelczyka składała się z jednego dość dużego pokoju, malutkiej kuchenki bez okna i równie niewielkiej łazienki. W przedpokoju znajdowała się szafa w ścianie. W pokoju stało biurko, tapczan, dwa fotele, niski stolik i telewizor na wysokich nóżkach. Na ścianie wisiały dwie półki na książki. W mieszkaniu panował pedantyczny, porządek. W kuchni stał mały stół, jedno krzesło i szafka, na której umieszczono niewielką lodówkę. Pod zlewozmywakiem urządzono pomieszczenie na sprzęt kuchenny. W łazience nie było żadnego mebla poza normalnym wyposażeniem tego pomieszczenia.

- Od czego zaczynamy? - zapytał Tadeusz.

- Od kuchni - zadecydował Andrzej. - To nam zajmie parę minut.

W kuchni niczego nie znaleziono, pomimo że Doberski nie tylko odsunął szafkę od ściany, ale nawet zajrzał do mechanizmu lodówki, nie mówiąc już o jej wnętrzu i sprawdzeniu, czy garnki stojące na półce pod zlewozmywakiem są naprawdę puste.

Tu nic nie ma - stwierdził Tadeusz.

W łazience także - odpowiedział Andrzej, który i tam zaglądał.

- Chodźmy do jego pokoju.

Ale w pokoju nie znaleziono nie tylko walizki z ogromną sumą pieniędzy, lecz nawet żadnej małej kwoty. Przejrzeli dokładnie biurko. Tam poza różnymi papierami: listami, kwitami i innymi dokumentami, na których, czytanie rewidujący nie tracili czasu, w szufladach leżała bielizna zmarłego, a w tej najszerszej, na środku biurka, kilka dojrzewających pomidorów.

Tapczan wypełniały pościel i walizka. Ale nie ta poszukiwana. Także jej zawartość była zupełnie inna. Zamiast milionów złotych, jakieś łachy. Już nie do noszenia, ale jeszcze je żal wyrzucić.

W szafie w przedpokoju wisiały ubrania i zimowy płaszcz zmarłego. Na małej antresoli worek turystyczny, w nim sportowe buty „pionierki” i spodnie „pumpy”, jakie nosi się najczęściej w górach. Poza tym stało pudło na brudną bieliznę, zresztą prawie puste.

Doberski zajrzał do środka telewizora i zbadał stojące na półkach książki. Tam tez niczego nie znaleziono.

Nie ma nic - stwierdził Tadeusz.

Cholera! Gdzie on mógł to schować?

Przecież w mieszkaniu nie ma żadnej skrytki. Nawet wannę ostukałem.

Może w piwnicy?

Chodźmy na dół do piwnicy.

Czy to nie ryzykowne? - teraz Tadeusz naśladował Zygmunta.

Jakie tam ryzyko - bagatelizował Doberski. - Nie większe niż tutaj.

Zawsze ktoś się może napatoczyć i zobaczyć, że się dobieramy do cudzych drzwi. Nie zapominaj, że piwnice mają zazwyczaj nieszczelne drzwi, a jedynie kratę oddzielającą ją od korytarza, i ktokolwiek znajduje się w suterenie, widzi, co sąsiad robi w swoim boksie. Kazik na pewno nie postawił walizy w piwnicy, lecz tam ją dobrze schował. Wykopał dół albo nawet zamurował.

- Sam sobie przeczysz. Gdyby kopał dół czy coś murował, to właśnie sąsiedzi by go widzieli i zainteresowali się taką robotą.

On był właścicielem mieszkania. Miał klucze do sutereny. Równie dobrze mógł tam zejść w nocy. Wtedy ryzyko spotkania sąsiadów jest minimalne.

To i my przyjdziemy w nocy. A tymczasem rzucimy okiem, jak się sytuacja przedstawia na dole.

Wyszli z mieszkania. Doberski starannie zamknął drzwi na klucze. Zygmunt nie pytał o rezultat poszukiwań. Widok przyjaciół wychodzących z kawalerki z pustymi rękoma, wystarczał mu za informację.

Kiedy Doberski zamykał kawalerkę, na szóstym piętrze zatrzymała się winda. Wyszła z niej jakaś kobieta w towarzystwie dwóch małych chłopców, najprawdopodobniej bliźniaków. Wskazywały na to jednakowy wzrost i jednakowe ubranie, już nie mówiąc o podobieństwie rysów twarzy. Kobieta nie zwróciła uwagi na trzech mężczyzn znajdujących się na klatce schodowej. Kiedy chciała zamknąć drzwi windy, Andrzej powiedział:

Proszę nie zamykać. Zjeżdżamy na dół.

Niedobrze - Zygmunt znowu był przerażony - że spotkaliśmy tę babę. Widziała, jak zamykaliście mieszkanie Strzelczyka.

Głupstwo - zbagatelizował Doberski. - Zresztą nie widziała tego momentu, a jedynie mogła zauważyć; nas stojących przed tymi drzwiami. Pb prostu koledzy przyszli w odwiedziny i nie zastawszy gospodarza w domu pojechali na dół.

Winda zatrzymała się na parterze. Ale klatka schodowa nie kończyła się tutaj. Schody prowadziły niżej, do sutereny. W małym parterowym holu akurat nie było nikogo, więc Doberski polecił:

- Czekaj tu, Zygmunt, a w razie czego szukaj nas na dole. My idziemy zbadać piwnicę.

Zanim Lipień zdążył odpowiedzieć, Andrzej z Tadeuszem zeszli schodami. Drzwi do pomieszczeń znajdujących się w podziemiu były otwarte. Kontakt elektryczny znajdował się tuż obok. Kiedy Doberski zapalił światło, poszukiwacze skarbu ujrzeli dość długi korytarz. Pierwsze drzwi z korytarza prowadziły do jakichś urządzeń elektrycznych. W skazy wała na to tabliczka ze znakiem „błyskawicy” i ostrzeżeniem o niebezpieczeństwie grożącym przy otwieraniu tego pomieszczenia. Następne drzwi to z jednej strony baterie wymienników ciepła, z drugiej hydrofornia, jak informowały napisy. Dalej - pralnia. Z kolei korytarz podzielony był na niewielkie boksy - piwnice ze ściankami zbitymi z desek tak, że tworzyły kratownice. Na każdym boksie był wymalowany numer mieszkania. Te numery nie biegły jednak kolejno, ale najwidoczniej według czasu wprowadzania się lokatorów do niedawno zbudowanego domu. Kto się wprowadzał, zajmował następną, najbliższą od wejścia piwnicę, i malował swój numer na jej drzwiach.

Majewski i Doberski przeszli korytarzem aż do końca. Ale na próżno szukali drzwi oznaczonych numeracją odpowiadającą mieszkaniu Kazimierza Strzelczyka.

Sprawdzili ponownie. Bez skutku.

- Czyżby nie miał piwnicy?

- To możliwe - wyjaśnił Majewski. - W domu, w którym mieszkam, kawalerki nie mają piwnic. W tych wysokich budynkach jest zwykle więcej lokali, niż można zbudować piwnic w podziemiu. U nas stale są o to awantury.

- Spływamy! - postanowił Andrzej.

Wyszli z sutereny i we trójkę opuścili kamienicę przy Solcu. Nikt nic nie mówił. Ale Majewski i Lipień pomyśleli, że lepiej było wziąć po pół miliona od żywego Kazimierza Strzelczyka, niż szukać skarbu zmarłego, choćby znalezienie tej walizki miało przynieść każdemu trzy razy więcej. Doszli do Tamki i automatycznie skierowali się w stronę widniejącego na brzegu Wisły pomnika Syreny Warszawskiej. Skręcili na Wybrzeże Kościuszkowskie i usiedli na jednej z ławek.

Wszystko przepadło - Zygmunt pierwszy przełamał milczenie. - Nigdy nie znajdziemy tych pieniędzy, natomiast milicja nas znajdzie i zaprosi na Mokotów. Co najmniej na dziesięć lat.

To przez ciebie, Andrzej - dorzucił Majewski. - Żebyś wtedy nie wywołał awantury, nie doszłoby do wypadku z Kazikiem.

- A wy jak barany chcieliście się dać oszukać temu draniowi - Doberski znowu był bliski wybuchu. - Niedoczekanie jego. Wcale nie żałuję tego, co się stało.

- Ale my żałujemy pieniędzy.

Pieniądze się znajdą.

Ale gdzie i kiedy?

Gdzie ten skubaniec mógł je schować?

Może w warsztacie? - podrzucił Zygmunt.

W warsztacie chyba nie, przecież inni pracownicy mogliby zauważyć - oponował Tadeusz. - Już prędzej u jakichś krewnych albo u swojej babki.

Kazik żadnej babce czy jakiemuś pociotkowi nie zawierzyłby czterech milionów złotych. I to pochodzących z takiej roboty - Zygmunt bronił swojej koncepcji

- Zygmunt ma chyba rację - zabrał głos Doberski. - Na parę dni przed akcją Kazik wspominał, że właściciel warsztatu, wyjechał na urlop do Bułgarii i on go zastępuje. Zresztą Kazik zawsze miał klucze do tego warsztatu. Mógł przyjść wcześniej przed innymi i upchnąć walizę w jakimś kącie. Albo nawet schować ją w mieszkaniu właściciela. Przecież ten Jankowski mieszka w domku wybudowanym koło warsztatu samochodowego. Kto wie, czy wyjeżdżając za granicę nie zostawił swojemu zaufanemu pracownikowi także i kluczy do mieszkania? Byłem tam kiedyś i pamiętam, że kantorek warsztatu mieści się właśnie w tym obok stojącym domku. Z kantorku drzwi prowadziły do dalszych pomieszczeń.

Andrzej wyjął z kieszeni pęk kluczy odebranych zmarłemu i uważnie je przeglądał.

Te trzy klucze to do kawalerki - objaśniał - ale tutaj mamy jeszcze jeden podobny, płaski, do „yale”. Te dwa to najprawdopodobniej do kłódek. A te trzy długie to także do jakichś zasuw. Ale gdzie się te zasuwy znajdują? A ten pękaty, to do kłódki, ale bardzo dużej. Takiej, na jakie zamyka się sklepowe żaluzje. Te trzy małe kluczyki zapewne do jakichś szaf.

Kiedy pewnego razu wstąpiłem do Kazika, do warsztatu, widziałem, jak, otwierał żelazną szafkę-szatnię. Miał tam w niej swoje ciuchy robocze. Właśnie jednym z tych kluczyków - wyjaśniał Tadeusz. - Teraz doskonale to sobie przypominam.

Panowie - Andrzej odzyskał energię - czeka nas dzisiaj ciężka noc.

Noc? Dzisiaj? - zaniepokoił się Zygmunt.

- Musimy odwiedzić warsztat samochodowy Jankowskiego i jestem pewien, że tam znajdziemy naszą ukochana walizeczkę. Nawet się domyślam, gdzie ona jest Ukryta.

Gdzie?

Trzymam zakład, że będzie zamknięta w bagażniku jakiegoś samochodu.

W samochodzie?

Choćby w tym, którego Kazik używał w czasie akcji. To świetny pomysł. Cudzy samochód oddany do naprawy. Albo czeka swojej kolejki na remont, albo już jest gotowy, lecz właściciel jeszcze go nie zabrał. A w bagażniku walizka pełna forsy. Nikt by nie wpadł na myśl, żeby tam jej szukać.

- Przecież każdy pracownik warsztatu mógłby tam zajrzeć i znaleźć te pieniądze. Choćby przez głupi przypadek. Na przykład potrzebowałby jakiegoś ki uczą i zamiast go szukać w warsztacie, sięgnąłby do bagażnika najbliżej stojącego wozu.

- A właśnie że nie, bo Kazik jako zastępca właściciela ma wszystkie kluczyki. A kluczyków do tego wozu nie dałby nikomu. A poza tym w takim warsztacie można łatwo znaleźć inną, dobrą kryjówkę.

- Znaleźć kryjówkę łatwo, ale znacznie trudniej znaleźć schowane w niej pieniądze.

- Przestań, Zygmunt, biadolić. Od twojego gadania już mnie flaki bolą.

- Chcesz iść teraz do tego warsztatu? - rzeczowo zapytał Tadeusz.

Andrzej spojrzał na zegarek. Dochodziła dziewiąta wieczorem.

Za wcześnie. Zjawimy się tam po dziesiątej.

To nie będzie takie łatwe - Tadeusz, chociaż nie był tchórzem, przewidywał trudności. - Naokoło są zabudowania badylarzy. A poza tym warsztat znajduje się

przy głównej drodze wylotowej z Warszawy. Nie ma godziny, żeby tam nie pojawił się radiowóz MO.

- Tym lepiej - Doberski był najzupełniej spokojny. - Już ja wiem, jak się do tego zabrać, aby wszystko grało.

Zygmunt chciał co powiedzieć. Najprawdopodobniej swoje sakramentalne „boję się”. Już otworzył usta, ale w końcu powstrzymał się od uwagi.

Głodny jestem - stwierdził Majewski.

Ja też - przytaknął Andrzej. - Musimy gdzieś po drodze wdepnąć i porządnie się najeść. Czeka nas bardzo pracowita noc. Warto także zaopatrzyć się w jakieś kanapki. Jeżeli mam w nocy robotę, to zawsze dopisuje mi apetyt.

Ja tam nie wezmę do ust ani kęsa.

Nikt cię nie namawia. My pójdziemy na golonkę z dużym piwem, a ty za nas najesz się strachu.

Czy też będę stał na świecy? - dopytywał Zygmunt.

Zobaczymy na miejscu. Ale raczej nie. Na tę noc będziesz monterem samochodowym.

- Przecież ja się na tym nie znam.

Nie szkodzi - uciął Andrzej. - Idziemy, bo czas ucieka. I tak trudno będzie w knajpie dostać coś przyzwoitego do żarcia.

Zapraszałeś na golonkę.

Marzyciel. Golonka w Warszawie o dziewiątej wieczorem? Chodźmy.



ROZDZIAŁ IV

Noc w warsztacie samochodowym



Każdy, kto choć raz wyjeżdżał z Warszawy samochodem w kierunku Modlina i Gdańska, na pewno przypomina sobie, że jadąc ulicą Marymoncką, niedaleko za Cmentarzem Włoskim, mijał stojącą na skraju drogi wielką, barwną tablicę. Napis wykonany wielkimi literami głosił, że właśnie tutaj znajduje się warsztat naprawy samochodów Józefa Jankowskiego. Specjalność; roboty blacharskie i diagnostyka. Za wysoką siatką odgradzającą całą, niewielką zresztą, posesję widać było biały, jednorodzinny domek. Szeroka brama prowadziła tuż przy domu na podwórze, gdzie w głębi wybudowano sporą halę fabryczną - właśnie ten warsztat blacharski.

Minęła godzina dziesiąta wieczorem. Deszcz wprawdzie nie padał, ale zimno było przenikliwe. Ulicą Marymoncką z rzadka przemykały samochody. Czasami przetoczył się tramwaj. Przed bramą warsztatu stanęło trzech ludzi. Chwilę obserwowali zarówno całą posesję, jak i ulicę. Było pusto.

Dobra jest - stwierdził Andrzej Doberski. - Nikogo nie ma. Możemy wchodzić.

W środku może być nocny dozorca - Zygmunt Lipień jak zwykle zgłosił zastrzeżenia. - Pewno śpi w warsztacie.

- To go obudzimy - Andrzej nacisnął guzik dzwonka. Rozległ się głośny sygnał, powtórzony później dwukrotnie, gdyż Doberski zadzwonił aż trzy razy. Nikt jednak nie zjawił się na ten alarm.

- Już po strachu - zauważył Tadeusz Majewski. - pamiętam, Kazik kiedyś wspominał, że teraz nocuje na Marymonckiej, bo właściciel warsztatu wyjechał wraz z rodziną na urlop do Bułgarii. Gdyby był dozorca, Strzelczyk nie musiałby tu mieszkać.

Andrzej uważnie obejrzał bramę wjazdową. Zamknięta była na łańcuch spięty potężną kłódką.

To ten klucz - Doberski bezbłędnie dobrał odpowiedni klucz z kółka i bez trudu otworzył bramę. Cała trójka wśliznęła się do środka. Andrzej nie poprzestał na uchyleniu wierzei, ale otworzył je na oścież i żeby się nie mogły zamknąć, wsunął haczyki w odpowiednie otwory bocznych słupków.

Co ty robisz? - przestraszył się Zygmunt.

A tymczasem Doberski podszedł do hali warsztatowej. Odnalazł znajdujący się na ścianie kontakt i nacisnął. Zapłonęły lampy na wszystkich drzwiach hali i ta na słupie oświetlająca całe podwórze.

Zgaś natychmiast! Jeszcze nas tu ktoś zobaczy - denerwował się Lipień.

Właśnie dlatego to robię, żeby nas widziano - Andrzej spokojnie dopasowywał klucze do drzwi warsztatu.

Zwariował! Daję słowo, że zwariował - Zygmunt był bliski ucieczki.

Również Majewski nie rozumiał postępowania kolegi. On też zaczął się obawiać. A Andrzej otworzył już warsztat i także zapalił w nim światła. W hali, która miała pięć dużych boksów, stało osiem samochodów. Każdy w inny sposób uszkodzony. Ten miał zderzenie czołowe, inny, jak świadczyły kompletnie rozbite drzwi z prawej strony, musiał otrzeć się o drzewo. Na dużego forda ktoś najechał i jak to się mówi „zrobił mu garaż z bagażnika”. Duża czarna wołga z tabliczką „CD” dostała z lewej strony maski. Poszedł błotnik i reflektory.

Doberski uważnie rozejrzał się dokoła. Pod jedną ze ścian postawiono metalowe szafki. Niektóre zamknięte na niezbyt skomplikowane kłódki, ale większość otwarta. Wisiały w nich kombinezony robocze, jakie pracownicy warsztatu wkładali do roboty. Andrzej podszedł i wyjął dwa.

- Chłopaki! - Piorunem zakładajcie te ciuchy i brać się do roboty przy tej wołdze.

- Dlaczego? - tym razem i Majewski był przekonany, że ich towarzysz ma nie w porządku „pod strzechą”.

- Wam to trzeba wszystko tłumaczyć, jak chłop krowie na granicy. Przebierzecie się w kombinezony i będziecie się kręcili koło tego trupa. W tym czasie ja spokojnie zrewiduję posesję, nie wyłączając prywatnego mieszkania Jankowskiego.

Przecież może nas ktoś zobaczyć.

No to co? Będzie widział, że w warsztacie pracuje się nocą, żeby doprowadzić do porządku wóz z ambasady. Pilne zamówienie dla obcokrajowców, więc trzeba robić nie oglądając się na porę. A gdybyśmy myszkowali tutaj po ciemku przy latarce elektrycznej lub świecąc zapałkami, diabła byśmy znaleźli i dopiero moglibyśmy zwrócić na siebie uwagę. Przecież to międzynarodowa droga. Stale nią jeżdżą patrole MO.

- To nie jest głupie - Tadeusz zrozumiał plan „wodza”. - Masz łeb!

Ja zresztą też włożę, kombinezon. Tak będzie wygodniej.

Zygmunt, wskakuj w to ubranie - sam Majewski szybko zdejmował garnitur i naciągał poplamiony smarami kombinezon.

Ale ja się nie znam na samochodach.

Nie szkodzi. Chodzi o pozorowanie roboty. Staniecie lub usiądziecie przy wołdze i obłożycie się narzędziami. Gdyby się ktoś pokazał, nie wdawajcie się w żadne gadki. Ja będę rozmawiał, a wy pracujcie. Stukajcie albo odkręcajcie jakieś śruby. Zrozumiano?

Zrobi się - Tadeuszowi bardzo się spodobał plan Doberskiego.

A jeżeli akurat ciebie nie będzie w warsztacie? - pytanie padło z ust ostrożnego Zygmunta Lipienie.

To powiecie, że majster poszedł do kantorku i zawołacie mnie.

Ale w ten sposób my nie będziemy mogli szukać walizki.

- Ja poszukam. Nie bój się, nie okradnę was jak Kazik.

Ja się nie boję - Zygmunt usiłował dyplomatycznie się wycofać. - Tylko to dłużej potrwa. We trzech byłoby szybciej.

Na to nic nie poradzimy. Chociaż można i tak zrobić, że w hali warsztatowej wy poszukacie. Ale nie zapomnijcie obejrzeć wszystkich samochodów. W którymś z bagażników może być walizka.

Taki bagażnik na pewno jest zamknięty.

- Potrafię go otworzyć. Przy Kaziku nie było żadnych kluczyków samochodowych. Znajdę je w kantorku. Razem z dokumentami rejestracyjnymi wozów. Tylko jednocześnie nie włóczcie się po warsztacie. Jeden zawsze musi być przy wołdze. Jakby coś, ten drugi łapie pierwsze lepsze narzędzie i wraca do tego auta. No, do roboty!

Doberski przebrał się w kombinezon i przeszedł do sąsiedniego boksu, gdzie znajdowała się lakiernia. Lipień uznał, że najmniejszym ryzykiem jest siedzenie z młotkiem w jednym ręku i jakimś kluczem w drugiej łapie przy rozbitym błotniku. Tadeusz zaczął systematyczniej metr po metrze, badać halę warsztatową.

Zygmunt, puść radio - odezwał się Andrzej z lakierni.

Jakie radio?

No, to z wołgi.

Kiedy nie wiem jak.

Ale z ciebie fujara - Andrzej wyszedł z lakiem i włączył aparat.

Rozległa się muzyka.

Teraz już nas wszyscy nie tylko widzą, ale i słyszą - Lipień był niepocieszony.

O to właśnie chodzi, żeby stworzyć pozory normalnego funkcjonowania warsztatu. Zapewne w czasie pra cy ktoś otwiera aparat i słychać muzykę.

Znalazłeś?

Nie. W lakierni nie ma żadnego schowka. A samo chód, który tam stoi, pusty.

Tadeusz Majewski usiadł na stołku obok wołgi.

- Przeszukałem dokładnie cały warsztat – wyjaśnił. - Wszystkie samochody mają otwarte bagażniki. Szukałem w szafkach na ubrania, bo otworzyłem kłódki. Zbadałem kanał, zaglądałem wszędzie. Nigdzie nie ma tej przeklętej walizki. Gdzie on mógł ją schować?

- Nad lakiernią jest stryszek - wtrącił Zygmunt.- Zauważyłem na podwórzu drabinkę. Może tam?

- Też go widziałem. Trzeba będzie zajrzeć i na tę antresolę.

W tej chwili przed bramą do warsztatu zatrzymał się samochód. W świetle latarni można było dostrzec granatowe litery MO na popielatym tle karoserii warszawy.

MO! - z przerażeniem szepnął Zygmunt.

Pracować! - przypomniał Andrzej Doberski i sam złapał leżący na ziemi duży klucz „Szwed”.

Z auta wysiadło dwóch milicjantów i skierowało się w stronę warsztatu.

Po dwunastej w nocy, a u was się świeci. Co to za nocna robota?

Panie sierżancie - Doberski wysunął się do przodu. - Mamy „wołgę z ambasady. Paskudnie dostała. Cały błotnik trzeba klepać. A jutro musi być gotowa. Chciał nie chciał, trzeba w nocy przy niej porobić.

Macie pozwolenie na pracę w nocy?

- Ja tam nie wiem. Pewnie pan Jankowski ma. Ale stale przecież nie robimy. Czasem tylko. Sam bym wolał teraz spać.

- A gdzie właściciel?

- Nie ma go w Warszawie. Wyjechał na urlop do Bułgarii.

A ten drugi?

Pan Kazimierz Strzelczyk? On go zastępuje. Poszedł do domu trochę się przespać. O piątej ma tu przyjść razem z lakiernikiem. Do tego czasu my wyklepiemy, co potrzeba.

Coś mi się wydaje, że ten wasz Jankowski zapłaci mandat za nocną pracę.

Doberski roześmiał się.

- Na pewno na tym nie straci. Ambasadzie pilno z tym wózkiem, to pokryją i taki wydatek. Nam też obiecali osobno dołożyć, żeby tylko wołga była jutro na chodzie.

Sierżant wyjął z mapnika notes i coś w nim zanotował.

- No dobra - stwierdził. - Pracujcie dalej. Do widzenia.

- Do widzenia, panie sierżancie.

Radiowóz odjechał.

Widzicie - tryumfował Doberski. - Żeby nie moja głowa, to byśmy leżeli jak neptki. A tak, światło się pali, radio gra, mechanicy pracują, wszystko w porządku. Najwyżej Jankowski po powrocie z Bułgarii zapłaci mandat. Dopiero się zdziwi! Gdzie ta drabina, Zygmunt?

Z prawej strony podwórza. Koło siatki, gdzie ta kupa złomu.

Dobrze, znajdę ją i zbadam ten stryszek.

A ja poszukam na podwórzu. Może Kazik schował pod złomem? Tam leżą różne blachy, połamane karoserie, pokrywy do bagażników Mógł pod nie wcisnąć walizę.

Zbadaj również pojemniki na śmieci - dorzucił Andrzej.

- Zrobi się.

Majewski wziął się do pracy na podwórzu, Doberski przyciągnął drabinę i zniknął na stryszku. Jedynie Zygmunt siedział na stołku obok wołgi i czujnie wpatrywał się w widniejący z dala wycinek ulicy, którą teraz w nocy rzadko kto przejeżdżał. Po godzinie Andrzej w niesamowicie zawalanym kombinezonie zszedł z góry. Miał twarz jak Murzyn. Oddychał z wysiłkiem.

- Niech to diabli wezmą! Napracowałem się i wybrudziłem. Przejrzałem to. Zbiorowisko jakichś nikomu chyba niepotrzebnych gratów. Blachy, żelaza, skrzynki drewniane z rozmaitym szmelcem. A zakurzone! Nikt tam od lat nie zaglądał. Pełno pyłu i nie ma czym oddychać.

A walizka?

Zostawiłem ją na górze, żeby spokojnie leżała. Ty, Zygmunt, masz chyba fioła. Gdybym ją znalazł, nie siedziałbym na tym przeklętym strychu tak długo. Gdzie tu można się umyć?

- A bo ja wiem?

Z tyłu, koło tego złomu, jest ubikacja i umywalnia - wyjaśnił Tadeusz, który także skończył „rewizję” na podwórzu. - Pod złomem nic nie ma. W pojemnikach na śmieci także. Ale stojące na podwórzu samochody są zamknięte.

Na pewno kluczyki będą w kantorku. Zresztą - dodał Andrzej - z tym kompletem narzędzi, jakie tu się znajdują, można otworzyć każdą pancerną kasę, chociaż wolałbym tego uniknąć, aby nie pozostawać śladów po sobie.

Ojej! - przestraszył się Zygmunt. - Przecież my pracujemy bez rękawiczek!

To co z tego?

Milicja może zdobyć nasze odciski.

Kompletny wariat. Przede wszystkim kto będzie wiedział, że tu byliśmy?

- Choćby Jankowski, jeżeli dostanie nakaz płatniczy.

- Najpierw musi go dostać. Gdyby nawet do tego doszło, będzie przekonany, że ktoś z polecenia Kazika pracował w nocy.

Może sprawdzić.

Niczego nie dojdzie. Zresztą ani mu to nie będzie w głowie. Do tego czasu milicja ustali tożsamość trupa leżącego teraz na Bielanach nad brzegiem Wisły i Jankowski nie będzie miał u kogo sprawdzać. A poza tym na samochodach i na narzędziach jest, jeżeli nie tysiące to najmarniej setki rozmaitych odcisków. Właścicieli aut i pracowników. Samochody stąd wyjadą, a narzędzia wezmą do ręki inni ludzie. Nie ma najmniejszej szansy, żeby ktoś tu szukał i zidentyfikował nasze odciski palców.

Ty zawsze lekceważysz niebezpieczeństwo. A jak przyjdzie co do czego, robisz głupstwa.

Jakie głupstwa?

- Gdyby nie ty, Kazik by żył i nie trzeba by się było martwić o pieniądze. - Ja go nie zabiłem.

Tego nie mówię. Ale żebyś wtedy nie rzucił się na niego, nie doszłoby do wypadku.

A ty jak baran wziąłbyś ochłapy, jakie by ci rzucił wielmożny pan Strzelczyk.

Od kiedy to pół miliona jest ochłapem?

Umówiliśmy się przed akcją, że dzielimy zdobycz na cztery równe części, czy nie tak było? - Doberski coraz bardziej się denerwował.

Było - przyznał Zygmunt - ale potem trzeba było spokojnie rozmawiać z Kazikiem. Na pewno byśmy go przekonali.

Diabła tam przekonali. Od początku planował, że nas wykiwa. Dlatego wtedy przyszedł bez pieniędzy.

- Teraz ich również nie mamy. Cóż z tego, że wyliczyłeś, iż dostaniemy obecnie po milionie i czterysta tysięcy. Gdzie one są?

- Przecież ich szukamy. Ja i Tadeusz. Tylko ty siedzisz na stołku i palcem nie kiwnąłeś, żeby je znaleźć.

- Tu nie potrzeba palca, ale głowy.

- To rusz tą głową.

- Może i ruszę, kiedy przyjdzie czas.

- Macie zamiar tak całą noc się kłócić? - wtrącił Tadeusz. - Zamiast dalej szukać walizki? Czas ucieka, a jutro nie będziemy mogli tu przyjść powtórnie. - Bo ten mnie zawsze zdenerwuje.

Lubię takich, co sami naknocą, a później zwalają winę na innych.

Obaj jesteście dobrzy - osądził wspólników Majewski.- Teraz ja posiedzę przy wołdze, a wy dwaj spenetrujecie mieszkanie Jankowskiego. Nie zapomnij, Andrzej, o tych samochodach stojących na podwórzu.

Dobrze, dobrze.

W pęku kluczy znalezionych przy zabitym były również pasujące do drzwi kantorku, który znajdował się na lewo od wejścia, w budynku mieszkalnym. W tym pokoju stało biurko, a na nim porządnie ułożone papiery wozów znajdujących się w naprawie. Na każdym dokumencie rejestracyjnym leżały kluczyki. Ścianę z tyłu za biurkiem zajmował aż po sufit regał, wypełniony najrozmaitszymi częściami samochodowymi. Były wśród nich i najpotrzebniejsze przy remontach i rzadsze „okazy” trudne do kupienia w sklepach. Leżały tu nawet paski klinowe do fiatów - rarytas, którego w punktach sprzedaży „Motozbytu” nie ogląda się przynajmniej od trzech lat.

Pod jedną ścianą tego niewielkiego pomieszczenia stała „amerykanka”, rozłożona i porządnie posłana.. Tutaj sypiał Strzelczyk, zastępując zarówno właściciela warsztatu, jak i nocnego dozorcę.

Biurko nie było zamknięte na klucz. W jego szufladkach znajdowały się książki handlowe firmy, jej korespondencja i inne papiery. Najwięcej było rachunków zakupu części samochodowych. Poszukiwanych pieniędzy tu nie znaleziono, jak również i w dokładnie obejrzanej „amerykance”.

Z kantorku drzwi prowadziły do dalszych pokoi. Były jednak zamknięte. Wszelkie próby dobrania odpowiedniego klucza z kółka nie powiodły się. Także inne drzwi do mieszkania właściciela, które wychodziły bezpośrednio na małą sionkę, nie dały się otworzyć. Przed niepożądanymi gośćmi zabezpieczono je aż dwoma zamkami „yale” i dużą zasuwą.

- Te drzwi można sforsować jedynie na siłę - ocenił Doberski. - Sprawdzę najpierw samochody na podwórzu, a później zastanowimy się, co robić.

W samochodach walizki nie było. Nie było w nich w ogóle niczego. Zamknięto je chyba dlatego, żeby ktoś niepowołany nie szperał w ich wnętrzu. Ostatecznie przeskoczenie przez siatkę nie stanowiło większej przeszkody dla złodziejaszka, który mógłby w nocy dobrać się do aut postawionych pod gołym niebem. Dlatego przezornie zabrano z nich i schowano w warsztacie wszystko, co mogło się znajdować w bagażnikach lub wewnątrz wozów. Widocznie Jankowski miał już smutne doświadczenia i musiał właścicielom samochodów odkupywać pozostawione w wozach drobiazgi.

Trzej wspólnicy odbyli krótką naradę.

- Drzwi zewnętrznych nie da się otworzyć - wyjaśnił Doberski. - Chyba, że je wyważymy. Natomiast, drzwi, które prowadzą z kantorka do pokoi mieszkalnych są zamknięte na zwykły zamek. Tu nie widzę większych trudności.

- A kluczy nie ma w kantorku? - zapytał Tadeusz.

Nie. Zwracałem na to specjalną uwagę. Żadnych kluczy poza tymi do samochodów nie znalazłem. Również w mieszkaniu Kazika ich nie było.

Może Kazik nie wchodził w ogóle do mieszkania Jankowskiego, bo on nie zostawił mu kluczy? Kiedyś byłem w tym kantorku, ale wtedy nie widziałem „amerykanki”.

Na pewno tam nie stała - poświadczył Zygmunt.

- Klucz to niewielki przedmiot - rozumował Tadeusz Majewski - i można byłoby go szukać w warsztacie przez kilka dni i w końcu nie znaleźć. Przyznaję zresztą, że szukałem walizki, a nie klucza. Jankowski był nie tylko pracodawcą Strzelczyka, ale jego dawnym szkolnym kolegą i przyjacielem. Miał do niego całkowite zaufanie. Nie wyobrażam sobie, żeby w takiej sytuacji nie zostawił mu tego klucza do drzwi z kantorku do mieszkania. Brak klucza na kółku jest właśnie argumentem, że walizka została schowana w mieszkaniu prywatnym właściciela warsztatu.

- Tadek ma rację - przyświadczył Lipień. - Jeżeli ja gdzieś wyjeżdżam na dłużej, a nie ma w tym czasie reszty domowników, zostawiam klucz sąsiadom, chociaż ich prawie nie znam. Oni zresztą robią to samo. W naszej kamienicy tak się przyjęło. Jakiś facet wyjechał na miesięczny urlop, nie zostawił kluczy ani adresu, a tym czasem pękła rura. Nie dość, że mu całe mieszkanie zalało, ale administracja musiała wyłączyć aż do jego powrotu ciepłą wodę na wszystkich piętrach.

- W takim razie - powiedział Andrzej - zaraz dorobię jakiś wytrych i spróbujemy się dostać do mieszkania Jankowskiego.

- Tylko ostrożnie - ostrzegał Zygmunt. - Trzeba się tak zachowywać, aby właściciel po powrocie nie spostrzegł, że ktoś gospodarował w jego lokalu.

Dziecko jestem i tego nie rozumiem - rozzłościł się Doberski. - Ty, Zygmunt, zawsze chcesz wszystkich uczyć.

Bo odczuwam skutki twojego postępowania.

- Spokój! - Tadeusz Majewski podniósł głos. - Niech Zygmunt pilnuje tutaj, a my we dwóch wejdziemy do mieszkania.

Doberski wybrał z leżących na warsztatowym stole parę metalowych prętów różnej grubości i przy pomocy młotka zagiął i sklepał jeden koniec każdego z nich. W ten sposób powstała mała seria wytrychów. Z tymi narzędziami dwaj włamywacze udali się do kantorku i bez większego trudu drugim czy trzecim wytrychem otworzyli drzwi do pomieszczeń prywatnych właściciela warsztatu.

- Nie zapalajmy światła.

- Dlaczego? - powiedział Andrzej. - Jest już wpół do trzeciej w nocy. Milicja wie, że w warsztacie pracują, a inni nie zwracają na to uwagi. Zresztą przez te zasłony niewiele blasku przenika na zewnątrz. Uważam, że śmiało możemy palić boczne światła. Górnych na suficie bym nie ruszał - to mówiąc odnalazł stojącą na małym stoliku lampę i zapalił ją.

Mieszkanie Jankowskiego składało się z trzech pokoi, obszernej kuchni i łazienki. Budowane było z myślą o jak największej wygodzie użytkowników. Sam właściciel budował je dla siebie i nie musiał zbytnio się liczyć z kosztami. W każdym pokoju były szafy w ścianach. Jedno wewnętrzne pomieszczenie bez okna spełniało funkcję

ubieralni. Kuchnię obudowano szafkami i wyglądała jak jakieś laboratorium chemiczne.

Jednakże od razu - można się było zorientować, że w tym lokalu od paru tygodni nikt nie mieszkał. Na stolach i na posadzce zebrało się sporo kurzu. Pomimo zamkniętych okien, pył z ulicy przenikał do wewnątrz.

Obydwaj włamywacze z zachowaniem pełnej ostrożności szybko i sprawnie rewidowali pokój po pokoju. Zbadano szafy, szuflady, zaglądano do tapczanów. Cztery miliony nawet w banknotach po tysiąc i po pięćset złotych, to nie drobiazg, który można niepostrzeżenie gdzieś ukryć. A jednak tych pieniędzy i tutaj nie było.

Zygmunt Lipień, ciągle siedzący koło rozbitej wołgi, nie zapytał towarzyszy niedoli o wynik ich poszukiwań. Z kantorku wyszli dwaj mężczyźni o mocno zafrasowanych minach:

- Gdzie on mógł zapeklować tę walizę? - martwił się Majewski.

- Znajdziemy ją - Andrzej próbował pocieszyć kolegów.

A piwnice pod domem zbadaliście? - zapytał Zygmunt.

Piwnice?

Widziałem w sionce schody prowadzące na dół. A te okienka świadczą, że dom jest podpiwniczony.

Psiakrew! - żachnął się Doberski. - Rzeczywiście zapomniałem o piwnicach. Idziemy.

Po półgodzinie wrócili do warsztatu w równie złych humorach.

Nie ma - krótko stwierdził Tadeusz. - Obejrzeliście wszystko?

Co tylko się dało. Tam jest kocioł centralnego ogrzewania, skład na koks i dwie piwnice. W obu rozmaite graty. Głównie części karoserii samochodowych. Próbowaliśmy, może walizka została zakopana w ziemi, ale cementowa podłoga nie ma żadnych śladów świeżego betonowania.

Zapadło głuche milczenie. Przerwał je Zygmunt Lipień: - Za dwadzieścia szósta - zauważył. - Mamy tak długo siedzieć, aż przyjdą pracownicy warsztatu i nas nakryją?

- Trzeba się wynosić. I tak już nie mamy tu nic do roboty - potwierdził Tadeusz.

Doberski pogasił światła, pozamykał warsztat i kantorek, a także zatrzasnął bramę wjazdową i umieścił kłódkę na jej normalnym miejscu. Przed odejściem jeszcze raz obejrzał uważnie całą posiadłość.

Trójka mężczyzn bez słowa skierowała się w stronę najbliższego przystanku tramwajowego. Dopiero po drodze Andrzej wyjął i dokładnie obejrzał kółko z kluczami. Policzył je i później sprawdzał każdy z osobna.

- Używałem - powiedział - wszystkich kluczy prócz tych dwóch.

Pokazał kolegom dwa płaskie kluczyki. - To do „yale”.

- Nie - poprawił Tadeusz. - Raczej do jakichś kłódek.

- Nie pasowały nigdzie. Próbowałem i doskonale to pamiętam.

Pewnie są do tego pomieszczenia z pieniędzmi - gorzko roześmiał się Majewski. - Ale jak je odnaleźć?

Wiem jedno - powiedział Zygmunt. - Włamałem się do banku, grozi mi najmarniej piętnaście lat wiezienia, a nie zyskałem złamanego grosza. Dziękuję ci za to, Andrzeju.

Zanim Doberski zdążył coś odpowiedzieć, Lipień podbiegł do ruszającego właśnie tramwaju i wskoczył do ostatniego wagonu. Majewski także nie żegnając się skręcił na pobliską wysepkę autobusową. Doberski samotnie doszedł do przystanku i czekał na następny tramwaj. Był wściekły, a jednocześnie przyznawał, że w słowach kolegi jest dużo prawdy. Rzeczywiście, groziła im surowa kara, natomiast owoce popełnionego przestępstwa wymknęły im się z rąk. Czy przez niego? Gdyby bardziej panował nad swoimi odruchami, Kazimierz Strzelczyk żyłby do tej chwili. Z żywego drogą perswazji, prośby, a choćby nawet groźby można było wydusić należną im dolę zrabowanych pieniędzy. Trup leżący nad Wisłą na pewno nie zdradzi tajemnicy, którą zabrał do grobu.

Nadjechał tramwaj. Andrzej wsiadł, zajął miejsce przy oknie i udawał, że z zaciekawieniem przygląda się mijanym widokom. Ale jego myśli ciągle wracały dp jednego pytania:

- Do jakich zamków pasują te dwa małe klucze?

Doberski nie domyślał się, że to samo pytanie stawiali sobie także jego dwaj wspólnicy. Każdy z nich snuł różne hipotezy, każdy zamierzał na własną rękę szukać pieniędzy. I każdy z nich postanowił, że jeżeli znajdzie skarb, całość zagarnie dla siebie. Z nikim się nie podzieli.

Gang przestępczy jest zawsze solidarny, kiedy jego drogami idzie powodzenie. Solidarność ta w obliczu klęski pryska jak mydlana bańka.



ROZDZIAŁ V

Wątpliwości porucznika Falęckiego



Nazajutrz po znalezieniu przez milicję ciała człowieka który zginął w. Lasku Bielańskim wskutek osunięcia się skarpy wiślanej, do Komendy Dzielnicowej Warszawa-Północ Zgłosił się pewien mężczyzna i opowiedział dyżurnemu oficerowi banalną historię:

Pracuje w warsztacie samochodowym Józefa Jankowskiego. Właściciel przebywa w tym czasie na urlopie w Bułgarii, natomiast przedsiębiorstwem zarządza Kazimierz Strzelczyk, zresztą przyjaciel Jankowskiego. Otóż ten Strzelczyk już od dwóch dni nie pokazuje się w warsztacie. A przecież w czasie nieobecności właściciela jego zastępca nawet mieszkał na terenie warsztatu w kantorku przy mieszkaniu Jankowskiego. Próby skontaktowania się ze Strzelczykiem w jego własnym mieszkaniu przy ulicy Solec nie dały rezultatu.

- Pewnie się gdzieś zaszwendał albo zrobił sobie polski urlop - zauważył przedstawiciel. MO po wysłuchaniu opowiadania Jana Warciaka. - To dopiero nieco więcej niż dwie doby od momentu, kiedy widzieliście go po raz ostatni. Dorosły człowiek. Na alarm jeszcze za wcześnie. Warsztat zamknięty?

- Nie. Ja mam klucze do warsztatu, więc pracujemy normalnie, ale kierownik miał klucze do magazynu kantorku. To nam sprawia sporo kłopotów. W kantorku są kluczyki i dokumenty naprawianych wozów. Nie możemy klientom oddać ich samochodów, chociaż są gotowe. A każdemu się śpieszy. Pan porucznik sam rozumie. Dlatego przyszedłem tutaj. Wykluczone, żeby wartownik mógł zostawić interes bez żadnej opieki i samemu iść w tango. To mu się nigdy nie zdarzało. A jeszcze pod nieobecność właściciela? Coś się musiało stać. Milicjantowi przyszła do głowy pewna myśl.

- Jak wyglądał ten wasz Strzelczyk?

- Szatyn, oczy niebieskie, nos wydatny. - A wzrost?

Mniej więcej mojego, mam metr siedemdziesiąt pięć.

Ubranie?

- Miał kilka garniturów. Kiedy ostatnio wychodził z warsztatu, miał na sobie popielate spodnie i granatową marynarkę. Ciemny płaszcz. To było przed trzema dniami. Trochę po godzinie trzeciej. Kierownik powiedział, że za dwie godziny wróci. Akurat mieliśmy pracować dłużej, bo trafiła się pilna robota. Wołga z ambasady. Ci obcokrajowcy jeżdżą bardzo nieuważnie. Nie ma miesiąca, żeby jakiegoś wozu z ambasady nie dali nam do naprawy. Stały klient. Płaci w terminie i nie targuje się o parę seciaków.

- Poczekajcie chwilę - oficer przerwał monolog gadatliwego mechanika i wyszedł.

Powrócił w towarzystwie porucznika w cywilnym ubraniu i płaszczu. - Pojedziecie z porucznikiem Falęckim.

- Dokąd? - Jan Warciak nieco się przestraszył.

- Niedaleko. Potem odwieziemy was prosto do warsztatu. Najpierw pokażemy wam kogoś, w kim może rozpoznacie waszego kierownika.

Czyżby mu się przydarzyło jakieś nieszczęście?

Sami - zobaczycie - oficer milicji nie chciał wtajemniczać Warciaka w sprawę człowieka znalezionego w Lasku Bielańskim, aby niczego nie sugerować świadkowi. Wiedział bowiem z praktyki, że ludzie szybko ulegają w takich przypadkach wrażeniom i różnym opiniom. Często rodzina poznaje w okazanych jej zwłokach kogoś bliskiego, kto za jakiś czas zjawia się w domu cały i zdrowy.

W prosektorium na stołach przykrytych białymi prześcieradłami leżało kilkanaście zwłok. Na polecenie porucznika posługacz odsłonił twarz trzech mężczyzn.

- Pan poznaje?

Jan Warciak, nie należy się temu dziwić, był przerażony i zaszokowany miejscem, w którym się znalazł. Jednakże bez wahania wskazał na jeden ze stołów.

To on. Kazimierz Strzelczyk!

Jest pan tego pewien?

No jakże. Przecież pracowałem z nim przez sześć lat. Dzień w dzień. To straszne. Co mu się stało? Zabili go?

Nie - porucznik nie widział powodu, aby z tego robić tajemnicę. - Znaleźli go dwaj wędkarze w Lasku Bielańskim. Leżał nad samą Wisłą. Spadł ze skarpy. Najprawdopodobniej ziemia się osunęła. Uderzył o kamień i złamał kręgosłup. Trup na miejscu.

W Lasku Bielańskim? - Warciak nie krył swojego zdumienia. - A co on tam mógł robić? Nie do wiary.

Może się z kimś umówił? Z jakąś dziewczyną na przekład.

- Kiedy wychodził z warsztatu, było chłodno, pochmurno i zanosiło się znowu na deszcz. On nie należał do ludzi, którzy musieli się umawiać z dziewczynami gdzieś w lesie nad Wisłą.

.- Może nie z dziewczyną, a z kimś innym? Może mieli jakiś interes do załatwienia?

- W lesie? - Jan Warciak nie był przekonany.

.- Zwrócił pan uwagę, czy Strzelczyk miał wtedy przy sobie jakieś papiery, pieniądze, dokumenty lub zabrał z warsztatu jakąś paczkę?

Pieniądze miał na pewno. Jako kierownik warsztatu inkasował wszystkie wpływy od klientów. Tego dnia paru z nich wpłaciło kilka tysięcy złotych za naprawę wózków. Strzelczyk miał zwyczaj noszenia pieniędzy w kieszeni i po zamknięciu warsztatu wpłacania części do PKO na rachunek właściciela. Miał też zawsze kilka tysięcy w rezerwie. Warsztat wykłada pieniądze na zakup materiałów i części zamiennych. Musiał mieć przy sobie dowód osobisty i prawo jazdy. Każdego dnia odbywał próbne jazdy na wyremontowanych wozach.

Nie znaleźliśmy przy nim ani pieniędzy, ani dokumentów.

To niemożliwe! A klucze? Do warsztatu, kantorku, magazynku, szafek stojących w warsztacie i klucze do własnego mieszkania? Nosił je razem na dużym kółku. Zawsze się dziwiłem, w jaki sposób on je odróżnia i od razu dobiera do każdego zamka odpowiedni.

Nic przy nim nie było. Nawet pudełka zapałek czy chusteczki do nosa.

Musieli go jacyś chuligani zwabić do Lasku Bielańskiego, tam zamordowali i ograbili. Taki porządny człowiek i tak zginął.

Zabójstwo jest wykluczone. To wyraźnie stwierdza sekcja zwłok.

Zepchnęli go z tej skarpy tak, żeby zginął.

Wprost nieprawdopodobne. Gdyby nie uderzył o ten kamień którymś tam kręgiem szyi, nic by mu się nie stało. Najwyżej by się trochę potłukł albo złamał rękę lub nogę. Widocznie ktoś przed tymi wędkarzami znalazł trupa i go okradł.

Ale, panie poruczniku - upierał się Warciak - co on mógł robić nad Wisłą? Przecież nie poszedł na ryby. Wiedział, że w warsztacie mamy pilną robotę, i zapowiadał, że niedługo wróci.

To miejsce, gdzie go znaleziono, nie jest tak daleko od waszego warsztatu. Dwa przystanki tramwajem i paręset metrów przez Lasek Bielański.

- Nic z tego nie rozumiem.

- Ja też - przytaknął porucznik. - Wprawdzie obiecałem zaraz odwieźć pana do warsztatu, ale wobec ujawnienia nowych okoliczności, najpierw pojedziemy do komendy. Trzeba zrobić oficjalny protokół.

Po załatwieniu formalności, oficer milicji dopytywał.

Nie wiecie, Kazimierz Strzelczyk miał żonę, dzieci, jakichś krewnych?

Z żoną się rozwiódł przed paru laty. Dzieci nie mieli. Parokrotnie wspominał o bracie. Jest jakimś dyrektorem, ale nie wiem gdzie. Mieszkał samotnie.

Jakieś kobiety, narzeczone?

Nigdy nic nie mówił. Świętym pewnie nie był. Parę razy widziałem go w mieście z różnymi babkami, ale żadnej z nich nie znałem. Jak się pracuje u prywaciarza, człowiek może dobrze zarobić, ale za lenistwo mu nie płacą. Nie ma czasu na pogaduszki... A co my teraz mamy robić z warsztatem? Zamknąć, kiedy tam tyle wózków czeka na naprawę? A te kluczyki i dokumenty, które są w kantorku?

Porucznik zastanowił się, a potem zapytał:

- Macie adres właściciela?

- Mamy. Jest list w kantorku. Ale kantorek zamknięty.

To nic. Wezwiemy specjalistę i otworzymy komisyjnie.

Po co zrywać? Albo my nie mechanicy? Lepszych fachowców pan nie znajdzie. Jak pan porucznik pozwoli, sami otworzymy te zamki.

Pojedziemy do warsztatu i przeprowadzimy oględziny. Potem dacie depeszę, żeby Jankowski przyjeżdżał jak najprędzej, i będziecie do jego przybycia prowadzić warsztat. Naturalnie na waszą odpowiedzialność. Skoro właściciel dał wam klucze, widocznie miał do was zaufanie.

No pewnie, że miał! - oburzył się Warciak. - Pracuję u niego przeszło sześć lat. Od początku.

Oględziny kantorka i pomieszczeń, do których klucze powierzono jedynie Strzelczykowi, nie przyniosły niczego rewelacyjnego. Znaleziono adres Jankowskiego i dokumenty wozów znajdujących się w naprawie. Ani kluczy, ani pieniędzy i papierów osobistych zmarłego nigdzie nie było. Milicja na wszelki wypadek wynotowała numery rejestracyjne wszystkich pojazdów - będących w robocie.

- Czy gotowe wozy można wydawać klientom? - dopytywał się Jan Warciak.

- Mnie one nie obchodzą - odpowiedział porucznik. - A co do rozliczeń pieniężnych z ich właścicielami, martwcie się o - to sami.

Po powrocie do komendy porucznik Adam Falęcki zdał szefowi sprawozdanie ze swoich czynności.

A zatem - stwierdził major Ochocki - zidentyfikowaliśmy zwłoki. Pozostaje do rozszyfrowania tajemnica okradzenia zabitego nie tylko z pieniędzy, ale także z dokumentów i kluczy. Natychmiast zabezpieczyć mieszkanie na Solcu, a także skomunikować się z rodziną zmarłego. Wspominaliście coś o jego bracie?

Tak, ale nikt w warsztacie nie umiał niczego bliższego o nim powiedzieć, prócz tego, że jest jakimś naczelnym dyrektorem. Ale czy to prawda? Ludzie lubią przedstawiać członków swojej rodziny jako bardzo ważne osobistości. Niejeden woźny w ten sposób awansował na prezesa.

Spróbujcie znaleźć tego faceta w książce telefonicznej - polecił major. - Jeżeli jest rzeczywiście dyrektorem, musi mieć telefon domowy. Gdyby te poszukiwania nie dały rezultatu, trzeba pojechać do Biura Ewidencji Ludności i tam sprawdzić pod nazwiskiem Strzelczyk, kto urodził się z tych samych rodziców co nasz nieboszczyk. Po odnalezieniu brata, niech on również zidentyfikuje zwłoki. Ale przede wszystkim zabezpieczcie mieszkanie. Złodziej ma klucze i być może już obrobił lokal zabitego.

Tak jest, obywatelu majorze - odmeldował się porucznik.

Ekipa milicyjna nie znalazła śladów włamania w mieszkaniu Kazimierza Strzelczyka. Ubrania wisiały w szafie, w biurku były rozmaite dokumenty oraz trochę pieniędzy, parę premiowych książeczek PKO i jedna zwykła z dość poważnym wkładem, bo liczącym przeszło dwadzieścia tysięcy złotych. Wszystko to świadczyło, że zmarły był za życia pedantem, a materialnie powodziło mu się nieźle. Milicja nie przeprowadzała dokładnej rewizji, bo nie miała do tego żadnych powodów. Ograniczono się jedynie do pobieżnej lustracji całego pomieszczenia.

Porucznik Falęcki miał szczęście. Wprawdzie w warszawskiej książce telefonicznej jest kilkudziesięciu Strzelczyków, jednakże już trzeci z nich na pytanie oficera milicji, czy ma brata Kazimierza, odpowiedział twierdząco.

- Dawno widział pan brata? - dopytywał Falęcki.

- Chyba ze trzy lata temu - wyjaśnił Wojciech Strzelczyk. - Na ogół nie utrzymujemy z bratem bliższych stosunków. Nawet nie wiem dokładnie, gdzie teraz mieszka. Podobno na Powiślu. Czy coś się stało?

Obawiam się, że tak - ostrożnie potwierdził oficer MO. - Musimy pana prosić o pofatygowanie się do komendy.

Przyjadę najdalej za pół godziny - obiecał Wojciech Strzelczyk.

Brat zabitego okazał się mężczyzną w wieku pięćdziesiątki. Nieco wyższy od zmarłego, był jednak do niego bardzo podobny. Włosy szpakowate, twarz pociągła. Ubrany był elegancko, w dobrze skrojony garnitur. Pod budynek komendy MO podjechał własnym wartburgiem. Uważnie wysłuchał relacji porucznika Falęckiego, nie okazując jednak żadnych wzruszeń. Był rzeczywiście naczelnym dyrektorem fabryki urządzeń elektrotechnicznych.

- Tak - powiedział. - To przykre, że taki koniec spotkał Kazimierza. Zginął jak pies nad brzegiem Wisły. Ale cóż zrobić, każdy jest kowalem swojego losu. Przyznaję szczerze, że nie dziwiłbym się, gdybym usłyszał o nim coś znacznie gorszego.

Cóż może być gorszego od śmierci? - porucznika nieco zdziwiło tak chłodne przyjęcie wiadomości o śmierci osoby najbliższej.

Kazik, mój młodszy brat, był trudnym dzieckiem. Nie chciał się uczyć. Z kłopotami przebrnął przez powszechniak i później zasadniczą szkołę samochodową. To bardzo martwiło naszych rodziców. Do tego dochodziły różne wybryki chuligańskie. Potem pracował w FSO. Tam też zamieszany był w jakąś aferę kradzieży części samochodowych. Od sprawy sądowej zdołał się jednak wykręcić, ale z pracy go wylano. Ożenił się z przyzwoitą dziewczyną. Małżeństwo nie przetrwało nawet trzech lat. Wtedy właśnie straciłem go z oczu. Nasze ostatnie kontakty były raczej przypadkowe. Najczęściej na Powązkach z okazji jakiegoś pogrzebu w rodzime czy Zaduszek. Sądziłem, że w końcu się ustatkował. Podczas naszego ostatniego spotkania, a natknąłem się na niego w kawiarni, chwalił się, że jest kierownikiem stacji naprawy samochodów i dobrze zarabia. Zresztą to było widać. Zadbany, ubrany przyzwoicie. Kto go zabił? Czy orientujecie się, panowie, macie jakieś podejrzenia w tej sprawie?

Morderstwo jest wykluczone. Lekarze twierdzą, że śmierć nastąpiła wskutek upadku z kilkumetrowej skarpy i uderzenia o kamień. Ślady wskazują na osunięcia się w tym miejscu ziemi podmytej ostatnimi deszczami. Musimy, panie dyrektorze, jeszcze dokonać przykrej formalności, udać się do prosektorium, gdzie pan zidentyfikuje zwłoki, chociaż podobieństwo rodzinne każe przypuszczać, że o omyłce nie może być mowy. Poza tym pozostaje także sprawa pogrzebu zmarłego.

Jako jedyny brat zajmę się tym. Żadnej innej bliskiej rodziny nie mamy. Było nas tylko dwóch. To mój obowiązek, bez względu na stosunki, jakie nas łączyły.

- Jest pan - oficer milicji uśmiechnął się lekko - w takim razie jedynym spadkobiercą zmarłego.

Dyrektor Strzelczyk skrzywił się.

Nie ma o czym mówić.

Pan się myli, dyrektorze. Spadek jest dość pokaźny. Mieszkanie w spółdzielni własnościowej i kilkadziesiąt tysięcy złotych to już coś znaczy. A do tego dochodzą meble, widziałem na ścianie dwa wartościowe obrazy. Szafa w ubrania zasobna. Wszystko razem warte jest okrągłą sumkę. Oczywiście musi być przeprowadzone odpowiednie postępowanie spadkowe.

Wojciech Strzelczyk nie dziwił się słuchając tych słów, a w każdym razie nie okazał swojego zdziwienia. Nadmienił jedynie, że nie ma czasu na te wszystkie formalności i powierzy je adwokatowi. Pojechano do prosektorium, gdzie dyrektor potwierdził” spostrzeżenia Jana Warciaka. Zmarłym, był Kazimierz Strzelczyk.

Prokurator umorzył śledztwo i nie sprzeciwiał się wydaniu ciała rodzinie. Za dwa dni na cmentarzu Bródnowskim odbył się skromny, cichy pogrzeb. Wziął w nim udział także porucznik Falęcki. Nie z obowiązku, bo sprawa była zakończona, a jedynie z ciekawości i może trochę ze względu na współczucie dla tego człowieka, który zginął wskutek niecodziennego wypadku i o którym nawet brat wyrażał się z nie tajoną niechęcią.

Za trumną szedł dyrektor Wojciech Strzelczyk i jakaś przystojna kobieta, ale nie nosząca żałoby. Prawdopodobnie ta rozwiedziona żona zmarłego. Wspominał o niej w rozmowie z porucznikiem Jan Warciak. On i dwaj pracownicy warsztatu zamykali mały kondukt. Na grobie złożono dwa wieńce: „od rodziny” i „koledzy”.

O śmierci Kazimierza Strzelczyka i jego pogrzebie nie zawiadamiał żaden nekrolog. Nawet „organ nieboszczyków” - „Życie Warszawy” - nie pokwitowało tego zgonu. Oficer milicji, przyglądając się skromnym uroczystościom żałobnym, pomyślał, że dyrektor Wojciech Strzelczyk jest człowiekiem oszczędnym i nie zamierza szastać pieniędzmi, jakie mu przypadły z niespodziewanego spadku.

Porucznikowi Falęckiemu pozostawało teraz znalezienie nieznanych sprawców, którzy okradli zwłoki. Oficer MO był pesymistą. Jak można wykryć takich przestępców, skoro nie pozostawili żadnych śladów i nikt ich nie widział? Rabusie rekrutujący się, tak mniemała milicja, z miejscowych nierobów włóczących się całymi dniami po Lasku Bielańskim, znalezione przy zwłokach pieniądze dawno przepili, zaś dokumenty i inne przedmioty wrzucili do Wisły. W tej sytuacji dochodzenie stawało się zadaniem niewykonalnym. Chyba że któryś z chuliganów wygada się po pijanemu albo zostanie sypnięty przez skłóconego ze sobą towarzysza.

Adam Falęcki nieco się dziwił opryszkom. Z kieszeni zmarłego wyjęli wszystko, nie pozostawiając najmniejszego drobiazgu. Nie złakomili się jednak na zupełnie nowy płaszcz i bardzo przyzwoite ubranie. Nie ściągnęli z nóg butów. Ale najbardziej intrygujące i niezrozumiałe, że nie zabrali wartościowego zegarka.

Tymi wątpliwościami oficer milicji chciał się podzielić ze swoim zwierzchnikiem, majorem Ochockim. Jednakże w ciągu najbliższych dwóch dni „stary” był nieuchwytny. Jakaś odprawa w Komendzie Stołecznej, później nawał bieżących, ważniejszych spraw. Falęcki wolał odbyć tę rozmowę w bardziej sprzyjających warunkach, tym bardziej że szczegół ten w niczym nie mógł przyśpieszyć łub pomóc w rozwiązaniu zagadki Lasku Bielańskiego.

Tymczasem jednak ujawniono nowe okoliczności. Całkowicie zmieniły one kierunek dochodzenia i ekipę zajmującą się początkowo tą sprawą. Ci, którzy z rąk młodego oficera ją przejęli, nie szukali już drobnych rzezimieszków okradających trupy. Teraz polowali na znacznie większych i bardziej niebezpiecznych przestępców. Oni dobrze wiedzieli, kto powyjmował z kieszeni zmarłego wszystkie przedmioty, a nie połakomił się na ubranie, buty i zegarek.



ROZDZIAŁ VI

Niespodziewany zwrot w dochodzeniu



Sekretarka, mila i przez wszystkich pracowników Komendy Stołecznej bardzo lubiana panna Krysia, od razu zauważyła, że pułkownik Adam Niemiroch, naczelnik wydziału „bandyckiego”, wrócił z konferencji w Komendzie Głównej MO podniecony, ale raczej w dobrym humorze. Jeszcze nie zdjął płaszcza, a już polecił:

Majora Kaczanowskiego do mnie. Ale jak najprędzej.

Nie wiem, czy jest w budynku. Przecież pułkownik nie dalej jak wczoraj polecił majorowi sprawę tego porzniętego nożami w Parku Kultury i Wypoczynku. Major mówił, że musi jechać obejrzeć miejsce przestępstwa.

Jak wróci, niech wszystko rzuca i zaraz przyjdzie do mnie.

Wbrew obawom panny Krysi Janusz Kaczanowski był w swoim pokoju i po telefonie wzywającym do szefa zjawił się w gabinecie zwierzchnika.

- Siadaj, Januszku - pułkownik wskazał jeden z dwóch wygodnych foteli, a sam usadowił się naprzeciwko. - Może papierosa albo kawy lub herbaty?

Major zbyt dobrze znał przyjaciela, aby nie wiedzieć, że taki wstęp nie wróży nic dobrego. Tymczasem Niemiroch mówił:

Masz taką znudzoną minę, że patrząc na ciebie samemu ma się ochotę ziewać. Działasz lepiej niż phanodorium. Jeszcze trochę, to sobie kimnę.

W takim razie nie przeszkadzam,- Janusz zrobił ruch, jak gdyby chciał się podnieść. - Powiem Krysi, żeby cię nie budziła przez najbliższe parę godzin.

- Zostań, zostali. Tak źle chyba nie będzie. Jakoś przezwyciężę chęć snu. Ale tobie się nie dziwię. Człowiek się nudzi, jeżeli nie ma nic do roboty.

Bój się Boga, Adam! - zirytował się major. - Nie dalej jak wczoraj powierzyłeś mi dochodzenie w sprawie tego podźganego nożem.

Co to za dochodzenie? - pułkownik lekceważąco machnął ręką. - Za łatwe dla początkującego kaprala, a cóż dopiero mówić o naszym „asie służby dochodzeniowej”. Chamska sprawa. Paru nożowników, którzy po kilku butelkach „jabcoka” czy piwa porznęli się nożykami. Ale wiedz, że masz przyjaciela. Przygotowałem dla ciebie cacko, a nie sprawę. Prawdziwe delicje, cukierek. Sam ci zazdroszczę.

Nie lubię słodyczy. Sam zjedz ten swój cukiereczek.

Gdybym to ja mógł? Niestety. Cały wydział na głowie. Co innego ty. Nie masz nic do roboty, żadnych obowiązków.

Wykrztuś wreszcie, w co chcesz mnie wrobić.

- Będziesz mi wdzięczny do grobowej deski. Znasz sprawę napadu na Ludowy Bank Spółdzielczy w Łowiczu?

Janusz Kaczanowski nawet nie usiłował ukryć zdziwienia. Odpowiedział:.

- Wiem tyle, co pisały gazety. Trzech bandytów sterroryzowało personel banku. Zrabowali cztery miliony

złotych i uciekli. Ale to przecież Łowicz. Dochodzenie prowadzi zapewne tamtejsza Komenda Powiatowa MO przy pomocy Wojewódzkiej.

Pułkownik Niemiroch zatarł dłonie.

Mylisz się, kochany - powiedział słodkim głosem. - My prowadzimy dochodzenie. A właściwie nie my, lecz major Janusz Kaczanowski. Od tej chwili. Cieszysz się?

Jak cholera.

Wiedziałem, czym ci dogodzić.

Przestań wreszcie błaznować - Kaczanowski rozzłościł się na dobre. Dlaczego my mamy prowadzić dochodzenie, już nie mówiąc o tym, że pakujesz mi zawsze najbardziej paskudne sprawy?

Pułkownik sięgnął po grubą kartonową teczkę leżącą na biurku.

Jak sobie przypomi